Nie ma wolności bez… rewolucji

Drukuj

Problem obecności – czy też może raczej nieobecności – rewolucji 1905 r. w świadomości historycznej społeczeństwa wydaje się powiązany ze zjawiskiem wyparcia Łodzi z polskiej tożsamości i jej symbolicznym wymazaniem z wyobrażonej mapy mentalnej Polski i polskości. Jako naród – podobnie jak inne nacje tej części Europy – posiadający wyraźnie chłopskie korzenie, zawsze łatwo i chętnie poddawaliśmy się czarowi sielankowej wizji szczęśliwego szlacheckiego dworku, w którym gotowi byliśmy widzieć symboliczne locus polskości. W naszej świadomości historycznej komponenty związane z miastem i wartościami miejskimi zawsze były słabe. Odbywające się pod naciskiem urzędowej presji karkołomne próby częściowej choćby zmiany tych wyobrażeń w okresie PRL-u nie przyniosły większych skutków. Zresztą pamiętajmy, że industrializm, fascynacja przyśpieszoną urbanizacją i inne modernizacyjne fantazje to przede wszystkim propaganda lat stalinizmu. Z czasem PRL coraz chętniej sięgał po bardziej tradycyjne formy legitymizacji odwołujące się do „narodowej tradycji” (oczywiście odpowiednio interpretowanej), a tym samym do starych klisz, na których roiło się od wiejskich obrazków i romantycznego patriotyzmu w duchu XIX-wiecznych insurekcji (czy też narodowych mitów na ich temat).

Zresztą i my, potomkowie pańszczyźnianych chłopów, nie paliliśmy się do tego, aby pokochać miasto – zarówno to wyobrażone, wciąż pozostające obszarem peryferyjnym naszej świadomości historycznej, jak i to realne, które miało udawać wówczas miasto „socjalistyczne”. Nie o samo miasto i miejskość jednak chodzi, ale o znacznie szersze zjawisko, jakim jest nieobecność w polskiej pamięci społecznej wielowymiarowego doświadczenia nowoczesności, z jej „miastem, masą, maszyną”.

Zarówno geograficzny, jak i kulturowy rdzeń tej Polski, o której opowiada nam dominująca dziś narracja historyczna, to ziemie dawnego Królestwa Polskiego. Gdy sobie to uświadomimy, nieobecność doświadczenia nowoczesności w naszej pamięci społecznej stanie się jeszcze bardziej uderzająca. To tutaj bowiem owo doświadczenie było najbardziej gwałtowne i dramatyczne. Po żywiołowym i zazwyczaj bezwzględnym peryferyjnym kapitalizmie przełomu XIX i XX w., gwałtownym, choć mającym wyspowy charakter, uprzemysłowieniu i znacznych migracjach wewnętrznych z tego okresu w naszej świadomości historycznej nie pozostał niemal żaden ślad. Nie zadomowiły się też w niej tradycje walk społecznych, tym gorliwiej wypierane w ostatnich dekadach, że budziły skojarzenie z polityką historyczną PRL-u, często instrumentalnie posługującą się nimi w celu legitymizacji systemu. Zresztą dziś już wyraźnie widać, że polityka historyczna PRL-u raczej powieliła stare schematy niż przekonała Polaków do nowoczesnego spojrzenia na pojęcia narodu czy państwa. Powojenne dekady nie przyniosły z sobą „rewolucji pamięci”, a wraz ze zmianą pryncypiów ideologicznych po roku 1989 odrzucono ostatecznie nawiązania do tradycji walk społecznych, w których widziano raczej propagandowy balast niż wartościowy komponent świadomości historycznej społeczeństwa.

