Omnia mutantur: gospodarcza przyszłość Europy – Rozmowa Olgi Łabendowicz z Markusem Beyrerem

Drukuj

Liberté! Numer XXII

Od TTIP, przez TPP, FTA, po CETA. Czy era umów dwustronnych powoli dobiega końca, ustępując miejsca umowom wielostronnym? Globalizacja niezaprzeczalnie postępuje, co jednak wcale nie wyklucza dalszej integracji europejskiej, która zdaniem Markusa Beyrera – dyrektora generalnego BUSINESSEUROPE (Konfederacji Europejskiego Biznesu z siedzibą w Brukseli) – wkrótce o sobie przypomni. O przyszłości Europy, Rosji i rynków międzynarodowych rozmawiała Olga Łabendowicz.

Dlaczego przeciętnemu Kowalskiemu powinno zależeć na tym, by TTIP został zawarty? Co Kowalski na tym zyska?

Oczywiście, nie jest łatwo to wyjaśnić. Moglibyśmy na przykład rozpocząć poprzez wyliczenie wszystkich korzyści, jakie płyną z TTIP, jednak sądzę, że powinniśmy zacząć od geostrategicznego punktu widzenia. Długo można by dyskutować o różnicach między Europą a Stanami Zjednoczonymi. Niemniej, jeśli spojrzymy na świat z perspektywy helikoptera albo lepiej – Księżyca – to zobaczymy, że Europa i USA to prawdopodobnie systemy sobie najbliższe. Dlaczego? Przede wszystkim podzielamy szereg wspólnych wartości i idei – czy to się tyczy ochrony środowiska, praw konsumenckich, czy też społecznych standardów. Choć nie jest tak, że kwestie te nie występują nigdzie indziej na świecie, to jednak śmiem twierdzić, że nasze systemy są jednymi z najbardziej zaawansowanych. Teraz więc, gdy projekt wielostronnego porozumienia handlowego nieco zwolnił, zawiązywanych jest wiele dwustronnych i wielostronnych porozumień o charakterze regionalnym. Pojawia się zatem pytanie: „Kto będzie wyznaczał standardy w przyszłości?”. I w moim przekonaniu albo wyznaczać je będziemy my w porozumieniu z USA, albo pałeczkę przejmą inni.

Inni? Czyli kto?

Cóż, będziemy po prostu podążać za standardami chińskimi. Dlatego też wierzę, że dzięki TTIP możemy wiele zyskać. Szczególnie Europa, gdyż Stany Zjednoczone prowadzą jeszcze negocjacje transpacyficzne. Jest to zatem prawdopodobnie nasza ostatnia szansa, by wpłynąć na tor, jakim będzie podążała dalsza globalizacja. Musimy sobie jasno powiedzieć: czegokolwiek byśmy nie zrobili, globalizacja będzie postępować. Nie jest tylko pewne, czy będziemy w stanie ukierunkować ją według naszych wartości, czy też ulegnie ona innym wpływom, co niewątpliwie nie leży w naszym interesie. Co ciekawe, nie leży to przecież także w interesie zajadłych krytyków TTIP.

Jeśli zaś mówimy o jednostkach, najbardziej przekonujący wydaje się argument dotyczący przyśpieszonego wzrostu gospodarczego oraz otwarcia rynków pracy. Nie sądzę, by istniało jakiekolwiek poważne opracowanie dowodzące, że TTIP nie wpłynie pozytywnie na obie te kwestie. I dlatego też sądzę, że na tym aspekcie powinniśmy oprzeć naszą narrację, zamiast tracić czas na długie i bezsensowne dyskusje o tym, do czego nam to w ogóle potrzebne.

