Błażej Filanowski: Miasto to wszystko

Drukuj
by Wikipedia
by Wikipedia1515

„Mieszkam w Londynie” – londyńczyk nie powie, że mieszka w Anglii. Informacja o Londynie to znacznie bogatszy komunikat. W jednym słowie zawarte są liczne informacje: moje środowisko to metropolia, kosmopolityczne społeczeństwo, funkcjonuję w centrum życia kulturalnego i gospodarczego. W światowym wyścigu miast polskie ośrodki wystartowały daleko za peletonem. Komunikaty zawarte w ich nazwach nie są jeszcze tak czytelne i atrakcyjne. Samorządy szukają nowej siły napędowej, aby to zmienić. Do osiągnięcia celu potrzebne są kompleksowe działania, które trudno zrealizować w czasie jednej kadencji, dlatego kusząca staje się droga na skróty.

Łatka Polski jako rolniczego, zacofanego kraju odeszła do lamusa, przynajmniej w Europie. Mimo to w oczach wielu osób z Zachodu Europa Wschodnia wydaje się bardziej prowincjonalna. Miasta stają na pierwszej linii frontu w walce o zmianę wizerunku Polski. Dla współczesnych Polaków są symbolem przynależności do europejskiego kręgu kulturowego i cywilizacyjnym papierkiem lakmusowym. Mistrzostwa Europy w piłce nożnej w 2012 r. czy krajowe zmagania o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016 pokazują, że ciężar zmiany wizerunku Polaków ponoszą w ogromnej mierze największe miejskie ośrodki. Zbudowanie stadionu dorównującego standardom tzw. starej unii okazało się możliwe. Generalna poprawa jakości życia, kondycji gospodarczej miast oraz ich wizerunku to wciąż aktualne wyzwania. Jak sobie z nimi radzić? Poszukajmy przykładów.

Nieco poniżej pół miliona mieszkańców, bezrobocie, popadające w ruinę zakłady przemysłowe i doniesienia o kolejnym zamachu terrorystycznym – tak wyglądało Bilbao w latach 80. XX w. Obecnie to jedno z najlepiej rozpoznawalnych miejsc w Hiszpanii – „efekt Bilbao” stał się dowodem na możliwość stosunkowo szybkiej zmiany wizerunku i sytuacji gospodarczej miasta oraz przykładem, że inwestycja w kulturę może przynosić zyski.

Efekt Bilbao Crtl+C

 

