Jeżeli możesz to odpowiadasz. Rodowody niepokornych z KOR-u

Drukuj

Po raz kolejny czytam kanoniczny tekst polskich inteligentów „Rodowody  niepokornych” Bohdana Cywińskiego. We wstępie do ostatniego wydania z 2010 r. znajduję passus: „Duch niepokornych wobec zła znalazł na etapie mojego pokolenia swe najlepsze wcielenie w zrywie Solidarności. Zryw ten był rozpoznaniem godności człowieka wolnego i za tę swą wolność moralnie odpowiedzialnego. Podjęcie udziału w nim – wtedy w 1980 r. i w latach następnych – oznaczało decyzję służby. Służby ludziom, służby Polsce, służby Prawdzie, zgodnie z najlepszymi przekonaniami, a wbrew stale nowym propozycjom pójścia na łatwiznę. Tamte czasy twardymi ciosami uczyły jak można – i jak warto – żyć”. Czytam i, choć to brzmi bezczelnie, odnajduję się w tym doświadczeniu.

Tekst ten miał być próbą odtworzenia tego doświadczenia, a właściwie doświadczenia lat 1976–1980 – okresu uczestnictwa w Komitecie Obrony Robotników. Młody człowiek nagle włącza się w ruch o ogromnym znaczeniu. To miała być próba przywołania emocji, myśli, działań, takich, jakimi je zapamiętałem. To w żadnej mierze nie pamiętnik, tylko próba powiedzenia, co w tym doświadczeniu było ważne, i z co z niego może stanowić naukę. Ale w trakcie pisania stopniowo ułożyły mi się dwie opowieści. O tym, że inteligent sprawdza i odnawia wartości swojego społeczeństwa, czyli opowieść o kontrsymbolizacji, prawdzie i solidarności. A także opowieść o tym, że KOR był przede wszystkim doświadczeniem „możesz” i „jeśli możesz, to odpowiadasz; odpowiadasz za to, na co masz wpływ”. I nic w tym dziwnego. Po prostu uczestnik wydarzeń próbuje zrozumieć ruch, w którym uczestniczył. A może próbuje zrozumieć, czego chce od niego ruch, w którym nie może przestać uczestniczyć.

Gdyby ktoś chciał doświadczenie KOR-u zamknąć w jednym zdaniu, w jednym obrazie, brzmiałoby ono: „KOR to był problem, który przychodził do ciebie i kazał ci wybierać”.  W moim przypadku wyglądało to tak: przyszedł do mnie mój kolega z Gromady Włóczęgów, półlegalnego klubu dyskusyjnego przy 1. Warszawskiej Drużynie Harcerzy Czarnej Jedynce przy VI LO im. T. Reytana w Warszawie – Antoni Macierewicz. Opowiedział mi o procesie robotników z Ursusa i o potrzebie zorganizowania przez Czarną Jedynkę pomocy dla rodzin represjonowanych. Pamiętam długi wieczorny spacer po placu koło pomnika Bohaterów Getta. I wybór, którego trzeba było dokonać. Albo zaangażuję się w organizowanie akcji pomocy, działanie zgodne z najbardziej elementarnymi moralnymi odruchami, ale na pewno od razu pożegnam się z bardzo ważnym dla mnie działaniem w Czarnej Jedynce, a w dalszej kolejności z niedawno rozpoczętą pracą w Instytucie Badań Pedagogicznych, a kiedyś może też z wolnością, albo odmówię. Nie będzie żadnych represji, lecz nie pozbieram się ze wstydu. Dla mnie wybór był łatwy, oczywisty i tak naprawdę mało kosztowny. Nie byłem głową rodziny, moje uwięzienie nie pozbawiłoby moich bliskich środków do życia. Nie starczało mi wyobraźni, żeby zdawać sobie sprawę, czym jest zamknięcie w więzieniu. A do Czarnej Jedynki i tak już nie miałbym po co wracać. Odmawiając udziału w organizacji pomocy, zaprzeczyłbym wszystkiemu, co do tej pory robiłem w drużynie, i czego sam oczekiwałem od innych.

Ta sama sytuacja, ten sam obraz w różnych wariantach często się powtarzał w doświadczeniu ludzi KOR-u i Solidarności; nierzadko był to obraz dużo bardziej dramatyczny. Zawsze mówił dużo o istocie doświadczenia KOR-u. Będę do niego wiele razy wracał w tym tekście.

INTELIGENT SPRAWDZA I ODNAWIA WARTOŚCI SWOJEGO SPOŁECZEŃSTWA, CZYLI OPOWIEŚĆ O KONTRSYMBOLIZACJI, PRAWDZIE I SOLIDARNOŚCI

http://www.flickr.com/photos/kamil_szewczyk/4929818969/sizes/m/in/photostream/
by kamil.szewczyk

Kontrsymbolizacja

Napiszę o tym niezdarnie, bo to dla mnie trudne. Ale nie mogę tego wątku pominąć, gdyż uważam go za  podstawowy.

Zbigniew Brzeziński pisze o tym tak: „Znanym zjawiskiem na gruncie polityki jest kontrsymbolizacja. Dochodzi do niej, gdy strona słabsza przyjmuje (przynajmniej z punktu widzenia zewnętrznego obserwatora) wartości i zasady gry strony silniejszej – a następnie obraca je przeciw niej.  […] W Polsce Solidarność zwyciężyła w walce z narzuconym przez ZSRR reżimem komunistycznym dzięki temu, że najpierw zmobilizowała proletariat do działania na rzecz robotników, a dopiero później rozpoczęła otwarte starania mające na celu doprowadzenie do politycznej niezależności kraju”[1].

W czasach KOR-u to ja, to my byliśmy stroną słabszą. To my organizowaliśmy się przeciwko stronie silniejszej, wykorzystując jej wartości i zasady gry w dużym stopniu świadomie. Nazywaliśmy to niewygodnym (dla przeciwnika) ustawianiem się do bicia.

Wiedzieliśmy – każdy w Polsce to wiedział – że krajem rządzi pierwszy sekretarz, ale tak naprawdę ostatnią instancją decydującą o wszystkim są bunty robotników. Poznański Czerwiec 1976 r. wyniósł do władzy Władysława Gomułkę, a bunt na Wybrzeżu w grudniu 1970 r. go obalił. Czerwiec 1976 r. nie obalił co prawda Edwarda Gierka, ale zmusił go do wycofania się z podwyżki cen. Mieliśmy świadomość, że konflikt został na razie zawieszony, bo władza boi się robotników, wiedząc, że siedzi na beczce prochu. Byliśmy przekonani, że dopóki będziemy trzymać się tematu robotniczego jesteśmy bezpieczni. Bezpieczni, bo dla władzy najgorsze jest ujawnianie prawdy o tym, że w robotniczym – odwołującym się do tradycji robotniczych strajków i rewolucji – państwie ktoś musi bronić robotników przed tym robotniczym państwem. Władza nie bardzo wiedziała, co robić. Gdy udawała, że nic się nie dzieje i zostawiała nas w spokoju, pojawiali się nowi odważni. Gdy wzmagała represje i wyrzucała nas z pracy za działania zgodne z prawem i z głoszonym przez nią samą systemem wartości, zaczynały się solidarne protesty i krąg zbuntowanych się rozszerzał. A co gorsza, nieuchronnie, krok po kroku, ujawniała się prawda o tym, co się dzieje.

Trudno było nas zwalczać. Ale jednocześnie zachodził proces o wiele poważniejszy – władza stopniowo traciła swoją legitymację do rządzenia.

Pamiętam, że pierwszy raz przyszło mi to do głowy, gdy na przełomie 1976 i 1977 r. zostałem namierzony przez służbę bezpieczeństwa. Była rewizja, zatrzymanie na 48 godzin, koniec bezpośredniego zajmowania się Ursusem i – dla osobistego bezpieczeństwa – członkostwo w Komitecie Obrony Robotników. Już wcześniej zrezygnowałem z pracy w Instytucie Badań Pedagogicznych, żeby skutecznie skupić się na akcji pomocy. Musiałem jednak z czegoś żyć, więc zacząłem udzielać korepetycji z historii. Moją uczennicą była fantastycznie bystra, wrażliwa,  przygotowująca się do matury Zosia O. Rozmowy o historii szybko przekształciły się w rozmowy o KOR-ze. Zosia dowiadywała się o represjach i o akcji pomocy ode mnie, ale też w zupełnie innej wersji od swojego, bardzo dla niej ważnego, ojca. Ojciec Zosi pełnił kierowniczą funkcję w jakiejś instytucji (nie pamiętam w jakiej). Bez wątpienia robił ważne i pożyteczne rzeczy. No i oczywiście, skoro był dyrektorem, to należał do partii; nie jako prominentny działacz, ale był w zgodzie z sobą, wierzył w to, co robi on sam, i w to, co robi władza. Co więcej, miał głębokie przekonanie, że rozumie sytuację lepiej, bo ma większą wiedzę niż przeciętny bezpartyjny Polak. Wie więcej dzięki informacjom dla wtajemniczonych z zebrań partyjnych albo z poufnych Biuletynów Specjalnych. Dlatego mógł z pełnym przekonaniem mówić Zosi o tym, że nie było w Ursusie i Radomiu żadnych represji, tylko sprawiedliwa kara za chuligaństwo; że nie ma żadnej humanitarnej akcji pomocy, tylko cyniczna, oparta na kłamstwie gra cwanych politykierów, takich jak Kuroń czy Lipski, oraz naiwnych frajerów takich jak korepetytor Zosi od historii. Spór dotyczył spraw bardzo konkretnych: były „ścieżki zdrowia” czy ich nie było; w Ursusie aresztowano aktywnych uczestników wydarzeń, a zarazem najlepszych, dotąd nagradzanych robotników czy raczej chuliganów; aresztowani w Radomiu ludzie z marginesu społecznego brali udział w wydarzeniach czy też nie. W miarę rozwoju wydarzeń władze ujawniały coraz więcej szczegółów i okazywało się w sposób zupełnie jednoznaczny, że KOR mówił prawdę, a okłamywany przez swoich ojciec okłamywał Zosię. Nie wiem, jakie były dalsze losy ojca Zosi i ich konfliktu. Kilka lat później Zosia została jedną z najaktywniejszych działaczek unikatowej instytucji: Samorządu Uniwersytetu Warszawskiego.

