Panie Leszku, proszę zejść z tego cokołu

Drukuj

Recenzując „Trzeba się bić. Opowieść biograficzną” – najnowszy wywiad-rzekę z Leszkiem Balcerowiczem – łatwo wpaść w pułapkę krytykowania bohatera i jego poglądów, nie książki. I to jej największa słabość. Przeprowadzająca rozmowę Marta Stremecka niemal nie wchodzi w polemikę, przyjmując większość twierdzeń byłego premiera zupełnie bezkrytycznie.

Na okładce Leszek Balcerowicz pozuje w charakterystycznej pozie Wuja Sama z amerykańskich wojennych plakatów propagandowych zachęcających do wstąpienia do armii. Autor polskich reform gospodarczych zachęca w książce do przyjęcia jego punktu widzenia na przemiany ostatnich 25 lat, do kontrolowania władzy i do wywierania wpływu na przeprowadzenie przez nią dalszych reform.

Wywiad podzielony jest na dwie części. W pierwszej (rozdziały I – VIII) Balcerowicz odpowiada na pytania biograficzne. Opowieść zaczyna się w czasach dzieciństwa w Toruniu, kończy na czasach, gdy Balcerowicz był prezesem Narodowego Banku Polskiego. Nie brak w tej części wspomnień, anegdotek, informacji o kulisach pierwszych lat transformacji gospodarczej. Najważniejsze jest jednak w tej części budowanie narracji wokół tytułowej waleczności byłego premiera.

W szkole młody Balcerowicz bił się ze starszymi. Głównie po to, żeby się bić, ale zdarzały się też szlachetniejsze motywy. Później – jak mówi z ambicji bycia najlepszym – regularnie trenował lekkoatletykę. Na studiach koło naukowe i projekty reform gospodarczych dla socjalistycznej gospodarki; w pracy zawrotne i legendarne tempo, które narzuca sobie i swoim współpracownikom. W międzyczasie nauka języków obcych – w sumie pięciu. W porównaniu z Balcerowiczem John Galt wydaje się roszczeniowym leniem.

To zacięcie, zdyscyplinowanie i wewnętrzna motywacja muszą budzić podziw, ale jednocześnie słabo usprawiedliwiają wybór tytułu, bo kiedy Balcerowicz pytany jest o swoją drogę polityczną to często okazuje się, że bić się wcale nie trzeba. Gdy w 1978 roku stworzył swój pierwszy zespół pracujący nad projektami reform  przygotowywał je tak, by były akceptowalne dla ówczesnej władzy. W karnawale „Solidarności” przygotowywał raporty dla związku, jednocześnie zdając sobie sprawę, że postulaty takie jak obniżenie wieku emerytalnego czy wydłużenie urlopu macierzyńskiego są nierealne. „Dla mnie ważniejsze było to, że powstała organizacja niezależna od władz, bo to dawało szansę na zmiany. Nie krytykowałem więc postulatów ekonomicznych, ważniejsze były dla mnie te ustrojowe”. Wreszcie w trakcie wprowadzania swoich recept gospodarczych w trakcie transformacji ustrojowej jego pozycja polityczna była na tyle silna, że również nie musiał się o nie bić. Po prostu groził wyjściem z rządu.

Druga część (rozdziały IX – XI) to opowieść Balcerowicza o dobrym (ale nie idealnym, bo „idealne państwo” byłemu prezesowi NBP źle się kojarzy) państwie. Jest więc o poczuciu zawodu wobec byłych kolegów, którzy rozmontowali trzyfilarowy system emerytalny, o kryzysie gospodarczym ostatnich lat i potrzebie obywatelskiego zaangażowania.

Dla osoby, która śledzi działalność publiczną przewodniczącego Rady Forum Obywatelskiego Rozwoju poglądy wyrażone w książce nie będą niespodzianką. Są one natomiast wyłożone w systematyczny i kompleksowy sposób, dzięki czemu można dokładnie zrozumieć skąd wziął się taki, a nie inny, ich kształt. Po raz pierwszy też poznać można opinię byłego ministra finansów na takie tematy jak aborcja czy równy status prawny związków osób tej samej płci.

Najbardziej dotkliwą i widoczną w obu częściach wadą książki jest niemal całkowity brak chęci podjęcia przez rozmawiającą z Balcerowiczem Martę Stremecką jakiejkolwiek polemiki. Większość tez przyjmowanych jest bezkrytycznie. Można za jakieś wytłumaczenie przyjąć brak przygotowania merytorycznego autorki do dyskutowania różnic marksizmu i keynesizmu (które były premier niemal ze sobą zestawia) czy tezy o czysto marketingowym charakterze niemieckiej „społecznej gospodarki rynkowej” i ordoliberalizmie. Można uznać, że dyskutowanie kwestii ekonomicznych nie jest głównym celem tej książki – że to jedynie przedstawienie subiektywnych poglądów bohatera. Kiedy jednak Balcerowicz deklaruje, że nie jest wdzięczny Polsce ludowej za szansę awansu społecznego, którą dostał, to naprawdę ciężko nie zapytać dlaczego nie jest za to wdzięczny. Kiedy Balcerowicz mówi, że w PRLu wszystko było szare, a szczytem aspiracji było zdobyć samochód i mieszkanie to ciężko nie zacząć się zastanawiać co jest szczytem aspiracji dzisiaj. Kiedy zaś przyznaje się, że złożył do uczelni podanie o mieszkanie i dostał spółdzielcze M-3 na Bródnie to młody człowiek pracujący po studiach na swoją zdolność kredytową może tylko pęknąć z zazdrości. Stremecka nad każdą z tych deklaracji przechodzi do porządku dziennego.

Trudno przecenić wpływ Leszka Balcerowicza na polskie życie publiczne. Dla wydawnictwa „Czerwone i czarne”, którego misją stało się sportretowanie naszej transformacji przygotowanie i opublikowanie wywiadu-rzeki z jej autorem było właściwie elementem historycznej konieczności. I na tym podstawowym poziomie – portretu, reportażu – książka spełnia swoje zadanie znakomicie. Brakuje jednak tak oczekiwanego rysu krytycznego. Były premier podkreśla w książce swoją bliskość ze zwykłymi ludźmi i zrozumienie dla ich spraw. „Szczególnie sobie cenię, że zwyczajni ludzie często zwracali się do mnie »panie Leszku«, a nie »profesorze« czy »premierze«” – mówi. Wydaje się jednak, że po 25. latach przemian ich twórca znalazł się na cokole i niechętnie z niego zejdzie.

„Trzeba się bić. Opowieść biograficzna”, Wydawnictwo Czerwone i Czarne, Warszawa 2014

Czytaj również
O autorze
*
TomaszChabinka
Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu, zawodowo programista. Członek Stowarzyszenia Projekt: Polska, publicysta, koordynator warszawskiej grupy czytelniczej „Jacobin Magazine”.