Martin Heidegger należy do najbardziej wyśmienitych umysłowości w całej historii filozofii. Jego dorobek i wpływ na kierunki ludzkiego myślenia musi zostać w pewnym sensie doceniony. Niestety, w odniesieniu do refleksji na temat ludzkiej wolności – a była to jedna z centralnych kategorii w jego systemie, nie peryferyjny temat odhaczony ze swoistego obowiązku przy okazji rozważań nad naturą bytu czy postrzegania – nie sposób nie sformułować jednoznacznej oceny i nie zaliczyć Heideggera do grona nieprzejednanych i niezwykle niebezpiecznych wrogów wolności indywidualnej człowieka. I tylko drugoplanowym staje się tutaj pytanie o jajo/kurę Heideggerowskiego toku rozumowania, czyli co było najpierw? Czy to z intelektualnie uczciwej (acz moralnie nagannej) refleksji myślowej nad naturą wolności zrodziły się konsekwencje w postaci gorących sympatii filozofa wobec totalitaryzmu, a wobec narodowego socjalizmu w szczególności? Czy może te sympatie apriorycznie pokierowały już nieco zmanipulowanymi koleinami myśli fryburskiego profesora?
Jako rektor swojej uczelni Heidegger w 1933 r. gorliwie poparł nowy reżim Adolfa Hitlera i ochoczo wstąpił do NSDAP, co sam uznał za akt „wystąpienia z programem pozytywnym”. Z entuzjazmem zaangażował się w realizację postulatu Gleichschaltung oraz wprowadził antysemickie „paragrafy aryjskie” na uczelni. Zawiesił w prawach swojego własnego nauczyciela, Edmunda Husserla, ze względu na jego żydowskie pochodzenie. Był też pospolitym kapusiem: donosił do władz na wykładowców ujawniających liberalne czy lewicowe poglądy, jak np. na profesora chemii i późniejszego noblistę, Hermanna Staudingera. Całkowicie odrzucił ideę autonomii uniwersytetu i wolności akademickiej oraz wolności nauki polegających na niezależności oraz na nieskrępowanych poszukiwaniach badawczych, na kwestionowaniu, podważaniu i korygowaniu zastanych hipotez. Taką wolność uznał za fałszywą i samolubną. W jej miejsce proponował, wywiedzioną ze swoich rozważań, wolność „nową” w postaci karnego zespolenia się studentów i naukowców z losem narodu poprzez obowiązki pracy, obrony i wiedzy.
Heidegger żył wówczas w przekonaniu, iż funkcja rektora nazistowskiego uniwersytetu jest stworzona do misji ratowania Zachodu (lub „uczynienia Zachodu znowu wielkim”), że jest władny odmienić bieg historii, że nazistowska idea stworzy podstawę dla autentycznej etyki polityki, na deficyt której cierpieć miała dekadencka demokracja liberalna doby Weimaru. Poprzez odrzucenie wszelkich norm moralnych (absolutny nihilizm) oraz uznanie braku istnienia obiektywnej prawdy w życiu polityczno-społecznym, Heidegger uczynił się piewcą idei czystej decyzji i determinacji, a więc definiowania „prawdy” czy autentyczności przez silnego przywódcę czy ośrodek władzy, zdolny swe decyzje zwyczajnie siłowo przeforsowywać. Wszystko to szło u niego w parze oczywiście z metafizycznym wręcz antysemityzmem, wywiedzionym z obrazu Żydów jako ludzi bez zakorzenienia, nieuchronnie nieautentycznych, wiecznie kalkulujących w duchu racjonalizmu i kapitalizmu, którymi pogardzał.