Podobny proces trudnego przewartościowania można zobaczyć w znakomitym filmie dokumentalnym o Wandzie Wiłkomirskiej – młodej skrzypaczce zakochanej w młodym ideowym działaczu komunistycznym Mieczysławie Rakowskim i z pełną wewnętrzną uczciwością przyjmującej cały lewicowy, rewolucyjny etos sprawiedliwości społecznej. Ten system przekonań wytrzymał próbę Października i Grudnia i załamał się dopiero w konfrontacji ze szczegółową, wiarygodną relacją KOR-u: najpierw o represjach, później o niezależnym organizowaniu się robotników w wolne związki zawodowe. Wrażliwa, uczciwa i ideowa została aktywną współpracowniczką KOR-u, bez względu na wszystkie zagrożenia i trudności, jakie oznaczało to dla niej i dla jej bliskich.

Każda, nawet totalitarna władza potrzebuje swoich zwolenników – normalnych ludzi, którzy mogą powiedzieć sobie, swoim rodzinom, że są dobre racje uzasadniające ich życiowe wybory. Sama geopolityka, zależność od potężnej Rosji, czyli Związku Radzieckiego, to za mało. Nawet gdy mówimy o zaakceptowaniu Polski popaździernikowej, czyli najweselszego baraku w całym obozie. Głównym uzasadnieniem dla zwolenników władzy było szczere przekonanie o sprawiedliwości społecznej. O robotniczym państwie, w którym robotnikom, dzieciom bezrolnych chłopów z II Rzeczpospolitej, żyje się o wiele lepiej niż ich rodzicom. Mają pracę, mieszkanie, mogą kształcić swoje dzieci. Przekonanie o państwie, które mimo wszystkich swoich niedociągnięć dobrze tym robotnikom służy.

Opisywany proces erozji jedynej legitymacji, jedynego uzasadnienia dla władzy miał wielki wpływ na stosunek związanej wcześniej z partią części inteligencji do Solidarności. Stał za ostatnią, rozpaczliwą próba obrony dotychczasowych przekonań, czyli rewolucją poziomych struktur partyjnych w 1980  i 1981 r. oraz za masowym oddawaniem legitymacji partyjnych w chwili wprowadzenia stanu wojennego. W lata 80. władza wchodziła słaba, sprowadzona do nagiej siły wojskowej dyktatury niezdolnej do zmobilizowania społeczeństwa w żadnej sprawie i dlatego niezdolnej do wprowadzenia żadnych reform.

Prawda

Erozja, o której mówiłem, pisząc o procesie kontrsymbolizacji, była możliwa dzięki niezwykłej wiarygodności KOR-u. Od pierwszej chwili, od pierwszych przekazywanych informacji, KOR ogromnie dbał o prawdę. I od początku gotów był płacić za to wysoką cenę. Komunikaty KOR-u były pisane korkowcem, czyli nudnym, trudnym w czytaniu, ale bardzo konkretnym i wiarygodnym językiem. Komunikaty redagował inicjator akcji pomocy Antoni Macierewicz, ale podobnie myśleli wszyscy. Kiedy Anka Kowalska przejęła od Antoniego redagowanie komunikatów, ich język stał się bardziej zrozumiały, ale wiarygodność nie ucierpiała. KOR informował konkretnie i szczegółowo, mówił tylko o tym, co wie na pewno, i podawał na jakiej podstawie to wie.

Praca, którą wykonywał KOR, była przede wszystkim pracą informacyjną. Dlatego warto o niej mówić, używając pojęć stosowanych w procesie przekazywania informacji. Warto mówić o przekazywanych komunikatach, o ich odbiorcach i o kanale te komunikaty przekazującym. Gdy mówimy o komunikatach przekazywanych przez KOR, to ich wyróżniającą się cechą jest wspominany już nacisk na ogromną wiarygodność. O treści przekazywanych komunikatów warto mówić, patrząc na to, co stało się z odbiorcami, do których one docierały. W świadomości odbiorców komunikatów zachodziły dwa zasadnicze procesy. Pierwszy to opisywany już wcześniej proces destrukcji dotychczasowego systemu przekonań, który dotyczył przede wszystkim szerokiego zaplecza władzy, a to była dotąd większość społeczeństwa. Drugi proces to tworzenie się wokół wydawanych pism nowych środowisk. Najważniejszy był proces tworzenia się przyszłego ruchu związkowego, stopniowego wyłaniania się przywódców, zarysowywania programu. Ale olbrzymi wysiłek wydawniczy zmieniał też inteligencję. Gdy w stoczni w sierpniu 1980 r. wybuchła Solidarność, wielka część inteligencji była już gotowa przyłączyć się do wspólnego ruchu.

W ten sposób, mówiąc o przekazywanych komunikatach, powiedzieliśmy też o ich odbiorcach. Pozostaje sprawa przepływu informacji. Informacje docierały do odbiorców dwoma ważnymi kanałami: bezpośrednio przez wydawnictwa drugiego obiegu i z nasłuchu audycji radiowych, przede wszystkim Wolnej Europy. Bezpośredni kanał dostępu do odbiorców, czyli wydawnictwa drugiego obiegu, opozycja musiała zbudować sobie sama.

W bogatej w nadzwyczajne wydarzenia i osiągnięcia historii opozycji wydawnictwa drugiego obiegu zajmują miejsce szczególne i jest to bez wątpienia miejsce zwycięskie. Poza akcją pomocy w pierwszym roku KOR-u, strajkami i bogatym życiem związkowym w okresie karnawału, praca drugiego obiegu, czyli przygotowywanie materiałów, druk, kolportaż i nieraz zbiorowe czytanie, były podstawową formą działania przed 1980 r. i przetrwania po wprowadzeniu stanu wojennego. Środki techniczne i możliwości drukowania przeżyły ogromny rozwój od czasów przepisywania na maszynie i pierwszych spirytusowych powielaczy. Nigdy – nawet po wprowadzeniu stanu wojennego – nie trzeba było wykorzystywać całego możliwego do uruchomienia potencjału. Sieć kolportażu podziemnych wydawnictw budowała i utrzymywała sieć organizacji.

Kanał dostępu z nasłuchu poprzez radio nie miał organizacyjnych zalet drugiego obiegu, gdyż nie budował organizacji. Informacje przekazywały różne zagraniczne rozgłośnie, wśród których największe były zasięg i oddziaływanie radia Wolna Europa. Poważne środki techniczne zainwestowane w nadawanie do Polski praktycznie uniemożliwiały skuteczne zagłuszanie audycji. Rozgłośnie nadawały własne programy informacyjne, przekazywały informacje z drugiego obiegu wydawniczego, wielokrotnie zwiększając jego oddziaływanie, i podawały przeglądy prasy światowej. Skupienie uwagi światowych mediów na wydarzeniach w Polsce i zdobycie przez KOR statusu ich wiarygodnego informatora było niezwykle poważnym wzmocnieniem. Bardzo zwiększało siłę oddziaływania zarówno na opinię światową (ważną dla Polski mocno uzależnionej od zagranicznych kredytów), jak i polską. Zawdzięczaliśmy to naszej wiarygodności. Eugeniusz Smolar opowiadał, jak doszło do tego w BBC. Jacek Kuroń przekazał mu kiedyś telefoniczną informację o zaginięciu jednego z działaczy robotniczych. Informacja została odwołana, zanim jeszcze znalazła się na antenie, bo okazało się że zaginiony działacz po prostu zapił. Szefowie BBC poznali całą historią jako anegdotkę przy porannej kawie. Samodzielne wycofanie niepotwierdzonej informacji wywarło na nich duże wrażenie. Informacje przekazywane przez KOR zyskały w BBC status najwyższej wiarygodności i mogły być nadawane bez potwierdzenia przez drugie niezależne źródło.

Ale najważniejsza bitwa o status wiarygodnego źródła informacji rozegrała się później, w czasie strajków lubelskich w lipcu 1980 r. Władzom bardzo zależało na jak najszybszym zakończeniu strajku w lokomotywowni w Lublinie. Strajk blokował ważną dla dostaw do ZSRR drogę kolejową, narażał przebywającego na urlopie w Soczi Edwarda Gierka na kłopotliwe pytania radzieckich towarzyszy i groził dalszym rozlaniem się strajków na Lubelszczyznę i całą Polskę. A zbliżało się główne święto PRL-u – 22 lipca – i centralne uroczystości w zagrożonym strajkiem Chełmie koło Lublina. Z drugiej strony władze nie chciały zakończyć strajku porozumieniem, bo współpracujący z KOR-em strajkujący wysunęli polityczny postulat wyborów do nowej rady zakładowej, tak jak w Szczecinie w 1970 r. (to jeszcze nie wolne związki zawodowe, ale już postulat dotyczący ruchu związkowego). Dziennikarze zagraniczni z najważniejszych gazet zostali poinformowani  przez rządową agencję Interpress, że strajk w lokomotywowni jest zakończony. Opierający się na informacjach zbieranych w Lublinie przez siatkę naocznych świadków Jacek Kuroń mówił, że strajk trwa. Dziennikarze pojechali do Lublina sprawdzić na własne oczy, kto mówi prawdę. Pamiętam budkę telefoniczną w Lublinie z widokiem na wiadukt, na którym od wielu dni stała unieruchomiona lokomotywa i rozmowę ze zdenerwowanym Jackiem: „Jacku, lokomotywa stoi, jak stała”. Strajk w lokomotywowni skończył się kilka dni później zgodą na wybory do nowej rady zakładowej. Zagraniczni dziennikarze dali się jeszcze raz nabrać Interpressowi zaprzeczającemu informacjom o kolejnym strajku, który wybuchł w Chełmie. Ponownie sprawdzili ich wiarygodność na miejscu, a potem przestali chodzić do Interpressu.

Solidarność

Ale siła kontrsymbolizacji to nie tylko destrukcja, nie tylko wykazanie, że głoszone wartości są puste, że robotnicze państwo nie jest w istocie państwem robotniczym, a organizujący się robotnicy są prześladowani. Siła kontrsymbolizacji to także działanie pozytywne: przywrócenie, a nawet więcej, odnowienie wyznawanych wartości. KOR, a potem Solidarność, stały się tak silne nie tylko dlatego, że robiły to, co należy, czyli zapewniały buntującym się robotnikom obronę, którą przyniosłyby im autentyczne robotnicze instytucje, o jakich opowiadała tradycja przywoływana przez robotnicze państwo. KOR i później Solidarność przyniosły bardzo silną nową wartość – tą wartością była solidarność.

