Samorządowy exit poll był prognozą, nie sondażem

Drukuj

Ipsos przyznał, że wzbudzający tyle kontrowersji zaprezentowane podczas wieczoru wyborczego 16 listopada słupki poparcia dla partii na poziomie sejmików województw były tak naprawdę prognozą, a nie sondażem typu exit poll sensu stricte. Co gorsza, Ipsos odmówił ujawnienia surowych danych, które były podstawą sporządzenia prognozy, uniemożliwiając tym samym innym badaczom analizę uzyskanych danych.

Sporym echem w mediach społecznościowych odbiła się zorganizowana na Uniwersytecie Warszawskim dyskusja pt. „Exit poll – sondaż doskonały?”, poświęcona badaniu zrealizowanemu podczas wyborów samorządowych przez firmę Ipsos dla trzech polskich stacji telewizyjnych. Reprezentujący Ipsos Paweł Predko wprowadził w zdumienie dyskutantów, odmawiając odpowiedzi na większość pytań i zasłaniając się „tajemnicą handlową”. Jednym z nielicznych konkretów było przyznanie się Ipsos, że zaprezentowane podczas wieczoru wyborczego 16 listopada słupki poparcia dla partii na poziomie sejmików województw były tak naprawdę prognozą, a nie sondażem typu exit poll sensu stricte. Co gorsza, Ipsos odmówił ujawnienia surowych danych, które były podstawą sporządzenia prognozy, uniemożliwiając tym samym innym badaczom analizę uzyskanych danych.

Jaka jest różnica między sondażem a prognozą? Sondaż preferencji partyjnych jest fotografią społeczeństwa, która odzwierciedla nastroje polityczne w momencie realizacji pomiaru. W sensie ścisłym prezentowane kilka dni potem w mediach wyniki sondażu są już „nieaktualne” i nie mają wartości prognostycznej, a jedynie informacyjną. Co ważne, jedyną dopuszczalną „manipulacją” w trakcie realizacji takiego sondażu jest zmiana struktury próby, tak by lepiej odzwierciedlała badaną populację – w tym wypadku potencjalny elektorat przed wyborami do Sejmu czy sejmików województw – a tym samym wierniej oddawała poparcie dla partii. Jeśli sondaż jest fotografią chwili, o tyle konstruowanie prognozy można nazwać ustawianiem w aparacie samowyzwalacza. Celem prognozy jest sfotografowanie preferencji w określonym momencie w nieodległej przyszłości, stąd zazwyczaj po to narzędzie sięgają firmy badawcze tuż przed dniem głosowania. Jeśli Ipsos przyznał, że pokazane 16 listopada o 21.00 dane o poparciu dla partii były prognozą, oznacza to że w ciągu dnia firma zbierała dane spod lokali wyborczych, ale jednocześnie ustawiała „samowyzwalacz”-prognozę, która miała zostać odpalona po zakończeniu głosowania i trafnie przewidzieć wynik głosowania do sejmików.