Odraza wobec nowoczesności była bodaj kluczem do zrozumienia błądzenia Heideggera po manowcach rozsądku. Fryburski profesor gardził dążeniem do dobrobytu i szczęścia ludzi i z tego powodu gwałtownie odrzucał naturę liberalizmu, czyli idei, w której ludzkie dobro jest jedynym celem. Zrównywał amerykański liberalizm z sowieckim komunizmem, twierdząc że oba systemy dążą do uniformizacji ludzi i ich dobrobytu, lecz uwierać musiał go tylko ten drugi, skoro sam poparł nazizm. Oczywiście polityczny marazm Republiki Weimarskiej oraz głębokie wyrwy w społecznej tkance, które wówczas się ujawniły, miały prawo wywrzeć na nostalgiku wczesnego antyku piorunujące wrażenie. Jednak jego zarzuty o swoistą liberalną apokalipsę w związku z rzekomym „upadkiem Nieśmiertelnego Boga” lub wiary w ponadczasowy Byt, o zatracenie wszelkiego sensu istnienia człowieka i pojęć prawdy, sprawiedliwości i dobra, wyglądają na dość typowe projektowanie przez Heideggera własnego upadku moralnego na otoczenie, czasy, okoliczności czy zagregowanego „człowieka nowoczesności”. Widać tu raczej histerię i poszukiwanie winnego własnych niedomagań poza sobą.
Tak więc nihilista odrzucający istnienie obiektywnych zasad etycznych o nihilizm postanowił oskarżyć drugą stronę, zarzucając liberalnej koncepcji wolności wypływanie z nihilizmu oraz z ludzkiego zagubienia wskutek postępów techniki. Jej bowiem Heidegger również się bał, dopatrując się w jej rozwoju potencjalnego odwrócenia ról. Człowiek zdobywający dzięki innowacjom coraz większe panowanie nad przyrodą i redukujący zasoby świata do „stanu rozporządzalnego” w pewnym momencie sam zostaje do części tak rozumianych zasobów zredukowany w procesie produkcyjnym, podając łupem celów ekonomicznych, takich jak efektywność, zysk czy racjonalizacja. Zjawiska takie jak walki klas, systemy totalnej kontroli, masowe starcia sił społecznych oraz wojny ideologiczne są pokłosiem tego momentu. I chociaż dzisiaj, wraz z rozwojem AI oraz ekspansją wpływów big tech te Heideggerowskie lęki odzyskują aktualność, to jednak głoszenie ich w związku ze stanem rozwoju technologii w jego czasach było w znacznej mierze nietrafne i przedwczesne, a w każdym razie metodą na okiełznanie tych sił okazała się społeczna gospodarka rynkowa, a nie narodowy socjalizm.
Jednak kluczowym punktem sporu Heideggera z liberalizmem była idea wolności, u niego całkowicie ontologiczna. Filozof niemal zanegował istnienie wolnej woli oraz wyboru, jako że człowiek nie wybiera punktu wyjścia swojego życia, tylko zostaje „rzucony” w konkretny moment historii i struktury polityczne. Ta determinacja egzystencjalna tak dosadnie zawęża możliwości decydowania, że „projektowanie” życia przez człowieka co do kwestii esencjonalnych ma praktycznie zerowy potencjał i ogranicza się wyłącznie do nieistotnych drobiazgów. Chociaż dla przygniatającej większości ludzi właśnie w owych „drobiazgach” może skrywać się krytyczny klucz do szczęścia, Heidegger prycha na to z pogardą ze swoich filozoficznych wyżyn. Człowiek winien te drobiazgi ignorować i skupić się na swoich obowiązkach wobec „wolności”, a polegają one na odkrywaniu jej „prześwitów”. Scenariusz życia każdego człowieka jest dlań już napisany, a on winien go poznawać i wypełniać jako wolnościo-powinność. To nie człowiek ma wolność, to „wolność” ma człowieka. U Heideggera „wolność” polega więc na pozwoleniu bytom, aby były swoimi „autentycznymi” wersjami w ich własnych „prawdach”. Człowiek musi zatem nauczyć się żyć autentycznie poprzez „odpowiadanie na zew Bycia” i zaakceptować swój los poprzez zespolenie swego przeznaczenia z losem wspólnoty, której historyczna racja bytu całkowicie odsuwa na margines „indywidualną samowolę”. Człowiek nie narzuca Byciu swoich kalkulacji, celów czy aspiracji, a jedynie staje się „strażnikiem Bycia” w jego odkrytej formie. Tak oto okazuje się Heidegger kolejnym w długiej tradycji filozofów utożsamiających wolność ze zniewoleniem poprzez kolektywizację za pośrednictwem ogniwa rzekomego „odkrycia” natury, bytu, prawdy lub dowolnego innego, wyimaginowanego paradygmatu.