Ostatnie lata – jak się wydaje – wskazują jednak, że doświadczenie nowoczesności powoli toruje sobie drogę w naszej świadomości historycznej. Przykład stanowić może coraz powszechniejsze docenianie dziedzictwa przemysłowego, pozytywne wartościowanie znanych z przeszłości przykładów postaw przedsiębiorczości i gospodarczych sukcesów czy wreszcie upamiętnianie postępu techniki. Na pierwszy rzut oka widać, jak jednostronny to obraz. W takim pejzażu przeszłości brak bowiem miejsca na spuściznę walk społecznych. Pryzmatycznym przykładem – a zarazem nam najbliższym – jest, oczywiście, Łódź. Miasto od kilkunastu lat walczy o napisanie własnej historii i tym samym określenie się jako miejsce atrakcyjne turystycznie. Toczy się także bitwa o konstrukcję własnej pozytywnej tożsamości podzielanej przez mieszkańców, a tworzenie spójnego wyobrażenia o przeszłości miasta w nieunikniony sposób staje się ważnym wymiarem tej operacji. Okazuje się, że centralne miejsce na scenie zajmują na powrót fabrykanci i wielkomiejska burżuazja, dla przedstawicieli innych warstw społecznych przewidziano głównie role statystów.

Stojąca przy ul. Piotrkowskiej rzeźba przedstawiająca dawnych właścicieli największych łódzkich fabryk zatytułowana została „Twórcy Łodzi Przemysłowej”. To właśnie tutaj jak w soczewce skupiają się najważniejsze wątki dominującej ostatnio narracji o dziejach przemysłowej Łodzi, która jako najwyższe cnoty prezentuje – jakby wprost czerpiąc z neoliberalnego katechizmu – przedsiębiorczość, innowacyjność, pomysłowość i przebiegłość w interesach. Bez wątpienia łódzkim fabrykantom nie można odmówić tych cech, podobnie jak trzeba pamiętać – przypomną nam o tym przy każdej okazji zwolennicy tych postaci – o imponujących sumach, które wydawali na działalność charytatywną i sprawy publiczne.

To jednak tylko jedna, ta przyjemniejsza strona łódzkiej historii. Druga to opowieść o chciwości, wyzysku, nędzy i upodleniu tysięcy robotników i robotnic – rzeczywistych twórców przemysłowej Łodzi. Warto o tym pamiętać, gdy poczujemy pokusę uznania fabrykanckiego mitu za własny. Za bogactwem i potęgą przemysłowej Łodzi nie stał bowiem geniusz jednostek, lecz była to przede wszystkim ciężka praca tysięcy robotników i robotnic. Nie oni i nie one są jednak obsadzani dziś w roli bohaterów. Realni twórcy potęgi tego miasta – ci, którzy chodzili po jego ulicach, trawili życie w fabrycznej hali i walczyli (również dla nas) o lepsze jutro, giną w większości opowieści o łódzkiej historii jako niezróżnicowana, anonimowa, bierna i nie warta zapamiętania masa.

Ta druga, robotnicza strona łódzkiej historii, choć na pozór znacznie bardziej ponura, może napawać dumą co najmniej równą tej, którą w dzisiejszych łodzianach wzbudzają zawrotne fortuny Scheiblerów czy Poznańskich. Jest to jednak duma nieco innego rodzaju. Duma ujarzmionych. Tych, którzy muszą na każdym kroku upominać się o swoją godność. Tych, którzy marzą o świecie lepszym i bardziej sprawiedliwym. Tych, którzy na przekór wszystkiemu mają odwagę walczyć o swoje marzenia. Rok 1905 należał właśnie do nich.

Czemu jednak dziś o tym nie pamiętamy, choć przecież trudno byłoby znaleźć historyka, który podałby w wątpliwość doniosłe znaczenie rewolucji 1905 r.? Przede wszystkim rewolucja ta nie pasuje do opowieści o narodowej przeszłości, która po roku 1989 zajęła pozycję hegemoniczną. Ta wizja historii utkana została przede wszystkim z bitew i rozgrywek dyplomatycznych, stawiając w centrum swego zainteresowania czyny wielkich jednostek, a przedmiotem największego podziwu czyniąc militarne bohaterstwo. Nic dziwnego, że rusztowaniem, na którym ta narracja została oparta, stały się – hucznie świętowane – narodowe powstania (z warszawskim na czele). Ich zaletą było również to, że łatwo poddawały się prostej interpretacji – intuicyjnie wiadomo wszak, kto był „dobry”, a kto „zły”, i po czyjej stronie była „racja”. Rewolucja 1905 r. zdecydowanie wymyka się takim prostym schematom i interpretacjom. Rozsadza ramy polityczno-militarnie pojmowanej historii narodowej, nie sposób w prosty sposób rozpisać tutaj poszczególnych „ról”, uwiarygodniając teraźniejsze konstrukcje narodowej wspólnoty. Dzieje tej rewolucji naocznie pokazują cięcie w społecznej tkance – antagonizm klasowy, który tak silnie próbuje się dziś ukryć, chcąc odebrać w ten sposób argumenty tym, którzy nie znajdują dziś w społeczeństwie nadmiernie komfortowego i eksponowanego miejsca. Nim jednak podejmiemy wątek aktualności doświadczeń rewolucji 1905 r., poświęćmy jeszcze nieco uwagi Łodzi i jej historii.

