Bywa nazywany „klejnotem w koronie” wśród teoretyków prawa III Rzeszy. Carl Schmitt był oportunistą i karierowiczem, który tak jak do samego końca bronił ładu prawnego Republiki Weimarskiej, a nawet wydawał się popierać zakaz NSDAP, tak samo po 1933 r. stał się gromkim piewcą rządów Adolfa Hitlera, dostarczając im pseudo-prawnych uzasadnień dla rozprawy z kierownictwem SA czy norymberskich ustaw rasowych (które Schmitt nazwał – uwaga! – „konstytucją wolności”). Paranoidalny żydożerca, doskonale świadomy i przechodzący do porządku dziennego nad zbrodnią masowej eksterminacji europejskich Żydów (jego doktoranci wstępowali chętnie do SS i część z nich ową eksterminację prowadziła osobiście, podobnie zresztą jak zbrodnie na narodzie polskim), współpracownik sądowego zbrodniarza Rolanda Freislera, był przez pewien czas brany przez aliantów pod uwagę jako „kandydat” na ławę oskarżonych procesu w Norymberdze, ale ostatecznie wymknął się z tej puli. Co prawda po maju 1945 oportunistyczna natura Schmitta znów się odezwała i począł on ubolewać nad „straszliwym panowaniem morderców w Niemczech”, ale fakt, że jego bliscy znajomi zaangażowani w próbę zamachu w Wilczym Szańcu niecały rok wcześniej ani słowem się o operacji przed Schmittem nie zająknęli, pozwala wydać dość pewny werdykt o jego realnych lojalnościach.
W zasadzie same te fakty biograficzne powinny wystarczyć do zaliczenia Schmitta do kręgu wrogów wolności oraz do opatrzenia jego nazwiska nieusuwalnym piętnem, czyniącym z jego filozofii powszechnie odrzucaną truciznę. Pierwsze byłoby jednak niewystarczające, a drugie okazuje się dzisiaj naiwną nadzieją. Wyabstrahowana z kontekstu historycznego filozofia prawno-polityczna Schmitta jest, sama w sobie, bezwzględną agresją na wolność człowieka, a w dodatku pozostaje niezwykle wpływowa politycznie po 1945 r., w ostatnich latach wręcz nabiera coraz większego znaczenia. Schmitt, co prawda, został w Republice Federalnej usunięty z życia akademickiego, ale jego prywatne „sympozja”, organizowane aż do śmierci w 1985 r., pozostały niezwykle popularne, zaś idee promieniowały nie tylko na kręgi konserwatywne, ale także na skrajnie lewicowych wrogów wolności, w rodzaju Chantal Mouffe czy Giorgio Agambena. Współcześnie Schmitt staje się wręcz naczelnym drogowskazem nacjonalistycznej prawicy, fundamentem inspiracji dla takich zjawisk politycznych jak ruch MAGA lub wykwitów dolnych obszarów otchłani ludzkiej umysłowości w postaci „antychrystycznych” obsesji Petera Thiela.
Polaryzacja, wzbudzanie strachu, gniewu, poczucia wzgardzenia oraz zwyczajnej nienawiści to elementarz polityki lat 20. XXI w. To także ziszczenie wizji Carla Schmitta, który za istotę i sens każdej polityki uznał podział na swoich i obcych oraz organizację tego podziału jako relacji przyjaciel-wróg. Zarządzanie nienawiścią wobec wyłonionego wroga jest dla klejnotu nazistów esencją każdego politycznego działania i – w razie potrzeby – może być eskalowane w kierunku dehumanizacji i nawet (się wie) eksterminacji owego wroga, tym bardziej iż polityka jest grą o sumie zerowej. W zasadzie szkoda nawet poświęcać miejsca na liberalny komentarz wobec tego poglądu i tej strategii. To się samo komentuje. Ale, dla porządku: celem liberalizmu jest uzyskanie modus vivendi dla współistnienia bardzo różnych ludzi, tak w sensie pochodzenia etniczno-religijno-kulturowego, jak i w sensie osobistych, wolicjonalnych wyborów projektu życia. Wzbudzenie w ludziach akceptacji dla zasady „żyj i pozwól żyć innym” jest dla wolności jednostki warunkiem sine qua non. Schmitt pierwszą zasadą swojej filozofii politycznej czyni negację tych liberalnych fundamentów.