TTIP bez wątpienia stworzy najwięcej nowych możliwości dla małych i średnich przedsiębiorstw (MŚP). Duże firmy też na tym skorzystają – mam na myśli niższe cła, czy lepszy dostęp do rynków zagranicznych – jednak one już teraz całkiem nieźle radzą sobie z problemami, które napotykają na swojej drodze (dysponują przeważnie działem prawnym, mają know-how, w razie potrzeby stać je na zatrudnienie prawników). Jeśli zaś przedsiębiorstwo z sektora MŚP chce obecnie wejść na rynek amerykański, musi najpierw odnaleźć odpowiedni kod celny na dany produkt – okazuje się jednak, że nie jest to takie proste i zajmuje czasem długie miesiące, wskutek czego wiele z tego typu podmiotów po prostu się poddaje. Dlatego też w umowie TTIP znajduje się rozdział o MŚP, który docelowo ma zawierać wszelkie niezbędne informacje dotyczące wejścia na zagraniczny rynek, a także usuwać lub ograniczać podwójne standardy – podwójne testowanie, podwójne etykietowanie i cały szereg innych procedur, które potencjalnie mogą ulegać dublowaniu. Dzięki temu przedsiębiorstwa z sektora MŚP będą mogły bez przeszkód korzystać z rynku transatlantyckiego.

Nawiązał pan do wartości. Otóż w Polsce debata o TTIP obraca się głównie wokół potencjalnych przykrych konsekwencji wynikających z możliwego rygorystycznego przekładania wymogów dyrektyw UE na akty prawa krajowego przez organy krajowe (tzw. gold plating) oraz wokół argumentów dowodzących, że na TTIP naprawdę skorzystają tylko Stany Zjednoczone lub inni silniejsi gracze europejscy, a my zostaniemy zepchnięci gdzieś na ubocze. Czy mówienie o wartościach może pomóc w zmianie tej perspektywy?

Mówiąc „wartości”, mam na myśli przyjęcie do wiadomości faktu, że zarówno w Europie, jak i w USA mamy podobne poglądy na pewne kwestie. Zgadzamy się na przykład, że powinniśmy chronić środowisko, choć może w nieco odmiennym stopniu. Nie jest to stan rzeczy, który obowiązuje wszędzie, choć na pewno zmiana idzie ku lepszemu. To samo tyczy się wartości społecznych. Oczywiście, nie jesteśmy jednakowi – istnieją choćby istotne różnice w kwestii praw pracowników. Niemniej, z zasady, społeczeństwo Stanów Zjednoczonych i społeczeństwo europejskie łączą wartości na tyle podobne, że nawet i w tej spornej kwestii możliwy jest konsensus i stwierdzenie: „Tak, musimy chronić konsumenta, pracowników i środowisko”. Jeśli podziela się wartości, reszta jest tylko dopracowaniem szczegółów. Byłoby to nieporównywalnie trudniejsze w wypadku bardziej odległych względem siebie systemów wartości.

Kto zaś na TTIP skorzysta bardziej? Cóż, niektóre badania pokazują, że porozumienie to przyniesie większe korzyści Europie. To jednak zależy od ostatecznych rezultatów negocjacji. Musimy mieć świadomość, że w porozumieniu handlowym nie ma przegranych i zwycięzców.

Czyli wszyscy wygrywamy?

Dokładnie! Jakkolwiek potoczyłyby się negocjacje, ich wynik będzie korzystny. Zamiast więc mówić o TTIP, używając metafor sportowych (wygrywania albo przegrywania), powinniśmy raczej stwierdzić, że jeśli działamy wspólnie, to każdy czerpie z tego działania korzyści.

Ogromne kontrowersje dotyczyły w ostatnim czasie mechanizmu ISDS, jednak ostatnio Komisja Europejska mówi raczej o wprowadzeniu do umowy nowego systemu sądów ds. inwestycji. Z czym wiąże się taka zmiana? Jak wpłynie na narrację mówienia o TTIP?

Po pierwsze, uważam, że UE podjęła dobrą decyzję, przerywając negocjacje w sprawie ochrony inwestycji, by osiągnąć lepsze porozumienie z poszczególnymi stronami. Do tej pory pojawiało się bardzo wiele krytycznych głosów, brakowało pewnych informacji, pauza zaś umożliwiła podjęcie prób poprawienia ogólnego stanu rzeczy i odniesienia się do powstałych wątpliwości.