Łódź – epicentrum kapitalizmu

Rozwój Łodzi w XIX w. można porównać jedynie z rozwojem największych amerykańskich metropolii. W 1822 r. ludność tej rolniczej miejscowości – znacznie na wyrost nazywanej miastem – nie liczyła nawet tysiąca osób. 30 lat później było to już sporo ponad 30 tys., a w 1905 r. więcej niż 340 tys. osób. Impuls rozwojowy wyszedł od rządu autonomicznego Królestwa Polskiego, który zamierzał uczynić z Łodzi i jej okolic centrum produkcji włókienniczej. Od tamtej pory miasto, mimo zmiennej koniunktury, nieustannie się rozwijało, wyrastając w drugiej połowie stulecia na jeden z największych ośrodków przemysłowych w całym Cesarstwie Rosyjskim. Łódź – miasto błyskawicznie rosnących fortun, pomnażające co roku liczbę swych mieszkańców o kolejne tysiące przybyszów z okolicznych wsi – mogła fascynować, ale jednocześnie budziła przerażenie.

Długość dnia pracy w przemyśle łódzkim zależała od koniunktury. Ustawowe 11,5 godz. (!) nie było zazwyczaj przestrzegane, a jeśli zaszła potrzeba, pracowano nawet 14 albo i więcej godzin. Praca w fabrykach włókienniczych była monotonna, ale jednocześnie wymagała ciągłego skupienia i zręczności. Po kilkunastu godzinach spędzonych przy maszynie starczało sił już tylko na to, by wrócić do domu (czasami nawet kilka kilometrów piechotą do peryferyjnych dzielnic robotniczych), zjeść kolację i położyć się spać. O urlopach oczywiście nikt nie słyszał, jedyną okazją do odpoczynku były niedziele i dni świąteczne. Płace robotnicze zaś ledwo starczały na przeżycie, a czasem – na przykład w okresie kryzysu gospodarczego – bywało, że i ten warunek trudno było spełnić. W jednej z ówczesnych gazet pisano: „Łódź jest od dawna znana jako najczystszy typ miasta kapitalistycznego w naszym kraju […]. Łódź – to prawdziwa «ziemia obiecana» rycerzy przemysłu; dzieje przemysłu łódzkiego to cała epopeja, pełna szwindlów giełdowych, oszukańczych transakcji, podstępnych bankructw, wyuzdanych grynderstw, podpaleń popełnianych w celu uzyskania premii asekuracyjnych itd. Dodajmy do tego zupełny niemal brak jakiejkolwiek kultury umysłowej, skandaliczną gospodarkę miejską pozbawiającą mieszkańców elementarnych urządzeń higienicznych, wyjątkowe nawet na nasz kraj rozpanoszenie się samowoli policyjnej – a będziemy mieli typowe rysy «polskiego Manchesteru». Wyzysk nosi tu charakter szczególnie brutalny […]. Traktowanie robotników, a szczególnie stosunek pracodawców i ich zastępców do robotnic, można określić jako wręcz barbarzyńskie. […] Jak istny moloch przeżuwał przemysł łódzki w swej paszczy olbrzymie masy zdrowego materiału ludzkiego, dopływającego wciąż z zewnątrz, by potem zapełnić dzielnice robotnicze zastępami kalek, żebraków, prostytutek…”.

Aby uzupełnić obraz ówczesnej Łodzi, dodajmy jeszcze, że miasto nie miało kanalizacji, rynsztokami nieustannie płynęły nieczystości, szerzyły się choroby zakaźne, a ulice spowijał gęsty dym wydobywający się z dziesiątków kominów fabrycznych. Nielicznym zwiastował on koniunkturę, milionowe zyski i dostatek, dla tysięcy pozostałych oznaczał życie pełne trudu i wyrzeczeń, zazwyczaj krótkie i pozbawione nadziei na lepsze jutro. Awers i rewers tej samej monety. Janusowe oblicze fabrykanckiego mitu.