Pewnego ranka w biednym Bilbao pojawił się genialny architekt zza oceanu. Wysiadł z odrzutowca, z którego pokładu bystrym wzrokiem wypatrzył przestrzeń w znakomitym punkcie miasta. Wskazującym palcem zarysował bryłę budynku Muzeum Guggenheima, która wkrótce stała się ikoną architektury, jak magnes przyciągającą pielgrzymki miłośników sztuki współczesnej. Marzenie każdego prezydenta miasta – wielkie nazwiska, mecenat nad kulturą, wywiady, gale, wreszcie wspaniały pomnik własnej kadencji i jeszcze wzrost dochodów do miejskiej kasy. Brzmi idealnie. Efekt Bilbao miał jednak miejsce w Bilbao i nie jest „patentem”, który można odkupić. Proces rewitalizacji (słowo często w Polsce nadużywane) był kompleksowy, wynikał z głębokiego przekonania elit baskijskich o konieczności posiadania prężnego miejskiego ośrodka gospodarczego, naukowego i kulturalnego. Baskowie, utrzymując względną autonomię w ramach Królestwa Hiszpanii, zawsze odgrywali ważną rolę w wymianie handlowej z północą Europy. Wiek XIX przyniósł silniejsze podporządkowanie regionu prawu i urzędom hiszpańskim, ale jednocześnie rewolucja przemysłowa i nowe uwarunkowania prawne stymulowały rozwój górnictwa (głównie rud żelaza), dzięki czemu Bilbao stało się miastem hut i stoczni. Przemysł pozostał motorem napędowym miasta do lat 70. XX w., kiedy okazał się za mało konkurencyjny. Upadek zakładów oznaczał widmo katastrofy społecznej i gospodarczej. Z drugiej strony lata 70. przyniosły kres dyskryminującej Basków dyktatury generała Francisco Franco i nadzieję na możliwość łatwiejszego budowania własnej tożsamości. Wczesne lata 80. to czas wysokiego bezrobocia i prawdziwy koniec ery przemysłowego Bilbao, które zaczyna być kojarzone z bazą radykalnej baskijskiej organizacji terrorystycznej ETA – popieranej przez społeczność miasta w czasie dyktatury Franco, w nowej sytuacji stanowiącej coraz większy problem dla Basków umiarkowanych i otwartych na kompromis. W roku 1986 Hiszpania weszła do Unii Europejskiej, co otworzyło nowe perspektywy rozwoju. Wtedy Baskowie postawili sobie jasny cel – dla dobra regionu musimy uratować Bilbao. Pierwszym krokiem na drodze do odnowienia miasta były plany zagospodarowania przestrzennego oraz opracowanie wieloetapowej strategii mającej na celu przyciągnięcie nowych inwestorów i turystów. Wdrożono plan naprawy i rozwoju infrastruktury miejskiej (w tym komunikacji publicznej), przebudowy portu morskiego oraz lotniczego. Aby odnieść sukces, miasto miało też stać się bardziej kosmopolityczne, a sposobem na jego umiędzynarodowienie była kultura. Turyści z całego świata pod koniec lat 80. zaczęli oblegać śródziemnomorskie kurorty, odwiedzać Madryt i Barcelonę. Skierowanie choć kilku procent tego ruchu do stolicy Basków uznano za impuls, który momentalnie pobudzi gospodarkę miasta. Zmianę tras wycieczkowych autokarów zapewnić miały dwie wielkie osobowości świata sztuki: Peggy Guggenheim (1898–1979) i Frank Gehry (ur. 1929). Peggy była jedną z najwybitniejszych mecenasek sztuki XX w. Dzięki szerokim kontaktom w świecie awangardy (wyszła za mąż za surrealistę Maxa Ernsta) oraz fortunie rodziny Guggenheimów zgromadziła imponującą kolekcję, na której do dziś swoją pozycję w artystycznym świecie buduje szacowna międzynarodowa instytucja – Muzeum Guggenheima. Zaprojektowanie dla Bilbao oddziału tego muzeum powierzono Frankowi Gehry’emu, architektowi znanemu z niekonwencjonalnych pomysłów i zamiłowania do rzeźbiarskich form. Gehry właśnie w tej realizacji po raz pierwszy na dużą skalę użył zaawansowanego programu służącego m.in. do projektowania samolotów CATIA, co przyniosło efekt, jakiego dotąd w architekturze nie widziano. Poskręcane formy z tytanu i szkła przypominają przycumowany pancernik, niewiarygodnie zaawansowanej technicznie floty. Muzeum otwarto w roku 1997. Wprowadzenie prestiżowej instytucji w innowacyjną przestrzeń budynku Gehry’ego dało znakomity efekt. Bilbao i nazwisko Gehry’ego poszybowały w rankingach popularności. Architekt dostał zlecenia na kolejne spektakularne budynki.