Uczestnicy ruchu KOR-owskiego mówią często, że stanowił on najważniejsze, wyjątkowe doświadczenie w ich życiu. Mówiły to osoby, które później po KOR-ze dokonywały rzeczy nadzwyczajnych, przyniosły Polsce niepodległość, zaprowadziły Polskę do NATO, stworzyły wielką gazetę. Mimo to odwoływały się do KOR-u jako do swojego najważniejszego doświadczenia, najistotniejszego przeżycia. Co więcej, tak też KOR jest postrzegany przez innych. Nie zapomnę nigdy spotkania stypendystów Ashoki – amerykańskiej organizacji sponsorującej innowatorów społecznych (czyli ludzi starających się społecznie zmieniać rzeczywistość). Znalazłem się w środowisku ludzi niezwykłych, pochodzących głównie z Europy Środkowo-Wschodniej, ale nie wyłącznie. Pod koniec spotkania, w czasie typowo węgierskiej pożegnalnej uczty z winem na otwartym powietrzu, nagle rozeszła się wiadomość, że w polskiej ekipie jest żywy członek Komitetu Obrony Robotników. Nie zapomnę, jak przybiegł do mnie jeden z Węgrów  uścisnął mi dłoń i powiedział, że to jest najważniejszy dzień w jego życiu, bo dotknął  żywego członka KOR-u. Zastanawiałem się, na czym polega ten fenomen wyjątkowości KOR-u i wydaje mi się, że go odnalazłem. Mianowicie sporo jest instytucji i niemało przedsięwzięć wyznających wielkie zasady i starających się je realizować. Ale jest ogromna różnica pomiędzy głoszeniem zasad i dążeniem do ich realizacji, a taką sytuacją, kiedy w bardzo dużym stopniu udaje się je zrealizować naprawdę. Wyjątkowość KOR-u polegała na tym, że to, co głosiliśmy, te dwie swoje fundamentalne zasady, z ogromnym wysiłkiem rzeczywiście wprowadzaliśmy w życie. Pierwsza z nich to prawda, a druga to właśnie solidarność.

Co to była ta tak wyraźnie odczuwana solidarność? Na czym polegała? Najpierw na tym, że późniejsi ludzie KOR-u znaleźli się od razu na korytarzu sądowym w czasie procesu ursuskiego, że od pierwszej chwili opozycyjne żony wielokrotnie więzionych mężów znalazły wspólny język z żonami oskarżonych robotników. Od razu były praktyczne rady i od razu był wspaniały pomysł (chyba Gajki Kuroń), żeby te kobiety dostały biało-czerwone kwiaty. Miało to ogromne znaczenie, ponieważ od tej chwili przestały się wstydzić tego, co zrobili ich mężowie, a zaczęły być z nich dumne. Solidarność polegała też na tym, że z tego odruchu szybko wyrosło zorganizowane działanie. Zwykli, często niebogaci ludzie, przekazywali pieniądze, żeby pomóc ofiarom represji. Wielu, zwłaszcza młodych, poświęcało swój czas i ryzykowało poważnymi kłopotami, aby tę pomoc dostarczyć.

Pomoc dla prześladowanych robotników strajku w Ursusie i w Radomiu skończyła się po amnestii latem 1977 r. Ale bardzo szybko, jeszcze w 1976 r., zaczęły się represje wobec ludzi stających w obronie robotników, a potem represje objęły i tych, którzy bronili obrońców robotników. Sposobności do okazania solidarności nie brakowało.

Dla mnie takim niezwykle ważnym momentem tej solidarności, momentem zapamiętanym niezwykle wyraźnie, była jesień 1976 r. Po pierwszych sukcesach KOR-u władze przystąpiły do izolowania nas, co przynosiło pewne skutki. Sam widziałem, jak znajomi zaczynali unikać kontaktu ze mną jako z tym, który wychylił się za bardzo. Uratował nas wtedy znakomity pomysł apelu o powołanie komisji poselskiej podpisany przez wielu ludzi. Osoby apelujące o powołanie tej komisji wiedziały, że robią rzecz całkowicie zgodną z prawem, ale że mogą za swój podpis zapłacić wyrzuceniem z pracy. Spotkało to między innymi moich nauczycieli z Liceum Reytana. Wielu podpisujących miało świadomość, że ich podpis może być końcem instytucji, za które odpowiadają, bo władza i w ten sposób potrafiła się mścić. Mimo to podpisywali. Ale ten jesienny festiwal solidarności to nie były tylko listy o powołanie komisji poselskiej. To był także list robotników Ursusa do Edwarda Gierka o przywrócenie do pracy wyrzuconych kolegów i niezwykła historia z listami ofiar represji w Radomiu.

Podpis pod listem robotników Ursusa, choć nie był protestem, a tylko prośbą do pierwszego sekretarza partii, w spolaryzowanej rzeczywistości jesieni 1976 r. stanowił jednoznaczny i odważny wybór. Nie groził wyrzuceniem z pracy, ale na pewno groził dotkliwymi szykanami, pomijaniem przy awansach czy nagrodach. Ale najważniejsze, że podpisywany był w miejscu, w którym zaledwie kilka miesięcy wcześniej władza mogła zrobić niemal wszystko – urządzać „ścieżki zdrowia”, masowo wyrzucać z pracy z wilczym biletem. Dlatego był tak ważny. Podpisało go 889 robotników. Kiedy zaniepokojone władze zaczęły przesłuchiwanie sygnatariuszy listu, niewielka ich część wycofała swój podpis. Lecz równocześnie list podpisało ponad stu nowych robotników i przesłuchiwanie się skończyło.

Jeszcze dramatyczniejszy był przebieg wydarzeń w Radomiu. Represje w Ursusie dotknęły faktycznych uczestników protestów, tyle że była to elita zakładów – najlepiej wykształceni fachowcy, często wcześniej nagradzani. W Radomiu represje dotknęły ludzi marginesu. Nie byli organizatorami protestu, przeważnie nie można było wykazać ich udziału w protestach. Ale byli ludźmi z dołów społecznych, pasowali do obrazu warchołów i chuliganów. Często w konflikcie z prawem, żyjący w niesłychanej nędzy. Bardzo uzależnieni od władzy. Poddani ostrym represjom kilkakrotnie przechodzili przez „ścieżki zdrowia”. Z inspiracji uczestników akcji pomocy składali oficjalne protesty. Straszeni przez SB, czasami odwoływali je i skarżyli się na nachodzących ich współpracowników KOR-u. Przy kolejnej wizycie niosących pomoc ludzi KOR-u ze wstydem znów zmieniali zdanie. Pamiętam taką dramatyczną sprawę Stanisława Wijaty: kilkakrotne pisanie sprzecznych listów i ostateczne podtrzymanie skargi przeciwko milicji też było aktem odwagi i aktem solidarności.

W doświadczeniu solidarności  bardzo ważne było to, że przede wszystkim dotyczyła ona obrony konkretnych osób, od pierwszych chwil, od spotkania w sądzie w lipcu 1976 r. A właściwie jeszcze wcześniej, od korytarzowania na politycznych procesach po Październiku 1956 r., przybierała różne formy: od zapewnienia elementarnej pomocy prawnej dla oskarżonych i pomocy materialnej dla ich rodzin po wielkie zbiorowe akcje protestacyjne w sprawie rolnika Jana Kozłowskiego czy Mirka Chojeckiego. Była nawet groźba strajku generalnego po aresztowaniu Jana Narożniaka. Zmieniała się też skala tej pomocy. Od stosunkowo skromnej, organizowanej przez wąski krąg przyjaciół w pierwszych procesach politycznych, poprzez dużą jednorazową akcję pomocy represjonowanym po strajkach 1976 r. i stałą pracę Biura Interwencyjnego KOR-u służącą wszystkim prześladowanym, aż po ogromną, obejmującą poprzez sieć parafialną całą Polskę, pracę Prymasowskiego Komitetu Pomocy opiekującego się internowanymi. Ta praca miała ogromne znaczenie praktyczne i nie mniejsze symboliczne, bo pokazywała coś ogromnie ważnego. Pokazywała, że dla nas wszystkich ważny jest każdy pojedynczy człowiek. (Trochę przypominało to Amerykanów z ich gotowością wywołania niemal wojny w obronie jednego porwanego Amerykanina.) Pomoc dla strajkujących robotników i późniejsze organizowanie się robotników w niezależne związki zawodowe podcinała ideologiczne korzenie systemu. Solidarna troska o bezpieczeństwo pojedynczych osób i ich rodzin usuwała najważniejszą groźbę totalitarnego państwa: groźbę konfrontacji pojedynczego, samotnego i izolowanego człowieka z całą nieograniczoną państwową potęgą. Od państwa, czyli od partii, zależało bardzo wiele. Mogło każdego wsadzić do więzienia, mogło cię wyrzucić z pracy, mogło pozbawić pracy twoją żonę, twoje dziecko mogło nie dostać się do przedszkola czy szkoły, do której chciało chodzić. Ale to nie wszystko. Jeśli naraziłeś się władzy, zostawałeś sam, bo odsuwali się od ciebie znajomi. Wychowywałem się w Czarnej Jedynce, której system po 1957 r. stworzył Andrzej Janowski – pedagog i psycholog społeczny. Andrzej opowiadał nam o atomizacji społecznej, tłumaczył, że totalitaryzm to ustrój, który kontroluje i rozbija związki ludzkie już na najniższym poziomie. Doświadczenie Ursusa 1976 r. to właśnie doświadczenie atomizacji, praktyczna ilustracja jego wykładów. Zaraz po czerwcu wyraźnie było widać strach i izolację tych, którzy podpadli. Żona jednego z uczestników protestów mówiła o tym w sposób zapadający w pamięć: „Zawsze, gdy zbliżasz się do Zakładów, słyszysz wokół narastające uderzenia butów ludzi śpieszących do bramy i gromkie, krótkie «cześć, cześć». Gdy jesteś żoną zatrzymanego latem 1976 r., koledzy omijają cię z daleka i słyszysz tylko swoje buty w całkowitej ciszy”. Młodzi, sympatyczni studenci przychodzący z konkretną pomocą przełamywali tę całkowitą izolację. Po kilku miesiącach, po sukcesie widocznej w środowisku dużej akcji pomocy, po kolejnym procesie ursuskim, po którym ludzie wyszli z więzienia, strach się zmniejszył. Przyszła teraz pora na kolejny krok w przełamywaniu społecznej atomizacji: list w obronie wyrzuconych z pracy. Początkowo podpisy pod listem zbierane były tylko w najbliższym kręgu na hali, tam, gdzie ludzie najlepiej się znali; łączność pomiędzy poszczególnymi halami zapewniać musieli ludzie z KOR-u. Do powszechnego zbratania w czasach karnawału Solidarności było jeszcze bardzo daleko.

