Polityka to nie miejsce dla ludzi niezdolnych do kompromisu

Drukuj

Do Rady Miejskiej w Łodzi trafiłam prosto spod wyburzanych zabytków i z grona niesłuchanych, wkurzonych obywateli. Do dziś do roboty motywuje mnie widok z okna na klepisko po zrównanej z ziemią fabryce Pereca Marguliesa i Dawida Wolmana. Te trzy czwarte kadencji wiele mnie nauczyło i znacznie zmieniło moje spojrzenie na miasto. Nie na miasto jako organizm zmierzający z natury do ideału, lecz jako przestrzeń kłębiących się konfliktów interesów – i nie mam tu wcale na myśli afer, biznesów, lecz sprzeczne oczekiwania mieszkańców co do przestrzeni miejskiej, wolności korzystania z niej, oczekiwania wobec radnych.

Parę dni temu zostałam poproszona o zadanie sobie kilku trudnych pytań, na które w tym tekście mam odpowiedzieć. Pytań o to, czy w polityce, tej na szczeblu samorządu miasta, jest miejsce dla społeczników i jaką funkcję powinni oni pełnić. Ponieważ nie jestem żadnym badaczem, ograniczę się do grona osób działających w tzw. ruchach miejskich, ruchach mniej lub bardziej formalnych, ale zawsze wyróżniających się bardzo szerokim i dość spójnym spojrzeniem na potrzeby miasta – właśnie jako całości, żywego organizmu. Dodam – potrzeby o wieloletniej perspektywie.

Radny – zakładnik każdego mieszkańca czy delegat świadomych wyborców?

Podczas kampanii wyborczej z każdej witryny sklepowej, skrzynki pocztowej i maila dopadają nas twarze i obietnice. Twarze przekonujące, budzące zaufanie, bo specjalnie w tym celu wypreparowane. Bo tego od nich oczekujemy my wyborcy. Pod szyldem jakiegoś komitetu wyborczego – partyjnego, z nazwy społecznego lub społecznego faktycznie. Padają obietnice naprawdę szczere (nie znam radnego, który nie starałby się wywiązywać z zobowiązań), lecz z konieczności hasłowe. By dokonać świadomego wyboru powinniśmy poświęcić chwilę na rozmowę czy odwiedzenie stron internetowych, na co zbyt często nie mamy przed pójściem do urny chęci albo czasu. Lecz przede wszystkim – realizacja obietnic jest zależna od tego, jak „nasz radny” wynegocjuje sobie ich realizację w całym gronie Rady Miejskiej, w klubie i na ile przekona do nich prezydenta.

Radny – lokalny działacz czy człowiek, odpowiedzialny za całe miasto?

Bardzo często mieszkańcy zwracają się do radnych w sprawach dla nich ważnych, lecz sprzecznych z funkcjonowaniem miasta jako całości lub przenoszących konflikt pod okna innych osób. Staje się wtedy przed dylematem – odmówię pomocy, bo wiem, jakie są skutki, i stracę wyborców lub daruję sobie zasady. Można przecież obniżyć cenę parkingu, powodując zwiększenie problemów z parkowaniem, wyciąć drzewa, bo liście lecą do mieszkań, poszerzyć ulicę, bo ktoś chce szybciej jechać przez miasto czy dopuścić do rozlania zabudowy, bo do właścicieli działek rolnych zgłosił się deweloper z kuszącą propozycją. Ktoś głośno protestuje? Można przecież przesunąć tę drogę tam, gdzie jeszcze nikt się jej nie spodziewa, najlepiej do sąsiedniego okręgu wyborczego, lub odsunąć problem w czasie. Kuszące? Zbyt często polityk skusi się na takie poparcie, społecznik patrzy dalej, poza swój sukces wyborczy i kadencję. A konsekwentne trzymanie się strategii także przy działaniach drobnych, lokalnych czy dotyczących pojedynczych osób to według mnie klucz do sprawnego funkcjonowania miast.

I co ja robię tu?

Jako społeczniczce formalnie niezrzeszonej, bo działającej w Ruchu Społecznym Szacunek dla Łodzi, łatwiej było mi podjąć decyzję o starcie z listy partyjnej niż członkowi i reprezentantowi zarejestrowanej organizacji pozarządowej. Łatwiej, ale nie bez rozterek – jestem z pokolenia, które pamięta jeszcze fatalne konotacje określenia „partia”. Zdecydowałam się na to z bardzo prostej przyczyny – otrzymałam realną szansę, by realizować i nadzorować program, o którego słuszności byłam przekonana – społeczny program remontowy „Sto Kamienic dla Łodzi” oraz doprowadzić do skoncentrowania inwestycji na odnowie łódzkiego historycznego centrum, a także zaangażować łodzian do podejmowania decyzji o mieście.