Po drugie, zarówno sam mechanizm ISDS, jak i sektor biznesowy są zawsze nastawione na rozwój i wprowadzanie ulepszeń do tegoż systemu (w końcu pojawił się on już w latach 60. XX w.). Spójrzmy chociażby na umowę z Kanadą (CETA) – pojawiło się wówczas wiele kroków, które chętnie podjęto, by ulepszyć cały mechanizm. Pracowano zatem nad kwestiami transparentności, wyboru arbitrów, metod postępowania, wyłączania niezasadnych wniosków – lista elementów, które miały zostać poddane analizie, była długa, lecz udało się znaleźć aspekty, które w efekcie uległy modyfikacjom. Dobrym pomysłem jest przeprowadzenie podobnej procedury w wypadku TTIP, co później może nam służyć jako wzór na potrzeby przyszłych potencjalnych umów.

Jeśli zaś mowa o nowym systemie sądów ds. inwestycji: nie jesteśmy przeciwni takiemu rozwiązaniu. Nigdy nie uważaliśmy, że dyskusja o sądownictwie czy też o sądach apelacyjnych nie powinna się odbywać. Niemniej istnieje szereg kwestii, które powinny zostać wyjaśnione. Nigdy wcześniej nie istniał bowiem podobny system. Zanim zacznie on funkcjonować poprawnie, musimy się zastanowić, co powinno się znaleźć w jego miejscu. Powinniśmy zdawać sobie sprawę, że jak na razie to tylko propozycja. Teraz muszą ją poprzeć Stany Zjednoczone, a później jeszcze wszyscy członkowie Unii. Czy to się uda? Cóż, zobaczymy. W tym momencie propozycja KE jest idealnym przykładem, jak czegoś nie robić – zawiera zbyt wiele warunków i wygląda tak, jakby ktoś umieścił w niej wszystko, co tylko przyszło mu do głowy, i sformułował propozycję. A zatem, naturalnie, istnieją obawy, że mechanizm nie będzie spełniał swojej funkcji.

Co jest zatem celem ISDS, czy też nowego systemu sądów ds. inwestycji? No cóż, w debacie publicznej zawsze sprowadza się tę kwestię do tego, że mechanizm ten ma na celu obronę „biednego, poszkodowanego państwa przed wielkimi i potężnymi korporacjami”. Nie wydaje mi się, by takie przedstawienie sytuacji miało rację bytu. Co więcej, jeśli tak jest naprawdę, byłby to wyjątek potwierdzający regułę.

Celem ISDS i jemu podobnych mechanizmów jest bowiem pomoc przedsiębiorstwom (które niezależnie od rozmiarów przeważnie są słabsze od państwa) i zapewnienie im jakiegoś zakresu ochrony w sytuacji, gdy państwo to, naruszając prawo międzynarodowe, traktuje owe przedsiębiorstwo w sposób dyskryminujący. Ponadto ISDS – czy też wspomniany nowy system sądów ds. inwestycji – mają za zadanie brać udział w ewentualnym wywłaszczaniu przedsiębiorstw, by mogły uzyskać odpowiednią rekompensatę. Dlatego właśnie podobne rozwiązania występują.

Czy złożoność tego typu mechanizmów, zamiast przyciągać inwestycje, nie przynosi czasem odwrotnych skutków?

To właśnie przyprawia wszystkich o ból głowy, bo aby przyciągnąć inwestycje (a o to nam przecież chodzi), należy je chronić. Znam przypadki w obrębie UE, kiedy to europejskie inwestycje w krajach członkowskich są chronione przez ISDS lub inne mechanizmy. Dyrektorzy takich przedsiębiorstw jednoznacznie twierdzą, że niejednokrotnie, gdyby mechanizmy te nie występowały, na podobne inwestycje by się nie zdecydowali, ponieważ nie wzięliby na siebie odpowiedzialności za wykładanie kapitału, w sytuacji gdy istnieje wiele niewiadomych.