Nie chodziło wyłącznie o pomoc pojedynczym ludziom; były też działania całych środowisk. Ludzi KOR-u stanowiło w ogromnej mierze pokolenie Marca 1968 r. Sam należałem do pokolenia Marca i doskonale pamiętam przeżywane wówczas poczucie osamotnienia, doświadczanie samotnego buntu studentów. Pamiętam także bezradne przyglądanie się masakrze robotników na Wybrzeżu i bierność inteligencji dwa lata później. I pamiętam taki imperatyw, który był w nas wszystkich: że to już ostatni raz, że już nigdy więcej nie damy się władzy podzielić, że już odtąd będziemy razem: robotnicy i inteligenci. To dlatego wszyscy garnęliśmy się do akcji pomocy, a KOR – i później Solidarność – były z założenia przedsięwzięciami wspólnymi. To także była solidarność, aż do 1989 r.

Wszystkie wspominane dotąd przejawy solidarności były wzajemnym wspieraniem się w obliczu wspólnego wroga. Nawet te najpiękniejsze, jak listy o powołanie komisji poselskiej. Listy broniące KOR-u stawały w obronie z trudem wywalczonej, ważnej dla wszystkich przestrzeni wolności. Rozbudzone poczucie solidarności było zjawiskiem trwałym i w dużym stopniu przyczyniło się do przetrwania, a później do ostatecznego zwycięstwa. Tyle że charakter tej solidarności lepiej oddawało sformułowanie użyte przez  KOR w drugiej fazie jego działania, po amnestii z lipca 1977 r. – to była samoobrona społeczna.

Dalej są znowu same niewiadome. I znowu napiszę o tym, bo to ważne, chociaż dla mnie trudne, i napiszę o tym niezdarnie. Będę pisał o solidarności, która przekracza ramy samoobrony społecznej. I o ulotności polskiego doświadczenia solidarności. O sprzecznych sygnałach, o solidarności, która jest i której nie ma. Spróbuję też z wszystkimi zastrzeżeniami i wątpliwościami napisać o tym, w jakim miejscu jesteśmy z tą solidarnością dzisiaj, czyli spróbuję napisać o nowej kontrsymbolizacji.

Doświadczenie solidarności przekraczającej granice samoobrony społecznej

Po pierwsze, pamiętamy ją ze wspomnień. Najsilniej ze stoczni z czasów strajku, ze stoczniowych opowieści. Ale też z wielu innych wspomnień z czasów karnawału, z wizyt papieża i, co ważne, z relacji z innych kolorowych solidarnościowych rewolucji. Na przykład z kijowskiego Majdanu. O wyraźnym, jednoznacznym doświadczaniu Solidarności mówili ludzie bardzo rzeczowi i oczywiście mówili z trudnością. Z wysiłkiem szukali słów dobrze oddających to doświadczenie: „Solidarność jako zjawisko, jako najistotniejszy fenomen tego klimatu, tych postaw, jakie tam były. W imię solidarności rozpoczął się ten strajk. W imię solidarności był kontynuowany. W imię solidarności zgłaszano i forsowano określone wnioski. Solidarności dla ludzi i solidarności dla załóg. Stosunek do innych miast, sposób przyjmowania delegatów z innych miast” (Andrzej Wielowieyski). „Chciałbym podkreślić coś, co jest dosyć niepowtarzalne i nie do opisania. Nie do opisania w prozie. Jest to – z zażenowaniem o tym mówię – pewne poczucie wspólnoty, w które człowiek przychodzący z zewnątrz, niemający tego doświadczenia, wchodził niemal natychmiast. I to poczucie wspólnoty, poczucie przynależności i więzi mieliśmy także wtedy, gdyśmy biegiem pędzili do – jak mówił Bohdan Cywiński – naszego „ekspertowa” na drugim końcu stoczni, po drodze spotykali nas robotnicy i mieliśmy okazję chwilę z nimi pomówić. Było to wreszcie poczucie takiej bardzo czystej relacji między ludźmi, co jest dosyć rzadkim zjawiskiem w doświadczeniach społecznych naszego kraju” (Bronisław Geremek).

Pamiętamy, ale wciąż nie wiemy, jak się do niej wraca

Po drugie, solidarność to także – a może przede wszystkim – Karol Wojtyła – Jan Paweł II. Nigdy nie będziemy w stanie określić, jak duży był wpływ Jana Pawła II na powstanie Solidarności i czy bez niego Solidarność by w ogóle powstała. On wpłynął na powstanie Solidarności, w ogromnym stopniu pomógł jej przetrwać, a także korzystał z Solidarności. Świadectwo, przykład Solidarności go niósł, zwielokrotniał siłę jego oddziaływania. Ale przede wszystkim papież mówił do Solidarności o solidarności. Mówił w czasie pielgrzymki do Polski w 1987 r. To ważne słowa, kluczowe dla zrozumienia problemu solidarności. Dlatego oprę je niemal dosłownie na cytatach z książki George Weigla „Świadek nadziei”: „Tygodniowa pielgrzymka w roku 1987 miała przygotować grunt pod zwycięstwo rewolucji Solidarności i wskazać podstawowe zagadnienia, wobec których wolna Polska stanie w przyszłości. Komunizm, aczkolwiek skończony jako siła historyczna, pozostawił straszny zamęt w kulturach, które poraził – szeroko rozpowszechnione poczucie, że istoty ludzkie są po prostu obiektami bezosobowych gospodarczych i politycznych oddziaływań. Ta głęboko zakorzeniona postawa była kolejną formą niewolnictwa. Kościół musi pomóc Polsce ją przełamać, tak właśnie, jak bronił narodowej niepodległości, prawa do udziału w życiu publicznym i prawa do wolności religijnej. To jest nowa ewangeliczna misja kościoła w rodzącej się nowej Polsce. Papież przypomniał, czym naprawdę jest solidarność i Solidarność”, „Solidarność to znaczy jeden i drugi, a skoro brzemię, to brzemię niesione razem we wspólnocie. A więc: nigdy jeden przeciwko drugiemu. Nigdy jedni przeciw drugim. I nigdy brzemię dźwigane przez człowieka samotnie. Bez pomocy drugich. […] Powiedziałem: solidarność musi iść przed walką. Dopowiem: Solidarność również wyzwala walkę. Ale nigdy nie jest to walka przeciw drugiemu. Walka, która traktuje człowieka jako wroga i nieprzyjaciela – i dąży do jego zniszczenia. Jest to walka o człowieka, o jego prawa, o jego prawdziwy postęp: walka o dojrzalszy kształt życia ludzkiego. Wtedy bowiem to życie ludzkie na ziemi staje się «bardziej ludzkie», kiedy rządzi się prawdą, wolnością, sprawiedliwością i miłością”[2].

Słuchaliśmy wtedy tych słów, cieszyliśmy się nimi i uważaliśmy je za znak   poparcia i wzmocnienia Solidarności w jej politycznej konfrontacji z władzą. Nie zrozumieliśmy, że to słowa do nas. Wypowiedziane po to, byśmy je przemyśleli i wiedzieli, jak zbudować tę naszą odzyskaną Polskę. A my je zaczynamy w ten sposób czytać dopiero dzisiaj.

POWRÓT DO KONTRSYMBOLIZACJI

Kontrsymbolizacja z lat 70. i 80. zeszłego stulecia przyniosła załamanie społecznej legitymizacji dla szerokiego kręgu ludzi dawnego PRL-u. Ale nie przyniosłaby takich zmian, gdyby nie towarzyszyło jej obudzenie Solidarności: nowego programu, nowej wizji i ludzi je wprowadzających. Co odsłoniłby dzisiaj nowy wysiłek kontrsymbolizacji, tym razem przeciwko nam, ludziom dawnej opozycji i Solidarności i przeciwko państwu, które zbudowaliśmy?

Myślę, że odsłoniłby dwie rzeczy. Po pierwsze to, że nie doszliśmy tam, gdzieśmy chcieli dojść. Nie zbudowaliśmy takiego państwa, jakie chcieliśmy zbudować. Po drugie to, że podobnie jak w latach 70. i 80. można odwołać się do wolnych obywateli, nawet jeśli będzie to wymagało wieloletniego trudnego wysiłku, by ich obudzić czy wychować. Podobnie jak 35 lat temu.

Wolni obywatele

Warto jeszcze raz wrócić do KOR-owskiego i solidarnościowego doświadczenia, do kluczowej, wielokrotnie wspominanej sytuacji wyboru. Była już mowa o tym, że to sytuacja kluczowa, że na tym polegało wchodzenie w ruch. Była mowa o tym, że dokonywany wybór najczęściej był wyborem solidarnej pomocy – i że na tym właśnie polegała rodząca się solidarność. Teraz warto powiedzieć o tym, co ten wybór robił z człowiekiem, który go dokonywał. W znakomitym filmie dokumentalnym Joanny Grudzińskiej pt. „KOR” jest scena spotkania Jana Lityńskiego z jego robotniczym współpracownikiem z Radomia. Współpracownik Janka Lityńskiego przypomina sobie moment, kiedy dokonał wyboru i przestał się bać. I to przypomnienie wywołuje u niego bardzo silne, zarejestrowane na filmie emocje. Podobne, chodź bardziej rozciągnięte w czasie przeżycia robotników ze strajkującej stoczni opisywał w warszawskim KIK-u w kilka dni po zakończeniu strajku Bohdan Cywiński: „Proszę sobie wyobrazić tych robotników, którzy przez dwa tygodnie żyli w atmosferze nieustannego potwierdzania jakiegoś strasznie ważnego wyboru moralnego. […] Człowiek się kręcił po rozmaitych pielgrzymkach i akcjach religijnych organizowanych przez duszpasterstwo, ale takiej atmosfery powagi i jakiejś wewnętrzności przeżycia nie miałem okazji gdzie indziej obserwować”[3]. Ten wybór ryzyka w imię wartości – według znakomitego określenia Jadwigi Staniszkis – czynił ludzi wolnymi i przywracał im godność. Nic dziwnego, że najlepszy opis strajkującej stoczni autorstwa Ryszarda Kapuścińskiego nie mówi nic o polityce, mówi o godności. „Ludzie, którzy odzyskali poczucie godności, nie zachowają w życiu publicznym postawy niemego przyzwolenia. Komunizm się skończył, była to końcówka niezależnie od tego, ile czasu minie, nim komuniści wypadną z gry”[4]. To już słowa Jana Pawła II po powstaniu Solidarności, na miesiąc przed wprowadzeniem stanu wojennego, którego wprowadzenie nic już nie zmieniło.. Zbigniew Brzeziński wspominał, jak wkrótce po ogłoszeniu stanu wojennego w rozmowie z Janem Pawłem II i ks. Dziwiszem uderzyło ich spokojne, ale stanowcze przekonanie, że stan wojenny się nie utrzyma. I mieli rację. Wojskowi szykujący stan wojenny nie zrozumieli podmiotowej natury ruchu Solidarności. Myśleli, że internowanie tysięcy aktywnych działaczy pozbawi ruch przywódców. Ale ruch złożony z wolnych obywateli, którzy odzyskali godność, ryzykując w imię wolności, nie składał się z samych przywódców. Każdy był Solidarnością. Wszędzie tam, gdzie internowano lub aresztowano przywódców, na ich miejsce zgłaszali się następni. „Teraz ja. Teraz moja kolej”. Działo się tak mimo tego, że nierzadko przywódca, którego zastępowano, dostawał drastyczny, wieloletni wyrok więzienia. To dlatego stan wojenny nie mógł się udać. To samo zjawisko – „każdy jest Solidarnością” – zaskoczyło władzę raz jeszcze. W 1989 r. porozumienie okrągłego stołu przewidywało wybory za kilka  miesięcy. W momencie podpisywania porozumienia wszyscy wiedzieli, że Solidarność to wielka, imponująca głowa tego ruchu, ze świetnym zapleczem ekspertów i zapewne olbrzymia, choć nikt nie wiedział jak duża, ilość biernych sympatyków, może potencjalnych członków. Błyskawiczne zorganizowanie się tego ruchu, wypełnienie brakującej przestrzeni między wąską grupą przywódców a resztą i w rezultacie miażdżące zwycięstwo wyborcze było możliwe dzięki temu, że „każdy był Solidarnością” i kiedy pojawiło się wyzwanie, przystąpił do działania.