Dlaczego z listy PO? Myślę, że po 3 latach jest to oczywiste – takie punkty zgodziła się ująć w swoim programie kandydatka na prezydenta tego ugrupowania, obecnie rządząca Łodzią Hanna Zdanowska. Nie były to, oczywiście, jedyne punkty jej programu wyborczego i nie wszystkie pozostałe były mi bliskie, z dwoma nie pogodziłam się do dziś i pewnie tak już zostanie.

Dlaczego kandydowałam z okręgu śródmiejskiego? Bo uważałam, że tylko tutejszym mieszkańcom zależy na poprawie warunków życia w centrum. Dziś nie jestem już tak tego pewna, odnoszę nawet wrażenie, że to mieszkańcy osiedli najbardziej doceniają zmiany w centrum. Nie będę tu lukrować – jako osoba z zewnątrz, może nieco ryzykownie radykalna, nie otrzymałam wygodnego miejsca na liście i weszłam do rady fartem. Ale i tak doceniam obdarzenie mnie zaufaniem – bardzo trudno było wtedy o nie w kontaktach między politykami a ruchami miejskimi. Myślę, że mogę zaryzykować twierdzenie, że arktyczne lody w tym zakresie zostały przełamane.

Na co partia matka mi pozwala, czyli pytanie o kompromisy

Mogę realizować swoje obietnice wyborcze – nieco inaczej, w ramach programu opartego na nieco innych zasadach, ale mogę. To ogromna satysfakcja. Program „Mia100 Kamienic” idzie jak burza i niedługo trzeba będzie zmienić jego nazwę… Pracuję w zespole roboczym, domagam się zmian i korekt, np. uwzględnienia w projekcie wypożyczalni rowerów czy zwiększenia kontroli nad jakością remontów mieszkań dla przeprowadzanych rodzin, stworzenia puli mieszkań na start. Informuję urzędników o zastrzeżeniach zgłaszanych mi mailem lub na Facebooku przez łodzian pilnie obserwujących prace remontowe. Mam wpływ na włączanie do projektu konkretnych budynków, np. famuł, namówiłam do wykupienia pojedynczych mieszkań w kilku bardzo cennych kamienicach, by je ratować.

Kompromisy? Pogodzenie się z tym, że mieszkańcom kamienic zależy na zmniejszeniu kosztów ogrzewania i proszą o termomodernizację zewnętrzną oficyn, ale wynegocjowany przeze mnie nadzór konserwatora nad każdym projektem zapewnia stosowanie tego rozwiązania tylko w określonych wypadkach. Są też kompromisy finansowe – renowacja sztukaterii w jednej z kamienic byłaby tak kosztowna, a ryzyko ich zniszczenia przez lokatorów tak duże, że musiałam przystać na montaż podwieszanych sufitów z oświetleniem.

Brałam udział w tworzeniu z mieszkańcami zasad programu rewitalizacji Księżego Młyna – najpierw jako społecznik w ramach projektu Towarzystwa Opieki nad Zabytkami, potem jako radna. Po przegranej batalii organizacji pozarządowych i decyzji, że na ul. Piotrkowskiej nie będzie torowiska, trzeba było przełknąć gorzką pigułkę. Nie będzie połączenia tramwajowego zabytkowego osiedla z główną ulicą Łodzi. Mogę za to starać się o zwiększenie puli środków na remont Kociego Szlaku czy o drzewa na sąsiedniej ulicy, a przede wszystkim uczestniczyć w pracach nad całościowym programem rewitalizacji strefy wielkomiejskiej na kolejną perspektywę unijną. Aktywny radny ma naprawdę spore możliwości forsowania rozwiązań „jak zmieniać miasto”, choć – jak to w zespole – decyduje konsensus.

51d188c9c8f6b_k1

„Będzie pani miała ten swój zespół” – usłyszałam po interwencjach w sprawie słabego nadzoru drogowców nad zakresem projektu i estetyką remontu ul. Wschodniej. „A wiosną decydujemy z mieszkańcami, gdzie te drzewa w donicach” – gdy wycięto akacje przy ul. Kopernika. Praca radnego składa się z setek takich drobnych interwencji – czasem skutecznych, czasem nie.

