Altruizm w kapitalizmie? A kto na tym zarobi?

Drukuj

Niedobrze jest pisać o rzeczach, z których się nie korzysta, ani których się nie rozumie. Ja na przykład obiecałem sobie, że nigdy nie napiszę tekstu o Snapchacie. Bo gdybym próbował, to pewnie nie powstrzymałbym się przed pofantazjowaniem o tym, jak bardzo aplikacja ta ułatwiła młodym ludziom wymienianie się nagimi zdjęciami. A prawda jest – jak zgaduję – niestety znacznie nudniejsza.

Szkoda, że z dzielenia się swoimi fantazjami na temat „sharing economy” nie zrezygnował Bartłomiej Ciążyński. W tekście „Mieć czy korzystać” opowiada jak wyobraża sobie życie młodych ludzi: „do pracy jeżdżę na rowerze miejskim (…) Zdążam, bo wynajmuje niewielkie mieszkanie w centrum (…) Nocleg rezerwuje na Airbnb, Couchsurfing lub Hospitality Club, dzięki którym nawet w drogich miastach mogę mieć kąt do spania za grosze. (…) Czytam dużo, ale książek kupuję mało, bo korzystam z bookcrossingu.” Prawdziwe życie młodych ludzi jest niestety dużo bardziej prozaiczne.

Bo w rzeczywistości okazuje się, że mało kogo stać na „wynajem niewielkiego mieszkania w centrum” albo podróże pozwalające na korzystanie z wygód couchsurfingu czy airbnb. W wyniku – między innymi – ekonomii dzielenia i prekaryzacji stosunków pracy coraz rzadziej mamy okazję konsumować, znacznie częściej musimy szukać dodatkowych źródeł zarobku.

Przykładem może być opisana w książce „Raw Deal: How the »Uber Economy« and Runaway Capitalism Are Screwing American Workers” historia Frederica Larsona, fotografa zatrudnionego przez trzydzieści lat w gazecie San Franciso Chronicle i finalisty nagrody Pulitzera. Po zwolnieniu z pracy musiał szukać nowych źródeł dochodu. Zaczął uczyć fotografii i łapać zlecenia, ale to nie wystarczało. Zaczął monetyzować swój majątek. Dzięki Airbnb mógł wynająć swój dom – średnio na 12 nocy w miesiącu. Tracił jednak wtedy dostęp do niemal wszystkich pomieszczeń z wyjątkiem jednego oddzielnego pokoju. Z łazienki musiał korzystać w te dni na lokalnej siłowni. Ponieważ dochody z wynajmu domu również nie wystarczały zaczął współpracować z Lyftem i zamienił swojego Priusa w nocną taksówkę. Nieużywany sprzęt fotograficzny zaczął wypożyczać przez SnapGoods.

Ciążyński bagatelizuje tę ciemną stronę technologicznej zmiany. „Oczywiście nie można tracić z pola widzenia zagrożeń (…) Ale tak jest od zawsze (…) Postęp jednych wynosi do bogactwa, a innych pauperyzuje, zmienia gospodarkę i ludzi” – pisze. I przeciwstawia dobrą „ekonomię dzielenia” złej „ekonomii marksowskiej”. Wolne żarty! Postęp można – i należy – kontrolować. Bo nie jest neutralny. Bo w coraz bardziej złożonej sieci zależności ekonomicznych i społecznych ciężko oczekiwać, że sprawy ułożą się same.  Bo postęp technologiczny przyspiesza narastanie nierówności ekonomicznych, co zagraża stabilności systemu politycznego i możliwości zagwarantowania podstawowych wolności.

Ciążyńskiemu wydaje się, że „ekonomia dzielenia” oznacza koniec kapitalistycznego dążenia do zysku, zaś wśród millenialsów nie będzie kolejnego Gordona Gekko, który pozwoli sobie na stwierdzenie, że „chciwość jest dobra”. Rzeczywistość udowadnia, że żadna altruistyczna ekonomia dzielenia nie istnieje. A o zachodzących zmianach nie da się na poważnie rozmawiać bez marksowskiej analizy własności środków produkcji. Inaczej – jak Ciążyński – popada się w śmieszność.

Czytaj również
O autorze
*
TomaszChabinka
Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu, zawodowo programista. Członek Stowarzyszenia Projekt: Polska, publicysta, koordynator warszawskiej grupy czytelniczej „Jacobin Magazine”.