Nie tyle jednak wybieganie w przyszłość odróżnia prognozę od sondażu, co przede wszystkim całe instrumentarium potrzebne do skonstruowania trafnej predykcji wyborczej. Prezentowane kilka razy w miesiącu w mediach rezultaty sondaży wszystkich firm badawczych (CBOS, TNS Polska, Millward Brown, IBRiS, GFK Polonia, Estymator) pokazują poparcie dla partii politycznych w ogóle badanej populacji, ale nie uwzględniają wielu istotnych czynników, które mają wpływ na wynik głosowania. By więc stworzyć trafną prognozę musimy poznać minione zachowania wyborcze ankietowanych (to czy i na kogo głosowali we wcześniejszych wyborach), stopień pewności z jaką deklarują udział w najbliższym głosowaniu, rozważane alternatywy wyborcze itd. Jednym z najważniejszych zadań prognozy jest urealnienie deklarowanej frekwencji oscylującej zwykle wokół 60-70% i ustalenie jaki będzie to miało wpływ na wyniki poszczególnych partii. Innym krokiem przy konstruowaniu prognozy jest analiza społeczno-demograficzna osób, które odmówiły udziału w badaniu lub nie chciały ujawnić popieranej partii. Pozwala to oszacować efekt poprawności politycznej i doważyć partie, do których ankietowani przyznają się mniej chętnie.
Świetnym przykładem różnic między sondażem a prognozą są realizowane przed wyborami parlamentarnymi w 2011 roku dla „Gazety Wyborczej” pomiary preferencji partyjnych TNS OBOP (obecnie TNS Polska). Firma ta w ostatnim tygodniu kampanii realizowała niemal codzienne sondaże sympatii politycznych, które pozwoliły jej skonstruować niezwykle precyzyjną prognozę opublikowaną w „Gazecie” ostatniego dnia przed ciszą. Jakie były dodatkowe pytania, które pojawiały się przy okazji sondaży i które pomogły TNS zrobić świetną predykcję – tego nie wiemy. Możemy jednak porównać „surowe” wyniki sondaży TNS z ostateczną prognozą i przekonać się, że sondaże dużo bardziej odbiegały od rzeczywistych wyników wyborów.
TNS OBOP dla “Gazety Wyborczej”

tns

 

 

 

 

Najistotniejsze różnice między sondażami a prognozą TNS dotyczyły przed wyborami w 2011 roku poparcia dla PO i PIS. W sondażach przewaga PO nad PIS (15 punktów procentowych) była dużo większa niż w opracowanej prognozie (10 punktów procentowych). Rzeczywista różnica między dwiema partiami wyniosła 9 punktów procentowych. Innymi słowy, TNS na podstawie dodatkowych danych – m.in. pytań o pewność udziału w wyborach czy poprzednie sympatie partyjne – skorygował w prognozie poparcie dla PO i PIS, słusznie – jak się okazało – zakładając, że PO dostanie mniej głosów, a PIS więcej niż wynikałoby to tylko z sondaży.
TNS udało się nie tylko trafnie oszacować dystans między największymi rywalami, ale także idealnie wskazać procentowe poparcie dla obu partii. Różnica między prognozą a wynikiem wyborów wyniosła w przypadku PIS 0,8 pkt proc., a w przypadku PO zaledwie 0,3 pkt proc., co jest wynikiem wprost bezprecedensowym. W teoretycznie dużo łatwiejszym sondażu exit poll realizowanym w dniu głosowania pod lokalami wyborczymi często nie udaje się osiągnąć tak precyzyjnych rezultatów, jak w przypadku przedwyborczej prognozy TNS w 2011.
Podobnie, przed wyborami do Parlamentu Europejskiego w maju 2014 instytut Homo Homini, zresztą jako jedyny, zdecydował się zastąpić zwykły sondaż specjalną prognozą. Projektując 0,5 pkt proc. zwycięstwo PO nad PIS Homo Homini pomyliło się o włos (rzeczywista różnica wyniosła 0,4 pkt proc.). Co ciekawe, w „zwykłych” sondażach Homo Homini przewagę miała partia J. Kaczyńskiego, podobnie jak w większości pomiarów konkurencji. Dopiero pogłębiona analiza przy sporządzaniu prognozy pozwoliła Homo Homini postawić na wygraną PO.
Mimo tych pozytywnych doświadczeń i dowodów na to, że w polskich realiach zdecydowanie lepiej niż sondaże sprawdzają się prognozy przedwyborcze, ta forma przewidywania wyniku głosowania – głównie z uwagi na koszty – nie cieszy się niestety szczególną popularnością. Miejmy nadzieję, że przynajmniej tuż przed wyborami prezydenckimi i parlamentarnymi w 2015 roku najważniejsze ośrodki badania opinii publicznej zdecydują się opracować autorskie prognozy wyników elekcji.

Czytaj również
O autorze
*
MichałZieliński