Konsultacje społeczne stały się w Łodzi codziennością, co jeszcze parę lat temu było nie do pomyślenia. Narzekamy teraz czasem na to, jak są prowadzone, ale nie na to, że trudno do nich doprowadzić. Faktem stał się budżet obywatelski, w ubiegłorocznym głosowaniu wzięło udział aż 129 008 osób. Co ważne, sukces ten zawdzięczamy ogromnemu zaangażowaniu łodzian, ale też zgodnej współpracy władz miasta i urzędników z organizacji pozarządowymi. Da się.

Praca radnego to zawsze praca zespołowa – i tak jak to w zespole bywa, trzeba wykazywać swoje racje, negocjować, ustępować, pilnować realizacji. Przekonać klub do poparcia, całą Radę do głosowania za, prezydenta do wygospodarowania na to pieniędzy i zaangażowania urzędników. Bywa to łatwe lub trudne – z porażkami też trzeba się umieć pogodzić – ma się przecież kilkudziesięciu „konkurentów” z równie według nich ważnymi problemami do rozwiązania. I tu doświadczenie członków ruchów miejskich jest bardzo przydatne, dialog to przecież ich standardowa forma wypracowywania wspólnych stanowisk. Jeśli ktoś tego nie potrafi, nie powinien zajmować się ani działalnością społeczną, ani samorządową.

Co jest najtrudniejszym kompromisem? Praca nad kolejnym budżetem miasta. Pogodzenie często sprzecznych interesów w ramach zawsze za małych środków to prawdziwa bitwa. Każdy kawałek chodnika czy drogi, remont szkoły okazuje się ważniejszy od tego po sąsiedzku, znikają z horyzontu uchwalone strategie – każdy radny walczy o kawałek tortu dla ważnych w jego programie i okręgu projektów. Z tych dyskusji rodzi się zestaw klubowych wniosków do projektu budżetu, co ucina dyskusję. I tak być powinno.

Trudno mi natomiast, jako społecznikowi, pogodzić się z głosowaniem za projektami politycznymi – dużymi, wizerunkowymi. Każdy prezydent i komitet wyborczy chce mieć takie tylko swoje dziecko i pojawia się ono w każdym programie wyborczym. Przymus oddania głosu za budową stadionów przypłacam zawsze migreną – nie ukrywam tego. Każda decyzja ma swoje konsekwencje – znałam program, podpisałam się pod nim, za nim głosuję. Nie demonizujmy dyscypliny, poza uchwalaniem budżetu jest to zawsze wynik głosowania klubu radnych, a nie grom z jasnego nieba. Jesteś w grupie, w grupie działasz. Jesteś zaprzysięgłym indywidualistą, niezdolnym do pracy zespołowej i kompromisów? Nie licz na to, że zrealizujesz swój program.

Ruchy miejskie – etatowi krytycy, think tanki czy aktywni uczestnicy?

Powiedzmy sobie otwarcie – obowiązująca ordynacja wyborcza zwiększa szanse podmiotów licznych, dobrze zorganizowanych, z wyrazistymi liderami. Ruchy miejskie, z zasady mniej sformalizowane, składające się z dziesiątek organizacji i osób niezrzeszonych przegrywają rywalizację wyborczą, o czym boleśnie przekonano się w Poznaniu. Jednocześnie jest to ogromny potencjał ideowy i intelektualny, moim zdaniem zbyt mało jeszcze doceniany przez partie jako partner i uczestnik życia politycznego. To często nie tylko ludzie zaangażowani społecznie, lecz także specjaliści – prawnicy, socjologowie, architekci, urbaniści. Żyją w miastach, dokumentują je, inicjują bardzo cenne dla mieszkańców działania.

Przez wiele lat lokalni intelektualiści żyli „obok” polityki, nie angażowali się w nią i nie zabierali głosu na temat podejmowanych decyzji. Obserwujemy obecnie dużą zmianę w tym zakresie. Ich głos staje się słyszalny w debacie o miejskich inwestycjach, przeważają wśród mieszkańców podczas konsultacji społecznych, publikują swe opinie w gazetach. Jednak nieczęsto ich głos przekłada się na korekty planów czy na przyjęcie propozycji do realizacji – a szkoda. Projekt, opracowany przez wykonawcę z przetargu, często tworzony na podstawie głównie mapy, setki kilometrów od miejsca realizacji inwestycji wcale nie musi doskonale zaspokajać potrzeb lokalnych społeczności. Pamiętajmy, urzędnicy też nie mają monopolu na taką wiedzę – tego uczelnie nie uczą.