Nie należy więc „pozwalać żyć innym”, tylko ich niszczyć. Schmitt uprawia toporną apoteozę walki i poświęcenia jednostki, w tym oddania przez nią życia za grupę „swoich”. Uznanie człowieka za nic, a różnie definiowanych i kształtowanych kolektywów (u Schmitta na piedestał trafia tzw. naród) za jakąś niesamowitą wartość, to dość standardowe bla-bla-bla różnorakich wrogów ludzkiej wolności. Schmitt jednak eskaluje w sposób unikalny, u niego walka przeciwko innym narodom czy inaczej wyselekcjonowanym „obcym” nie jest potencjalną możliwością, na którą ludzie mają obowiązek być formalnie przygotowani. Tutaj walka to pewnik, sens istnienia zbiorowości politycznej. Wskazanie wroga to narzędzie umocnienia władzy, zaś cały sens istnienia państwa stanowi uzyskanie zdolności do identyfikowania i perpetualnego pokonywania wyselekcjonowanych wrogów. Jak pisał już w 1927 r.: „Pojęcia przyjaciela, wroga i walki uzyskują swoje realne znaczenie w ten sposób, iż mają i zachowują odniesienie do realnej możliwości fizycznego zabicia. (…) Wojna jest tylko skrajną formą realizacji wrogości. Ona nie musi (…) być odbierana jako coś idealnego lub pożądanego, lecz jednak musi pozostać obecna jako realna możliwość, dopóki pojęcie wroga ma swój rzeczywisty sens”.
Walka to zadanie każdego członka wspólnoty narodowej, a wchłonięcie w politykę człowieka ma charakter totalny. Nie sposób się przed tym wymigać: Schmitt jest oczywistym piewcą totalitaryzmu, jego myśl w zasadzie stanowi istotny wkład w samo jego definiowanie, gdy nadaje polityczności wymiar wszechobecnej przenikalności – polityka wkracza w każdą sferę życia człowieka według woli i upodobania przywódców, do życia rodzinnego, intymnego, towarzyskiego, religijnego, o życiu gospodarczym czy zawodowym nawet nie wspominając.
Idea Gleichschaltung wyrasta wprost z pism Schmitta. W jego osobliwym rozumieniu demokracji, polega ona nie na współżyciu różnorodności, a na równym traktowaniu równych sobie oraz na… nierównym traktowaniu nierównych, w sensie różnych ludzi. Demokracja ma jakoby wymagać uzyskania homogeniczności społeczeństwa poprzez eliminację/zniszczenie wszelkich instancji heterogeniczności. To oczywiście zwykły powrót do, zdemaskowanego przez Benjamina Constanta, starożytnego rozumienia demokracji z dodatkowym uściśleniem, iż większość nie tylko przegłosowuje i deprecjonuje mniejszość, ale po prostu ją likwiduje w taki czy inny sposób.
