Czas na € 2012

Drukuj

W związku z przyznaniem Polsce i Ukrainie organizacji Euro 2012 w piłce nożnej pojawiły się głosy o korzyściach, jakie odniósłby polski handel, usługi, drobni producenci itp., gdyby przed mistrzostwami Europy Polska znalazła się w strefie euro. Nadzieje takie są „studzone” przez rzekomą groźbę nieokiełzanego wzrostu cen, towarzyszącemu jakoby przejściu na wspólną europejską walutę. Takie opinie wynikają z nieznajomości rzeczy.

Jedno Euro w 2012 już mamy. Pytanie: czy nie czas na następne? PiS domagał się referendum w sprawie zastąpienia złotego przez euro, jakby nie pamiętając, że na przyjęcie euro Polska zgodziła się już w Traktacie Akcesyjnym. Rząd PO-PSL nie mówi o referendum, ale wciąż unika jasnej deklaracji odnośnie wstąpienia do strefy euro, oczekując na „dogodny termin”. Pytanie nie brzmi zatem „czy”, ale „kiedy” nasz kraj powinien przystąpić do strefy euro. Odpowiedź wydaje się prosta – im prędzej tym lepiej.

  

Do czego nam euro?

Korzyści z przyjęcia wspólnej europejskiej waluty będą bardziej dalekosiężne i przyniosą więcej korzyści, niż sukces jakim jest organizacja Mistrzostw Europy w futbolu. Skoro ostatnio są one jakby zapomniane, może warto pokrótce wymienić najważniejsze z nich:

- eliminacja ryzyka kursowego w relacjach z krajami eurolandu, co zwiększa atrakcyjność Polski dla inwestorów i ułatwia współpracę gospodarczą w ogóle;

- eliminacja kosztów wymiany walut, co jest ważne zarówno dla biznesu, jak i całego ruchu turystycznego;

- tańsze i prostsze pozyskiwanie kapitału dla rodzimego biznesu, którego niedobór jest w Polsce boleśnie odczuwany;

- lepsze warunki dla kredytobiorców z Polski, którzy przestają być obciążeni ryzykiem kursowym, co oznacza zmniejszenie ryzyka dla inwestycji finansowanych z zagranicznych kredytów;

- obniżenie stóp procentowych ważne dla wszystkich pożyczkobiorców, również budżetu;

- nasilenie konkurencji przez ułatwienie porównań cenowych towarów i usług w różnych  krajach, co jest korzystne dla konsumentów, a także dla producentów dążących do obniżania kosztów, na przykład przez lokowanie swojej produkcji w takich krajach jak Polska;

- obniżka kosztów obsługi długów z tytułu obniżenia oprocentowania obligacji rządowych, szczególnie nabywanych przez inwestorów zagranicznych;

- koniec umacniania się złotego, co osłabiało zyski eksporterów. 

Z symulacji NBP przeprowadzonych w lutym 2004 roku wynika, że przy wprowadzeniu euro w 2010 roku, z tytułu tylko dwóch czynników: obniżenia kosztów pozyskania kapitału i dodatkowego napływu inwestycji nastąpiłoby przyspieszenie tempa wzrostu PKB w okresie do 2030 roku o 0,35 pkt. procentowego rocznie, co przyniosłoby w 2030 roku PKB o ok. 10% wyższy niż w wariancie bez przejścia na euro.  Symulację tę należy uznać za bardzo ostrożną.

Stopy procentowe w strefie euro są niższe niż w Polsce. Wolny wzrost gospodarczy w strefie euro wynika z narodowych polityk, a nie przynależności do wspólnego obszaru walutowego. Irlandia i Finlandia są przykładami krajów eurolandu, które osiągającą bardzo dobre wyniki dzięki prorozwojowej polityce gospodarczej. Wady wewnętrznej polityki gospodarczej są źródłem niskiego tempa wzrostu takich krajów strefy euro jak Niemcy czy Francja. Polska ma niewiele własnych oszczędności i musi oprzeć swój rozwój na kapitale ściąganym z zagranicy i pożyczkach sektora gospodarczego zagranicą.

