Jest niemała przyjemność w korzystaniu z prawa do napisania tekstu, za który jeszcze niedawno, w pierwszym okresie swojego własnego życia, poszłoby się być może nawet do więzienia. Spośród tworzących przed XX w. wrogów wolności żaden nie zachował, aż nawet po dzień dzisiejszy, tak znacznych wpływów intelektualnych, jak Karol Marks. Jego status jako wroga wolności ludzkiej może, na wstępie, potwierdzać właśnie podany w pierwszym zdaniu fakt. Zwolennicy i kontynuatorzy myśli Marksa w XX w. za krytykę jego poglądów wsadzali do więzień, karali utratą pracy, a nawet dopuszczali się zbrodni na krytykantach. Do poglądów Marksa rzadko wtedy przekonywano dyskusją i argumentacją, raczej pobiciem, torturami i pistoletem przystawionym do głowy w mrocznych kazamatach tej czy innej „służby bezpieczeństwa”. Przed 1989 r. także w Polsce autor takiego tekstu jak ten, musiałby liczyć się z „nieprzyjemnościami”. Pozbawienie człowieka wolności słowa oraz intelektualnej swobody głoszenia własnych przemyśleń, było dla marksistów oczywistym elementem doktryny. Zgodnie jednak z liberalnymi zasadami odpowiedzialności wyłącznie indywidualnej, Marks niekoniecznie może być obarczony winą za czyny swoich późniejszych apologetów. Źródeł wrogości wobec wolności trzeba poszukiwać w jego własnych pracach.
Zacznijmy jednak od tego, że Marks swoimi własnymi zachowaniami publicznymi inspirował postępowanie swoich wyznawców. W relacjach ze spotkań z nim zachowały się uwagi o tym, iż był odrażającym typem, butnym i aroganckim, lubującym się w okazywaniu pogardy tym, których uznał za intelektualnie nierównych sobie (czyli prawie wszystkim). Nade wszystko gardził poglądami odmiennymi od swoich i nie tolerował żadnych objawów niezgody na to, co mówił. Nie poświęcał krytykom żadnej uwagi, w dzisiejszym języku powiedzielibyśmy, że ich cancellował. Nie miał, jako emigrant bez grosza przy duszy, żadnych wpływów i nie mógł żadnego przeciwnika wtrącić do kazamatów na tortury, ale gdyby takie możliwości miał, to raczej chętnie by po nie sięgał, wpisując się w mentalność i modus operandi swoich popleczników w kolejnych pokoleniach, którzy przejęli kontrolę nad aparatami władzy w kilku państwach, na czele z sowiecką Rosją.
Życiorys Marksa musiał być także inspiracją dla mniej radykalnych z jego apologetów, czyli socjalistów. Twórca komunizmu miał co prawda klasowo „niewłaściwe” pochodzenie, a jego rodzina dysponowała majątkiem, sam jednak prowadził na tyle hulaszczy i rozrzutny tryb życia, że co chwilę popadał w długi. Jego biografia to w zasadzie opowieść o losach budżetu socjalistycznego państwa w pigułce. Oczywiście Marks nie widział w świadczeniu regularnej pracy zarobkowej rozwiązania swoich finansowych problemów. Lider klasy robotniczej nie miał szczególnej ochoty, aby sam stać się „człowiekiem pracy”.
Karol Marks zaczynał jako w pewnym sensie „liberał”, albo raczej przeciwnik opresji w wydaniu konserwatywnego reżimu pruskiego. W końcu musiał z Prus uciekać, aby znaleźć schronienie w Wielkiej Brytanii, czyli… najbardziej liberalnym państwie ówczesnego świata. Deklaratywnie chciał uchodzić za przyjaciela wolności, nigdy nie ustając w przekonywaniu, że projektowany przez niego komunizm będzie finalnym stadium rozwoju ustrojów społeczno-ekonomicznych w kierunku ładów coraz bardziej naznaczonych wolnością – od niewolnictwa feudalizmu, przez formalną i złudną wolność kapitalizmu aż po wolność totalną z jego wizji. Stał na stanowisku, że krokiem ku pełnej wolności będzie „uwolnienie” człowieka z pęt konieczności powtarzalnej i mozolnej pracy. Jego wymarzony projekt obejmował ludzi, którzy mogą spędzać czas w zróżnicowany sposób: tańczyć ludowe tańce po śniadaniu, popracować przy zbiorze jabłek po obiedzie, posiedzieć pod drzewem i napisać traktat filozoficzny lub namalować pejzaż w porze podwieczorku, aby wieczorem popracować dla wspólnoty jako np. motorniczy tramwaju. Nie trzeba nawet pisać, jak utopijny jest to pomysł w świecie narastającej specjalizacji.
