Inkwizycja liberalna

Drukuj

Jedną z cech polskiego liberalizmu jest jego sekciarstwo. Cechą sekty zaś jest odgradzanie się od świata i zamykanie oczu na rzeczywistość.

Polemika Pana Rafała Trzeciakowskiego (1) doskonale uwidacznia jedną z cech polskiego liberalizmu: jego sekciarstwo. Cechą sekty jest odgradzanie się od świata i zamykanie oczu na rzeczywistość. Produkowanie ideologicznych wizji, których nic nie jest stanie zmienić, ponieważ są absolutnie odporne na wpływ faktów. Każdy bowiem od razu interpretują tak, że staje się on wodą na młyn wyznawanych poglądów. Owocuje to fanatyzmem, a ten zawsze stowarzyszony jest z ignorancją i arogancją.

W tym sensie polemika z kimś tak okopanym na swoich pozycjach jak Mój Szanowny Polemista i jego środowisko jest nieomal niemożliwa. Nic bowiem nie może zachwiać ich widzeniem świata, przypominającym swym doktrynerstwem najbardziej fundamentalistyczne sekty religijne. Trochę zatem bez wiary w sens całego przedsięwzięcia wskażę jedynie, co następuje:

1. Wykluczanie kogokolwiek z jakiejkolwiek tradycji myślenia, w tym przypadku Rawlsa i Milla z tradycji liberalnej, to zabieg odważny i możliwy do przeprowadzenia. Jego sukces jest często znakiem zwrotu intelektualnego w danej dziedzinie wiedzy, swoistej rewolucji. Wymaga on jednak starannego przygotowania oraz zebrania bardzo wielu argumentów. Napisania wielu setek stron, rozprawienia się z dotychczasową tradycją interpretacyjną zbudowaną na bazie dziesiątek książek i setek artykułów.

Gdy dokonuje się w takiej formie, jak ta obecna w polemice Pana Trzeciakowskiego, zasługuje jedynie na wzruszenie ramion. Skądinąd nawet gdyby przybrała formę intelektualnie poważną, zakończyłaby się prawdopodobnie klęską i to zarówno w przypadku Milla, jak i Rawlsa. (Nawiasem mówiąc to, że Rawls był liberałem amerykańskim nie oznacza wcale, że jak większość liberałów amerykańskich był po prostu socjaldemokratą. Taką tezę trzeba by dopiero udowodnić, co w świetle dostępnych danych byłoby bardzo trudne, choćby dlatego, że przez faktycznych socjaldemokratów amerykańskich był bezwzględnie atakowany z lewej strony). I nie tylko dlatego, że poglądy jednego i drugiego są dla tradycji liberalizmu kanoniczne (liberalizm współczesny bez „O wolności” Milla, „Teorii sprawiedliwości” czy „Liberalizmu politycznego” Rawlsa? Wolne żarty…), ale dlatego, że wpisuje się on w każdy ze znanych mi modeli czy typów idealnych liberalizmu, od przywołania których trzeba by skądinąd rozpocząć całą operację potwierdzania/wykluczania.

Bez przywołania owego modelu i gigantycznej pracy bądź zmieniającej sam ów model, bądź pokazującej, że nie mieści się w nim Mill lub Rawls, każde dictum w stylu „liberalizm Rawlsa to nie liberalizm” czy „liberalizm Milla to nie liberalizm” zakrawa jedynie na intelektualnie pusty gest oznaczający nie więcej jak tylko ideologicznie motywowane usunięcie przeszkody na drodze do zmonopolizowania jakiejś tradycji przez oczyszczenie jej z niewygodnych elementów. Uzurpowania sobie prawa do wyrokowania, co jest, a co nie jest jej wierne, przypominają jako żywo zabiegi inkwizycji mające na celu zachowanie czystości doktryny chrześcijańskiej interpretowanej arbitralnie i bez faktycznego zrozumienia jej złożoności.