Wynikiem pomijania etapu lokalnej debaty jest fala krytyki za każdy nierozwiązany, bo niedostrzeżony problem – za wąski, choć zgodny ze sztuką pas postojowy przy sklepie, obsługiwanym przez dużego dostawcę, latarnie świecące ludziom w okna czy nadal rozjechane trawniki. Powoduje to frustrację wszystkich stron konfliktu i buduje wzajemną nieufność.

Dużo skuteczniejsze i przynoszące więcej pożytku dla funkcjonowania organizmów miejskich byłoby skorzystanie z wiedzy, doświadczenia i zaangażowania lokalnych społeczników na etapie opracowywania strategii, projektów, ale również programów wyborczych. Ale – podstawowy warunek – od zalążka do nadzorowania realizacji, na jasnych od początku warunkach, a nie na zasadzie „dajcie nam, co macie, może skorzystamy, a może zrobimy po swojemu”. Uważam, że w kolejnych latach wygrywać wybory w miastach będą te ugrupowania, które otworzą się na lokalnych działaczy ruchów miejskich na etapie określania celów szerszych niż na kolejną kadencję, ułożonych w harmonogramy i realizujących te cele konsekwentnie przez lata, tak by pierwsze efekty działań widać było rok po roku, a efekty dalszego ciągu zostały przedyskutowane i stały się oczywiste. Tylko takie planowanie ma szansę przekonać mieszkańców do przetrwania okresu trudności związanych z realizacją etapów inwestycji.

Czy jednak rola ruchów miejskich powinna ograniczyć się do etapu opracowania planów działania? I dlaczego ruchów miejskich, a nie trzeciego sektora w ogóle? Może to zbytnie uproszczenie, ale nasuwa mi się takie porównanie – na spotkaniu dotyczącym budżetu obywatelskiego przedstawiciele poszczególnych organizacji dostrzegali często te środki jako dodatkowe źródło finansowania własnej działalności, potrzebnej łodzianom, ale wycinkowej. Ludzie, biorący udział w działaniach ruchów miejskich widzieli je zaś jako sposób aktywizacji lokalnych i nie tylko lokalnych społeczności, zjednoczonych wokół wspólnego celu o szerokim oddziaływaniu i perspektywie czasowej.

Namawiam i partie do zapraszania na listy wyborcze odpowiedzialnych i merytorycznie przygotowanych działaczy ruchów miejskich, i samych działaczy do angażowania się w stricte polityczne życie miast. To nie jest prosta, łatwa i przyjemna robota, ale niewiele różni się od waszego sposobu funkcjonowania, a daje zupełnie inne możliwości.

Miejski radny ma ułatwiony, szybki dostęp do informacji, co bardzo często decyduje o skuteczności działań, zwłaszcza wymagających szybkiej interwencji. Jako demokratycznie wybrany przedstawiciel mieszkańców ma możliwość wypowiadania się w sprawach miasta na sesjach Rady Miejskiej, spotkaniach samorządowców z przedstawicielami rządu czy w stowarzyszeniach i związkach samorządowych (np. opiniujących projekty ustaw). Ma też bezpośrednią możliwość przekonywania swojego klubu radnych do wartościowych społecznie rozwiązań. Interwencje radnego jako organu nadzorującego działania władz wykonawczych w wydziałach urzędu miasta i jednostkach podległych są przez urzędników traktowane priorytetowo. Radny może też korzystać z bazy lokalowej urzędu jako miejsca spotkań, konferencji prasowych ma też komfortowy dostęp do lokalnych mediów poprzez bazę rzecznika Rady Miejskiej.

Praca ta bywa bardzo frustrująca, ale z pewnością bardziej frustrujące jest krytykowanie bez nadziei na wdrożenie lepszych, waszym zdaniem, rozwiązań. Oczywiście, nie zrobicie wszystkiego, może nie wszystko też będzie idealnie takie, jak marzycie. Z wielu decyzji będziecie się musieli tłumaczyć i przysporzycie sobie wielu wrogów. Pewnie nie raz „dacie swoją twarz” ruchom niepopularnym i bardzo trudnym decyzjom. Czy wybierzecie skuteczniejszą drogę listy partyjnej, czy będziecie próbować sił z własnymi listami – wasz wybór. Ale nie odpuszczajcie tej drogi zmieniania swoich ukochanych miast.

Tekst pochodzi z XVII numeru „Liberte!”.

Czytaj również
O autorze
*
UrszulaNiziołek-Janiak