Pewnego ranka Gehry sprawdza skrzynkę pocztową przed swoją rezydencją. Otwiera list od młodego chłopca, zaczynający się słowami „Panie Frank, jest pan genialny, uratuj nasze miasto, budując w nim coś wspaniałego!” – tak zaczyna się odcinek serialu Simpsonowie. Autorzy prześmiewczej kreskówki nie zostawili suchej nitki na powierzchownym kopiowaniu „efektu Bilbao”. W miasteczku Simpsonów słynny architekt buduje operę, do której mieszkańcy przychodzą… tylko raz. Ostatecznie drogi w utrzymaniu budynek popada w ruinę i staje się filią więzienia stanowego. W tym scenariuszu zawarta jest gorzka prawda. Od roku 1997, dzięki sukcesowi muzeum w Bilbao, w kraju Basków powstały kolejne imponujące obiekty autorstwa Gehry’ego. Żaden jednak nie był równie rozpoznawalny, nie stał się manifestem rzeźbiarskości w architekturze z zastosowaniem zaawansowanego oprogramowania. Nie powtórzył efektu szokującej, kosztownej „amerykańskiej interwencji” na europejskiej prowincji. Architektura muzeum w Bilbao zrobiła wrażenie, bo była czymś zupełnie nowym w swojej formie, konstrukcji, wyrazie. A co równie ważne, zadawała pytanie o przyszłość instytucji kultury. Czy budynek o takim przeznaczeniu ma być sam w sobie dziełem sztuki? Dyskusja na ten temat rozpalała nadzieje zwolenników takiego rozwiązania i niepokoje przeciwników. Dziś widzimy, że efektowne budynki muzealne (Muzeum w Bilbao lub Muzeum Żydowskie w Berlinie) nie są chętniej odwiedzane ani bardziej dochodowe od chociażby londyńskiego Tate Modern, mieszczącego się w doskonale przystosowanym do nowej funkcji budynku starej elektrowni.[1]

Florencja postmodernizmu

Bilbao postawiło poprzeczkę bardzo wysoko. Architektoniczna przemiana nie miała skończyć się na jednym spektakularnym budynku. Architekt Rafael Moneo wybudował zwróconą ku muzeum Gehry’ego bibliotekę uniwersytecką, stanowiącą kolejny architektoniczny przekaz – Bilbao realizuje ambicje ośrodka naukowego. W swoim wyrazie budynek biblioteki jest zupełnie inny od znanego sąsiada. Cechuje go minimalizm, a jednym z jego najciekawszych elementów jest przeszklony taras widokowy, z którego można obserwować „kosmiczny pancernik”. Dzieło Moneo to manifest architektury kontekstu, która obserwuje otoczenie i wchodzi z nim w dialog, w tym przypadku oddając hołd nowatorskiej dominancie architektonicznej. W przemianę miasta zaangażowano także architekta i inżyniera Sebastiana Calvano, który zaprojektował Zubizuri – most dzieło sztuki oraz imponujący terminal lotniczy. Architekturę nowej linii metra stworzył sam sir Norman Foster, jeden z najwyżej cenionych architektów świata. Bilbao unowocześnia się, ale nie zrywa z industrialną przeszłością. Palacio Euskalduna, autorstwa architektów Federica Soriano i Dolores Palacios, to przykład modernizacji istniejącego obiektu i zmiany jego funkcji: z przemysłowego budynku należącego do dawnej stoczni w centrum konferencyjno-widowiskowe. Wykorzystaniem przemysłowej architektury jest także AlhóndigaBilbao, gdzie wyjątkowy twórca – Philippe Starck – dokonał interesującej rewitalizacji, ujawniając talent architekta i designera. Wszystkie te obiekty sprawiają, że Bilbao nie jest przeciętnym miastem z jednym niezwykłym budynkiem, lecz – niczym Florencja na przełomie XV i XVI w. – prawdziwym fenomenem, skupiającym dzieła wielu wybitnych artystów i architektów. Przekształcanie miasta jest kompleksowe – należy podkreślić to słowo, aby od opisu architektury wrócić do samej podstawy sukcesu. Poprawa wizerunku i walka z kompleksami wywołanymi przez upadek miasta była rozpatrywana w ścisłym związku z podniesieniem jakości życia oraz rozwojem gospodarczym. Impulsem do zmian stały się rewitalizacja i nowe inwestycje. „Efekt Bilbao” to w rzeczywistości rezultat konsekwentnych, długofalowych i starannie zaplanowanych działań.