Pojawia się zatem motyw obaw i regulacji. Wydawać by się mogło, że – podobnie jak w wypadku wielu odgórnych umów – główną obawą związaną z TTIP jest strach przed nadmierną regulacją, wskutek czego nie tylko MŚP, ale i większe korporacje nie będą w stanie efektywnie prowadzić handlu – a co za tym idzie, korzyści nie będą takie, jak się to nam obiecuje. Czy tak się faktycznie stanie?

Zdecydowanie nie. Założeniem TTIP jest ułatwienie regulacji dzięki międzynarodowej współpracy. Dotyczy to takich kwestii jak np. standardy. Naturalnie, choćby już w tej kwestii nie będzie łatwo dojść do porozumienia i wciąż się z tym zmagamy, gdyż UE uważa, że standardy Międzynarodowej Organizacji Normalizacyjnej (ISO) powinny być traktowane jako uniwersalne, podczas gdy Amerykanie kwestionują ich zasadność, twierdząc, że są kontrolowane przez Europę i to ich standardy są globalne – z czym z kolei my się nie zgadzamy. Istnieje zatem szereg kwestii, które musimy wyjaśnić.

Niemniej ogólnym zamysłem jest wyeliminowanie niepotrzebnego dublowania – co nie dotyczy jednak działań dobrowolnych. I tak na przykład jeśli Stany Zjednoczone chcą wprowadzić jeszcze większe obostrzenia emisji spalin w silnikach diesla, mogą tak zrobić; jeśli jednak zarówno USA, jak i UE ustalą wspólne metody testowania i następnie będziemy musieli dwukrotnie sprawdzić, czy dana ilość emisji spalin jest dopuszczalna, czy też nie, to spowoduje to niepotrzebne koszty. To samo dotyczy wspomnianego już etykietowania – wymaganie od MŚP nie tylko projektowania, lecz także etykietowania w odmienny sposób w zależności od rynku, nawet jeśli jest to dokładnie ten sam produkt, nie jest dobrym rozwiązaniem.

Wszystkie te aspekty muszą zostać dopracowane. Nie mówię tu o zaniżaniu żadnych standardów, raczej o utrzymywaniu pewnych standardów przy jednoczesnej eliminacji niepotrzebnego dublowania regulacji. Oczywiście, nie jest to łatwe, ponieważ Amerykanie mają tendencję do popadania w pewność, że ich sposoby są przejawem niezrównanego geniuszu. Niemniej dojście do porozumienia w sprawie wspólnych standardów jest koniecznością.

W jaki sposób komisarze europejscy i media mogą dążyć do przekonania społeczeństwa, że TTIP nie jest tak straszny, jak go malują, że tak naprawdę wszyscy możemy na nim skorzystać?

Sądzę, że na poziomie europejskim to już się dzieje. Cecilia Malmström – komisarz odpowiedzialna za handel (przysłowiowy właściwy człowiek na właściwym miejscu), działa aktywnie nie tylko w trakcie negocjacji, lecz także komunikując kwestie związane z TTIP, bezpośrednio spotykając się z zainteresowanymi i tłumacząc konkretne aspekty umowy. Wydaje mi się, że potrzebne jest większe zaangażowanie na poziomie polityki krajowej poszczególnych państw członkowskich, które jest z kolei uzależnione od tego, o jakim kraju mówimy.

I tu zaczyna się zabawa – u siebie politycy mają tendencję do zapominania o Europie i prowadzenia własnej polityki, by nie użyć sformułowania „uprawiania prywaty”, często polaryzując: dobrzy my i źli Amerykanie. Może być trudno.