Problem z deficytem

Dziwi więc fakt, że Polska celowo opóźnia datę znalezienia się w gronie krajów eurolandu. Po początkowych ambitnych zapowiedziach o wstąpieniu do strefy euro już w roku 2009, de facto nie będziemy mogli tego zrobić przynajmniej do roku 2012. Warunki wstąpienia Polski do Unii Europejskiej zatwierdzone w ogólnonarodowym referendum zakładały poddanie się Polski rygorom Paktu Stabilności i Wzrostu, które muszą być spełnione przed wejściem do strefy euro. Jednym z nich jest obniżenie deficytu finansów publicznych poniżej 3%.

Rada Ecofin (rada ministrów Unii Europejskiej składająca się z ministrów finansów) w maju 2004 roku stwierdziła występowanie w Polsce nadmiernego deficytu i zarekomendowała jego jak najszybsze obniżenie. Od lipca 2004 r. Polska znajduje się formalnie w tzw. procedurze nadmiernego deficytu – musi co pół roku przedstawiać Komisji Europejskiej stan swych finansów, a raz do roku zaktualizowany program konwergencji, co w przypadku Polski oznacza przede wszystkim wychodzenie z nadmiernego deficytu. Inne kryteria konwergencji, np. rozmiary zadłużenia, czy wysokość inflacji do niedawna spełnialiśmy albo byliśmy blisko ich realizacji (kryterium wieloletnich stóp procentowych). Złagodzenie kryteriów nadmiernego deficytu wobec krajów przechodzących reformy systemu ubezpieczeń wprowadzone wiosną 2005 roku mają zastosowanie do Polski jedynie do 2009 roku. Deficyt powyżej 3 procent jest dopuszczalny, ale jeśli ma charakter wyjątkowy, jest krótkotrwały i ma wyraźną tendencję spadkową.

Według zasad Eurostatu deficyt finansów publicznych Polski w 2007 roku uległ znaczącemu, ale chwilowemu obniżeniu – z 3,8% w 2006 roku do 2,0% w 2007 roku. W 2008 roku nastąpi wzrost deficytu do 2,5% – głównie w skutek wprowadzenia ulg prorodzinnych (0,5% PKB) i obniżenia składki rentowej (1,3% PKB). O ile tzw. ulgi prorodzinne, czyli po prostu uzależnienie kwoty wolnej od podatku od liczby dzieci na utrzymaniu, powinno od zawsze być integralną częścią podatku od dochodów osobistych, to zmniejszenie składki rentowej, czyli powszechna podwyżka wynagrodzeń, było w obecnych okolicznościach zupełnie zbędnym działaniem.

Według przygotowanego w Ministerstwie Finansów i zatwierdzonego w marcu 2008 roku przez rząd programu konwergencji, deficyt ma być obniżany o pół punkta procentowego w następnych latach. Ten ambitny i wystarczający dla sprostania kryteriom wejścia do euro program jest jednak poważnie zagrożony. Zobowiązania sztywne państwa rosną choćby w wyniku trendów demograficznych, obniżka stawek podatku od dochodów osobistych w 2009 roku jest już przesądzona, wzrost gospodarczy zwalnia – a tymczasem żadnych istotnych reform w wydatkach się nie wprowadza. Reforma KRUS-u, którą przygotował minister z PSL, jest reformą pozorowaną; o objęciu normalnym podatkiem dochodowym rolnictwa nawet się nie mówi, likwidację wcześniejszych emerytur po raz kolejny zapowiedziano, ale czy starczy rządowi determinacji – tego nie wiadomo, a jeszcze grozi weto prezydenckie. Wprowadzenie niewielkich odpłatności w służbie zdrowia, co momentalnie zwiększyłoby dostępne środki i zmniejszyło presję popytu, wydaje się nierealne. W tych warunkach ograniczanie deficytu finansów publicznych może mieć miejsce głównie kosztem inwestycji publicznych w rozwój, a więc polegałoby na ograniczeniach w finansowaniu ze środków publicznych oświaty i nauki, oraz infrastuktury.

W 2009 roku grozi zatem załamanie się planu obniżenia deficytu finansów publicznych. Wyjście ponad 3-procentowy limit oznaczałoby nie tylko odroczenie akcesji do eurolandu ad calendas graecas, ale i konflikt z Unią, co formalnie grozi nawet ostrymi sankcjami finansowymi. Francja i Niemcy uniknęły sankcji tylko dzięki swej sile przetargowej i rozmyciu kryteriów Paktu. Portugalia natomiast została zmuszona do radykalnych, a nawet upokarzających cięć budżetowych (w końcówce 2002 roku na placówkach zagranicznych brakowało papieru do powielania dokumentów i kawy dla gości). Ale nie względy formalne są w tym wypadku najważniejsze: zarówno obniżenie deficytu, jak i szybkie wejście Polski do eurolandu, leżą głęboko w interesie naszego kraju.