W przypadku liberalizmu złożoność ta polega na tym, że nie ma jednego liberalizmu, wbrew temu, co głosi mój polemista i środowisko przez niego reprezentowane. Nie powinno to dziwić, bo tak samo nie ma jednego konserwatyzmu czy jednego socjalizmu (lepiej: jednej myśli lewicowej). Każda istotna w myśli zachodniej tradycja polityczna jest po prostu wewnętrznie zróżnicowana i wszelkie zabiegi określania, czym jest „prawdziwy liberalizm”, „prawdziwy konserwatyzm” czy „prawdziwy socjalizm” z daleka pachną niebezpieczną tendencją, aby zamykać dyskusję, nim się jeszcze zaczęła. Traci na tym zawsze jakość intelektualnego namysłu, a często także praktyki politycznej.

Zawsze też można zapytać, jakie ma się prawo do tego, aby określać, co jest prawdziwym liberalizmem, konserwatyzmem etc., a co nie jest? Nie pozwalają na to nawet największe zasługi publiczne czy polityczne. Warto o tym pamiętać. Zdecydowanie mądrzej uznać po prostu, że istnieje wewnętrzne napięcie w łonie liberalizmu pomiędzy różnymi jego odmianami i spróbować zrozumieć jego przyczyny. Wtedy będzie można przyznać, że w obrębie szeroko rozumianej myśli liberalnej mieści się zarówno Milton Friedman, jak i John Rawls. I to jest dopiero ciekawe. Każe bowiem zastanowić się, jak to możliwe, że ta sama tradycja jest w stanie wygenerować tak różne stanowiska? O tym warto dyskutować.

2. Mieszanie argumentów merytorycznych z wycieczkami biograficznymi jest marnym zabiegiem perswazyjnym w nauce oraz ambitnej publicystyce i namawiam mojego polemistę do ich unikania.

3. Twierdzenie, że Spencer nie był socjaldarwinistą jest zaiste osobliwe. Być może dałoby się je jakoś uzasadnić, ale trzeba by wytężonej pracy, aby obalić tezę, o której w myśli filozoficznej i politycznej się już od dziesięcioleci nie dyskutuje, bo nie ma o czym. Dopóki ktoś tego nie dokona (a namawiam mojego polemistę, aby spróbował), rzeczy zostają po dawnemu.

4. Namawiam też do powtórnej, starannej lektury całego Smitha, a zatem także jego „Teorii uczuć moralnych”. Powinna ona nieco skomplikować jego obraz jako ojca tradycji prostackiego liberalizmu w stylu „wolny rynek wszystko załatwi”, „ład spontaniczny jest dobry, bo jest spontaniczny” etc. Nawiasem mówiąc to, że jakiś ład kształtuje się spontanicznie, nie oznacza jeszcze wcale, że jest on dobry. Nie mówiąc już o tym, że ład wolnorynkowy nigdy nie kształtował się spontanicznie, czego dowiódł dziesiątki lat temu Karol Polanyi oraz cała rzesza innych badaczy.

5. Kwestia tego, czy celem liberalizmu jest dobro wspólne, zależy ściśle od tego, jak się owo dobro pojmuje i o jakim liberalizmie się mówi. Obawiam się, że nie miał go na względzie polski popliberalizm, bez względu na to, co deklarował.

6. Zanim się zdyskwalifikuje socjaldemokrację z pozycji liberalnych czy jakiś innych, trzeba przedstawić argumenty. Ideologiczne zaklęcia w stylu „socjaldemokracja jest zła, bo jest zła” mogą wystarczyć na poziomie liberalnej szkółki niedzielnej, ale nie poważnej debaty. Zaś destylowanie ze złożonej tkanki wielorakich kontekstów lokalnych złych skutków ponoć socjaldemokratycznej polityki, swą mocą intelektualną przypomina sławny argument z dowcipu o wyższości realnego socjalizmu nad kapitalizmem: a u was to biją Murzynów.

Choć prof. Leszek Balcerowicz już na początku lat dziewięćdziesiątych prorokował klęskę socjaldemokratycznego modelu skandynawskiego, trzyma się on świetnie; kraje skandynawskie są zawsze na czele statystyk krajów o najwyższej jakości życia, najmniejszych nierównościach społecznych i najwyższej efektywności gospodarczej. Może pora, aby polscy liberałowie wreszcie przyjęli to do wiadomości?

Z pojęciem socjalizmu też obchodziłbym się bardziej ostrożnie. Uznanie, że jest on oczywistym złem i nie trzeba już nic mówić, jest pójściem na łatwiznę, tym bardziej, że wielu jego zwolenników przedstawia całkiem mocne argumenty na jego rzecz. Jeszcze raz zachęcam do intelektualnej pracy, a nie do ideologicznych połajanek.