Rewolucja, czyli jak zreformować kapitalizm

Wybuch niezadowolenia nastąpił w styczniu 1905 r. Pod wpływem wieści o tzw. „krwawej niedzieli” w Petersburgu w Łodzi wybuchł masowy strajk. W ciągu kilkunastu godzin stanęło całe miasto – kilkusetosobowe grupy robotników i robotnic wędrowały wówczas od fabryki do fabryki, strajk rozszerzał się błyskawicznie. Oprócz fabryk na żądanie delegacji robotniczych zamykano sklepy, warsztaty rzemieślnicze, zatrzymywano dorożki. Pierwsze dni strajku powszechnego upływały w osobliwie świątecznej, poważnej i pełnej godności atmosferze. Zdezorientowane władze poleciły wojsku i policji, aby nie prowokowały strajkujących. Nierzadko zdarzało się więc, że na ulicach czytano rewolucyjne odezwy i wiecowano pod okiem wszechwładnych dotychczas funkcjonariuszy. Bariera strachu – najważniejszy szaniec obronny wszystkich autorytarnych reżimów – została przełamana. Ulica należała do robotników.

Szybko okazało się, że wystąpienie robotnicze, choć spontaniczne i zrodzone w znacznej mierze z frustracji, niesie z sobą konkretny program pozytywnych reform. Jego stawką nie było całkowite zniszczenie przemocą istniejącego porządku, lecz wymuszenie jego głębokich zmian, które pozbawiłyby go najbardziej odrażających cech – niemal niewolniczego wyzysku, rażących nierówności, całkowitego odpodmiotowienia robotnika w miejscu pracy i odsunięcia od jakiegokolwiek wpływu na sprawy publiczne przygniatającej większości społeczeństwa. Tym, co najbardziej zadziwia, jest fakt, że był to program całkowicie oddolny, sformułowany przez tych, których do dziś zwykliśmy postrzegać raczej jako przedmiot niż podmiot jakichkolwiek reform.

CZECHOSLOVAKIA-VELVET REVOLUTION-COMMUNISM

Bezpośrednie skutki kilkunastodniowego strajku powszechnego w Łodzi to przede wszystkim skrócenie czasu pracy w fabrykach (do około 10 godz. dziennie), odczuwalne podwyżki płac, a także znaczne poszerzenie zakresu świadczeń fabryki na rzecz pracowników. Jednak najważniejszym skutkiem wydarzeń ze stycznia i lutego nie były wcale ustępstwa fabrykantów, lecz raczej doświadczenie siły płynącej ze strajkowej solidarności. Dotychczas robotnicy i robotnice mogli uchodzić za niemal całkowicie ujarzmionych przez władze carskie i fabrykantów. Strajk pokazał natomiast, że są siłą, która może zatrzymać całe miasto, mocno przestraszyć rosyjską administrację i jak równy z równym negocjować ze swymi chlebodawcami. Równolegle ze strajkami kształtować zaczęły się również pierwsze instytucje związane z prowadzeniem walki przez robotników i robotnice, takie jak choćby tzw. delegacje robotnicze, zastępujące w pewnym sensie nieistniejące w carskiej Rosji związki zawodowe. Powstawały też sieci kolportażu nielegalnej prasy i odezw, w ekspresowym tempie uczono się organizowania wieców, manifestacji i zgromadzeń, błyskawicznie rozpowszechniały się postawy i wzorce zachowań składające się na specyficzny etos rewolucyjny. Doświadczenia te w kolejnych tygodniach i miesiącach podlegały akumulacji i w głęboki sposób zmieniły oblicze całego miasta.