Zagrożenie inflacyjne

Tymczasem Polsce grozi wzrost inflacji ponad przedziały wyznaczone kryteriami z Maastricht. Cel inflacyjny na 2008 rok – 2,5% – zostanie przekroczony o co najmniej 1,5 punkta procentowego. Rada Polityki pieniężnej opóźniła się z podwyżką stóp procentowych, skutkiem czego w II połowie 2008 roku, aby powtrzymać inflacyjną presję, potrzebne by były znaczące podwyżki stóp, co z kolei może osłabić przejściowo wzrost gospodarczy i zmniejszyć wpływy do budżetu. Podwyższenie inflacji przyczyni sie do uniemożliwienia realizacji innego kryterium dopuszczenia nas do euro, jakim jest oprocentowanie rynkowe 10-letnich obligacji rządowych.

Mit podwyżek cen

 Jednym z argumentów wysuwanych przeciwko przyjęciu euro jest obawa o wzrost cen spowodowany zmianą waluty. Jest ona nieuzasadniona. Doświadczenie trzynastu krajów, które przyjęły euro przed nami, nie potwierdza tych obaw. Badania statystyczne potwierdziły brak istotnego wpływu zmiany waluty na poziom cen. Pośrednio, przez zaostrzenie konkurencji, wejście do euro działa nawet hamująco na wzrost cen.

Tablica: Wzrost cen konsumpcyjnych przed i po przyjęciu euro, w procentach w stosunku do roku poprzedniego. Przejście na euro nastąpiło 1 stycznia 2002.*

  2001     2002     2003    
Francja 1,6 1,9 2,1
Niemcy 2,0 1,4 1,0
Włochy 2,8 2,5 2,7
Austria 2,7 1,8 1,4
Belgia 2,5 1,6 1,6
Finlandia 2,6 1,6 0,9
Irlandia 4,9 4,7 3,5
Luksemburg    2,7 2,1 2,1
Holandia 4,2 3,3 2,1
Portugalia 4,3 3,6 3,3
Hiszpania 3,6 3,1 3,0
Grecja 3,4 3,6 3,6
Strefa Euro 2,6 2,2 2,1

Źródło: Economic Survey 2005, vol. No.1 UN ECE, str. 137
*Publikowane dane nie uwzględniają Słowenii, która do euro przystąpiła 1 stycznia 2007 roku.

Na dwanaście krajów, które przyjęły euro w 2002 roku, w dziesięciu wzrost cen był mniejszy niż w ostatnim roku używania waluty narodowej. W 2003 r. spadek cen trwał dalej w siedmiu krajach, w trzech pozostał bez zmian, a jedynie w dwóch nieco wzrósł. W całej strefie euro wzrost cen wyniósł 2,2 procent w 2002 roku, tj. o 0,4 punktu procentowego mniej niż w 2001 r. W 2003 roku tempo inflacji na obszarze euro opadło do 2,1 procent. Nieco gorsze wyniki miała Słowenia, w której w pierwszym roku obowiązywania nowej waluty (2007) wzrost cen wyniósł 5,6 procent.

Natomiast według analizy opublikowanej przez Komisję Europejską „Czy Euro wpłynęło na wzrost cen? Postrzeganie i rzeczywistość”, ceny w roku 2002 (czyli pierwszym roku używania Euro) wzrosły o 2,3 % – czyli dokładnie tyle, co rok wcześniej. W głównej mierze, według Komisji, za wzrost ten odpowiadają wyższe ceny importowanej ropy, wyższe podatki na tytoń, niekorzystny wpływ pogody oraz obawy związane z chorobami zwierząt. Wzrost cen konsumpcyjnych spowodowany wprowadzeniem euro wedłu tego badania wyniósł tylko od 0,1 do 0,3% w ramach 2,3% normalnej inflacji w skali roku.

Jednym z istotnych zabezpieczeń przed ukrytymi (i również jawnymi) podwyżkami był obowiązek podawania nie tylko bieżącej ceny w euro, ale również starej ceny w przeliczeniu oficjalnym ,,kursem” na euro przez dwa lata od zmiany waluty. Rozwinęła się nawet z tego powodu swego rodzaju konkurencja między sklepami, które się reklamowały, iż nowe ceny są niższe niż wynikałoby z mechanicznego przeliczenia starej ceny.