Wewnętrzna ekspansja

Słowo „rewitalizacja” nie jest zarezerwowane dla miast upadających. Jedną z najciekawszych inwestycji tego typu jest HafenCity w Hamburgu – kompleksowe przekształcenie miejskiego obszaru o powierzchni 2,2 km². HafenCity było ogromnym obszarem strefy wolnocłowej, która wraz z rozwojem Unii Europejskiej straciła na znaczeniu. W latach 90. XX w. postanowiono zredukować obszar wolnocłowy i wykorzystać „miasto w mieście” do stworzenia prestiżowej dzielnicy z przemieszanymi funkcjami: mieszkalnymi, biurowymi, kulturalnymi oraz handlowymi. Hamburg to obecnie jedno z najbogatszych miast niemieckich. Pełni funkcję portu obsługującego nawet największe jednostki, jest siedzibą wielu światowych firm transportowych i wyspecjalizowanych zakładów przemysłowych, a także koncernów medialnych. Jest beneficjentem procesu zjednoczenia Niemiec. Z ośrodka znajdującego się niemal na granicy bloku kapitalistycznego w latach 90. ubiegłego wieku stał się jednym z najważniejszych łączników handlowych obsługujących ruch kontenerów między Azją, Stanami Zjednoczonymi a przyjmującą nowy model gospodarczy Europą Wschodnią. HafenCity stało się areną nowych koncepcji architektonicznych. Trudno jeszcze oceniać ich efekty, bo tak jak w Bilbao proces przekształcenia nadal trwa. Niemieckie miasto postawiło na różnorodność wrażeń, wymieszanie funkcji, nową architekturę i renowację historycznych ceglanych magazynów. Brak wyraźnego centrum dzielnicy ma skłaniać odwiedzających i mieszkańców do przemieszczania się, zwiększając atrakcyjność punktów handlowych i usługowych. Nowa przestrzeń jest przyjazna dla ruchu pieszego. Przestrzenie mieszkaniowe, usługowe, kulturalne i biurowe sąsiadują ze sobą tak, by nowo wytyczone ulice tętniły życiem przez całą dobę. Kultura, biznes, turystyka, obiekty mieszkalne, komercja i funkcje publiczne mają się w HafenCity przeplatać, tworząc środowisko pełne doznań, zachęcające do odkrywania i kreowania. W gęstniejącej zabudowie pierzejowej pojawiają się ciekawe realizacje architektoniczne. Preferowane są budynki średniej wysokości, stanowiące kompromis między zachowaniem „ludzkiej” skali dzielnicy a rachunkiem ekonomicznym. Obiektem wyróżniającym się swoją skalą będzie zaprojektowany przez szwajcarską pracownię Herzog & de Meuron budynek opery. Obok swojej podstawowej funkcji kulturalniej będzie on mieścić luksusowy hotel, co zapewni stały dopływ środków potrzebnych do utrzymania obiektu. Budynek jest połączeniem masywnego, surowego ceglanego magazynu z wyrastającą ponad jego bryłę lekką i przeszkloną częścią nowoczesną. Dzieło szwajcarów ma budzić skojarzenia z żaglowcem oraz być symbolem idei HafenCity: nowoczesności połączonej z historią.

 

Nowa ziemia obiecana

Ważnym projektem przekształcenia dużego obszaru w okolicach śródmieścia jest Nowe Centrum Łodzi. W latach 90. Łódź, dotychczas jeden z największych w Europie ośrodków przemysłu włókienniczego, wraz z ograniczeniem produkcji popadła w kryzys. Coraz silniejsza zagraniczna konkurencja i przerost zatrudnienia, jaki utrzymywał łódzki przemysł w okresie PRL-u, wygenerowały duże bezrobocie. Po zamknięciu wielkich zakładów część wykwalifikowanej siły roboczej zagospodarowały młode, stosunkowo niewielkie zakłady produkcyjne. Mimo to miasto straciło swoją pozycję, a wielu bezrobotnych do dziś nie znalazło zatrudnienia. Mało kto wie, że Łódź ma jeden z największych obszarów śródmiejskich w Polsce. Powojenna nacjonalizacja, dokonana w dużej mierze na mieniu pożydowskim i poniemieckim, spowodowała, że do wielkomiejskich kamienic wprowadzono ludzi z prowincji – nieodczuwających odpowiedzialności za swoje nowe otoczenie. Zrezygnowano z dostosowania zabudowy do nowych funkcji, snując plany o modernistycznej przebudowie centrum, które ostatecznie zaowocowały kilkunastoma realizacjami, ale nie zmieniły zasadniczo struktury urbanistycznej i architektonicznej. Pokłosiem tej polityki jest zły stan niezniszczonego w czasie wojny łódzkiego śródmieścia. Centrum stało się obszarem najmniej reprezentacyjnym, co czyni z Łodzi kuriozalny wyjątek na tle innych miast. Ma to zasadniczy wpływ na postrzeganie miasta przez przyjezdnych, w tym przedsiębiorców i turystów.

