Są książki, które czyta się jak opis choroby, która daje objawy, niektórzy ją nawet dobrze diagnozują, ale na końcu nie chce się tego zaakceptować. „Nowe zimne wojny”” Davida Sangera, doświadczonego dziennikarza „New York Timesa”” i wieloletniego obserwatora amerykańskiej polityki zagranicznej, należą właśnie do tej kategorii. To świetnie udokumentowana, miejscami wręcz bolesna podróż przez dziesięciolecia zachodnich złudzeń – wobec Rosji, Chin i własnej zdolności do rozumienia czy kształtowania świata.
Sanger zabiera nas w tę podróż w wielu aktach. Zaczyna od tego, co miało być niemożliwe. W grudniu 2021 r. na ukraińskiej granicy stało już ponad 60% rosyjskich sił lądowych, częściowo w formacjach gotowych do ataku. Były tam jednostki medyczne z zapasami krwi. A mimo to europejskie stolice – z powodów politycznych, ekonomicznych, psychologicznych – nie chciały wierzyć, że do pełnoskalowej inwazji naprawdę dojdzie. Tym razem nie był to błąd wywiadowczy, a raczej niebranie pod uwagę tego, że funkcjonują różne „racjonalności”. I ta rosyjska racjonalność różni się od naszej, zachodniej.
Nie byłby to zresztą precedens. Rosja konsekwentnie, co kilka lat, próbuje podporządkować sobie kolejny kawałek dawnego imperium. Gruzja 2008, Krym i Donbas 2014, pełnoskalowa inwazja na Ukrainę 2022 – to nie jest seria przypadkowych decyzji, lecz logiczny ciąg. Sanger udowadnia, że wzorzec był czytelny dla tych, którzy chcieli go widzieć. Problem w tym, że Zachód za każdym razem znajdował powody, by kolejny epizod traktować jako wyjątek, anomalię, akt frustracji, a nie jako element większej strategii. Jeśli po aneksji Krymu w 2014 roku można było powiedzieć, że Stany Zjednoczone zrobiły za mało, to Europa zrobiła jeszcze mniej. Już w czerwcu 2015 roku, kiedy świat debatował, jak ukarać Putina za inwazję na Krym, Royal Dutch Shell wraz z kilkoma innymi koncernami paliwowymi ogłosił nowe porozumienie z Gazpromem. Umowa dotyczyła budowy wartego ponad 10 miliardów dolarów gazociągu Nord Stream 2.
Ale Sanger sięga znacznie głębiej i dalej. Cofa się do czasów, gdy złudzenia były jeszcze głębsze. Rejs Busha i Putina po Nawie (na której kucharzem był niejaki Jewgienij Prigożyn, późniejszy szef Grupy Wagnera). Wielu wówczas wydawało się, że Rosja może naprawdę podążyć ku zbliżeniu z Zachodem. Wśród nich była między innymi Condoleezza Rice, znawczyni Rosji, była Sekretarz Stanu i Doradca Bezpieczeństwa Narodowego, która przyznaje bez ogródek: „przez krótką chwilę pomyślałam, że zimna wojna naprawdę się skończyła”. To wyznanie jest ciekawe – nie dlatego, że Rice się myliła (a myliła się), ale dlatego, że reprezentowała wówczas popularny pogląd wśród zachodnich elit. Kilka lat później, w lutym 2023 roku, Anthony Blinken, Sekretarz Stanu w administracji Bidena roku podsumuje rzeczywistość w taki sposób: „nie jest to świat, który chcieliśmy, czy staraliśmy się ukształtować po zakończeniu zimnej wojny”.
Sanger nie ogranicza się do Rosji. Równolegle śledzi analogiczną trajektorię wobec Chin – i tu obraz jest równie ciekawy. Bill Clinton w 1998 roku opowiadał studentom w Pekinie, że internet wkrótce podważy pozycję Komunistycznej Partii Chin. George W. Bush wtórował mu gospodarczo: „w pełni zgadzam się, że handel prowadzi do wolności, a gdy jeszcze dodamy do tego internet…”. Dziś te słowa brzmią niewiarygodnie, a zostały wypowiedziane zaledwie ćwierć wieku temu. Ogromną wartością tej książki jest zręczne stworzenie kroniki ostatnich dekad. Sandersowi udało się wrócić do fascynujących cytatów i namówić do udzielenia komentarzy byłych, jak i aktualnie sprawujących władzę urzędników.
Tymczasem mimo optymizmu Clintona i Busha już w 2007 roku Pekin przeprowadził jeden z najbardziej nieodpowiedzialnych testów broni antysatelitarnej w historii. Nie wywołał on rewizji zachodniej strategii wobec Chin. Refleksji nie wywołała też Monachijska Konferencja Bezpieczeństwa z tego samego roku, gdzie Putin wygłosił przemówienie będące, jak się dziś okazuje, wyraźnym zarysowaniem planów dyktatora wobec Ukrainy i regionu.
Sanger przywołuje między innymi kampanię prezydencką w Stanach z 2012 roku, kiedy Mitt Romney wskazywał Rosję jako największe geopolityczne zagrożenie dla Stanów Zjednoczonych. Barack Obama wyśmiał go podczas debaty z rozbrajającą pewnością siebie: „lata 80. dzwoniły, żebyś im oddał ich politykę zagraniczną, bo zimna wojna skończyła się dwadzieścia lat temu”.
Warto tu jednak zatrzymać się i oddać sprawiedliwość złożoności tego, co Sanger opisuje. Lawrence Freedman w swojej najnowszej książce „On Strategists and Strategy” słusznie przypomina, że do pewnego stopnia powinniśmy być wyrozumiali wobec urzędników i decydentów. Podejmują oni decyzje w oparciu o wiedzę, którą mają w danej chwili, w warunkach ogromnej niepewności i nieustannego przepływu często sprzecznych informacji. Z perspektywy historycznej wszystko wydaje się prostsze. Sanger – i to jest jeden z jego atutów – nie wciela się w prokuratora. Dokumentuje natomiast serie błędów i zaniechań Zachodu. Rozumie, że nie chodzi o wskazywanie niekompetencji palcem, lecz o coś poważniejszego: o rozpoznanie wzorca, w którym ludzie i instytucje wciąż nie uczą się na błędach.
I to jest być może najważniejsze przesłanie tej książki: zachodnie demokracje mają strukturalną trudność z przyjęciem do wiadomości, że ich otwarcie, internet (a właściwie swobodne jego użytkowanie) i wartości nie są automatycznie atrakcyjne dla wszystkich aktorów. Autokracje, nie chcą (i jak widać, nie chciały) zostać wciągnięte w demokratyczny porządek.
Nowe zimne wojny to przydatna lektura nie tylko dla tych, którzy interesują się polityką międzynarodową zawodowo. To książka dla każdego, kto chce lepiej rozumieć, co spowodowało, że świat wygląda tak, jak wygląda dziś oraz co to oznacza dla relacji Zachodu z Rosją i Chinami w nadchodzących dekadach. Bo złudzenia, jak metodycznie pokazuje Sanger, kosztują.