PO Łodzi. Zmiany w łódzkiej radzie miasta są szansą, czy zagrożeniem dla łodzian?

Drukuj

Ja nie mam nic, ty nie masz nic, to razem mamy właśnie tyle, aby wystartować w wyborach samorządowych.

Organa władzy na szczeblu gminnym, powiatowym, wojewódzkim są w dużej mierze odseparowane od mediów ogólnopolskich, które najbardziej interesują sprawy krajowe. Jednocześnie kaliber decyzji podejmowanych na szczeblu lokalnym, różni się diametralnie od tych ogólnonarodowych. To wszystko sprawia, iż charakter rozgrywek, czy podejmowanych decyzji politycznych, nabiera bardziej charakteru interpersonalnego, aniżeli jest wpisany w spójną polityczną strategię. To jednak nie zwalnia polityków lokalnych od myślenia kolegialnego i pielęgnowania istotnego atutu partii politycznej w demokracji, czyli zdolności koalicyjnej. W przypadku, gdy tej zdolności brakuje pozostaje liczyć na większość, która da pewność samodzielnych rządów. Czasem jednak, rzeczywistość bywa jeszcze bardziej skomplikowana, czego przykładem mogą być ostatnie wydarzenia z Łodzi, mające miejsce w Radzie Miasta.

Wróg wewnętrzy

Otóż, w trzecim co do wielkości mieście w Polsce, od 2010 roku niepodzielnie sprawowała władzę Platforma Obywatelska, mając stabilną większość w organie kolegialnym oraz prezydenta miasta – Hannę Zdanowską. O ile rzadko mówiono o Radzie Miasta, o tyle praca lokalnej egzekutywy spotykała się z liczną i ostrą krytyką. Świadczą o tym starania kilku łódzkich środowisk, o rozpisanie referendum w sprawie odwołania Pani Zdanowskiej. Jak wiemy, wszystkie one zakończyły się fiaskiem, gdyż nie zdołano zebrać należytej liczby podpisów, tym niemniej to właśnie w postaci prezydenta wielu widziało największą słabość łódzkiej Platformy. Jakież więc musiało być zdziwienie obserwatorów sceny politycznej, jak i samych polityków, gdy to nie władza wykonawcza, ale organ legislacyjny wymknął się z rąk PO, de facto bez szczególnej ingerencji opozycji. Jak do tego doszło? Mianowicie, w przeciągu trzech lat Klub Radnych Platformy Obywatelskiej z 23 (w 2010) skurczył się do 17 na rok przed wyborami. Te najbardziej istotne zmiany rozpoczęły się od Radnego Witolda Rosseta, który złamał dyscyplinę partyjną podczas głosowania w sprawie utworzenia Zarządu Zieleni Miejskiej[1]. Klub radnych stanął w obliczu utracenia większości z końcem sierpnia, kiedy to miało się odbyć głosowanie nad nowym przewodniczącym Rady. W takim przypadku Klub PO, licząc się z porażką, z powodu braku woli współpracy grupy radnych nazywanych „grupą Kwiatkowskiego” lub „florystami”, postanowił nie zgłaszać swojego kandydata i opuścić salę obrad. Następnie wspomniane już osoby w postaci: Łukasza Magina, Sebastiana Tylmana, Joanny Kopcińskiej, Wiesławy Zewald, Grażyny Gumińskiej, Iwony Boberskiej, Marty Grzeszczyk i Jacka Borkowskiego zostały usunięte z klubu radnych PO. Jak powiedział szef klubu Platformy Mateusz Walasek drogi (florystów) z klubem rozchodziły się już od dość dawna[2]. Sprawa zaczęła być gorąca już w listopadzie 2012 roku, kiedy to wspomniana grupa zagłosowała za przedłużeniem pracy doraźnej komisji ds. Nowego Centrum Łodzi, łamiąc tym samym dyscyplinę partyjną. Jak później twierdzili, w celu większej transparentności przedsięwzięcia oraz wzmożonej kontroli władz, a faktycznie po to aby pokazać swoją siłę drugiej ważnej grupie w łódzkiej platformie związanej z ministrem Grabarczykiem, a tym samym samej pani Prezydent[3].

Powodem odwołania poprzedniego przewodniczącego Rady Tomasza Kacprzaka i wiceprzewodniczącej Elżbiety Królikowskiej – Kińskiej, było powołanie ich w szeregi komisji rewizyjnej, co jest niezgodne z prawem, gdyż nie wolno łączyć tych funkcji. Fakt ten niezwłocznie wykorzystali radni SLD, którzy złożyli wniosek o odwołanie przewodniczącego i wiceprzewodniczącej z tych stanowisk, z powodu złamania prawa. Jak wiemy, sytuacja w klubie radnych PO przed wakacjami nie wyglądała ciekawie, dlatego zachodziła obawa, czy uda się utrzymać większość podczas głosowania nad nowym przewodniczącym. Skutkiem czego, zostało ono odsunięte w czasie na koniec sierpnia, po przerwie wakacyjnej. Rzeczywistość okazała się jeszcze bardziej brutalna, gdyż czas nie zagrał na korzyść Klubu PO, a w konsekwencji pokazał, że to grupa Kwiatkowskiego wykazuje większą mobilność polityczną, tworząc „kolorową koalicję” z SLD i PiS-em przeciwko PO, wybierając na nowego przewodniczącego radną Joannę Kopcińską.