No cóż, faktycznie. Jednak nie może być tak, że polityk wraca z Brukseli do domu i stwierdza: „No tak, zgadzam się, ale naszego kraju to nie dotyczy”. Uważam, że komisarze słusznie czynią, pytając poszczególnych polityków na szczeblu krajowym, czy naprawdę uważają, że TTIP to dobry pomysł. I większość z nich tak właśnie uważa. Dlatego gdy sami komisarze wracają do swoich krajów, nie tylko mówią o korzyściach płynących z umowy, lecz także tłumaczą, dlaczego jest ona dobrym rozwiązaniem, w jaki sposób każdy poszczególny kraj może za jej pośrednictwem zyskać. Ich głos musi zostać usłyszany, bo w przeciwnym razie bardzo trudno będzie dotrzeć do szerszej publiczności.

Załóżmy, że TTIP został już podpisany (jeszcze przed nadchodzącymi wyborami prezydenckimi w Stanach Zjednoczonych, które, jak wiemy, mogą co nieco zmienić w odniesieniu do umowy). Jakie dalsze możliwości rozwoju stoją przed Europą? Jak będzie się rozwijał rynek światowy za następnych 5, 10, 25 lat?

Sądzę, że istnieje szereg spraw, które powinniśmy prowadzić symultanicznie. TTIP jest oczywiście kluczowy, podobnie jak negocjacje dotyczące umowy o wolnym handlu (FTP), jakie prowadzimy z Japonią. Jednocześnie Stany Zjednoczone prowadzą rozmowy w sprawie Partnerstwa Transpacyficznego (TPP), których niestety nie udało im się domknąć w trakcie minionego lata – istnieje jednak szansa, że rozmowy zostaną doprowadzone do końca jeszcze w tym roku, dzięki czemu odblokuje się kilka innych kwestii. To jest wielki trójkąt, który w efekcie połączy wartości Japonii, Europy i Stanów Zjednoczonych.

Kolejnym krokiem są negocjacje odnośnie do ochrony inwestycji czy też porozumienie dotyczące inwestycji na linii UE–Chiny. Następnie: jeśli Europa zechce dalej rozwijać kwestię porozumienia z Azją, to w pewnym momencie będziemy musieli zawiązać porozumienia na szczeblu regionalnym. Negocjacje dwustronne z większością krajów azjatyckich są bardzo zaawansowane (wyjątek stanowią dwa państwa).

Ameryka Południowa jest nieco bardziej problematyczna. Na ten moment istnieją tam tylko dwa duże rynki – Brazylia i Argentyna – dlatego też niewiele dzieje się z Mercosurem, nawet gdyby miała to by być dla UE duża szansa. Sądzę, że powinniśmy pomyśleć też o Afryce, i to z różnych powodów. Nowa Zelandia i Australia to kolejne strefy, którymi możemy się zainteresować. Gra toczy się zatem o wiele przyczółków. W niedalekiej przyszłości możemy się spodziewać, że zawieranych będzie coraz więcej porozumień wielostronnych, dwustronnych i regionalnych.

Na pewnym etapie powinniśmy wykorzystać stojące przed nami szanse: TTIP, TPP i miejmy nadzieję również FTA z Japonią, która ma szansę dojść do skutku w pierwszej połowie 2016 r. Następnie powinniśmy pozbierać elementy tej układanki i postarać się popchnąć do przodu system wielostronny. Ponieważ na pewnym etapie musimy wykorzystać potencjał na poziomie WTO. I do tego powinniśmy dążyć.

Wspomniał pan Australię, Afrykę, Azję… Wydawać by się mogło, że w ciągu następnych 25 lat rynki kontynentalne bardzo się do siebie zbliżą. Czy koniec końców będziemy ze sobą tak blisko, że globalizacja pójdzie jeszcze dalej, niż się obecnie spodziewamy?

Bez wątpienia globalizacja będzie postępować. I tak, uważam, że będziemy świadkami dalszego zbliżania się do siebie kontynentów. Tym właśnie jest sam TTIP – ma za zadanie zbliżyć Europę i Stany Zjednoczone.

