Nie udawajmy, że jest nam wszystko jedno

Drukuj

Czy nie rozsądniej byłoby podczas wyborów szukać sojuszników, a nie reprezentantów? Wybierać bez złudzenia tożsamości interesów, ze świadomością istnienia zarówno wspólnych interesów jak i różnic. Ale wybierać za każdym razem. Ilu rozczarowań byśmy sobie zaoszczędzili!

Trudno przejść obojętnie obok ostatniego tekstu Marcina Celińskiego „Liberała dylematy wyborcze”. Czołowy publicysta środowiska skupionego wokół „Liberte!” zapowiada w nim, że podczas wyborów do Parlamentu Europejskiego odda nieważny głos.

Celiński punktuje poszczególne komitety wyborcze. Z PiSem, Solidarną Polską, Polską Razem i Ruchem Narodowym nie zgadza się fundamentalnie. Podobnie – ale z innych przyczyn – z Kongresem Nowej Prawicy, SLD i PSLem. Platforma Obywatelska naraziła się podwyższając VAT, przepychając ACTA i odrzucając projekt ustawy o związkach partnerskich, praktycznie likwidując drugi filar emerytalny. Europa Plus/Twój Ruch odstrasza brakiem konsekwentnie realizowanych celów politycznych i bezwartościowymi liderami listy w najważniejszych okręgach. Celiński odrzuca pomysł wyłuskania na listach liberalnych rodzynków – z warszawskiej listy EPTR startuje Krzysztof Iszkowski, z warszawskiej listy PO Marcin Święcicki – i oddania głosu właśnie na nich. Jak pisze: „kandydaci o liberalnej proweniencji są usytuowani na miejscach nie stwarzających im jakichkolwiek szans na mandat – ot , mają popracować i zebrać głosy – żeby dołożyć cegiełkę do zwycięstwa konserwatysty (PO) lub kawiorowego socjalisty (TR)”. Nie zrezygnuje też z oddania głosu w wyborach. Zamiast tego w wyborach odda nieważny głos. Na karcie narysuje uśmiechnięte słoneczko – symbol jednoznacznie kojarzący się z Unią Wolności.

Jan Radomski w swojej polemice „Mamy na kogo głosować” w doskonały sposób rozprawia się z mitem liberalnych kandydatów pracujących na wynik partyjnych jedynek. Na przykładzie amerykańskiej i brytyjskiej sceny politycznej pokazuje znaczenie polityki wewnątrzpartyjnej, wspierania przez wyborców kandydatów należących do najbliższych im frakcji. Tłumaczy jak te zagraniczne doświadczenia przenieść na grunt polski. Nie będę się zajmował tym tematem. Zamiast tego całą uwagę mogę poświęci kwestii dla wyborów fundamentalnej: odpowiedzi na pytanie po co głosować.

Celiński nie ma tu wątpliwości: „istotą demokracji jest reprezentacja, a ja nie widzę wśród kandydatów posiadających realne szanse na wybór, swojego reprezentanta.”. Głosując wskazujemy listę, której posłowie mają nas reprezentować – wyrażać nasze poglądy, działać w oparciu o wyznawane przez nas wartości. Logiczną konsekwencją braku takiej listy jest wstrzymanie się od oddania ważnego głosu. Bo oddanie ważnego głosu jest przecież w tym paradygmacie równoznaczne z przyznaniem, że jedna z partii wyraża nasze poglądy.

Oddając ważny głos zapisujemy się do pewnego politycznego stronnictwa blokując tym samym powstanie partii, która rzeczywiście mogłaby nas reprezentować. Nie idąc na wybory pokazujemy, że nie jesteśmy zainteresowani uczestnictwem w procedurach liberalnej demokracji. Tylko oddanie nieważnego głosu może sprawić, że powstanie sygnał katalizujący pojawienie się nowej politycznej siły, naszego politycznego reprezentanta. Do tego czasu sami zajmiemy się reprezentowaniem swoich poglądów – pisząc blognotki i artykuły, dyskutując, występując w mediach.