W taki sposób partia rządząca straciła stabilną większość w Radzie Miasta, bez zbytniej ingerencji opozycji. Co to jednak realnie oznacza dla zwykłych mieszkańców? Niewielu z nich pilnie śledzi wydarzenia w polityce lokalnej, a jeszcze mniej orientuje się w jej miejskich realiach. Nie zmienia to faktu, iż zmiany w tak ważnym organie jak rada miasta  zmuszają do postawienia sobie pytania, parafrazując słowa Moryca Welta (Cudne miasto, ale co ja na tym zarobię), co my (Łodzianie) z tego wszystkiego będziemy mieli?

Źródło: Wikipedia Praca Własna --> HuBar
Źródło: Wikipedia
Praca Własna –> HuBar

Łódź z urwanym sterem

Łódź dziś otwiera nowy rozdział w swej historii. Rozmach i skala inwestycji poczynionych w mieście, może być tylko porównywana do końca lat 60-tych i rozbudowy dzielnic Widzew i Retkinia, które dzisiaj są wielkimi sypialniami lub budowy starej trasy W–Z. Nowy Dworzec Fabryczny, Nowe Centrum Łodzi EC-1, remont Piotrkowskiej, miejskich kamienic czy nowa trasa W-Z, a także Trasa Górna, to bardzo ambitne i kosztowne wyzwania, choć w dużej mierze wspomagane funduszami unijnymi. W tej perspektywie wszelkie zaburzenia polityczne, niesnaski prowadzące do obstrukcji Rady Miasta, a tym samym zatoru decyzyjnego w Łodzi, nie sprzyjają takiemu rozmachowi infrastrukturalnemu. Jest to kluczowa kwestia w przypadku wykorzystania funduszy europejskich, gdyż są one obwarowane licznymi zasadami i regułami wykorzystania, a m. in. czasem w jakim dana inwestycja musi zostać ukończona. W przeciwnym razie są one w całości lub częściowo wycofywane przez Komisję Europejską. Tym samym, biorąc pod uwagę co rozpoczęło konflikt w łódzkiej platformie, na forum rady miasta (tj. EC-1) sprawy mogą obrać różny kurs. Trzeba mieć na uwadze, iż ta i inne inwestycje mogą stać się polem do rozgrywki politycznej dla florystów, a z pewnością będą takimi dla opozycji. Z uwagi, że są to decyzje podjęte i rozpoczęte przez władze platformiane, nie mogą stać się polem do ataków dla wyrzuconych, gdyż sami brali udział w procedowaniu tych decyzji, a z drugiej strony nie mogą stać się motorem napędowym opozycji w celu promowania się, po tym jak odsunięto PO od Rady Miasta. Jedno jest pewne. Czeka nas wyjątkowo interesujący okres w łódzkiej polityce, który będzie obfitował w wiele nieoczekiwanych zwrotów wydarzeń. Należy jednak dodać, że z perspektywy łodzian, wszelkie próby wykorzystania rozbudowy miasta do walki politycznej muszą i skończą się dla Nas niekorzystnie.

Co dalej?

Aby pokusić się o analizę dalszych możliwych konsekwencji czerwcowo – sierpniowych wydarzeń w radzie miasta, należy odpowiedzieć sobie na pytanie, kto na tych zmianach zyskał najwięcej. Bezapelacyjnie stroną, która wyszła zwycięsko z tej zagrywki politycznej jest opozycja (PiS i SLD), która nie dość, że z całą pewnością będzie kreować się na stabilną grupę w radzie, to może również liczyć na przychylność prezydent Zdanowskiej, w przypadku budowania większości w sprawach ważnych z perspektywy funkcjonowania miasta. Bardzo jestem ciekaw efektów tej współpracy, gdyż w tzw. „niepisanej”, czy może lepiej, „niewypowiedzianej” koalicji, mamy do czynienia z SLD i PiS. Naturalnie podczas sierpniowego głosowania nad powołaniem nowego przewodniczącego, nikt z obu ugrupowań nie przyznał się do takowej umowy, ale o zdolnościach koalicyjnych w kuluarach podszeptywało wielu.