Fabryki i ulice

Wiosna 1905 r. upłynęła w łódzkim przemyśle przede wszystkim pod znakiem walki o „konstytucjonalizm fabryczny”. Postulowana „konstytucja” (zbiór zasad respektowanych przez pracowników i dyrekcję) miała nie tylko w przejrzysty sposób uregulować funkcjonowanie zakładów, lecz także, a może przede wszystkim, doprowadzić do upodmiotowienia załogi i uczynienia jej partnerem w zarządzaniu fabryką. Robotnicy i robotnice zazwyczaj w sposób oddolny wprowadzali w życie poszczególne zasady „konstytucji”, bez oglądania się – kiedy nie było takiej konieczności – na władze fabryki. W ten sposób choćby realizowano żądanie współudziału w wyborze niższego personelu zarządzającego, czyli majstrów, spośród których niektórzy mieli zresztą na sumieniu molestowanie robotnic czy brutalne traktowanie załogi. Nic dziwnego więc, że podczas rewolucji częstym zjawiskiem było wywożenie najbardziej znienawidzonych majstrów na taczkach poza mury fabryki, co zazwyczaj było równoznaczne z wyrzuceniem z pracy. Tym razem jednak wymówienie „wręczał” nie dyrektor, robili to robotnicy i robotnice.

Chcieli być oni nie tylko współgospodarzami fabryk, w których pracowali, lecz także współgospodarzami miasta, w którym przyszło im żyć. Do tej pory nad ulicami miasta niepodzielną kontrolę sprawowali przedstawiciele carskich władz – stójkowi, policjanci, żandarmi. Nie cieszyli się jednak zbyt dużym szacunkiem i poważaniem, reprezentowali bowiem władzę, którą traktowano jako obcą i opresyjną. Posłuch, jakim się mimo wszystko cieszyła, wynikał przede wszystkim ze stojącej za nią siły – był to autorytet nahajki, wspieranej w razie potrzeby bagnetem piechura albo szablą kozaka. Wybuch rewolucji znacznie zmienił tę sytuację. Carska władza okazała się o wiele słabsza i mniej zdecydowana w działaniu, niż mogło się dotychczas wydawać, robotnik zaś, który przełamał barierę strachu i czynem upomniał się o swoją godność, mógł teraz liczyć na solidarność tysięcy swych towarzyszy.

Nic dziwnego więc, że zaczęły się mnożyć akty spontanicznego oporu wobec przedstawicieli władz rosyjskich, poczynając od zwykłego poszturchiwania, poprzez obrzucanie kamieniami, a na strzelaniu z rewolwerów i rzucaniu bomb (to już wymagało planu i zaangażowania partyjnej bojówki) skończywszy. Jednocześnie ulice i place, fabryczne hale i podwórka stały się przestrzeniami niespotykanej przed rewolucją aktywności publicznej. Wystąpienia robotnicze, demonstracje i strajki, masowa agitacja partii politycznych – to wszystko tworzyło niezwykłą robotniczą sferę publiczną, przekraczającą ograniczenia tradycyjnych form uczestnictwa w życiu społecznym. Robotnicy – wcześniej zupełnie bierni, nieobecni w przestrzeni publicznej, zredukowani do sfery wytwórczości i reprodukcji własnej egzystencji – teraz zabrali polityczny głos. Porewolucyjne represje mogły ów głos stłumić, ale na dłuższą metę powstrzymanie procesu, który pozwolił na jego pojawienie się, nie było już możliwe.

Miasto niepokorne

O niewielkiej skuteczności polityki represji władze carskie przekonały się zresztą bardzo szybko. Po walkach barykadowych, do których doszło w Łodzi w czerwcu 1905 r., car zdecydował się na zaprowadzenie w mieście stanu wojennego – był to pierwszy tego typu przypadek podczas rewolucji w całym państwie. „Spokój” trwał krótko i był na dodatek raczej pozorny. W poszczególnych fabrykach, herbaciarniach czy podczas konspiracyjnych zebrań partyjnych trwały (choć prowadzono je teraz szeptem) ożywione dyskusje na temat możliwości dalszej walki. Oburzenie budziły pojawiające się coraz częściej wieści o torturowaniu i biciu w więzieniach osób aresztowanych za działalność rewolucyjną. Rosło też napięcie w części fabryk, w których dyrekcja, czująca się pewniej dzięki rygorom stanu wojennego i wzmocnieniu garnizonu, podjęła próbę ograniczenia wywalczonych przez robotników ustępstw. Nic dziwnego więc, że fala strajkowa znów zaczęła wzbierać.

