4 grudnia 2011 ogłoszono oficjalne wyniki wyborów parlamentarnych w Rosji. Po ich fałszerstwie na masową skalę, rozpoczęły się protesty powyborcze. Aresztowano już ponad 700 osób. Wiele z nich spędzi w więzieniach jeszcze przynajmniej 2 tygodnie.
Polskie media, w tym samym czasie informują niemalże o wszystkim, poza tymi, dość istotnymi wydarzeniami: o zmianach w kodeksie drogowym, o rezygnacji z centralnego lotniska, o lekarzu skazanym za pedofilię itd. Jedynie Gazeta Wyborcza, gdzieś u dołu strony zamieszcza tytuł: „Rosja protestuje„.

Lekceważenie wydarzeń rosyjskich.
Łatwo wyobrazić sobie reakcję polskich mediów o jakimkolwiek zdarzeniu tej skali na Białorusi czy na Ukrainie – zapewne trudno by było znaleźć portal, który nie pisałby o więźniach Łukaszenki, mękach Tymoszenko itd.
Nowi dekabryści
Natomiast to, co się dzieje teraz w Rosji jest istotne. Po pierwsze, tym razem nie protestuje zwykły „tysiąc liberałów” (grupa „profesjonalnych opozycjonistów”) – zachodnich dysydentów mniej popularnych w samej Rosji, ale widocznie dominują ludzie klasy średniej, hipsterzy, blogerzy, graficy, programiści, właściciele małych i średnich przedsiębiorstw.
Nie są to, jak pisze Gazeta Wyborcza „opozycjoniści” – wielu z protestujących, w ogóle po raz pierwszy wyszło na ulice.
Według obserwacji dziennikarzy, średni wiek protestujących waha się pomiędzy 16 a 33 rokiem życia, nie popierają oni ‘tradycyjnej’ opozycji, ale również nie popierają Putina i żądają po prostu wolnych wyborów.

Nowa generacja pro-demokratyczna. Protestujący, uwięzieni w samochodzie policyjnym. Fot. Alexey Navalny (6 grudnia oskarżony o sprzeciw wobec władzy i uwięziony na 15 dni).
Nazywają ich „nowymi dekabrystami„, „sieciowymi chomikami” itp. Istotnym jest to, że ruch ten jest czymś zupełnie innym, niż cokolwiek, co widzieliśmy wcześniej w Rosji.
5 grudnia po raz pierwszy na ulice wyszli ci, którzy wcześniej wymieniali slogany polityczne jedynie w Internecie, jako że telewizja oraz większość czasopism jest w Rosji kontrolowana przez państwo.
Nie żądają nacjonalizacji, interesują ich jedynie wolne wybory:
http://www.youtube.com/watch?v=1_NMbJTGCk8&feature=player_embedded
Po drugie, nadchodzi prawdziwa wojna sieciowa – z atakami typu DDoS na niezależne portale internetowe, atakami na stowarzyszenie „Golos”, które zajmuje się obserwacją wyborów, itd.
Te zmiany nie są jednak widoczne dla Polaków.
Dlaczego?
Mam 3 wersje odpowiedzi na to pytanie: 1. Orientalistyczną: „Rosja nigdy nie będzie demokracją, bo… i bo…” – tego rodzaju wypowiedzi często można przeczytać na forach internetowych. Ta prymordialistyczna wizja przewiduje, że narody się nie zmieniają i na zawsze pozostają takimi samymi. Polska – Chrystusem narodów, a Rosja – na zawsze imperium. Mogę potwierdzić, że taka wizja jest bardzo popularna na Kremlu. Jednak, nie doprowadza ona do żadnych zmian, nie zbliża do pokoju, a tylko pogłębia wrogie stereotypy międzynarodowe.
2. Konspiracyjną: „Tusk wydał rozkaz, by o tym nie pisać, bo popiera Putina, bo razem z nim….”. Na Twitterze do takiej teorii można by pewnie dodać hashtag #winatuska. Walczyć z teoriami konspiracyjnymi jest jeszcze trudniej niż z orientalizmem, więc pytam: ‘czy sami w to wierzycie?’ J
3. Zwykłą: To jest lekceważenie. I jest to moim zdaniem najbardziej wiarygodna wersja. Dla polskich mediów (podobnie jak i dla samej Polski), jest to niestety błędne podejście…
Bo demokratyzacja Rosji oznacza demokratyzację na Białorusi i Ukrainie, i być może, nową szansę na poprawę stosunków między krajami w regionie.







zycie
Niestety to prawda – polskie media olewaja temat bialorusi czy rosji. Jakis rok temu w rosji w kilku miastach prali sie na ulicach – w polskich mediach zero reakcji.
Jest w tym trochę racji, ale…
… co w zasadzie zmieniłoby samo zainteresowanie ze strony polskich mediów? Przytoczone przykłady Białorusi i Ukrainy, a więc państw, których sytuacja – szczególnie jeśli chodzi o odstępstwa od zasad demokratycznych i protesty przeciwko takowym – jest śledzona w naszych mediach dość szczegółowo pokazują, że samo zainteresowanie niczym nie musi owocować. Ok, można przypominać o Pomarańczowej Rewolucji, ale tam mieliśmy też kolosalną presję polityków. Tymczasem nie wyobrażam sobie, żeby rosyjska wersja Majdanu – o ile w ogóle możliwa – przyciągnęła np. czołowych polskich polityków, by występowali na scenie z opozycjonistami…
Zresztą autor sam stwierdza, że protestujący to w zasadzie nie opozycjoniści. A prawda jest taka, że dopóki nie ukształtuje się ruch stricte polityczny o poważnym znaczeniu – w sensie szerokiego poparcia i mocnych liderów – zmiany postulowane przez tych głodnych liberalizacji będą nie do przeprowadzenia.
Jak to?
Przecież się pisze i mówi, moim zdaniem czasem aż za dużo. Zwłaszcza GW po każdym wydarzeniu politycznym w Rosji na siłę szuka objawów opozycji i dowodów na to, że „zwykli Rosjanie” są w istocie liberalni i pro-demokratyczni.
Tym razem liczba protestujących wskazuje, że rzeczywiście dzieje się coś więcej, ale też nie wolno zapominać, że drugą siłą w Rosji jest partia posługująca się symbolem sierpa i młota, a trzecią partia „liberlano-demokratyczna”, której głównym przesłanioem jest rozprawienie się z czarnożopcami – nie wiem, czy tryumf którejś z nich byłby czymś, czego Polacy czy też „wolnościowcy wszystkich krajów” powinni sobie życzyć.
Że to orientalizm? Być może. Co nie znaczy, że nie ma w nim prawdy. Pamiętacie, jak Mubarak mówił, że albo on, albo islamiści? Wielu go wyśmiewało i starało sie przekonać nas, że to tylko odzywają się krzywdzące stereotypy, a dziś widzimy, po czyjej stronie była racja. Może rząd rzeczywiście jest w Rosji „jedynym Europejczykiem”?
BTW Brak zainteresowania zdecydowanie przegrywa u nas z orientalizmem: jeśli jest okazja by pokazać, jaki to na wschodzie jest zamordyzm, to nasze media bardzo rzadko ją przepuszczają:)