Schmitt to teoretyk prawa, który wprost odrzuca ideę liberalnego państwa prawa. To w zasadzie Leonia Pawlakowa z „Samych swoich” (wręczająca synowi granat, gdy ten jedzie na rozprawę sądową), tylko przyozdobiona w piórka uniwersyteckiego wykładowcy i autora filozoficznych pism. Dla Schmitta prawo prawem, ale u podstaw każdego systemu politycznego winna leżeć czysta, nieograniczona decyzja władcy (to głównie ta koncepcja uczyniła Jarosława Kaczyńskiego wielbicielem niemieckiego filozofa). Jeśli więc w III Rzeszy tyle powtarzano o „woli Führera” jako ostatecznej instancji, to jest to pomysł Schmitta, wielkiego piewcy samowoli władzy i arbitralnych rządów ludzi na szczycie i ich kaprysów. To idea dziś wcielana w życie przez Donalda Trumpa z gracją i w estetyce MMA. To idea spalenia przysłowiowego „wozu Drzymały”, miast użerania się z jego właścicielem w sądach. To propozycja pozbawienia zwykłego człowieka wszelkich narzędzi i argumentów na obronę jego wolności, praw i dóbr w zderzeniu z aparatem państwa. To likwidacja wszelkich zasad ogólnych, pewności przepisów i prawna niewola. Schmitt chętnie operuje pojęciem „stanu wyjątkowego”, jako stanu rzeczywistego spełnienia polityczności, momentu, w którym władza uzyskuje ostateczne potwierdzenie swojego statusu jako absolutnego suwerena. Nawet jeśli jakieś prawa istnieją, to stan wyjątkowy, możliwy do wprowadzenia pod dowolnym pretekstem rzekomego „zagrożenia” dla państwa i narodu, prawa te anuluje lub zawiesza, priorytuzjąc formalnie bezpieczeństwo, a realnie samowolę rządu ponad wszelkie wolności osobiste poddanych. Ostatecznie stan wyjątkowy może przecież stać się regułą, a nie wyjątkiem od niej.
Nadanie prawu tak nikłego znaczenia konsekwentnie pociąga za sobą w wywodach klejnotu nazistów krytykę parlamentaryzmu. Władza ustawodawcza odrębna od wykonawczej jest klarownie niekompatybilna ze Schmitteańskim konceptem państwa, zaś rzekomo jałowe dyskusje o charakterze publicznym filozofa niezwykle mierziły, zwłaszcza że był zwolennikiem braku kontroli społeczeństwa czy mediów nad ludźmi władzy i ukrywaniem procesów władczych przed okiem opinii publicznej. W zasadzie Schmitt był przeciwnikiem istnienia opinii publicznej, o wolności słowa nie wspominając. W zamian proponował swoistą „demokrację tożsamościową”. Pod tym terminem tylko pozornie ukrywa się coś, co mogłoby wzbudzić pozytywne skojarzenia współczesnych progresywistów. U Schmitta taka demokracją oznacza „tożsamość” rządzonych z rządzącymi, czyli realizowane w postaci masowych wieców seanse wyrażania przez lud poparcia dla władzy poprzez gromką aklamację. Pochodnie, sztandary, równy krok, muzyka marszowa i palenie książek – opcjonalne. Tego rodzaju zbiorowy entuzjazm legitymizowałby wolną rękę władzy i zastępował i wybory, i parlamenty.
Debata publiczna i intensywna komunikacja na temat problemów czy kryzysów państwa osłabia je, więc jest nie do przyjęcia. Polityków parlamentarnych, intelektualistów i żurnalistów Schmitt darzył szczerą pogardą jako „gotową na kompromisy, rozdyskutowaną klasę”. I pisał: „Wiara w parlamentaryzm (…) należy do świata idei liberalnych. Nie należy natomiast do demokracji. Te dwie rzeczy, liberalizm i demokrację, należy od siebie odseparować”. Pluralizm zagraża jedności i sile państwa. W jego miejsce winien wkroczyć swoisty „decyzjonizm”, gdzie w centrum procesu politycznego stoi akt decyzji, dekret czy rozporządzenie, jasna dyspozycja, która nie podlega dyskusji czy prawnemu podważaniu. Ten tok myślenia doprowadzi w 1934 r. – na tle rozprawy z SA – Schmitta do sformułowania poglądu, iż „prawdziwy Führer jest zawsze także sędzią”.