Pod koniec października wybuchł kolejny strajk powszechny. Objął całe państwo rosyjskie, zmuszając cara do ogłoszenia manifestu konstytucyjnego, który zapowiadał poważne reformy ustrojowe. W Łodzi – co stało się już zwyczajem podczas tej rewolucji – strajk trwał szczególnie długo, bo ponad trzy tygodnie. Gdy zgasła ostatnia nadzieja na ostateczne zwycięstwo (czyli obalenie cara), łódzcy robotnicy i robotnice wrócili do pracy. Od 20 listopada znów zaczęły dymić kominy większości fabryk w mieście.

Nie była to jednak kapitulacja, ale chwilowa przerwa w walce czy też raczej ponowna zmiana jej form. Zresztą kolejne miesiące lat 1906 i 1907 przyniosły następne strajki i fale protestów, zakończone tzw. wielkim lokautem, kiedy to fabrykanci postanowili wymóc na robotnikach powrót do przedrewolucyjnych stosunków pracy. W tym czasie łódzkie ulice stały się świadkami dramatycznych „walk bratobójczych”, podczas których część robotników, mobilizowana przez antyrewolucyjnie nastawioną endecję, podjęła zbrojną walkę z socjalistami. W tym miejscu jednak zawiesimy rekonstrukcję najważniejszych wydarzeń i epizodów rewolucji, odsyłając jednocześnie zainteresowanego czytelnika do książki „Rewolucja 1905: przewodnik Krytyki Politycznej”, gdzie piszemy o tym w sposób bardziej szczegółowy. Teraz natomiast przejdziemy do bilansu rewolucji i prób odpowiedzi na pytanie o aktualność doświadczeń sprzed ponad stu lat.

Wszystko na nic?

Wyłaniający się ze źródeł historycznych krajobraz Królestwa Polskiego po rewolucji nie wyglądał na pierwszy rzut oka zachęcająco. Oddziały carskie, często nie przebierając w środkach, przywracały na ulicach miast Królestwa Polskiego „porządek”, a inwigilatorzy i szpicle penetrowali coraz głębiej i skuteczniej środowiska działaczy robotniczych. Z partii politycznych – po masowej aktywności lat 1905–1906 – odpływali członkowie, a one same ulegały dezorganizacji czy wręcz demoralizacji, jak choćby łódzka organizacja kierowanej przez Piłsudskiego i jego współpracowników PPS-Frakcji Rewolucyjnej. Wiele osób nie było już w stanie powrócić do przedrewolucyjnej codzienności. Wyrwani z dawnych kolein życia i zagrożeni represjami dawni bojowcy nie stronili czasami od pospolitego bandytyzmu, zapewniającego nie tylko środki utrzymania, lecz także tak uzależniający dreszcz ekscytacji.

Dążenia do głębokiej ustrojowej zmiany również nie zakończyły się sukcesem i w tym sensie rewolucja okazała się nieudana. Co więcej, według większości definicji konstruowanych przez socjologów historycznych czy politologów trudno nawet uznać ją za rewolucję – nie doszło bowiem do zmiany władzy czy głębokiego przekształcenia struktury społecznej. Za jedynego triumfatora mogła uchodzić, nieco paradoksalnie, endecja, która zdołała zbudować struktury polityczne, zbić kapitał propagandowy na porewolucyjnej tęsknocie do „porządku” i przetestować możliwości złowrogiej machiny antysemityzmu jako efektywnego narzędzia politycznego. Przy pobieżnym oglądzie rewolucja wydawać się więc mogła martwo narodzonym dzieckiem społecznego postępu i politycznej nowoczesności. A zatem: wszystko na nic?

Efekt rewolucji

Punkty zwrotne historii często nie manifestują się w hucznych przewrotach ani nawet w symbolicznych, choć na pierwszy rzut oka mało znaczących aktach. Początkowo w niewidoczny sposób reorganizują pole polityczne i społeczne, katalizując jego strukturalne przeobrażenia. W szczególności dotyczy to zmian w znaczeniu i rozumieniu różnych pojęć, zakładanych form wspólnoty, politycznego obywatelstwa, demokratyzacji języka, doświadczeń, świadomości, politycznego upodmiotowienia. Rewolucja 1905 r. była właśnie takim punktem zwrotnym, przyśpieszającym wejście polskiego społeczeństwa w polityczną nowoczesność na wielu poziomach. Była też aktem emancypacji intelektualnej i poznawczej klas ludowych, którego nie można już było cofnąć.