Pisząc swoje opasłe tomy i konstruując swoją doktrynę, Marks w chaotyczny sposób sięgał po przypadkowe źródła, dobierał dane pod kątem z góry napisanych tez, zresztą po środki empiryczne sięgał nader oszczędnie, skupiając się na opieraniu swoich wynurzeń filozoficznych głównie o swoje własne wcześniejsze filozoficzne wynurzenia i podchodząc do tychże niczym do danych źródłowych. Powstała w ten sposób polityczna doktryna mniej skupiona na poszukiwaniu „prawdziwego rozumienia” wolności człowieka, a bardziej na krytyce zastanej rzeczywistości liberalno-kapitalistycznej. Ta rzeczywistość w XIX w. oczywiście mocno skrzeczała i wymagała bezliku reform, których w kolejnych dekadach dokonywały kolejne pokolenia polityków, nie tylko, ale w znacznej mierze liberalnych, aż tzw. manchesterski kapitalizm z połowy dziewiętnastego stulecia przekształcił się w państwo nowoczesnej i społecznej gospodarki rynkowej drugiej połowy XX w. W tym samym czasie, w innych krajach, usiłowano wdrażać projekt Marksa. Tam powstawał komunistyczny totalitaryzm, który pociągnął za sobą miliony ofiar śmiertelnych, wpędził setki milionów ludzi w praktycznie bezprecedensową nędzę oraz skazał ich wszystkich na życie w reżimie strachu, przymusu i terroru.
Centralnym postulatem komunizmu Marksa jest zniesienie własności prywatnej. Jest to dla niego narzędzie o logice „wielkiego zrównywacza” ludzi. Prywatną własność miałaby zastąpić własność „społeczna” lub „ogólna”. Marks uważa, że taki teoretyczny chochoł spowoduje, że ludzie nie dostrzegą, iż w szczycie walki o zniesienie niewolnictwa osób czarnoskórych w USA, proponuje on objęcie niewolnictwem wszystkich ludzi. Praca bez wynagrodzenia jest niewolnictwem, a przy braku własności prywatnej wynagrodzenia nie mogą być stosowane. Uznanie, że wytworzona przez niewolnika wartość nie zostanie przejęta przez właściciela środków produkcji, tylko przez jakiś „ogół”, nic nie zmienia. „Ogół” nie istnieje jako podmiot zdolny działać, w imieniu „ogółu” działają konkretni ludzie, którzy tą władzę i wpływy uzyskali w sposób polityczny. To oni stają się w systemie Marksa „plantatorami bawełny”, czyli przymusem (jeśli trzeba to i w formie pejcza) zapędzają do pracy, kontrolują niewolników, a następnie przejmują benefity i dysponują nimi w takim czy innym, arbitralnym modelu przydziałowym. Plantatorzy swoich niewolników także karmili i dawali im leżanki pod dachem, co stanowi odpowiednik tego ostatniego etapu dysponowania wypracowaną wartością. „Kariera” nomenklatury partii komunistycznych była oczywistym pokłosiem tego systemu. Dodatkowo, pozbawiony własności prywatnej człowiek jest wobec wyzysku całkowicie bezbronny, jako że nie ma żadnych środków zorganizowania sprzeciwu.