Paradoksalnie to nie Platforma Obywatelska jest największym przegranym tych wydarzeń. W perspektywie krótkoterminowej, twardy orzech do zgryzienia ma pani Prezydent Hanna Zdanowska, która bez stabilnej większości w Radzie, może być pełna obaw o dalszy proces realizacji własnego programu. Z perspektywy PO sytuacja jest prosta. Floryści, SLD i PiS zawiązali nieformalną koalicję, którą w jasny sposób zobowiązali się do wzięcia odpowiedzialności za miasto, tym samym dając asumpt do ataków na nią ze strony PO, bez możliwości riposty wobec de facto już opozycyjnego klubu. Tak więc wszystkie prawdopodobne potknięcia, niedociągnięcia, czy uchybienia spadają na karb tej „niewypowiedzianej” koalicji. Sytuacja staje się jeszcze bardziej skomplikowana, gdy dodamy do tego przeszłość florystów w PO, co skutkuje tym, iż ich ataki na swoją dawną partię stają się bardzo karkołomne. Ich problem wydaje się chyba największy ze wszystkich obecnych w radzie ugrupowań.

Jaka czeka ich polityczna przyszłość? Może zdecydują się na stworzenie własnej listy wyborczej, co będzie bardzo czasochłonne i kosztowne. Może zjednoczą siły z innym byłym politykiem PO posłem Johnem Godsonem, który w perspektywie startu w wyborach na prezydenta miasta, z pewnością będzie potrzebował swojego aktywu do prowadzenia kampanii wyborczej, no i równie dużych funduszy. Ponownie odwołując się do Ziemi Obiecanej Władysława Reymonta, przyszły czasy kiedy można powiedzieć: Ja nie mam nic, ty nie masz nic, to razem mamy właśnie tyle, aby wystartować w wyborach samorządowych. Z drugiej jednak strony, wydaje się, że floryści zawsze mogą liczyć na pomoc swojego mentora z Najwyższej Izby Kontroli, który nie zostawi oddanych sobie radnych na lodzie.

Dla Platformy Obywatelskiej odsunięcie od siebie odpowiedzialności za miasto w radzie miasta i możliwość atakowania opozycji to dość pyrrusowe zwycięstwo. Pomimo małego zainteresowania polityką lokalną oraz małą frekwencją w wyborach samorządowych, ludzie są świadomi na kogo głosowali i istnieje realna szansa, że będą chcieli się odegrać na partii, która wystawiła tak nielojalnych kandydatów w wyborach. Z drugiej jednak strony naszą narodową cechą jest to, iż zawsze lubimy stać za tym, którego biją, tak więc na przekór spiskowcom wyborcy mogą poprzeć kandydatów PO, w zamian za wyborczą lojalność.

Żądamy obietnic!   

Czeka nas bardzo ciekawy rok na najwyższych szczeblach samorządowych w Łodzi. Okres przedwyborczy to czas, kiedy zaczynają pojawiać się pierwsze przygotowania do kampanii, a obywatele znacznie uważniej przyglądają się władzy. Z pewnością końcówka 2013 i 2014 roku, czyli czas kiedy remont ul. Piotrkowskiej rozpocznie się w najbardziej newralgicznym punkcie, a przede wszystkim miasto stanie w korkach w związku z rozbudową trasy W-Z, będą miały duży wpływ na wynik wyborczy. Jak wiadomo, sytuacja ekonomiczna po okresie kryzysu, z którego podobno wychodzimy, nie nastraja optymistycznie, a łodzianie dodatkowo są coraz bardziej zirytowani nie spełniającą swojej roli ustawą śmieciową oraz stale rosnącymi opłatami komunalnymi i cenami biletów MPK. Zatem wynik wyborczy do końca przyszłego roku pozostanie dla wszystkich wielką zagadką i może wywołać u niejednego polityka duże zdziwienie.

Zgodnie ze starym zwyczajem wyborczym, politycy sprawujący władzę w roku przedwyborczym, postanawiają w ostatnie chwili kadencji obniżyć niektóre opłaty, próbują wyciągnąć rękę do obywateli w każdy możliwy sposób. Jak wiadomo, ceny biletów MPK nie spadną, tym niemniej są o 100% wydłużone czasy przejazdu, co można wpisać w tę przedwyborczą logikę. Dodatkowo przy remontowanych ulicach obniżone zostały czynsze. Podobną grę rozpoczęli również floryści, którzy zaproponowali uchwałę o obniżeniu stawek za wywóz śmieci o 50%[4].

Jedno jest pewne, w 2014 roku dużą rolę odegra prezydent Hanna Zdanowska w kontekście wyniku Platformy w wyborach samorządowych. Natomiast wydarzenia w radzie miasta pokażą, czy będą one podobne do poprzednich, czy pojawią się nowe siły polityczne i kto będzie rozdawać karty w łódzkiej polityce.

Czytaj również
O autorze
*
MateuszRadziszewski
Politolog, obecnie doktorant na WSMiP UŁ. Zainteresowany społeczeństwem obywatelskim, kapitałem społecznym oraz zmianami zachodzącymi w świecie.
@ MatRadziszewski