Rewolucja była zatem jedną z nielicznych w polskiej historii prób masowej i oddolnej modernizacji. Pod tym względem niepozbawiona podstaw byłaby analogia do „pierwszej Solidarności”. Podobieństwa między tymi dwoma zrywami są zresztą zaskakujące. Tak jak sygnalizowaliśmy powyżej, rewolucja 1905 r. nie przyniosła natychmiastowych zmian politycznych i społecznych. Bunt został brutalnie stłumiony, a powstające dopiero instytucje społeczeństwa obywatelskiego zmiotła w większości carska reakcja. I w jednym, i w drugim wypadku też bardzo podobne były formy samoorganizacji robotniczej i zasady, na których budowano rewolucyjny etos. Co więcej, autorytarna władza w obu przypadkach, chcąc stłumić ruch, sięgała po wygodne narzędzie, jakim był stan wojenny.

Przyjąć moglibyśmy hipotezę, że pod wieloma względami wydarzenia rewolucji 1905 r. przygotowały grunt pod powstanie nowoczesnego narodu politycznego w Polsce, co z kolei było warunkiem udanego uzyskania suwerenności w roku 1918 i przyczyniło się do demokratycznej i republikańskiej formy ustrojowej powstającego państwa. Jeśli i tutaj spróbujemy poszukać historycznej analogii, to okaże się, że lekcja rewolucji 1905 r. może stanowić pewną przestrogę. Jeśli uznamy, że rok 1980 „przygotował” rok 1989, a rok 1905 był niezbędnym krokiem ku rokowi 1918, to – formułując hipotezę już nieco bardziej ryzykowną – uczestnicy obu tych rewolucji zostali w podobny sposób zdradzeni. Jeśli zryw roku 1905 był wejściem na scenę polityczną dotychczas nieobecnego, metaforycznego i dosłownego ludu, to polska polityka w kolejnych latach naznaczona jest w sporej części właśnie próbami zapanowania nad tym ludem i przywrócenia mu „przynależnego”, mniej eksponowanego miejsca i ponownego ograniczenia jego politycznego głosu. Jak wiadomo, przygoda Drugiej Rzeczpospolitej z demokracją trwała stosunkowo krótko, a po zamachu majowym władze sanacyjne bardzo niechętnie patrzyły na samodzielną i przekraczającą urzędowo wykreślone granice aktywność polityczną klas ludowych. Międzywojenna Polska nie była też z pewnością ostoją sprawiedliwości społecznej i równości, a to przecież w imię tych wartości strajkowano w roku 1905.

Podobnie robotnicy strajkujący w roku 1980 należeli do tych, którzy najbardziej ucierpieli w efekcie transformacji ustrojowej, nie tylko zresztą w wymiarze materialnym. Ci, którzy wystąpili przeciwko nieakceptowanemu porządkowi, z czasem padali ofiarą pewnego symbolicznego zawłaszczenia (losy Solidarności), by później stracić nie tylko podstawy materialnej egzystencji w potransformacyjnym, peryferyjnym liberalizmie, ale i społeczne uznanie czy polityczną podmiotowość. Wystarczy tu przywołać przedefiniowanie symbolicznego uznania dla pracy fabrycznej albo – tak lubiany przez legitymizatorów nowego porządku – dyskurs o „roszczeniowości”, „niedostosowaniu”, czy homo sovieticus, który stał się znakomitym narzędziem uzasadniającym „konieczność” praktyk neoliberalnych. Zaszedł tutaj proces swoistej „oligarchizacji” polityki, ponownego odebrania ludowi politycznego pola wywalczonego w latach 1980–1981. Demos został zamieniony w ochlos, niezdolny do konstruktywnego uczestnictwa w sferze publicznej, a tym samym również pozbawiony prawa decydowania o własnym losie.