Ten potencjał podmiotowej aktywności ujawnił się po 1989 r. i nadal jest naszą największą, choć teraz uśpioną, nadzieją. Ujawnił się w zbudowaniu w bardzo niesprzyjającym otoczeniu prężnego i stale rozwijającego się sektora małych i średnich przedsiębiorstw oraz boomie edukacyjnym, to znaczy w ogromnym wysiłku edukacyjnym tysięcy młodych studentów i studentek oraz wspierających ich rodzin. A nie są to przykłady jedyne.

Państwo, które zbudowaliśmy

Państwo, które zbudowaliśmy, to inna wersja starego państwa władzy, dla którego wolni obywatele są czymś obcym. „Istoty ludzkie są tu po prostu obiektami bezosobowych gospodarczych i politycznych oddziaływań”, Tak jak ostrzegał w 1987 r. Jan Paweł II. To świat, w którym wielokrotnie można przeczytać w tej samej gazecie o kreatywności Polaków, na przykład o prężności sektora małych i średnich przedsiębiorstw i jednocześnie o wrogim temu sektorowi biurokratycznym otoczeniu mierzonym rankingiem Doing Business. Zresztą wystarczy zacytować Wiktora Osiatyńskiego z Międzynarodowej Konferencji poświęconej 25. rocznicy Solidarności: „Twierdzę, że w Polsce pomiędzy 1976 a 1980 r. stało się coś niebywałego w skali światowej. Po pierwsze, nadano sens pojęciu praw człowieka, a po drugie, prawa człowieka stały się czynnikiem spajającym polski naród praktycznie. Dotychczas naród polski był wspólnotą historyczną, kulturową, językową, religijną, natomiast był bardzo głęboko podzielony na elity, które żądały przywilejów, i masy, które domagały się ludzkich łask”[5]. Ten opis narodu zespolonego praktycznie prawami człowieka nadal może być tylko naszym programem – a opis głębokiego podziału nadal jest naszą rzeczywistością.

Stało się tak za sprawą ważnego wyboru, którego dokonaliśmy na początku transformacji. Odwołaliśmy się do najlepszego dostępnego wzoru, czyli do inspirowanej liberalizmem i społeczną nauką kościoła idei społecznej gospodarki rynkowej. Gospodarka rynkowa sformułowana w opozycji do państwa opiekuńczego kładła w swojej części społecznej nacisk na jednostkę, jej funkcjonowanie, rozwój poprzez rozwój jednostki prowadzący do wyjścia z sytuacji wykluczenia i do funkcjonowania w systemie wymiany. To droga dłuższa i trudniejsza niż charakterystyczne dla państwa opiekuńczego załatwianie problemu biedy i nierówności przez proste transfery finansowe ściągane przez budżet z podatków, z nieuchronnymi patologiami: rozrośniętą biurokracją, uprzywilejowaną pozycją grup silnych politycznie i utrzymującą podopiecznych w stanie silnej zależności i bezradności drobiazgową kontrolą. Mamy więc w systemie państwa opiekuńczego i tak krytykowane przez papieża „istoty ludzkie, będące obiektami bezosobowych gospodarczych i politycznych oddziaływań” i „masy, które domagają się ludzkich łask” o których mówił Wiktor Osiatyński. Bo środki finansowe otrzymywane decyzją urzędniczą, nie w procesie wymiany za pracę, zawsze traktowane są jak łaska. Polska odwołała się do idei społecznej gospodarki rynkowej. Wpisała ją nawet do konstytucji. Ale wprowadziła w życie system państwa opiekuńczego. Z łatwymi do przewidzenia skutkami.

Stało się to w sposób naturalny, bez niczyjej świadomej decyzji, w znacznej mierze za sprawą zamętu, o którym mówił w 1987 r. Jan Paweł II. Zamętu pozostawionego przez komunizm, w kulturach, które poraził. Nie było w tym zapewne winy polityków, często pełnych dobrej woli i chęci ulżenia biednym, ani winy przerażonych sytuacją, nie radzących sobie z nią ludzi. Był zapewne błąd w myśleniu o przyszłości i świadomym budowaniu państwa – bo dzięki książce Janusza Lewandowskiego o niemieckich ordoliberałach potrzebna wiedza była dostępna.

Był też drugi błąd. Bardziej masowy i dużo poważniejszy, choć w pierwszym okresie po odzyskaniu wolności nieunikniony. Błąd wolnych obywateli, w tym polskich przedsiębiorców. Wolni przedsiębiorcy ruszyli budować wolną gospodarkę. Ale nie ma wolności bez solidarności. Wolni przedsiębiorcy, którzy przed laty zbudowali wolna gospodarkę w Wielkiej Brytanii i w Stanach Zjednoczonych, budowali nie tylko swój biznes, lecz także świat dookoła. Wolny czas poświęcali rodzinie i w nie mniejszym stopniu ciężkiej pracy w szkółkach niedzielnych. A szkółki niedzielne wychowały nieszczęśliwych, wykorzenionych ludzi ze wsi i imigrantów z całego świata, czyniąc z nich dobrze radzących sobie w życiu przykładnych robotników, obywateli, a czasem i przedsiębiorców. A w Polsce świat wokół wolnych przedsiębiorców stopniowo i konsekwentnie zbudowany został przez coraz silniejszą, słabo kontrolowaną władzę biurokracji i polityków. I oczywiście jest to świat biurokracji, świat „bezosobowych gospodarczych i politycznych oddziaływań”.

KOR TO PRZEDE WSZYSTKIM DOŚWIADCZENIE „MOŻESZ”

KOR był przede wszystkim doświadczeniem „możesz”. Przedstawię to doświadczenie z kilku punktów widzenia. Najpierw syntetycznie: KOR jako działanie i KOR jako budujące sprawczą tożsamość doświadczenie sukcesu, czyli doświadczenie skuteczności owego działania. Później spróbuję opowiedzieć o doświadczeniu „możesz” poprzez opis realnych doświadczeń kilku lat pracy KOR-u. To będzie przede wszystkim opowieść o „Robotniku”.

Gdyby ktoś chciał się dowiedzieć, na czym polegał KOR, powinien skorzystać z Internetu i obejrzeć wywiad z Konradem Bielińskim, członkiem KSS KOR, współtwórcą Nowej, odpowiadającym w tym wydawnictwie za technikę. Wywiad jest niezwykły o tyle, że Konrad opisuje możliwie wiarygodnie i możliwie prosto, co i jak w KOR-ze robił. Bo KOR tak naprawdę da się zrozumieć i zobaczyć właśnie w działaniu. KOR opierał się głównie na działaniu, na dobrze zorganizowanym konkrecie. Już od samego początku, od pojawienia się przyszłych KOR-owców na korytarzu sądu w Warszawie podczas pierwszego procesu robotników z Ursusa. Od razu były pieniądze dla rodzin ofiar przyniesione przez Jana Józefa Lipskiego, od razu była oferta pomocy prawnej, od razu praktyczny pomysł akcji pomocy docierającej do rodzin ofiar represji i determinacja w doprowadzeniu go do skutku. Od razu, w środku lata, mimo że większość ludzi była na wakacjach. I od razu były też kwiaty, biało-czerwone róże dla ofiar, kwiaty przywracające godność żonom „warchołów”. Nawet inicjatywa listów, które napisali intelektualiści, miała od razu skutek i cel praktyczny. Oczywiście listy były przede wszystkim świadectwem – pokazywały robotnikom, że nie są sami. Ale jednocześnie list Jerzego Andrzejewskiego, znanego pisarza, stał się rodzajem legitymizacji i uwiarygodnienia dla studentów jeżdżących z pomocą do Ursusa i okolic. A list Jacka Kuronia do Enrica Berlinguera rozpoczynał bardzo skuteczną i ważną akcję pozyskiwania opinii publicznej na Zachodzie. To nastawienie na praktyczne działanie od początku wyznaczało konkretne zadania, organizowało ruch zgłaszających się do akcji ludzi, przynosiło szybko wymierne rezultaty. Powołany we wrześniu 1976 r. Komitet Obrony Robotników nie służył dawaniu świadectwa, nie był wyrazem poparcia czy protestu. Był centrum potrzebnym ze względu na sporą skalę działań, organizacyjnym zwieńczeniem dużego, wieloosobowego, skutecznego przedsięwzięcia, z niemałym konkretnym dorobkiem. I od tej pierwszej chwili tak już z KOR-em było stale. Konkretnie i praktycznie.