Schmitt był jednak także przeciwnikiem zapędów technokratycznych i wszelkich innych idei idących w kierunku odpolitycznienia czy „neutralizacji” obszarów życia społecznego. Co dla liberałów jest szansą na ograniczenie polaryzacji i stworzenie warunków współpracy dla ludzi o odmiennych poglądach politycznych, w tym stworzenie płaszczyzn integrowania ludzi ponad światopoglądowymi podziałami, jest dla Schmitta nieakceptowalnym wyłomem w koncepcji absolutyzacji i totalizacji polityczności. Może powodować osłabienie „ducha narodowego”. Schmitt domaga się natychmiastowego przywracania „napięcia politycznego” wszędzie tam, gdzie doszło do uspokojenia. Gdy wróg znika z pola widzenia, albo przestaje organizować wyobraźnię polityczną, musi zostać zastąpiony nowym wrogiem z nowym impulsem skrajnych, negatywnych emocji. Prawica, nie tylko w Polsce, jest tutaj pojętnym uczniem klejnotu nazistów, rotując co sezon paletą dostępnych wrogów i odkurzając kolejne ich figury swojej publiczności: Niemcy, uchodźcy, osoby LGBT, Ukraińcy, ludzie wykształceni, itd. od nowa.
Schmitta niepokoi także uniwersalizm, zwłaszcza uniwersalizm praw człowieka i ogólnie pojęcie „ludzkości”. Termin ten sugeruje wspólnotę wszystkich ludzi i stanowi barierę dla ustanawiania figury wroga. Idea, iż ludzie spoza wspólnoty narodowej mogą cieszyć się takimi samymi prawami, co jej członkowie, budzi histerię Schmitta. Przestrzega on przed iluzją uprawnień wywiedzionych ze statusu istoty ludzkiej. Nie ma żadnych standardów ponad prawem krajowym (całkowicie powolnym woli władcy). Los człowieka całkowicie zależy od kształtu narodowej wspólnoty, do której nieodzownie przynależy. To doskonale współbrzmi z pogardą, jaką budziły u Schmitta wszelkie dywagacje dotyczące miejsca moralności w obszarze polityczności. Nie ma czegoś takiego jak oceny moralne władzy. Tym ocenom podlegają wyłącznie rządzeni pod kątem posłuszeństwa i wykazywanego animuszu lojalności.
Schmitteańska polityka jest całkowicie amoralna i stanowi ogniwo całkowitego nihilizmu etycznego w życiu publicznym. To decyduje o jej absolutnej niekompatybilności z liberalizmem, jako systemem idei całkowicie wyrastającym z refleksji moralnej. Jej triumfalny pochód w kręgach współczesnej prawicy jest ponadto także widomym znakiem rozwodu z moralną refleksją i przyjęcia przez prawicę drugiego ćwierćwiecza XXI w. charakteru czytelnie antychrześcijańskiego. To recydywa świata sprzed 1945 r. i pogrzeb całego dorobku europejskiej chadecji i amerykańskiego religijnego konserwatyzmu.
Jak napisał John Acton, każda władza korumpuje, ale władza absolutna korumpuje absolutnie. W świecie filozofii politycznej najbardziej zdeprawowanymi umysłami są te, które dostarczają pseudo-intelektualnych uzasadnień dla nieograniczonego pochłaniania przez władzę kolejnych obszarów. Głosząc takie poglądy nietrudno zostać pieszczochem władzy i wydaje się, że Schmitt zostałby pieszczochem każdej zdeprawowanej władzy, niezależnie od ideologicznych barw. On akurat trafił w czas i miejsce, gdzie jego barwy okazały się brunatne. Dzisiejszy renesans Schmitta niekoniecznie oznacza, że przykładowo współczesna administracja w Waszyngtonie idzie drogą ku narodowemu socjalizmowi. Oznacza jednak, że jest wyzuta z ograniczeń moralnych, gardzi ludzką wolnością, nie szanuje żadnych traktatów i ustaleń oraz nieustannie szuka wrogów i w każdej chwili może skierować ostrze swojej agresji w naszą stronę.