Wyparty antagonizm

Instrumentem, którym posłużono się w obu wypadkach, była przede wszystkim nacjonalistyczna rekonstrukcja wspólnoty w stronę organicznej wizji narodu scalającego ludzi ponad (rosnącymi) różnicami ekonomicznymi, co wiązało się z przekierowaniem gniewu klasowego na kwestie kulturowe. Wymieńmy kilka mechanizmów kształtujących pole polityczne w trakcie i po rewolucji 1905 r.: narodziny nowoczesnej polskiej prawicy ucieleśnionej przez społecznie konserwatywną i związaną z kościołem endecję (figura Polaka katolika ma swoje źródła właśnie wtedy!), solidarystyczna mobilizacja powstrzymująca od walki ekonomicznej (antystrajkowa akcja Narodowego Związku Robotniczego), wreszcie powrót do regresywnych tradycji, nienawiść etniczna i logika kozła ofiarnego (intensyfikacja politycznego antysemityzmu). Ze wszystkim tym mamy do czynienia od momentu, kiedy endecja podejmuje próbę zapanowania nad rewolucją.

Czy nie przypomina to nieco „klęski Solidarności”, o której pisał David Ost? Klęski, którą symbolizować może zaangażowanie związku w walkę o ustawę antyaborcyjną w dobie gruntownego demontażu prawa pracy i likwidacji źródeł utrzymania tysięcy pracowników najemnych? Tak jak po rewolucji 1905 r. prawica podporządkowała sobie scenę polityczną, proponując efektywne przekierowanie gniewu klasowego na kwestie kulturowe, prawicowa reakcja na rewolucję 1905 r. zmiotła z powierzchni ziemi – i tak słaby – polski liberalizm, reprezentowany przez tzw. środowiska postępowe. Albo straciły one wówczas zupełnie na znaczeniu, albo poddały się dyktatowi sił prawicowych (np. akceptując i popierając antysemityzm). Po roku 1989 polski liberalizm polityczny także nie poradził sobie z walką o sprawy, o które winien zabiegać. Albo zniknął (jak Unia Wolności), albo – zupełnie podobnie jak po rewolucji 1905 r. – dał się podporządkować obskuranckiej wyznaniowej prawicy, czego dowodzi choćby kształt kulturalno-obyczajowej agendy rządów Platformy Obywatelskiej, wyznaczanej długo przez wojujący konserwatyzm Jarosława Gowina, a dziś przez wiceministra Michała Królikowskiego. I – jak zwykle, chciałoby się rzec – pozostał tylko wolnorynkowy fundamentalizm. Tymczasem wolności i upodmiotowienia politycznego nie da się realizować bez równoległej walki o postulaty równościowe i progresywne reformy społeczne. Bez tego lud bardzo łatwo sprowadzić z powrotem do roszczeniowego tłumu. Najpierw pozbawia się go politycznego głosu, potem zaś – z dna ekonomicznej rozpaczy – wyciągają go prawicowi manipulatorzy różnego autoramentu (o coraz bardziej brunatnych ostatnio koszulach), którzy mobilizują klasowy w istocie gniew w sobie właściwy sposób. Liberalizm polityczny pozbawiony wyraźnej agendy społecznej po pewnym czasie zamienić się może w swoje przeciwieństwo.

Dlatego warto nieco inaczej spojrzeć na ludowy opór, ekonomiczne protesty i klasowy antagonizm. Nie jest to tylko „roszczeniowość” i długi cień homo sovieticus, przysłaniający rzekomy blask wielkich projektów modernizacyjnych. Powinniśmy zrozumieć, że świat nie stawał się nigdy bardziej sprawiedliwy sam z siebie. Nie decydowano też o tym w ministerialnych gabinetach i podczas salonowych konwentykli. To zwykli ludzie i ich opór czyniły go lepszym miejscem do życia. Gdy ten opór zostanie zaniechany, wywalczone zdobycze szybko zostaną nam odebrane. Dotyczy to także swobód politycznych i obywatelskich. Dziś już widać wyraźnie, że demokracja nie jest wcale kapitalizmowi tak potrzebna, jak uważano jeszcze kilkanaście lat temu – nie łudźmy się, nie zawaha się jej poświęcić, jeśli tylko będzie to ekonomicznie opłacalne. Dlatego też historia rewolucji 1905 r., traktowana jako ważna część tradycji walk ludowych, jest dziś nadal warta studiowania. Jej formy uległy zmianie, ale walka cały czas trwa. Warto wziąć w niej udział po właściwej stronie.

Tekst pochodzi z XVII numeru „Liberte!”.

Czytaj również
*
MałgorzataZagawa
@ gohaSamocha