Heidegger nie mógł wręcz znieść, że ludzie odkrywają szczęście i satysfakcję w prostych rzeczach codzienności. Jego krucjata polegała na próbie wyrwania człowieka z rzekomych okowów „mechanicznej pracy” i „bezmyślnej rozrywki”. Ubolewał nad konsumpcjonizmem i nad tym, że ludziom radość przynoszą rzeczy, a nie np. oddawanie się zadumie nad sensem istnienia, intensywne doświadczanie tajemniczości lub niepojmowalność świata (tutaj widać figurę człowieka, który nie tylko liczy trolejbusy, ale i chce, aby każdy chciał liczyć trolejbusy). Widział w tym chorobę wywołaną przez kryzys filozofii. Człowiek zapomniał o Byciu, a fryburski profesor chciał go nie tyle namówić, co zmusić siłą do powrotu do czasów (lokowanych w głębokiej starożytności, jeszcze na długo zanim Ateny Peryklesa wykonały pierwszy krok ku upadku ludzkości, a Platon zatruł filozofię banalnymi zastępnikami kategorii Bycia), gdy ludzie doświadczali Bycia, a życie naznaczone było pięknem i mądrością. Odzyskanie świadomości Bycia i pełne skupienie ludzkości na jego odkrywaniu, poprzez odebranie ludziom otaczającej ich banalności, przywróci piękno istnienia oraz prawdziwą „wolność”. Zatem w gruncie rzeczy otrzymujemy następującą ocenę: realnie istniejące ludzkie pragnienia i wolność ich zaspokajania to odstręczająca dekadencja, zaś przymusowe wplecenie człowieka w rydwan kolektywnej historii narodów (bo to ostatecznie dyktuje odkrywane Bycie – Heidegger już to wie!) to mądrość i piękno.
„Wolność” w tym ujęciu realizuje się więc nie poprzez jakąkolwiek aktywność, tylko jest stanem pasywnym, receptywnym. Usłyszenie „zewu Bycia” i autentyczna odpowiedź na niego pozwalają wyjść człowiekowi poza opłotki codziennego otępienia różnymi dobrami materialnymi czy fałszywymi wartościami w rodzaju życia rodzinnego i przejść do realizacji swojej egzystencji w świadomy sposób, a więc z akceptacją ludzkiej skończoności i nieuchronności śmierci (to najwyższym poziom wtajemniczenia, tzw. Bycie ku śmierci).
Heidegger był pewien, że to Adolf Hitler usłyszał „zew Bycia”. Na zasadzie proxy zwykły człowiek mógł więc w sposób odbity usłyszeć ów błogosławiony zew wybierając całkowite posłuszeństwo Führerowi. Fryburski profesor ostatecznie więc, po przebyciu wszystkich tych zawiłych meandrów filozofowania na najwyższych pułapach skali, dochodzi do wniosku, że najwyższym aktem „wolności” człowieka jest całkowite posłuszeństwo Adolfowi Hitlerowi. Z tym wiąże się unieważnienie podziału na prywatną i publiczną sferę życia, wymóg totalnego zaangażowania człowieka w służbę państwu, likwidacja pluralizmu, dyskusji czy kompromisów politycznych. Doprawdy oportunizm, lizusostwo oraz całkowite wyzucie z wartości moralnych okazują tutaj swoją wyższość nad najwyższej jakości filozofią, gdyż prowadzą do tych samych rezultatów ze znaczącą oszczędnością czasu i wysiłku.