Przejmowanie środków produkcji i ich „kolektywizacja” w postaci oddania do dyspozycji „ogółu” (a zatem wierchuszki nomenklatury komunistycznej) stanowi naturalnie zwykłą kradzież obudowaną w (pseudo)filozoficzne uzasadnienia. Ryczałtowe założenie, iż cała własność prywatna i wszystkie majątki są zbudowane na niesprawiedliwości, pierwotnej czy bieżącej, jest (jak każde założenie ryczałtowe) błędne i oparte o logikę odpowiedzialności zbiorowej. Marks nie walczy z wyzyskiem, on proponuje zastąpienie wyzysku w wydaniu (zasuwających od brzasku do zmierzchu i dłużej) przedsiębiorców, fabrykantów i burżuazji wyzyskiem w wydaniu „aktywiszczów” ruchu komunistycznego, którzy nazwą się „ogółem” (i którzy byli nierzadko patentowanymi leniami lub rozrzutnymi degeneratami, takimi jak sam Marks). Marks obiecuje, że „ogół” zapewni każdemu środki do zaspokojenia potrzeb. Jednak w odniesieniu do potrzeb wyższych (samorealizacja, uzyskanie satysfakcji z własnego dorobku, poczucie własnej wartości), pozbawieni własności ludzie nie będą mieli swobody wyboru ścieżki ich zaspokojenia. Komunizm jest ideą dyktowania ludziom, jakie mają potrzeby, jak je zaspokajają i kiedy mają odczuwać satysfakcję z ich zaspokojenia. To niewolnictwo nie tylko w odniesieniu do pracy, ale także umysłowe.
Jeszcze bardziej oczywistym przejawem pogwałcenia wolności przez wynurzenia Marksa jest koncepcja zbrojnego doprowadzenia do powstania komunizmu, czyli rewolucji. To w sumie logiczne. Zbrodniczy i oparty o niewolnictwo system zostaje zrodzony poprzez przemoc, mordowanie, gwałty, plądrowanie i zniszczenia. Naczelnym celem liberalizmu (poszerzanie zakresu i ochrona wolności ludzkiej to jest tylko jego pochodna) jest zmniejszanie ilości okrucieństwa, jakie ludzie okazują innym ludziom. W komunizmie Marksa okrucieństwo jest fundamentem całej koncepcji. Pozbawienie życia drugiego człowieka jest aktem skrajnej agresji na jego wolność i nie istnieją nigdy żadne okoliczności usprawiedliwiające taki czyn czy nadające mu jakiś inny kontekst. Dodatkowo, Marks projektuje fazę „przejściową” w toku transformacji rewolucyjnej od kapitalizmu do komunizmu. Byłaby nią tzw. dyktatura proletariatu. Jak wiemy z historii, próby wprowadzenia komunizmu wszędzie w tej fazie ugrzęzły na zawsze, nie ziściło się marzenie o „świecie bez państw”, za to nastały czasy silnego i niesłychanie rozbudowanego aparatu państwa komunistycznego, zajętego centralnym planowaniem i stosowaniem terroru. Sama idea dyktatury oraz uprzywilejowania/dyskryminacji warstw społecznych ze względu na ich klasowe pochodzenie jest pogwałceniem wolności w najbardziej oczywistej formie chodzącej po planecie Ziemia. Inną sprawą jest to, że „dyktatura proletariatu” to kolejny chochoł. Pod nazwą „proletariat” ukrywa się tutaj ta sama grupa kacyków, nomenklatury i „aktywiszczów”, która w innych kontekstach chce uchodzić za „ogół” i to ona miałaby objąć dyktatorskie rządy. Ziejący pogardą wobec „głupich” ludzi Marks przecież nie zaproponowałby na serio oddania władzy robotniczym analfabetom swoich czasów…
Wolność jest przypisana jednostce, lecz u Marksa jednostka przestaje być podmiotem w jakimkolwiek układzie odniesienia. Podmiotami są klasy społeczne, to one mają interesy, prawa, cele i aspiracje. Myśl Marksa jest tu prosta jak konstrukcja cepa: nadrzędny zawsze i wszędzie ma być interes tzw. klasy robotniczej (formułowany jednak przez „ogół”/„proletariat”), on stoi ponad prawami jednostek, zatem te ostatnie mogą zostać poddane przymusowi politycznemu o dowolnym charakterze. Marks nie dostrzega w likwidacji wolności indywidualnych żadnego faulu na idei wolności, ponieważ formalne/potencjalne prawa polityczne i swobody, typowe dla klasycznego liberalizmu XIX w., są w jego ocenie faktycznie nieistniejące, jako że w realiach kapitalizmu pozostają poza zasięgiem większości ludzi, w tym całych „nizin społecznych”. To częściowo trafna krytyka, ale Marksowi służy za kwiatek do kożucha całkowitej likwidacji praw jednostki, w tym także przecież ludzi o „właściwym” pochodzeniu klasowym. W komunizmie każda jednostka jest podporządkowana „celom społecznym”, a te dowolnie ustalają „ogółowe” „aktywiszcza”.