7. W tekście wyrażona jest teza o braku prawdziwego liberalizmu i prawdziwych liberałów w Polsce w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Przypomina ona nieco tezy, które poznałem dobrze w poprzednim systemie. To wtedy „prawdziwi komuniści”, widząc sypiący się system, twierdzili, iż to przez to, że za mało było socjalizmu w socjalizmie, że za wolno przechodzimy do komunizmu etc., że ho, ho, dopiero jak nastanie ów komunizm, to raj się przed wszystkimi otworzy etc.

Zmierzam do tego, że w momencie, gdy powstaje i trwa system, który z racji zarówno swego zaplecza ideowego w postaci doktryny neoliberalnej, jak i faktycznej praktyki politycznej i ekonomicznej partii rządzących określających się mianem liberalnych (jak Unia Wolności czy Platforma Obywatelska) lub faktycznie realizujących neoliberalny program ekonomiczny i społeczny (jak SLD), usprawiedliwianie jego ewidentnych niedoskonałości brakiem „prawdziwego liberalizmu” i „prawdziwych liberałów” jest zabiegiem zupełnie nieprzekonującym i może budzić jedynie odruch podobny do tego, który był moim i innych udziałem w poprzednim systemie: dzięki Bogu, że nie rządzili prawdziwi komuniści, bo przyszłoby palnąć sobie w łeb. W tym sensie większość ludzi obeznanych z realiami III Rzeczpospolitej może też zasadnie stwierdzić, że gdyby było jeszcze więcej takiego liberalizmu w liberalizmie, takiego kapitalizmu w kapitalizmie, to nic tylko emigrować (co skądinąd spora grupa faktycznie uczyniła).

Zamiast zatem śnić o „prawdziwym liberalizmie” i „prawdziwym kapitalizmie”, może lepiej sięgnąć do innych tradycji w łonie liberalizmu i innych modeli kapitalizmu w łonie kapitalizmu? Bardzo do tego namawiam.

8. Powtarzany z uporem „argument z Ukrainy” jest żenujący i nawet nie chce mi się go komentować. Zawsze znajdzie się ktoś, komu wiedzie się gorzej. Czy to znaczy, że nam przez to wiedzie się świetnie? Litości. Nawiasem mówiąc należę do tych, którzy nigdy nie twierdzili, że „Polska jest w ruinie” i proszę mi takich rzeczy nie przypisywać, bo to nadużycie i przestanę być za chwilę elegancki w swej polemice.

Twierdziłem jedynie, że wiele rzeczy poszło źle, że system, który zbudowaliśmy nie zasługuje na entuzjazm, delikatnie rzecz ujmując. I że wina leży częściowo po stronie polskich liberałów, którzy ani intelektualnie, ani politycznie sie nie spisali. Gdyby było inaczej zarówno intelektualny, jak i polityczny status liberalizmu w Polsce byłby inny i nie byłoby pretekstu do owych lamentów, jakie przetaczają się obecnie przez środowisko polskich liberałów.

Trzeba było się wcześniej zreflektować, że coś jest nie tak. Piszę o tym z czystym sumieniem, bo o błędach pisałem od lat i to na łamach pism liberalnych (sporo też w swoich książkach). Teraz, w obliczu owych lamentów, nie pozostaje mi nic innego jak tylko przywołać słynną frazę z Moliera: „Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało”. Tekst mojego polemisty pokazuje dobitnie, że frazę tę trzeba powtarzać aż do znudzenia.

Andrzej Szahaj – filozof polityki, profesor zwyczajny Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, członek Komitetu Nauk o Kulturze PAN oraz Komitetu Nauk Filozoficznych PAN

(1) R. Trzeciakowski, „Liberalizm Rawlsa to nie liberalizm [Polemika]”, <liberte.pl>, 05.10.2017.

Lead od redakcji. Powyższy tekst to pokłosie ankiety Jaki liberalizm? rozpisanej z okazji 9. urodzin Liberté!.

Foto: Alejandro Dagnino/flickr.com, CC BY-NC 2.0.

Czytaj również
O autorze
*
AndrzejSzahaj
filozof polityki, profesor zwyczajny Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu