Liberalizm drobnych kroków

Drukuj

…czyli o budowie liberalizmu, zamiast o jego obronie.

Tekst pochodzi z XXI numeru kwartalnika Liberté! „Jak uratować demokrację”, dostępnego w sklepie internetowym. Zachęcamy również do zakupu prenumeraty kwartalnika na cały rok 2016.

Polska nigdy nie była liberalna. Ani w erze szacownej Drugiej Rzeczpospolitej, ani w czasach dogorywającej już Trzeciej Rzeczpospolitej. Nawet w momentach dominacji wśród polityczno-ekonomicznych decydentów liberalnego czy neoliberalnego paradygmatu większość politycznych elit pałała szczerym obrzydzeniem do liberalizmu, zarówno w jego ekonomicznej, jak i obyczajowej postaci. Liberalizm był (i jest nadal) traktowany jako ciało obce w polskiej myśli politycznej, w polskim dyskursie publicznym i w polskiej wyobraźni zbiorowej. Czy wobec tego mówienie o obronie liberalizmu ma w ogóle sens? Może powinniśmy najpierw wznieść jego solidne fundamenty?

Liberalizm szczątkowy

Nie tyle rozbawienie, ile przede wszystkim politowanie budzić mogły wypowiedzi przywódców Platformy Obywatelskiej, którzy z iście teatralnym oburzeniem występowali w telewizjach śniadaniowych, złorzecząc Prawu i Sprawiedliwości oraz jego świeżo przyjętej nowelizacji ustawy o Trybunale Konstytucyjnym. Ci sami – jak o sobie zaczęli mówić – „obrońcy demokracji” zapomnieli jednakże, że przed kilkoma tygodniami również dopuścili się zamachu na ów trybunał. Pozwoliło im to na powołanie pięciorga sędziów trybunału w minionej kadencji parlamentu, a przecież pięcioro sędziów stanowi trzecią część składu sędziowskiego tego organu. Trybunałowi Konstytucyjnemu ustawa zasadnicza nadaje znaczenie szczególne: czyni go strażnikiem stanowionego w Polsce prawa, który może nie tylko rozstrzygać spory kompetencyjne pomiędzy centralnymi konstytucyjnymi organami państwa, lecz także badać programy i działalność partii politycznych pod kątem zgodności z Konstytucją RP. Czy PiS powinien się czuć usprawiedliwiony antykonstytucyjnymi roszczeniami PO? Zdecydowanie nie. Jednak zabiegi członków PO dały swoiste przyzwolenie na naruszanie prawno-konstytucyjnego gmachu naszego państwa przez jej poprzedników.

Polskie elity polityczne – jak widać – za punkt honoru postawiły sobie takie ustalenie składu Trybunału Konstytucyjnego, aby stał się on de facto ciałem realizującym zarazem wolę polityczną określonego środowiska. Różnica między PO a PiS-em w kontekście ich „antytrybunałowych” zakusów polega jedynie na tym, że poprzednia większość parlamentarna pracowała nad nowelizacją kilka miesięcy i udawała, że robi to z pobudek ustrojowych, aktualni włodarze natomiast przeprowadzili nowelę nocą, nie kryjąc przed nikim, że ich działanie to jedynie reakcja na ruchy politycznych poprzedników. Jedni i drudzy udowodnili swą dezynwolturę wobec konstytucyjnych fundamentów państwa, w szczególności zaś względem tak mocno podnoszonej przez liberałów idei państwa prawnego. Kruki i wrony rozdziobały fundament praworządności, jakim uczyniono naszą dość liberalną konstytucję z 1997 r. Kruki robiły dobrą minę do złej gry – wrony bezczelniej, gryzły ciemną nocą.

Gdzie więc ukryli się wszyscy ci liberałowie, którzy powinni dziś bronić Trybunału Konstytucyjnego? Niestety, okazuje się, że liberalne łatki miały może jakieś znaczenie w latach 90., kiedy to rzeczywiście niewielka część kształtujących się wówczas elit politycznych do liberalizmu się przyznawała i o nowo tworzonym państwie polskim myślała z perspektywy ideologii liberalnej. Środowiska te zdominowali przedstawiciele tzw. liberalizmu gdańskiego, którzy skupili się w Kongresie Liberalno-Demokratycznym, później zaś znaleźli się w Unii Wolności oraz Platformie Obywatelskiej. Im dalej jednak od przełomu okrągłostołowego, tym bardziej wartości liberalne były wypłukiwane przez polityczną pragmatykę i jałowe spory o władzę. Tym samym wszystko to, co budowano w pierwszych latach wolnej Polski, zostało zaprzepaszczone przez apologetów tzw. polityki ciepłej wody w kranie, która przecież już w swoim założeniu była odejściem od wszelkich twardych ideologii. Oznaczała tym samym rezygnację z tworzenia wizji dobrego państwa, ku któremu określona ekipa rządząca miałaby zmierzać. Porzucenie wszelkich wielkich narracji politycznych okazało się również jednoznaczne z porzuceniem liberalnej aksjologii.

Kruki i wrony rozdziobały fundament praworządności, jakim uczyniono naszą dość liberalną konstytucję z 1997 r. Kruki robiły dobrą minę do złej gry – wrony bezczelniej, gryzły ciemną nocą.

W ogóle analizy polskiej aksjologii politycznej w dobie Trzeciej Rzeczpospolitej przynoszą szereg paradoksów. Wielkim paradoksem początku XXI w. był fakt rozpoczęcia polskiej dyskusji o podatku liniowym przez partię polityczną deklaratywnie lewicową. Jeszcze większym paradoksem okazało się, że kiedy partia konserwatywno-socjalna podatki obniżyła, to skorzystali na tym ludzie najzamożniejsi! Tymczasem ugrupowanie, które określało się mianem liberalnego, podnosiło podatki, nacjonalizowało obywatelskie oszczędności emerytalne, a w ciągu ośmiu lat nie było w stanie uchwalić najbardziej choćby umiarkowanej wersji ustawy o związkach partnerskich. Liberalizm jest więc niewątpliwie konglomeratem wartości i idei nadal w Polsce niezakorzenionych, którymi w zależności od bieżących potrzeb politycznych szafują różnorodne podmioty na polskiej scenie politycznej.

Liberalizm w Polsce w ostatnim dwudziestopięcioleciu w sposób wyrazisty zaprezentował się wyłącznie z perspektywy ekonomicznej. Liberalizm obyczajowy czy aksjologiczny stanowił jedynie margines. Tym samym to, co niejednokrotnie określane bywa mianem „liberalnych wartości”, okazywało się jakąś skrzywioną poczwarką utożsamianą przez takich intelektualistów jak Andrzej Szahaj czy Jan Sowa z „kapitalizmem drobnego druku” czy też „kapitalizmem spuszczonym ze smyczy”, hołdującym „apoteozie imitacji”. Abstrahuję w tym miejscu od refleksji nad słusznością tez postawionych w pracach „Kapitalizm drobnego druku” czy „Inna Rzeczpospolita jest możliwa!”, bo mógłbym wygłosić dziesiątki polemicznych oracji wobec tez postawionych w obu tekstach. Niestety, nośne hasło lat 90. – „Liberały, aferały” – dość skutecznie opanowało wyobraźnię publicystów i obserwatorów sceny politycznej. Wszystko to pokazuje nam, że w dyskursie liberalnym wolnej Polski zabrakło promocji liberalnych wartości, a sama nazwa tej jakże przecież szerokiej i różnorodnej doktryny została zdominowana przez jej – bezsprzecznie wartościowe i istotne w budowie fundamentów Trzeciej Rzeczpospolitej – „wolnorynkowizm” i apologię kapitalizmu.

Liberalizm rudymentarny

Zbudowanie podstaw dla liberalnego społeczeństwa to zadanie na długie lata czy wręcz na pokolenia. Wiara polskich wolnościowców w konieczny triumf liberalizmu, jeśli tylko wprowadzimy do konstytucji odpowiednie regulacje prawne, planistykę gospodarczą zastąpimy kapitalizmem, a pojęcie wolności stanie się wytrychem, za którego pomocą otwierać będziemy wszystkie drzwi, okazała się płonna. Cała ta wiara, co dziś coraz lepiej widać, była zwyczajną pomyłką i – obawiam się – wynikała w większym stopniu z naiwności nieopierzonych doktrynerów niż idealizmu młodych działaczy. Skoro bowiem dziś „przeciętnego Polaka” nie interesuje kwestia niezależności Trybunału Konstytucyjnego, to najwidoczniej ów „przeciętny Polak” nie zdaje sobie sprawy ze znaczenia tej instytucji w sieci instytucjonalnej nowoczesnego państwa prawa. Kluczem do wolności musi więc być edukacja – edukacja wolnościowa. Nie da się jednak zamknąć jej w haśle: „Róbta, co chceta” czy też sprowadzić do samej li tylko wolności wyboru. Człowiek biedny, wykluczony i gorzej wykształcony – co już w XIX w. zauważał John Stuart Mill, a kilkadziesiąt lat temu powtarzał Isaiah Berlin – ma zdecydowanie mniejszą perspektywę wyboru, a sama wolność pozytywna pozostaje dla niego w rzeczywistości iluzją. Fundamentem edukacji wolnościowej musi być więc równość szans.

Edukacja powinna być dla współczesnych liberałów orężem walki o kształtowanie w duchu liberalnych wartości. Współpraca ze środowiskami szkolnymi i akademickimi, organizacja konferencji, wykładów, prelekcji i debat, wydawnictwa popularyzatorskie i naukowe, aktywna debata w świecie wirtualnym, a także permanentne recenzowanie kolejnych posunięć ekip rządowych – oto zadania aktywistów liberalizmu rudymentarnego. Możliwe, że w ostatnich latach zabrakło solidnej liberalnej krytyki działań ekipy rządzącej, a liberalna obrona OFE – bo chyba była to najlepiej zorganizowana inicjatywa środowisk wolnościowych – nie dotarła ze swoim przekazem do wszystkich, których objąć mogła. Komentatorzy przewidują, że w najbliższych latach wartości liberalne w jeszcze większym stopniu będą przez nową konserwatywno-socjalną władzę marginalizowane. Nie mam wątpliwości, że okazja ta zostanie podchwycona przez opozycję parlamentarną, która szybko przywdzieje szaty „obrońców wolności”. Nie wolno jednak sprowadzić tego wielkiego celu, jakim jest budowa wolnościowych fundamentów w społeczeństwie, do politycznego „ujadania”, którego kolejnym efektem miałaby być reaktywacja „ciepłej wody w kranie”.

Politykę „ciepłej wody w kranie” uznaję za najgorszą formę rządzenia, jaką możemy sobie wyobrazić we współczesnych demokracjach. Wbrew temu, co twierdzą niektórzy komentatorzy, to polityka wypłukana z wartości bardziej psuje demokrację niż narodowy egoizm, doktrynerstwo, polityczna poprawność, ślepe schlebianie tradycjonalizmowi czy nawet etatyzm. Rezygnacja z wartości sprowadza politykę wyłącznie do procedur, buduje złudzenie merytokracji, która w efekcie przepoczwarza się w dyktaturę biurokracji. Społeczeństwa obywatelskiego nie da się zbudować na idei „spokojnego” administrowania krajem – aktywność społeczna i obywatelska muszą wypływać z wartości, indywidualnych czy zbiorowych. Dlatego też środowiska liberalne powinny się skupić na wypracowaniu wizji państwa i społeczeństwa, które opierać się będą na liberalnych wartościach. Nie da się jednak poprzestać na hasłach tak przecież ważnych dla liberałów, jak państwo minimalne czy przedsiębiorczość. Należy stworzyć strategie i projekty dostosowane do polskich realiów i opierające się na rzetelnej ewaluacji sukcesów i porażek polskiego dwudziestopięciolecia.

To polityka wypłukana z wartości bardziej psuje demokrację niż narodowy egoizm, doktrynerstwo, polityczna poprawność, ślepe schlebianie tradycjonalizmowi czy nawet etatyzm. Rezygnacja z wartości sprowadza politykę wyłącznie do procedur.

Nie możemy pozwolić, aby dyskusję o wartościach zdominowała polityka historyczna, której fundamentem będzie dziewiętnastowieczna wizja narodu ubrana w martyrologiczne szaty. Nie znaczy to jednak, że liberałowie nie powinni brać udziału w debatach o przeszłości. Nie można pozwolić również, aby dyskurs historyczny zdominowały kręgi konserwatywne czy nacjonalistyczne, bo historia Polski w ich wydaniu będzie opisem jednostronnym i ubogim. Chyba jednak najwyższy czas, aby młodzi liberałowie wyszli z własnego ogródka i spojrzeli również w kierunku tych środowisk, którym się nie powiodło, a sukces Polski, jakim niewątpliwie jest ostatnie ćwierćwiecze niepodległości, uzupełnili światłocieniami prowincjonalnej bylejakości bądź małomiasteczkowego zawodu. Liberałom oraz tym, którzy za liberałów się uważali, brakowało po 1989 r. społecznej wrażliwości i empatii. Powinniśmy wziąć serio słowa Johna Stuarta Milla, który w eseju „O wolności” mówi stanowczo, że „energia może być źle zużyta, ale człowiek energiczny może zawsze zrobić więcej dobrego niż gnuśny i apatyczny”. Kiedyś jedna z partii politycznych obiecywała, że uwolni energię Polaków – nie udało jej się to, ale mam wrażenie, że cel ten był postawiony słusznie.

Pierwszym krokiem w walce z apatią i zgnuśnieniem musi być zaangażowanie liberałów w działania o charakterze lokalnym. Już dziś można dostrzec dziesiątki ruchów miejskich i lokalnych komitetów wyborczych, które uczestniczą w kreowaniu polityki miejskiej czy gminnej, a niektóre nawet współrządzą. W budowie nowoczesnego liberalizmu rudymentarnego nie potrzebujemy żadnego szyldu, pod którym byśmy się ukrywali i który centralizowałby wolność myślenia o swojej „małej ojczyźnie”. Może się okazać, że komunitariańska idea wspólnoty jednak bliższa jest liberalnemu myśleniu niż promowana ostatnio przez środowiska konserwatywne idea podmiotowości. Badania pokazują, że coraz więcej Polaków dostrzega znaczenie polityki lokalnej i z coraz większą uwagą przygląda się rozstrzygnięciom lokalnych włodarzy. Wspieranie koncepcji dwukadencyjności wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, a może również członków zarządów powiatów i województw powinno być dla liberała warunkiem sine qua non budowania samorządów opierających się na rzeczywistej wolności i partycypacji obywatelskiej. Towarzyszyć temu powinno wspieranie koncepcji budżetów partycypacyjnych, podbudowywane przykładami dobrych praktyk z polskich samorządów.

Liberalizm drobnych kroków

Zaprezentowane wcześniej pomysły i idee – jak się wydaje – powinny się stać pewnymi wstępnie i roboczo naszkicowanymi wyznacznikami działalności polskich liberałów. Szczególne znaczenie mogą one zyskać w czasach potencjalnie niesprzyjających liberalnemu myśleniu i liberalnym wolnościom. Propozycje te moglibyśmy określić mianem liberalizmu drobnych kroków, gdyż mogłyby posłużyć jako „podstawy wstępu do zarysu” projektu budowy liberalnego społeczeństwa i państwa. Nie mam żadnych złudzeń co do tego, że w ostatnim dwudziestopięcioleciu liberalnych fundamentów aksjologicznych nie udało się zbudować. Liberałowie stworzyli ramy liberalnej gospodarki, państwa prawa i konstytucjonalizmu. Nadszedł jednak czas, aby zająć się budowaniem liberalnej tkanki społecznej. Paradoksalnie czasy rządów konserwatystów, etatystów i tradycjonalistów mogą nolens volens wytworzyć doskonałe podglebie do integracji liberalnych środowisk, a działania promujące i budujące liberalne wartości mogą się okazać tym bardziej skuteczne.

Liberalizm drobnych kroków musi jednak zmierzać w jakimś konkretnym kierunku. Nie można budować, nie posiadając projektu budowy. Nie stworzymy zaś projektu budowy bez zdefiniowania koncepcji. Śmierć wielkich narracji odtrąbiono już wielokrotnie. Sam w wielu tekstach opisywałem to, co dziś zwiemy postpolityką, w kontekście odejścia współczesnych elit politycznych od wielkich ideologii. Świat postpolityczny traktuje wszelkie idee i wartości instrumentalnie – także wartości genetycznie liberalne – i dlatego, jeśli chcemy bronić wolności i całego jej aksjologicznego towarzystwa, musimy zaproponować Polakom projekt nowego polskiego liberalizmu i zarazem wskazać im drogi, którymi powinniśmy ku jego budowie zmierzać. Remontować możemy jedynie te liberalne koncepty, które udało się w Polsce wdrożyć, czyli konstytucjonalizm oraz wolną gospodarkę. Jeśli zaś chodzi o wolnościowe społeczeństwo, to niestety nie mamy czego remontować: wolnościowe społeczeństwo w Polsce to jedynie fasada, pod którą kryje się bagaż wzajemnych nieufności i niezadowolenia, zawodu klasą polityczną, niezrozumienia mechanizmów działania gospodarki i państwa, a także postsocjalistyczna optyka obcości państwa.

Remontować możemy jedynie te liberalne koncepty, które udało się w Polsce wdrożyć, czyli konstytucjonalizm oraz wolną gospodarkę. Jeśli zaś chodzi o wolnościowe społeczeństwo, to niestety nie mamy czego remontować.

Ostatnie dwudziestopięciolecie pokazuje, że Polacy są wytrwali i pracowici, bardzo dobrze radzą sobie w konkurencji z Europejczykami, szybko się uczą i potrafią skutecznie realizować swoje cele – to oni, a nie polityczni decydenci zbudowali polski wzrost i uruchomili rozwój. Pęd do dobrobytu i wmawiana im przez elity polityczne konieczność jak najszybszego „dogonienia Zachodu” zakryły im oczy na stan wspólnoty, w której żyją, i wyparły odpowiedzialność za państwo. Polacy zostawili Polskę na pastwę polityków, którzy dawno już utknęli w demagogiczno-dyskursywnym klinczu. Jeśli chcemy, żeby wspólnota i państwo były budowane na wartościach wolności, tolerancji, współpracy, aktywności i przedsiębiorczości, to musimy podjąć wysiłek planowego, systematycznego i skrupulatnego budowania fundamentów liberalnego społeczeństwa. Nie będzie to łatwe, ale na pewno jest możliwe.

Płynie z tego wniosek, że liberałowie nie powinni się stać flanką politycznej walki z reaktywowaną Czwartą Rzeczpospolitą „bis”. Polityczna walka pseudoliberalnego pospolitego ruszenia jest nie do wygrania, jeśli nie uda się uprzednio zbudować liberalnego społeczeństwa, u którego fundamentów legną najważniejsze wartości liberalne. Niech nauczką i przestrogą będzie dla środowisk wolnościowych rok 2007 i zwycięstwo Platformy Obywatelskiej, które dla wielu liberałów zarówno młodszego, jak i starszego pokolenia było nadzieją na początek tego wyczekiwanego liberalnego ładu. Projekt ten jednak spalił na panewce, runął niczym domek z kart, zawalił się z hukiem jak budynek postawiony na piasku.

Czytaj również
O autorze
*
SławomirDrelich
Politolog i etyk, wykładowca akademicki (UMK w Toruniu) i nauczyciel licealny (I LO w Inowrocławiu), publicysta „Liberté!”