KOR to było doświadczenie sukcesu, doświadczenie budującej sprawczą tożsamość – używając trafnego określenia Edwarda Wnuka-Lipińskiego – skuteczności działania. Przywołam swoje własne doświadczenie: pamiętam, jakby to było wczoraj, moją pierwszą podróż do rodziny Antoniego Dziełaka, oskarżonego w pierwszym ursuskim procesie. Był wczesny ranek, padał drobny deszcz, jechałem pociągiem do ostatniej stacji przed Żyrardowem. Pamiętam wąską ścieżkę i mój strach, jak to wszystko będzie. Do domu, który już wie, że się należy bać, przychodzi obcy chłopak, nie bardzo potrafiący wytłumaczyć, skąd jest i dlaczego mają mu uwierzyć. Pamiętam przeraźliwy smutek odwiedzanego miejsca i bardzo szybko wyraźną radość, że ktoś przyszedł z pomocą. Zapamiętałem to niemal fizycznie jako ciemne i smutne miejsce, w którym nagle zrobiło się jasno, jakby zabłysło światło. To były oczywiście moje emocje. Naprawdę wciąż był ten sam ciemny, deszczowy ranek. I pamiętam swój radosny powrót: załatwiłem wszystko, co miałem załatwić, zebrałem potrzebne informacje, dostarczyłem pieniądze, dostałem adresy innych represjonowanych. Ale przede wszystkim wiedziałem, że mój wyjazd miał sens, że nawet dla tego jednego wyjazdu warto się było angażować.

Ten wątek jest bardzo ważnym fragmentem opowieści o doświadczeniu „możesz”, o sprawczej tożsamości. Wszystkie wielkie KOR-owskie przedsięwzięcia składały się z pojedynczych kroków, które miały sens same w sobie. Kolejne wizyty w akcji pomocy, kolejne numery wydawanych w drugim obiegu czasopism. To dawało poczucie siły, pozwalało porywać się na rzeczy coraz trudniejsze. W maju 1977 r., po śmierci Staszka Pyjasa, kilkanaście osób, jego przyjaciół, postanowiło zorganizować bojkot zaczynających się właśnie w Krakowie juwenaliów. Byli swoim pomysłem bardziej przerażeni niż pełni doń zapału, tak bardzo wydawał się nierealny. Ale było wśród nich kilka osób z KOR-u z Warszawy, z hektografem do szybkiego drukowania klepsydr, pewnym doświadczeniem organizacyjnym i przede wszystkim z ogromnym poczuciem siły płynącym z dotychczasowych akcji KOR-u. Akcja bojkotu juwenaliów zakończyła się całkowitym sukcesem. Po niej nastąpiła jeszcze jedna próba: aresztowanie członków KOR-u. I utrzymanie dotychczasowej pracy KOR-u głównie dzięki wspaniałym kobietom – Gajce Kuroń i Halinie Mikołajskiej, które zastąpiły aresztowanych mężczyzn. A potem przyszło zwycięstwo: amnestia w lipcu 1977 r. To zwycięstwo i olbrzymie poczucie siły, zbiorowe poczucie tożsamości sprawczej stanowiło oprócz uwiarygodnienia w środowisku robotniczym główny kapitał KOR-u. Bez niego nie byłoby późniejszych oszałamiających rezultatów – zbudowania drugiego obiegu czy przygotowania liderów protestów robotniczych w 1980 r.

Doświadczenie KOR-u i później Solidarności to doświadczenie olbrzymiego sukcesu. Ludzie KOR-u zrealizowali wszystkie cele, jakie przed sobą stawiali, i mieli istotny udział w osiągnięciu, które stanowiło granice ich marzeń: w obaleniu komunizmu i odzyskaniu niepodległości. Dlatego warto przyjrzeć się poszczególnym etapom tej drogi. Etap pierwszy to walka o uwolnienie uwięzionych uczestników strajków 1976 r. i najważniejszy rezultat, czyli samo zwycięstwo. Etap drugi, w którym wszystko się rozstrzygnęło, to przygotowanie do następnej strajkowej konfrontacji z władzą, w której zamiast niezorganizowanego tłumu wystąpią zorganizowani robotnicy, i sam strajk zakończony powstaniem niezależnego związku zawodowego. Etap trzeci: od karnawału Solidarności, przez stan wojenny, po rokowania okrągłego stołu to czas, w którym zadanie polegało na tym, żeby przetrwać. Bo okazało się że powstanie i utrzymanie masowego niezależnego związku zawodowego w sprzyjających okolicznościach wystarczy do spowodowania upadku komunizmu i odzyskania niepodległości.

Etap trzeci wykracza poza ramy tego tekstu. Ale będzie w nim mowa o wydawnictwach drugiego obiegu, czyli głównym narzędziu walki. A także o tym, co oprócz świetnego przywództwa Solidarności i Lecha Wałęsy – i oczywiście oprócz bezpośredniego wsparcia Jana Pawła II – zadecydowało o przetrwaniu. Czyli o obudzeniu osobistej odpowiedzialności ludzi Solidarności.

Główną uwagę skupię na etapie drugim. Był najważniejszy.

To będzie opowieść o piśmie „Robotnik” i trochę o Wolnych Związkach Zawodowych pracujących tym „Robotnikiem”. Całe środowisko  KOR-owskie wyrosło ze skutecznej akcji pomocy robotnikom w Ursusie i Radomiu. Gdy tylko zaczęły się strajki w 1980 r. wszyscy znowu włączyli się do skutecznego informowania o strajkach i do pomocy w zakładaniu Solidarności. Po amnestii w 1977 r. większość środowiska zajęła się imponującą pracą wydawniczą. Zaowocowało to zmianą nastawienia opinii publicznej, zmianą nastawienia inteligencji i jej udziałem w ruchu Solidarności. Praca „Robotnika” i jego współpracowników była częścią tego informacyjnego wysiłku. Co więcej, wiele typowo inteligenckich czasopism i książek poprzez kolportaż trafiało do środowiska robotniczego. Były więc częścią, uzupełnieniem pracy zespołu „Robotnika”. Dlatego skupienie uwagi na samym „Robotniku” jest trochę zabiegiem sztucznym. Ale warto to zrobić. Po pierwsze, dlatego, że to jednak była praca bardzo specyficzna: obce, dopiero tworzące się środowisko, własny, odwołujący się do konkretu język, własne, specyficzne problemy. Po drugie, dlatego, że skupienie uwagi na tym nowym dla opozycji środowisku pokazuje niezwykłe rezultaty osiągnięte w ciągu kilku zaledwie lat: wyłonieni pierwsi liderzy, wyraźnie zarysowany program, wkrótce masowy ruch. Oczywiście nie byłoby tych rezultatów, gdyby nie pielgrzymka Jana Pawła II i wybuch strajków po kolejnej podwyżce cen. Ale nie byłoby ich mimo pielgrzymki i strajków, gdyby nie praca grupy „Robotnika” i Wolnych Związków Zawodowych na Wybrzeżu.

Tony Judt, autor „Powojnia” – najpoważniejszej syntezy poświęconej powojennej Europie – podkreśla konieczność mówienia nie tylko o samej Solidarności, lecz także o procesie, którego była zwieńczeniem. Pisze o tym procesie kilkakrotnie. W swoim tekście nie wspomina o piśmie „Robotnik”, ale pisze o wykonywanych przez środowisko „Robotnika” działaniach. Gdy mówi o lekcji lat 1968 i 1970 („nigdy więcej nie damy się podzielić”) i o utworzeniu Komitetu Obrony Robotników, ma na myśli cały ruch KOR-owski. Ale już słowa o zasypaniu przepaści między robotnikami i inteligencją odnoszą się do „Robotnika”, bo bez niego pierwszy krok, jakim była akcja pomocy, nie miałby kontynuacji. O „Robotniku” mówi, podkreślając ogromną rolę Karty Praw Robotniczych, opowiadając o Wolnych Związkach Zawodowych (tu tylko w tym znaczeniu że WZZ-y „pracowały «Robotnikiem»”). Także „ogłoszenie się przez KOR strajkową agencją informacyjną w 1980 r. dotyczy «Robotnika»”. Medium „strajkowej agencji informacyjnej” nie był „Robotnik”, tylko zachodnia prasa, Wolna Europa i nasłuch radiowy, ale pomysł, kierownictwo i wykonanie to Jacek Kuroń i ekipa „Robotnika”. Podobnie jak Judt mówił podczas międzynarodowej konferencji w 25. rocznicę Solidarności Timothy Garton Ash: „Jeżeli spytacie, co było najważniejszą przyczyną powstania Solidarności 25 lat temu i tego, co nastąpiło w latach 80., to odpowiedź winna brzmieć: przede wszystkim sytuacja wewnętrzna w Polsce i w bloku sowieckim”. I dodaje: „Twierdzę – ilustrując moją tezę – że rozpowszechnianie początkowo jedynie dwunastu egzemplarzy nielegalnego, z zamazanym drukiem, pisma «Robotnik» przez młodego robotnika z Ursusa Zbigniewa Bujaka miało chyba większe znaczenie niż cała polityka średniej wielkości państwa zachodnioeuropejskiego”.

Inteligenci w PRL-u byli słabi, władza się ich nie bała, ale stworzyli środowisko, byli zdolni do uczenia się na doświadczeniach i do ciągłości wysiłku. Bez względu na wielkie ofiary, czyli przede wszystkim powtarzające się wieloletnie więzienie. Bunty robotnicze były silne i zwycięskie, władza się ich bała. Ale były spontaniczne i niezorganizowane. Były ofiary, także śmiertelne, ponoszone w czasie pacyfikacji buntów. Po żadnym buncie nie powstało, a dokładniej nie utrzymało się żadne robotnicze środowisko. Nawiązanie skutecznej współpracy robotników i inteligencji nasuwało się samo. Wspominałem o naturalnym odruchu „Nie damy się więcej pacyfikować osobno” pokolenia Marca 1968 r. Do nawiązania współpracy z robotnikami nawoływał inteligentów Jerzy Giedroyc, podobnie myślał prymas (latem 1977 r., po bojkocie juwenaliów i aresztowaniu młodego KOR-u docierały do nas sygnały z ważnych kręgów kościelnych: „podciągnijcie tabory”, chodziło o robotników). Ale nie było to zadanie łatwe. Środowiska były sobie obce, nie utrzymywały żadnych kontaktów, inteligencja nie miała pojęcia o warunkach życia ani poglądach robotników. Jak w XIX w. Wyjątkową okazję stworzyły wydarzenia 1976 r., a ściślej skuteczna akcja pomocy ofiarom represji. Nawiązanie bezpośrednich kontaktów okazało się nieoczekiwanie łatwe. Od pierwszej chwili myśleliśmy o dalszym ciągu. Gdzieś w tyle głowy mieliśmy związki zawodowe jako odległy, dalekosiężny cel. Wyraźnie pamiętam takie rozmowy z Antonim Macierewiczem i Piotrem Naimskim. Ale droga do nawiązania skutecznej współpracy była bardzo długa.