Nie jestem przekonany, czy powstanie takiego politycznego reprezentanta jest zawsze możliwe. Ale jestem gotów zawiesić w tym momencie swoją niewiarę i przyjąć, że gdzieś tam w polityce i na jej obrzeżach funkcjonują ludzie, którzy w pewnej przyszłości mogliby stać się reprezentantami poglądów pewnej konkretnej osoby. Uważam jednak, że paradygmat ten forsuje fundamentalnie błędną strategię podejmowania decyzji w przypadku wyborów, w których nie widzimy listy reprezentującej nasze poglądy. Dlatego chciałbym, żebyśmy spojrzeli na istotę wyborów inaczej.

Czy nie rozsądniej byłoby podczas wyborów szukać sojuszników, a nie reprezentantów? Wybierać bez złudzenia tożsamości interesów, ze świadomością istnienia zarówno wspólnych interesów jak i różnic, ale wybierać za każdym razem. Ilu rozczarowań byśmy sobie zaoszczędzili!

Ta strategia nie wyklucza oczywiście głosowania na partię-reprezentanta w przypadku, gdy taka partia się pojawi. Sugeruje jednak inną strategię w międzyczasie. Sojusze bywają bardzo płynne, zatem wybór jednej partii w jednych wyborach nie oznacza, że nie jesteśmy gotowi całkowicie zmienić naszych preferencji wyborczych w kolejnych wyborach. Wystarczy, że jakaś partia zaproponuje nam lepszą ofertę.

Dlaczego paradygmat wyboru sojusznika da lepsze rezultaty od paradygmatu wyboru reprezentanta? Jak wspomniałem sami możemy reprezentować swoje poglądy. To jednak wybieralni urzędnicy państwowi dysponują aparatem państwowym, mają możliwość uchwalania prawa i kształtują normy obowiązujące w życiu publicznym. Czy nie lepiej mieć jedną lub dwie ustawy zgodne z naszymi poglądami, niż nie mieć żadnej? Czy nie lepiej mieć ministra, z którymi będziemy mogli rozmawiać, niż ministra, który jawnie będzie nas lekceważył? Tu nie chodzi o wybór etyczny, o zgodę na zgniłe kompromisy. Jesteśmy liberałami; czy jest coś bardziej liberalnego niż mądry pragmatyzm?

Oczywiście nie mam złudzeń; większość z Państwa podjęła już decyzję i przy niej zostanie. Czy mogę jednak zaproponować pewien prosty eksperyment myślowy?

deaa_critical_hit_d20

Myślę, że wszyscy zgodzimy się, że nie oddając ważnego głosu (niezależnie od tego, czy w ogóle weźmiemy udział w wyborach) zostawiamy wynik wyborów w rękach współobywateli – lub, jak można to inaczej określić, losu. Proszę wyobrazić sobie, że w pewnych okolicznościach muszą Państwo oddać ważny głos – udział w wyborach stał się obowiązkowy, a poprawnego wypełnienia karty wyborczej pilnuje specjalna maszyna. Oczywiście w takich warunkach najrozsądniej będzie zabrać na wybory kostkę i wylosować komitet, na który oddadzą państwo głos. Głosy wszystkich osób, które zastosują taką strategię rozłożą się po równo między wszystkie komitety i będą miały minimalny wpływ na wynik wyborów. Początkowy cel, czyli brak wpływu na wynik wyborów, został osiągnięty.

Proszę sobie wyobrazić, że biorą Państwo kostkę (musi to być kostka o całkiem sporej liczbie ścianek, tak by każdy komitet miał swoją) do ręki, rzucają i…czy nie poczują Państwo odrobiny ulgi, gdy okaże się, że tym razem nie muszą Państwo oddać głosu na Ruch Narodowy? No właśnie.

Jeśli nie chcą Państwo iść na kompromisy czy szukać najlepszego sojusznika dla swoich poglądów proszę zabrać ze sobą na wybory kostkę, rzucić nią i przeżyć te kilka sekund grozy. Albo – jeśli los nie będzie łaskawy – kilka najbliższych lat.

Czytaj również
O autorze
*
TomaszChabinka
Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu, zawodowo programista. Członek Stowarzyszenia Projekt: Polska, publicysta, koordynator warszawskiej grupy czytelniczej „Jacobin Magazine”.