Ważnym spostrzeżeniem jakie wynika z danych zebranych przez Eurostat jest tzw. luka percepcyjna, jeśli chodzi o inflację po wprowadzeniu Euro. Badania konsumenckie pokazują, że ludzie pytani w ankietach najczęściej dość trafnie określają faktyczny poziom inflacji – różnica między rzeczywistym a postrzeganym poziomem inflacji wynosiła ok. 0,5%. Natomiast w styczniu 2003, po roku od wprowadzenia euro, luka percepcyjna wynosiła aż 2%, czyli czterokrotnie więcej niż normalnie! Skąd taka rozbieżność? Otóż ceny wzrosły najbardziej w lokalnych sklepikach i punktach usługowych, które trudniej niż duże przedsiębiorstwa było monitorować – a na postrzeganie inflacji największy wpływ mają właśnie codzienne niewielkie zakupy, a nie większe, które per saldo kosztowały tyle samo lub nawet potaniały. Jednak i na to są sposoby – warto przytoczyć tu fragment cytowanej już broszury Komisji Europejskiej:

„Podczas przygotowań do zmiany waluty Komisja Europejska i władze państwowe we współpracy z bankami centralnymi oraz organizacjami konsumenckimi podjęły kroki mające zapewnić dokładne przeliczenie cen z walut lokalnych na euro, aby zapobiec ,,zaokrąglaniu” cen w górę. Na przykład monety o wartości jednego i dwóch eurocentów zostały szeroko rozprowadzone wśród detalistów, aby zapobiec zaokrąglaniu cen. Takie środki były bardzo skuteczne i dlatego nieuzasadnione podwyżki cen miały miejsce raczej tylko w lokalnych sklepach i zakładach usługowych działających w mało konkurencyjnym środowisku. Gdy kolejne państwa członkowskie Unii będą przyjmowały euro, tym sektorom poświęci się szczególną uwagę, aby uniknąć nieuzasadnionych wzrostów cen.”

Ważne jest też to, że nowe kraje członkowskie – w tym Polska – mogą i powinny czerpać z doświadczeń poprzedników na drodze do unii monetarnej.

Polska w ogonie

Wszystkie nowe kraje członkowskie Unii mają plany wejścia do strefy euro „tak szybko jak tylko to możliwe”. Słowenia zrobiła to już 1 stycznia 2007 r., a Cypr i Malta w 2008 roku. W kolejce czekają Estonia i Litwa, które od czerwca 2004 r. są już w ERM II,  od października 2005 r. w ERM II znajduje się Słowacja, która najprawdopodobniej wejdzie do strefy euro 1 stycznia 2009 roku, a Bułgaria i Litwa w 2010 roku.

Atrakcyjność Polski jako partnera gospodarczego trzeba postrzegać w kontekście innych nowych członków Unii. Polska, rezygnując z szybkiego wejścia do unii walutowej i monetarnej, znajdzie się pod tym względem w podobnej sytuacji co Białoruś i Ukraina. Grozi nam, że spośród nowych członków UE będziemy wraz z Rumunami ostatnimi, którzy przyjmą euro. Każdy rok opóźnienia w przyjęciu euro ma fatalny wpływ na rozwój gospodarczy Polski: mniej inwestycji krajowych i zagranicznych, wyższe koszty wszelkiej wymiany z zagranicą. 

Co należy zrobić?

Należałoby jak najszybciej wyznaczyć ścieżkę dojścia do euro, co zarazem pomoże w dyscyplinowaniu finansów publicznych. Wejście do strefy euro wymaga bowiem spełnienia tzw. kryteriów z Maastricht: ograniczenia deficytu finansów publicznych do poziomu poniżej 3% PKB, długu publicznego – poniżej 60% PKB, inflacji – nie więcej jak 1,5 punktu procentowego ponad poziom trzech państw o najniższej inflacji w strefie euro, oprocentowania 10-letnich obligacji – nie więcej jak 2 punkty procentowe ponad poziom trzech wiodących państw. Reforma Paktu Stabilności i Wzrostu wprowadzona w 2005 roku określiła dodatkowe minimalne średniookresowe wartości referencyjne dla deficytu sektora rządowego. Mają one na celu zmniejszenie ryzyka przekroczenia progu 3-procentowego deficytu w okresach ostrej dekoniunktury. Dla Polski wartość referencyjna ustalona została na poziomie 1 procenta, po uwzględnieniu ewentualnych efektów jednorazowych zdarzeń. Według przedstawionej w marcu 2008 r. przez rząd polski Programu Konwergencji, Polska osiągnie ten cel dopiero w 2011 roku. Oznacza to rezygnację Polski z wejścia do strefy euro przed 2012 rokiem. Ale nawet ten cel jest już poważnie zagrożony.