Ponad rok szukaliśmy właściwego pomysłu. Stary PPS-owski pomysł spotkań dyskusyjnych, czegoś na kształt Towarzystwa Uniwersytetów Robotniczych, wyraźnie nie wychodził. Robotnicy się bali. Za mała korzyść, za duże ryzyko. Była wiosna 1977 r. Akcja pomocy w Ursusie dogasała. Osiągnęliśmy wszystko to, co było do osiągnięcia. Po Liście robotników Ursusa do Edwarda Gierka wyrzuceni wrócili do pracy, wprawdzie nie w Ursusie, ale w innych zakładach. Nowa działalność wyraźnie kulała. Jacek Kuroń w nagranym w 1980 r. wywiadzie mówił o tym tak: „Mam poczucie, że ludzie, którzy z początku zajmowali się Ursusem, to znaczy Czarna Jedynka, tak się zachłysnęli sukcesem, że ich działalność oklapła. Myślę, że to główny czynnik. Czarna Jedynka okazała się niezwykła, jeśli chodzi o rozpoczynanie działania, i potrzebowała dokonywać wciąż wielkich rzeczy. Natomiast do długiej, monotonnej pracy nie nadawała się zupełnie, męczyło ich to, nudziło i już myśleli o nowych historiach. Karykaturą tego typu działania jest Wojtuś Onyszkiewicz, który ma nowy, cudowny pomysł, często na pograniczu fantastyki, ale w momencie, kiedy go wymyśli i zacznie wokół niego biegać, to mu właściwie wystarcza i szuka czegoś nowego”[6]. Charakterystyka mojej osoby była bardzo słuszna, ale w tym wypadku naprawdę był potrzebny nowy pomysł. Pomysł zrobienia pisma. „Robotnik” pojawił się latem. Był rzeczywiście na skraju fantastyki. Jacek Kuroń w autobiografii mówi o tym tak: „Zamierzenia były ambitne. Ja sceptyczny. – Chcecie, żeby było na wysokim poziomie, chcecie, żeby było popularne, i chcecie, żeby było organizatorem. Według mnie musicie robić od razu trzy pisma – mówiłem im. – Wiem jednak, że jak są ludzie, którzy bardzo chcą zrobić rzecz niemożliwą, to ją zrobią”[7]. Pomysł pojawił się latem. W smutnych okolicznościach. Pamiętam, leżałem wtedy nieruchomo, z pękniętą miednicą, po wypadku samochodowym w czasie powrotu z krakowskich juwenaliów. Lato, cisza, przeraźliwy smutek sprawionego zawodu (ocalały członek młodego KOR-u, który nie potrafił skutecznie zastąpić aresztowanych kolegów). I rosnące, coraz głębsze przekonanie, że następnym krokiem  powinno być stworzenie pisma, które „samo” zorganizuje robotników, dokładnie tak jak nas wtedy uczyły do znudzenia szkolne czytanki o młodym Leninie. Potrzeba było dopiero tej ciszy. Siła tego zrodzonego z długich, samotnych dni, z lektur i rozmów „głębokiego przekonania” pozostała moim najważniejszym wkładem w opisywane działania. Pismo „Robotnik” stworzyli przekonani, wspaniali ludzie. Ja pozostałem ich skromnym, ale dzielnym i skutecznym, przynajmniej w ważnym czasie lipcowych strajków, współpracownikiem.

Merytoryczna opowieść o sukcesie „Robotnika” sprowadza się do kilku punktów. Po pierwsze sam pomysł wzięty z historii, od Lenina i Piłsudskiego. „Robotnik” to pismo organizator: kolportaż „Robotnika” tworzył późniejszą siatkę strajków i Solidarności. Zbiorowe czytanie „Robotnika” po pracy, połączone nierzadko z omawianiem problemów poruszonych w numerze, zastąpiło z powodzeniem wcześniejsze nieudane próby spotkań. Kolporterzy i ci, co czytali „Robotnika” na głos, to byli późniejsi przywódcy strajków i Solidarności. Czyli wszystko stało się dokładnie tak, jak powiedzieli Lenin i Piłsudski. Po drugie, to pismo miało znakomitą redakcję. To było bardzo sprawne organizacyjnie przedsięwzięcie. Co dwa tygodnie kolejny numer (20 stron maszynopisu), aktualny (to znaczy zdolny do reagowania na aktualne wydarzenia), dobrze zredagowany i bardzo dobry merytorycznie. „Robotnik” potrafił zachowywać wysoki poziom merytoryczny i jednocześnie operować prostym, zrozumiałym dla wszystkich językiem. Wymagało to niejednokrotnie przekładania trudnych, merytorycznych, napisanych przez wybitnych autorów artykułów na teksty proste i zrozumiałe. Pismo poruszało sprawy ogólne. Przywracało pamięć o Czerwcu 1976 r., Grudniu 1970 r., „praskiej wiośnie”, 17 września 1939 r. i zbrodni katyńskiej. Specjalny numer został poświęcony wyborowi Karol Wojtyły na papieża. Ale przede wszystkim pismo publikowało informacje otrzymywane dzięki kontaktom w zakładach pracy: o warunkach i prawie pracy, przyczynach trudności w zaopatrzeniu i ukrytych podwyżkach, o strajkach i próbach niezależnej działalności robotniczej. Wkrótce „Robotnik” stał się rzeczywistym programowym ośrodkiem rodzącego się środowiska. Po trzecie, „Robotnik” miał znakomitą technikę druku. Wymyślił ją Witek Łuczywo. Sitodruk był techniką używaną wówczas powszechnie w przemyśle i dlatego dostępną. Dzięki sitodrukowi można było w prosty sposób zadrukować dwustronnie kartkę papieru formatu A3. Dzięki zastosowaniu szpalt uzyskiwało się odpowiednik 20 stron maszynopisu wydrukowanego drobnym drukiem, niezwykle czytelnie i wyraźnie. Trudności techniczne, jakie występowały na początku głównie z farbą, która nie chciała szybko schnąć, pokonali pracownicy instytutu chemicznego, z którego niedawno wyrzucono Witka. „Robotnika” łatwo się kolportowało i łatwo drukowało za pomocą robionej ręcznym sposobem ramki. Drukować mogły dwie osoby, a gdy dokonano kolejnego ważnego wynalazku, podwieszając górną część ramki do lampy w suficie za pomocą zwykłej gumy do majtek, drukować mogła nawet jedna osoba. W ten sposób stworzony został system umożliwiający drukowanie dowolnych gazet czy książek w dowolnym miejscu w całej Polsce. Wystarczyło kilku odważnych. Od tego momentu żaden stan wojenny nie miał żadnych szans. To i jeszcze trzy ważne elementy: Karta Praw Robotniczych – wspólna platforma programowa dla grup robotniczych podejmujących niezależną działalność, Wolne Związki Zawodowe, przede wszystkim Komitet Założycielski Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża i zorganizowana praca informacyjna w czasie strajków 1980 r. spowodowało, że strajki skończyły się, tak jak się skończyły, i później wystarczyło tylko nie dać się zniszczyć.

Na mechanizm tego sukcesu składały się:

  • zrozumienie, co jest naszym najważniejszym zadaniem (przygotowanie przywódców robotniczych na następny strajk);
  • znalezienie właściwego pomysłu w długim wysiłku (zajęło to cały rok, jedną czwartą całego czasu);
  • właściwi ludzie, świetny zespół, który przejął odpowiedzialność za zadanie;
  • dobrze zorganizowany, systematyczny wysiłek, determinacja zespołu, zwłaszcza w pierwszym, najtrudniejszym okresie (w którym naprawdę daleko było od zrealizowania się wizji Lenina czy Piłsudskiego);
  • nastawienie zespołu na najwyższą jakość, uczenie się w trakcie i w rezultacie ogromny rozwój przedsięwzięcia:

◦       wzrost nakładu od 400 egzemplarzy pierwszego numeru po systematyczne 20 tys. w późniejszym czasie i 70 tys. w czasie strajków lipcowych, do tego coraz lepszy, coraz trafniejszy kolportaż;

◦       jakościowy rozwój druku od mało czytelnego powielacza spirytusowego do bardzo czytelnego sitodruku;

◦       zwiększenie zawartości numeru, osiągnięcie bardzo wysokiego poziomu merytorycznego przy zachowaniu prostego i zrozumiałego języka;

◦       rozwój organizacyjny całego ruchu wokół „Robotnika”;

◦       doprowadzenie do tego, że dla większości współpracowników „Robotnika” efektywna współpraca stała się „tania i łatwa”, a zarazem bardzo wymierna i satysfakcjonująca. Pisałem już o tanim i łatwym druku, Łatwy i satysfakcjonujący był też kolportaż; pismo było interesujące nawet dla inżynierów, dobrze nadawało się do zbiorowego czytania i omawiania.

JEŻELI MOŻESZ, TO ODPOWIADASZ. ODPOWIADASZ ZA WSZYSTKO, NA CO MASZ WPŁYW

Przed laty uczestniczyłem w wieloletnim ważnym przedsięwzięciu społecznym. Warszawscy licealiści sprowadzali na edukacyjne wycieczki wiejskie dzieci w zamian za ziemniaki od ich rodziców. Akcja miała dużą skalę. Co roku kilka tysięcy wiejskich dzieci w zamian za kilkaset ton ziemniaków. Licealiści wciągnęli do nieodpłatnej współpracy warszawskie restauracje, muzea, centra zabaw i rozwiązali problem karmienia bezdomnych w okresie zimowym. Sami byli pilotami wycieczek. Zdumieni rodzice stwierdzili, że ich często tak nieodpowiedzialne dzieci w sprawie wycieczek nigdy nie zawodzą. Bo wiedzą, że od ich zachowania zależy sukces kolejnej wycieczki, a w konsekwencji nakarmienie bezdomnych. Jeżeli możesz, to odpowiadasz. Odpowiadasz za to, na co masz wpływ.

W wyniku porozumień sierpniowych powstał „Tygodnik Solidarność”, a wraz z nim możliwość drukowania w dużym nakładzie niedostępnych wcześniej dla czytelników materiałów historycznych. Młody redaktor działu historycznego Andrzej Friszke nie mógł zmarnować tej szansy. Jeżeli możesz…

Gdyby nie sukces akcji pomocy i pierwszego roku KOR-u nie byłoby aż tak wielkiego poczucia odpowiedzialności za kolejne niemożliwe do zrealizowania zadanie – przygotowanie przywódców robotniczych na następny wybuch.

Gdyby nie sukces studenckiej akcji w obronie rolnika Jana Kozłowskiego nie byłoby skutecznej akcji zbierania informacji o strajkach w Lublinie.