Teraz ma powstać tzw. Nowe Centrum Łodzi. To określenie weszło na stałe do języka łodzian. Określa się nim wschodnią część centrum, obszar „otworzony” dla całego miasta dzięki kilku istotnym zmianom. Pierwszą z nich było zamknięcie jednej z najstarszych i najlepiej zachowanych, pełnej zabytków techniki i secesyjnych zdobień elektrowni EC1. Miejsce to przykuło uwagę trzech ludzi kultury: Marka Żydowicza – twórcy i organizatora festiwalu Camerimage, Davida Lyncha – amerykańskiego reżysera, malarza, zaangażowanego w promocję ruchu na rzecz medytacji oraz Andrzeja Walczaka – architekta, mecenasa kultury i współwłaściciela grupy ATLAS. Niczym w scenariuszu sequelu „Ziemi Obiecanej” Władysława Reymonta ci trzej panowie stworzyli projekt przekształcenia budynku w nowe miejsce kultury. Obok wyłączonej z użytku elektrowni znajdował się istniejący od 1868 r. budynek Dworca Łódź Fabryczna. Jego perony znane są każdemu, kto oglądał słyną scenę pogoni za pociągiem w filmie „Przypadek” Krzysztofa Kieślowskiego. „Ślepy” dworzec, wbijający się w centrum miasta, jest przenoszony pod ziemię i przekształcany w nowoczesny, przelotowy węzeł komunikacyjny. Siłą sprawczą tego „przypadku” był projekt budowy Kolei dużych prędkości. Pierwotny pomysł zakładał, aby mieszkańcy Łodzi wsiadali do superszybkiego pociągu w Strykowie. Zauważono jednak dwa problemy: zbyt bliskie sąsiedztwo autostrad i pominięcie liczącego 700 tys. mieszkańców miasta. Ostatecznie zdecydowano się więc na podziemny dworzec i tunel pozwalający na swobodny ruch ze wschodu na zachód do stacji Łódź Kaliska. KDP wciąż jest na etapie studium wykonalności. Możliwe, że „polskie TGV” szybko nie powstanie – jednak nawet konwencjonalna, ale szybsza i lepiej zorganizowana kolej jest ważna dla rozwoju kraju i integracji europejskiej. Dlatego kolejowa inwestycja w Łodzi jest kontynuowana. Dworzec będzie kluczową stacją jednego z najważniejszych węzłów komunikacyjnych w Europie Środkowej. Linia kolejowa, dotąd stanowiąca barierę dzielącą wschód miasta na północną i południową część, od zawsze stanowiąca bolączkę urbanistów i kierowców, dzięki inwestycji zejdzie pod ziemię. Uwolniona w ten sposób przestrzeń w centrum miasta stała się atrakcyjna dla inwestorów, a podwaliny układu urbanistycznego tego obszaru stworzył w roku 2007 luksemburski architekt i urbanista Rob Krier. W Nowym Centrum miały powstać dwa ikoniczne budynki: centrum festiwalowo-kongresowe projektu Franka Gehry’ego i Specjalna Strefa Sztuki grupy Moeller Architekten.