Co z Afryką? Zobaczymy. Oczywiście, dla dobra Afryki byłoby lepiej, gdyby znalazła się „bliżej” Europy. Azja może sprawiać więcej problemów, ponieważ występują tam niezwykle duże rynki oraz silne różnice pomiędzy nimi. Może się zatem okazać, że będziemy prowadzić osobne relacje z Indiami, Japonią, Chinami czy krajami ASEAN. Wydaje mi się jednak, że kolejnym etapem będzie globalna integracja poszczególnych rynków, które zostały tu wymienione.

Zdecydowanie, globalizacja będzie postępować, ponieważ stoi za nią żelazna logika – zawsze wiązała się z dobrobytem, który spływał do regionów, co wynika z powtarzalności działań oraz zapewnienia stanu rzeczy, w którym wszystkie strony robią to, co potrafią najlepiej, w celu poprawy ogólnej sytuacji każdej ze stron.

A gdzie w tym wszystkim znajdzie się miejsce dla Rosji? Rosyjska gospodarka pod rządami Putina mocno kuleje, mówiąc delikatnie. Dzieje się tak częściowo za sprawą sankcji, ale głównie wskutek zamykania rynku do wewnątrz i braku odpowiednich reform – a jednak Rosja to wciąż silny gracz na arenie międzynarodowej. Omnia mutantur, nihil interit?

Po pierwsze, z przyjemnością przyjmiemy powrót rosyjskiej gospodarki do normalnej gry, gdy nadejdzie ku temu odpowiedni moment. Stan obecny nie jest naturalny. Oczywiście, podjęliśmy w UE wspólną decyzję o utrzymaniu sankcji tak długo, jak to tylko będzie konieczne. Na pewnym etapie będziemy jednak musieli podjąć dyskusję na temat normalizacji całej sytuacji. Rosja dysponuje bowiem nie tylko dużymi zasobami, lecz także ogromnym potencjałem.

Nie chodzi tylko o sankcje, ale właśnie o poważne, silnie ugruntowane problemy rosyjskiej gospodarki. W dużej mierze pokrywają się one z diagnozą byłego ministra finansów Rosji Aleksieja Kudrina, który twierdzi, że aby odnieść sukces, Rosja bez wątpienia musi uporać się z klientelizmem, wprowadzić na rynek większą dozę wolności i sprawić, by rosyjska gospodarka była silniej zorientowana na mechanizmy rynkowe, a nie na interwencję państwa.

Oczywiście, sankcje znacznie utrudniają obecną sytuację panującą w rosyjskiej gospodarce, jednak główną przyczyną ich problemów jest fakt, że kraj ten nie potrafił odpowiednio rozwinąć swojego systemu. W chwili obecnej możliwe są dwa scenariusze: albo Rosjanie dalej będą działać w obrębie zacofanego systemu, albo też dojdą do wniosku: „Hej, skoro to nie działa, to może powinniśmy bardziej otworzyć naszą gospodarkę?”. Która wersja wygra? Czas pokaże. Osobiście mam nadzieję, że ta druga.

Skoro już rozmawiamy o gospodarce, to co możemy zrobić na szczeblu europejskim, by poprawić ogólną sytuację ekonomiczną w Europie? Polska radzi sobie, jak wiemy, całkiem nieźle, ale Grecja już nie tak dobrze. Co możemy zrobić my, obywatele Europy, by Europa jako całość była silniejsza ekonomicznie?

Zrobić możemy bardzo wiele. Zacznijmy od szczebla europejskiego: musimy porządnie rozwiązać kilka problematycznych spraw, między innymi kwestię Jednolitego Rynku Cyfrowego [ang. Digital Single Market, DSM]. Sądzę, że Europa jest gotowa na wykonanie dużego kroku naprzód, lecz jeśli nie zrobimy tego dobrze, możemy sporo z naszego ekonomicznego potencjały stracić. Kwestia DSM jest zatem kluczowa.

Idąc dalej, zagadnienie jednolitego rynku jako takiego. Jest to niewątpliwie jeden z najsilniejszych argumentów przemawiających za Europą – wspólny rynek z ponad 500 mln ludzi, wiodących życie na stosunkowo wysokim poziomie. Jednak z drugiej strony rynek ten nie jest jeszcze w pełni gotowy, a wiele należy w nim poprawić, jak choćby funkcjonowanie sektora usług.