Zasada, że jeżeli możesz, to odpowiadasz, przypomina o ogromnej roli prób i udanych precedensów w wyniku tych prób. Bez prób, bez udanych precedensów nie będzie siły społecznego działania. Przypomina o tym doświadczenie KOR-owskiej pracy zespołowej i społecznego uczenia się. Na przykład uczenia się od pierwszych nieśmiałych i prymitywnych prób przepisywania na maszynach do pisania, po profesjonalny druk dużych nakładów na maszynach offsetowych i możliwość sprawnego drukowania na ramkach niemal wszędzie. Podobnie było w innych dziedzinach. Przywrócenie społecznej, obywatelskiej aktywności musi jak zawsze polegać najpierw na długim, upartym budowaniu „możesz”. A jak znajdzie się sposób, będzie i wola.

Doświadczenie KOR-u i Solidarności przypomina, jak ogromny potencjał tkwi w działaniach społecznych. Ci, którzy to doświadczenie przeżyli, wiedzą, że myślenie o prawdziwych zmianach w Polsce, a może także i w Europie, kierować należy przede wszystkim w stronę społeczeństwa, a nie w stronę władzy. Że tam jest „punkt przyłożenia siły”. Dlatego, że te zmiany są tam możliwe.

ZAMIAST ZAKOŃCZENIA

Opisane w „Rodowodach niepokornych” pokolenie młodej Marii Skłodowskiej (przyszłej Marii Curie) weszło w dorosłe życie w czarnej godzinie po upadku powstania styczniowego, utracie nadziei na pozyskanie dla Polski tutejszych, czyli bezrolnych chłopów obdarowanych ziemią przez zaborców i energicznie edukowanych na dobrych Rosjan czy Niemców. W tej sytuacji nawet rysująca się w oddali szansa na wojnę ludów nie dawała żadnej nadziei.

Pokolenie „Robotnika” napotkało sytuację opisaną w raporcie Konwersatorium „Doświadczenie i Przyszłość” słowami „niemożliwa do utrzymania i do zmiany”, czyli sytuację nadchodzącej katastrofy gospodarczej i jednocześnie zablokowanych dróg naprawy.

Pokolenie „Liberté!”„Kontaktu” i „Krytyki Politycznej” stoi przed koniecznością dokonania nowych, gruntownych zmian pozwalających Polsce, a zapewne także Europie, przetrwać nadchodzący kryzys o rozmiarach huraganu. Wyzwanie to dobrze opisali dawni redaktorzy „Robotnika” Henryk Wujec i Jan Lityński w „Gazecie Wyborczej”, w tekście z okazji rozpoczęcia polską prezydencję w Unii.

Mamy dobry, przechowany w tradycji, a więc w społecznej pamięci i w społecznych umiejętnościach, wzór reagowania na kryzys, na nadchodzące wyzwania. To edukacja, społeczny wysiłek edukacyjny. Wychowanie tysięcy podmiotowych Polaków, którzy podejmą wyzwanie. Tak zareagowaliśmy na rozbiory i utratę niepodległości. Tysiące wychowanków Collegium Nobilium Stanisława Konarskiego i szkół Komisji Edukacji Narodowej wzięło udział w powstaniu, poszło do legionów Napoleona, budowało Księstwo Warszawskie i na starość, po klęsce powstania listopadowego, współtworzyło kulturalną podstawę przetrwania długich lat niewoli. Pokolenie młodej Marii Skłodowskiej, tysiące młodych chłopców i panien z dobrych domów, z podręcznikiem ukrytym pod szalem, poszło „w lud”. Byli tak samo zdecydowani prowadzić dzieło tworzenia „prawdziwych Polaków” jak władze szkolić „dobrych Niemców” czy „dobrych Rosjan”. Prostymi środkami i ogromnym osobistym wysiłkiem zbudowali działalność, której rozmiary wprowadziły w osłupienie prof. Normana Daviesa. Wychowankowie tej oświatowej rewolty nie zmarnowali szansy „wojny ludów”, wywalczyli niepodległość, wywalczyli granice odrodzonej Rzeczpospolitej, obronili ją przed radziecką inwazją i zbudowali podstawy niepodległego państwa. Społeczna edukacja czasami bardziej przypominała to, co dziś nazywa się edukacją pozaszkolną. Polegała na pracy i działalności w danym czasie i danym miejscu najważniejszej i jednocześnie była edukacją. Tak było ze spółkami zarobkowymi w zaborze pruskim w Poznańskiem w drugiej połowie XIX w. Profesor Bernhard, piszący na polecenie rządu niemieckiego o przyczynach polskiego sukcesu, nie miał co do tego żadnych wątpliwości: „To tysiące chłopów i ziemian rządnych, uświadomionych fachowo i zdeterminowanych”. Podobnie było w czasach „Robotnika” i Wolnych Związków Zawodowych: drukowanie i kolportaż nielegalnego pisma, nielegalna działalność związkowa i jednocześnie dokładnie opisywana w tym tekście przemiana w podmiotowych obywateli.

Wychowankowie pokolenia „Liberté!”, „Kontaktu” i „Krytyki Politycznej” działać będą w świecie wielkich wyzwań, zmian, które podważą wiele nienaruszalnych dotąd założeń. Będą działać w świecie, którego najważniejszym wyróżnikiem jest to, że każdy organizuje go sobie sam. Jedyną ich szansą będzie własna tożsamość sprawcza i wspólnota solidarności z innymi. Muszą nauczyć się wykorzystywać swoje niepowtarzalne zdolności i budować swój indywidualny wkład. Jednocześnie będą musieli zbudować wokół siebie świat, który pomoże bezradnym zamieniać się w zaradnych i włączać ich w proces społecznej wymiany. Słowem, będą musieli uparcie budować – ograniczający do minimum społeczne wykluczenie – świat możliwie równych szans. Tak jak od wielu lat robią to w nieporównanie trudniejszych warunkach wychowani na Solidarności jej prawdziwi kontynuatorzy, działacze społeczni z kraju rzeczywistej społecznej gospodarki rynkowej z Brazylii prezydenta Luli. Do takiego zadania nie przygotuje ich dzisiejsza szkoła wymyślona ponad trzysta lat temu dla zupełnie innego świata. Podobnie jak poprzednicy będą musieli zbudować nową szkołę sami. Jej wzór zapewne jest dziś dobrze znany, podobnie jak w czasach „Robotnika” znany był prosty wzór jego działalności. Być może jest to system edukacyjny Toyoty. System edukacji pozalekcyjnej. Edukacja oparta na działaniu, procesie i trenerach, czyli nauczycielach. Działanie to tutaj nie produkcja samochodów, jak w Toyocie, ale np. działania pozarządowe: sprawne, społecznie i inżyniersko  zaprojektowane przedsięwzięcia przejmujące od urzędników kolejne dziedziny życia społecznego. Jak w zamyśle Wielkiego Społeczeństwa Davida Camerona. Tyle że jednocześnie uczące ludzi – taki system praca (społeczna) za edukację. Wspomniana wcześniej wymiana edukacyjnych wycieczek dla wiejskich dzieci w zamian za ziemniaki od ich rodziców też rozwinęła się w efektywne działanie edukacyjne. Proces to, jak mówią w McKinseyu, ustrukturyzowane podejście do rozwiązywania problemów, pozwalające rozłożyć każdy problem na części proste. Trenerzy, czyli nauczyciele, to młodzi i dorośli ochotnicy uczący tego, w czym są najlepsi na świecie. Każdy jest w czymś bardzo dobry, tylko rzadko o tym wie i jeszcze rzadziej to wykorzystuje. Kiedy Toyota z konieczności została największą na świecie instytucją edukacyjną, jej menedżerowie w zdecydowanej większości stali się jednocześnie nauczycielami. Bardzo dobrymi nauczycielami.

Taki system trzeba zbudować społecznie. Metodą osobistego wkładu. Jak w dziewiętnastowiecznych szkółkach niedzielnych, które odmieniły nasz świat. Jak u młodej Marii Skłodowskiej czy w czasach „Robotnika”. Bo tylko tak da się go zbudować, tylko wtedy będzie niezależny i tylko wtedy system wychowa ludzi solidarnych, którzy oddadzą innym to, co sami dostali. Jak to wszystko zrobić? Jest tylko jedna droga.

Jak zawsze przede wszystkim potrzeba nam głębokiego zrozumienia nadchodzących potrzeb, czyli pewności, mocnego, zbiorowego przekonania, że rzeczywiście, jak tyle razy wcześniej, potrzebni są nam obywatele, którzy poradzą sobie z nadchodzącymi wyzwaniami.

Później trzeba będzie poświęcić wiele wysiłku na znalezienie „możesz”, zbudowanie, poszukanie właściwych pomysłów, dających się zoperacjonalizować rozwiązań: tanich, łatwych, wymiernych i dających satysfakcję. Jak w „Robotniku”.

Jeżeli możesz, to odpowiadasz: tanie, łatwe, wymierne i przynoszące satysfakcją rozwiązania świadomie przyjętych wyzwań potrafią mieć moc huraganu. Jak ten huragan z przeszłości, które w beznadziejnej sytuacji Polski porozbiorowej pozwolił zbudować silną kulturę, która wygrała z zaborcami, czy ten, który zdeklasował Niemców w gospodarczej wojnie w zaborze pruskim, albo niebywały huragan oświatowy pokolenia młodej Marii Skłodowskiej, który zbudował nowoczesną Polskę. A może ten, którego sam miałem szczęście być uczestnikiem trzydzieści pięć lat temu.

Po raz kolejny czytam kanoniczny tekst polskich inteligentów „Rodowody niepokornych” Bohdana Cywińskiego. W zakończeniu wstępu do ostatniego wydania z 2010 r. znajduję passus: „Prawdziwie niepokornych nigdy nie było wielu. Mimo to okazywali się historycznie skuteczni. A niepokornym każdy z nich stawał się – mocą własnej decyzji – sam”.

To znowu słowa do każdego z nas.



[1]     Z. Brzeziński, Wybór: dominacja czy przywództwo, Kraków 2004, s. 176.

[2]     G. Weigel, Op. cit., s. 691.

[3]     „Wolność i Solidarność”, numer 2/2011, Gdańsk, s. 120

[4]     G. Weigel, Op. cit.,  s. 546

[5]     Od Solidarności do wolności: konferencja międzynarodowa Warszawa–Gdańsk 29–31 sierpnia 2005, pod red. N. Smolar, Gdańsk, s. 42.

[6] Niepokorni: rozmowy o Komitecie Obrony Robotników […], pod red. M. Okońskiego, Kraków 2008, s. 197.

[7] J. Kuroń, Taki upór, Warszawa 2011, s. 244.

Czytaj również
*
WojciechOnyszkiewicz