Tymi metodami nazizm miał ostatecznie przywrócić piękno egzystencji, ale poniósł klęskę tak horrendalną, że Heidegger z bólem musiał (najpierw – przed 1945 r. – tylko znajomym, a po wojnie całej opinii publicznej) przyznać, że nie podzielał tak naprawdę jego przekonań. Ale powrót Zachodu na tory liberalnego „upadku” po II wojnie światowej wytłumaczył sobie i słuchaczom tym, że człowiek (puch marny) nie jest oczywiście w stanie odkryć Bycia, o ile Bycie samo tego nie chce. Już za Peryklesa Bycie skryło się przed ludzkim wzrokiem, a choć za Hitlera było blisko decyzji o „ponownym przyjściu”, to jednak zdecydowało się pozostać za zasłoną. Skubane Bycie uznało, że Zachód jest nie do odratowania i niechaj sczeźnie pod pręgieżem liberalnego zepsucia. Do poziomu maksymalnych urojeń Heidegger dochodzi, gdy radykalizuje determinizm i całkowicie pozbawia człowieka wszelkiego sprawstwa poprzez hipotezę, że to Bycie decyduje o świadomości ludzi na temat Bycia, świat jest dla człowieka przyjazny wtedy, gdy sam tak zdecyduje, a skuteczna polityka nie jest dziełem człowieka (nawet Führera), tylko produktem decyzji dziejów, które postanowią się potoczyć w dobrą stronę.
Dość kuriozalnym wątkiem koncepcji Heideggera było jego podejście do kolektywu. Z jednej strony zarzuca liberalizmowi i kapitalizmowi ujednolicanie ludzi i wrzucanie ich pod pozorem wolności wyboru w masowe społeczeństwo przeciętności, gdzie wskutek rozwoju technologii stają się oni dodatkowo częścią umasowionego „zasobu ludzkiego”. Używając niemiecki zaimek bezosobowy „man” („się”) filozof kreśli zagrożenie dyktatu owego Się, czyli jakoby swoistej opinii publicznej decydującej, co wypada zrobić, wybrać, ubrać czy powiedzieć. Ta okoliczność decyduje o ułudnym charakterze wolności liberalnej. Jej wytworem jest społeczna masa, odzierająca ludzkie istnienie z podniosłości i sensu, brutalnie pozbawiająca człowieka realnej kontroli nad życiem. Człowiek zostaje oszukany i wierząc w swoją unikalność, godność i wartość, staje się seryjnym produktem społecznego przemysłu.
Ta krytyka jest o tyle niezrozumiała, że Heidegger równocześnie nie widzi żadnego sensu w odizolowanym jednostkowym istnieniu. Człowiek może realizować się tylko poprzez wspólne Bycie z Narodem, a nawet – jak już widzieliśmy – karne zespolenie się z nim i całkowite podporządkowanie mu. Dlaczego więc rzekome wpadnięcie w obręb zunifikowanej masy konsumentów jest dla niego problemem, skoro sam domaga się zespolenia w równych szeregach oddających całe życie narodowej nadrzędności? Czym masa różni się od narodu, oprócz tego, że masa jest masą ludzi szczęśliwych, a naród kolektywem ludzi zmuszonych do ultymatywnej ofiary?
Martin Heidegger niewątpliwie bardziej kochał wnętrze swojej głowy i kołatające tam myśli, z Byciem na czele, aniżeli ludzi żyjących wokół niego. To niekoniecznie była socjopatia, może zwyczajna „odklejka”, która zapętliła się aż po granice szaleństwa? Heidegger umyślnie chciał nadać życiu ludzi ciężar, tak w sensie powagi i głębokiego sensu filozoficznego, jak i w sensie wstrząsającego przeżycia na pograniczu śmierci – takiego jak Holokaust – które mogło się okazać „pożyteczne” dla ludzi starających się dotrzeć do prześwitu Bycia. Szczęście, bezpieczeństwo, rodzina, miłość, dostatek to trucizny, które psują, degradują, rozleniwiają człowieka. On potrzebuje tragedii, wstrząsów i apokalips, aby zostać pchniętym do czynów bohaterskich, rozpoznania istoty Bycia i natury świata. Fryburski profesor walczył o państwo, które nie zaspokaja potrzeb ludzkich, tylko zaprowadza ich deprywację, aby ludzi zmuszać do swoiście pojętej wielkości i ostatecznych poświęceń. Jego system filozoficzny został zbudowany tak, jakby etyka w ogóle nie istniała. Dzisiaj pozostaje jednym z najbardziej odrażających i odstręczających ataków na ludzką wolność, dobrobyt, szczęście i bezpieczeństwo. To w gruncie rzeczy zamach na ludzkie życie w postaci filozoficznych pism.