Do tej pory Łódź popełniała grzechy wielu polskich miast – próbowała sprzedać lichy towar i to często poprzez słabe kampanie reklamowe. Rzeczywistości nie dało się oszukać. Zły wizerunek budowały nie tylko wieloletnie zaniedbania tkanki miejskiej, lecz także medialne afery kryminalne, skandale korupcyjne oraz przeróżne patologie (choćby sprawa „łowców skór”). Nowe Centrum miało szansę odmienić obraz miasta… Problemy z realizacją NCŁ pojawiły się bardzo szybko, a wszystko rozbiło się o koszty. Padły pytania o możliwość sfinansowania budowy i utrzymania dwóch nowych, wielkich i kosztownych obiektów. Zaczęto się zastanawiać, czy warto przeznaczyć miliardy złotych na budowę ogromnych budynków, skoro reszta centrum niszczeje, czy wieloletnia budowa nie pochłonie środków, których Łódź nie będzie w stanie udźwignąć mimo dotacji unijnych. Brak jasnego biznesplanu doprowadził do tąpnięcia. Kompromisu nie udało się wypracować. Z miasta w atmosferze konfliktu wycofał się Marek Żydowicz, zabierając z sobą festiwal Camerimage. Znów skandal stał się treścią przekazu medialnego o Łodzi i nie tylko zatrzymał tworzenie „produktu eksportowego”, lecz także – co gorsze – samych mieszkańców nastawił do pomysłu sceptycznie. Łodzianie nie zostali włączeni w proces powstawania centrum. Nie otrzymali jasnych odpowiedzi na kluczowe pytania: ile pieniędzy zostanie na ten cel przeznaczonych z ich podatków? Dla kogo powstaje centrum? Jakie są plany zagospodarowania przestrzeni i poszczególnych obiektów? Większość mieszkańców poczuła, że traci kontrolę nad losami miasta. Mieszkańcy, którzy nie mają zaufania do władzy, do instytucji, wreszcie do siebie nawzajem, potrzebują dialogu. Trzeba jednoznacznie zdefiniować miasto jako wspólnotę. Droga na skróty – efektowny budynek czy udana kampania promocyjna – nie doprowadzą do prawdziwej rewitalizacji. Edukacja, transparentne plany rozwoju, społeczeństwo obywatelskie, partnerstwo publiczno-prywatne i przyjazne mieszkańcom instytucje to ważne elementy rewitalizacji, rozumianej nie jako „remont”, ale jako proces zmian społeczno-gospodarczych.

Mogłoby się wydawać, że nad Łodzią wisi fatum – ale to nieprawda. Odnawianie EC1 trwa, dworzec powstaje, a rola Nowego Centrum coraz częściej jest rozpatrywana w kontekście śródmieścia i całego miasta. Marek Janiak – obecny architekt miasta, wykładowca, kontrowersyjny artysta, współzałożyciel grupy Łódź Kaliska – przeforsował nową strategię rozwoju. Jest to pierwszy tak kompleksowy dokument, który zakłada docentryczny rozwój miasta – najprościej mówiąc, maksymalne wykorzystanie wolnych terenów zurbanizowanych i zatrzymanie „rozlewania się miasta” na coraz większą powierzchnię. Rozrost przedmieść kosztuje budżet coraz więcej, a ponieważ Łódź wciąż traci mieszkańców, koszty utrzymania infrastruktury drogowej, mediów i komunikacji miejskiej w przeliczeniu na jednego mieszkańca muszą znacząco rosnąć. Oprócz czysto ekonomicznej kalkulacji nowa strategia ma służyć długofalowemu rozwojowi centrum, w którym wciąż na zagospodarowanie czekają wolne działki. W tym roku ruszył także remont najsłynniejszej łódzkiej ulicy – Piotrkowskiej. Wprowadzane są również programy mające na celu ratowanie łódzkich kamienic, tak by wzrosła ich potencjalna wartość rynkowa. Wciąż jednak Nowe Centrum kryje wiele „tajemnic”, wciąż widoczne są liczne palące problemy społeczne, w tym atomizacja różnych łódzkich środowisk. Zmierzenie się z tymi problemami byłoby prawdopodobnie największym sukcesem. Być może po latach nazywano by je „efektem łódzkim”?

Tekst został opublikowany w XIV numerze Liberte! (kwiecień 2013).



[1] Według statystyk: The Art Newspaper, no. 223, April 2011.

Czytaj również
*
BłażejFilanowski