Marks odrzuca także wolność słowa. Tutaj leży przesłanka do tak brutalnego obchodzenia się przez późniejsze reżimy komunistyczne z głosami dysydenckimi. Marks uznaje bowiem, że ludzie nie głoszą rzeczywistych poglądów, tylko aksjomaty pojęciowe ukształtowane przez ich pochodzenie społeczne, sytuację majątkową i interesy ekonomiczne. W związku z tym poglądy konserwatywne głoszą przedstawiciele klas majętnych i obrosłych w zwyczajowe przywileje, poglądy liberalne – przedstawiciele klas majętnych lub dynamicznie się bogacących, acz pozbawionych tradycyjnych przywilejów z epoki feudalnej, a poglądy socjalistyczne/komunistyczne – przedstawiciele ubóstwa, wyzyskiwani i pozbawieni wszelkich faktycznych praw. Co było trafną obserwacją w drugiej połowie XIX w. w Wielkiej Brytanii okazało się jednak nie być uniwersalną zależnością, co sami lewicowcy zrozumieli najpóźniej przy lekturze książki Thomasa Franka pod tytułem „Co z tym Kansas?”. Atak Marksa na wolność słowa był więc ostatecznie tylko próbą zamknięcia ust krytykom poprzez przemoc i dyskredytację.
Na koniec pozostajemy z pytaniem, czy złożenie wszelkich wolności wraz z samą ideą godności i autonomii jednostki ludzkiej na ołtarzu utopii komunistycznego „raju na Ziemi” byłoby warte tych poświęceń, gdyby utopia mogła się ziścić. Bo co do tego, że nie warto było je poświęcać dla zbudowania reżimu stalinowskiego, przeprowadzenia „rewolucji kulturalnej” Mao, urzeczywistnienia północnokoreańskiego dżucze, czy nawet doświadczenia „najweselszego baraku w obozie” w postaci PRL – mam nadzieję – wszyscy dziś się zgadzamy. To oczywiście pytanie wyłącznie teoretyczne. Ma ono nie większy sens, aniżeli rozważania nad tym, czy w wiecznym życiu w złączeniu z Panem Bogiem będzie nam lepiej niż na ziemskim łez padole. To kwestia wiary osobistej. Zresztą całkiem możliwe, że właśnie w życiu wiecznym doświadczymy czegoś na kształt rajskiej wizji Marksa, która w realiach życia doczesnego jest niewykonalna. Byłaby to wręcz doskonała ironia na podsumowanie filozoficznego dzieła Marksa, zapamiętałego ateisty.
Liberalizm odrzuca wszelkie utopie, jako niebezpieczne złudzenia, które niechybnie stają się uzasadnieniami dla stosowania wobec ludzi okrucieństwa. Komunizm Marksa oczywiście poszedł tą drogą i spowodował bezpośrednio śmierć i nieszczęście kolosalnej liczby ludzi. Liberalizm przyznaje się do klęski w sensie niemożności stworzenia ładu idealnego. Możemy mieć tylko ład najlepszy z możliwych, poprzez reformę, dialog, poprawki i otwartość na potrzeby innych ludzi. Formalne wolności to za mało, ale to cenny pierwszy krok. Są one bowiem zadaniem i celem, które w toku reform należy stopniowo realizować, zamieniając kolejne formalne uprawnienia w uprawnienia realne dla kolejnych grup ludzi. Marks tego nigdy nie zrozumiał. Wybrał drogę przemocy, rabunku, uprzedmiotowienia człowieka i przemożnej pogardy. Ściągnął na świat jeden z najstraszliwszych ekscesów pożogi w dziejach ludzkości.