W wielu sferach powinniśmy iść o krok dalej. Wiele kwestii wciąż czeka na rozwiązanie – jak choćby ceny energii, dostęp do finansowania itd. Gdybyśmy jednak mieli przeprowadzić ogólną analizę, spojrzeć z szerszej perspektywy, mogłoby się okazać, że to w zasadzie dobrze mieć te nasze europejskie problemy. Możemy poruszyć temat niedogodności wynikających ze strefy euro, które wyszły na jaw w efekcie kryzysu w Grecji, możemy też wspomnieć sprawę kryzysu związanego z napływem uchodźców lub też wskazywać na obszary, w których Europy jest ewidentnie „zbyt mało”, gdzie brakuje nam wspólnych mechanizmów radzenia sobie z problemami. To dobrze, że potrafimy operować sposobami postępowania w sytuacjach nadzwyczajnych, te jednak nie będą się sprawdzać w każdej sytuacji. W pewnym momencie trzeba będzie się zastanowić, jak dalej konsolidować i usprawniać rynek europejski.

Na poziomie krajów członkowskich kluczem są niezbędne reformy. Polska faktycznie poradziła sobie nieźle, dlatego teraz gospodarka funkcjonuje całkiem sprawnie. Inne państwa też radzą sobie na pewnych etapach nie najgorzej, jak choćby Hiszpania – przeprowadzono konieczne reformy i teraz odnotowuje się całkiem imponujące wyniki (podobnie rzecz się ma w Irlandii i Portugalii, choć zmiany postępują wolniej). Nawet we Włoszech zaczęły się już pojawiać pewne pozytywne skutki reformy rynku pracy. Wniosek jest jeden: reformy muszą zostać przeprowadzone. Każdego roku UE wysuwa propozycje niezbędnych reform, udziela rekomendacji poszczególnym krajom, a następnie dokonuje ich oceny – z analiz wynika, że przeprowadzanych jest mniej niż 25 proc. zalecanych reform. To właśnie jeden z przypadków, gdzie zmiana jest konieczna: musimy sprawić, by sugestie UE miały większą moc wykonawczą.

Jeśli zaś chodzi o jednostki, sądzę, że tym, co ludzie mogą zrobić we własnym zakresie, jest wiara w projekt europejski, wykorzystywanie szans, które przed nimi stawia, i przekazywanie informacji dalej. Nie jest to problem dla młodego pokolenia, które przywykło do studiowania za granicą, podróżowania i tego, że wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Oczywiście, oni też narzekają, ale to przywilej wszystkich, którzy mogą coś brać za pewnik, za status quo.

Co zatem czeka Europę w najbliższej przyszłości?

Cóż, wierzę, że nadejdzie moment, w którym będziemy musieli uczynić krok naprzód w integracji europejskiej, ale ta chwila jeszcze nie nastąpiła. Choć chciałbym, aby było inaczej, nie wykształciła się nam jeszcze europejska opinia publiczna. Nie sądzę jednak, by Europa się rozpadła, gdyż jesteśmy zbyt mocno ze sobą związani i potrzebujemy siebie nawzajem. To, na czym powinniśmy się skupić teraz, w nadchodzącym roku, jest przygotowanie się do wykonania tego kolejnego kroku. Jestem bowiem całkowicie pewny, że będzie to niezbędne do zastąpienia obecnie stosowanych sposobów postępowania w sytuacjach nadzwyczajnych.

Powinniśmy zatem wierzyć w Europę i po prostu mieć nadzieję, że będzie dobrze?

Myślę, że powinniśmy wierzyć w Europę i może nie tyle mieć nadzieję, ile starać się, by funkcjonowała najlepiej, jak to tylko możliwe.

Czytaj również
O autorze
*
MarkusBeyrer
O autorze
*
OlgaŁabendowicz