Postawienie wejścia do euro jako nadrzędnego celu gospodarczego na najbliższe lata pomogłoby rządowi powstrzymywać żądania różnych grup nacisku zagrażające naprawie finansów publicznych i przeprowadzić szereg faktycznych reform. W politycznych realiach rząd natrafić może na prezydenckie weto, ale przynajmniej jego działania byłyby klarowne. Odpowiedzialność za opóźnienia w przyjęciu euro i wszystkich negatywnych konsekwencji z tym związanych obciążałaby głowę państwa, NBP, a także SLD, jeśli nie chciałoby uczestniczyć w odrzucaniu wet prezydenta. Odroczenia decyzji rządu w sprawie wyznaczenia ścieżki wejścia do strefy euro nie sposób zrozumieć.

Czytaj również
  • http://liberte.pl precz z socjalizmem

    Euro to prosta droga do socjalizmu
    Euro to socjalizm, czego najlepszym dowodem jest ustawa przyjęta na Słowacji przewidująca karę od 6 miesięcy do 10 lat za spekulacje związane z wprowadzaniem nowej wersji rubla transferowego.
    Spekulantów będzie tropił wicepremier i kilku ministrów. Taki to liberalizm.

    Wyznawcy euro, jakoś nigdy nie wspominają o wadach „waluty pokoju”, jako że nie ma niczego pozbawionego wad, każda pogadanka jest zwykłą propagandówką urzędników szykujących tyłki do klapnięcia na posadkach, które przychodzą wraz z prowadzeniem euro.

  • http://liberte.pl antonio

    Belkot
    Niektore z tych argumentow nie przystoja wyksztalconemu czlowiekowi, ekonomiscie! jak mozna sie cieszyc ze zlotowka przestanie sie umacniac??? Czy to, ze coraz mniej pracujemy, mogac sobie za to kupic coraz wiecej TO ZLE?? A tak przeciez wlasnie sie dzieje!!! Gdyby zlotowka byla 1000x mocniejsza niz teraz, produkowalibysmy waciki a kupowali samochody. Przyklad oczywiscie przesadzony, ale do tego wlasnie prowadzi umacnianie waluty. Jak funt byl bardzo drogi to Anglicy za piec godzin pracy mogli sobie kupic na przyklad odtwarzacz DVD. Teraz, przy duzo slabszym kursie, musza sie na ten odtwarzacz wiecej napracowac. I my, dzieki zamianie zlotowki na euro, bedziemy mogli kupowac mniej za te same pieniadze. SUPER POMYSL PANIE DOKTORZE!!!

  • http://www.zgoda.eu ekogroszek

    Umacnianie waluty
    „Niektore z tych argumentow nie przystoja wyksztalconemu czlowiekowi, ekonomiscie! jak mozna sie cieszyc ze zlotowka przestanie sie umacniac??? Czy to, ze coraz mniej pracujemy, mogac sobie za to kupic coraz wiecej TO ZLE?? A tak przeciez wlasnie sie dzieje!!! Gdyby zlotowka byla 1000x mocniejsza niz teraz, produkowalibysmy waciki a kupowali samochody. Przyklad oczywiscie przesadzony, ale do tego wlasnie prowadzi umacnianie waluty. Jak funt byl bardzo drogi to Anglicy za piec godzin pracy mogli sobie kupic na przyklad odtwarzacz DVD. Teraz, przy duzo slabszym kursie, musza sie na ten odtwarzacz wiecej napracowac. I my, dzieki zamianie zlotowki na euro, bedziemy mogli kupowac mniej za te same pieniadze. SUPER POMYSL PANIE DOKTORZE!!!”

    nic dodać nic ująć… lepiej sam bym tego nie określił

O autorze
*
MarcinŚwięcicki
Polski polityk, ekonomista, minister w rządzie Tadeusza Mazowieckiego, były prezydent Warszawy, poseł na Sejm X, II i VII kadencji.
@ MarcinSwiecicki