Czy rynek pracy potrzebuje literatów?

Drukuj

Kup cały drukowany numer już teraz w sklepie online!

Współczesny, zglobalizowany rynek pracy stanowi duże wyzwanie dla potencjalnych pracowników, wymaga bowiem zaakceptowania praw, którymi się rządzi. Podstawowymi warunkami są dyspozycyjność i elastyczność. Atrakcyjny pracownik jest gotowy do zmiany miejsca pracy, zamieszkania, a nawet do całkowitego przekwalifikowania się. W przeszłości zwieńczeniem procesu edukacji było znalezienie stażu, a następnie posady gwarantującej ścieżkę kariery i pewność zatrudnienia przez całe życie. Dzisiejsi absolwenci muszą być zorientowani na szeroko pojętą zmianę w pespektywie życiowej. Statystyki pokazują, że absolwenci uczelni będą zajmować średnio dwanaście stanowisk oraz zmienią swoje kwalifikacje przynajmniej trzy razy w ciągu całego życia.

Coraz rzadziej słychać, że współczesny rynek pracy potrzebuje ludzi mądrych, refleksyjnych, samodzielnych, umiejących myśleć krytycznie, wrażliwych, empatycznych, którzy są specjalistami w swojej dziedzinie. Coraz częściej natomiast można się spotkać z opinią, że dzisiejsi absolwenci szkół oraz uniwersytetów nie posiadają kompetencji twardych. Zarzuca się szkolnictwu, że nie przygotowuje uczniów do wymogów dzisiejszego rynku pracy. Paradoksalnie tzw. umiejętności twarde łatwiej jest nabyć w miejscu pracy, bowiem każde stanowisko cechuje się inną specyfiką. W praktycy oznacza to, że każdy absolwent szkoły czy osoba zmieniająca zawód będzie musiała się nauczyć swoich zadań w nowym miejscu pracy. Jeśli zaś chodzi o tzw. umiejętności miękkie, to uczymy się ich niemalże przez całe życie, ale najważniejszą rolę w tym procesie odgrywa szkoła.

800px-France_in_XXI_Century._Air_postmanW tym kontekście warto zadać pytanie, w jaki sposób system edukacyjny powinien przygotowywać uczniów do wymogów współczesnego rynku pracy. Przede wszystkim należy odejść od nauczania encyklopedycznego, które niestety nadal dominuje w sposobie myślenia o nauczaniu. Zamiast tego należałoby wprowadzić więcej zajęć o charakterze interdyscyplinarnym, w których osobą aktywną jest uczeń, a nie nauczyciel. Wszelkie metody projektowe, badawcze, pozwalające uczniom na eksplorację świata lepiej przygotowują do funkcjonowania w obecnych warunkach niż metody podające i odtwórcze. W pierwszej kolejności należałoby odbiurokratyzować szkołę, promować alternatywne rozwiązania i nagradzać nauczycieli, którzy są pasjonatami. Jeśli pracodawcy cenią u pracowników tzw. umiejętności miękkie, których nabywanie wymaga czasu, to właśnie szkoła jest odpowiedzialna za ich kształtowanie. Trzeba podkreślić, że nie można ich opanować poprzez narzucanie odgórnych standardów ani programów kształcenia. Tych umiejętności można się nauczyć poprzez codzienną interakcję, stawianie wyzwań, delegowanie odpowiedzialności, ale też dawanie wolności i kształtowanie samodyscypliny.

Współczesny rynek pracy oczekuje również, że pracownik będzie gotów się przekwalifikować. Musimy uczyć przyszłe pokolenia, że raz zdobyty zawód czy kwalifikacje mogą się okazać niewystarczające. Aby młodzi ludzie chcieli się uczyć, musimy w nich te chęci rozwijać, a nie je tłumić. Problem w tym, że w zawód nauczyciela najczęściej wpisane jest całożyciowe zatrudnienie. Trudno jest zatem stwarzać klimat promujący ustawiczną edukację i gotowość do zmiany kwalifikacji w miejscu, gdzie pracują osoby, które uczyły rodziców obecnych uczniów (a nierzadko i dziadków).

Z tej perspektywy wszelkie apele polityków i ekspertów – nawołujące do tego, aby szkoła przygotowywała do zawodu, aby uczyła „umiejętności praktycznych” – są przestarzałe i pozbawione sensu. Dzisiejsza szkoła powinna kształcić ogólnie, interdyscyplinarnie, uczyć krytycznego myślenia, wyciągania wniosków, stawiania pytań. Powinna wychowywać uczciwych, troskliwych, zaangażowanych ludzi, którzy będą rozumieli i potrafili rozwiązać problemy zarówno społeczności lokalnej, jak i globalnej.

Coś jednak poszło nie tak w tym naszym myśleniu o edukacji. Po pierwsze, spójrzmy na krajobraz polityczny Europy czy Stanów Zjednoczonych. Do głosu dochodzą radykałowie czy wręcz fundamentaliści. Przez wiele lat wierzyliśmy, że im społeczeństwo jest bardziej wykształcone, tym pewniejsza gospodarka i stabilna demokracja. Wierzyliśmy, że wykształceni obywatele będą wybierać mądrze i rozsądnie. Brytyjczycy i Amerykanie znów dostrzegają ważność studiów humanistycznych i biją się w pierś, że zbyt wąskie kształcenie specjalistyczne nie przynosi pożądanych efektów.

Po drugie, społeczeństwo zachodnie – ale również i polskie – zaczęło postrzegać świat głównie przez pryzmat ekonomii. Jednak w tym myśleniu, akcentującym rolę kapitału ludzkiego, zapomniano o człowieku. Nic więc dziwnego, że współczesny dyskurs rynkowy promuje model, w którym studenci chcą mieć dyplom, a nie się kształcić. Te spostrzeżenia potwierdzają badania przeprowadzone przez Jill A. Singleton-Jackson, Dennisa L. Jacksona oraz Jeffa Reinhardta, którzy wykazali, że głównym motywem podjęcia studiów uniwersyteckich przez większość badanych było zdobycie „dobrej pracy” (35,3 proc.). Studenci traktują studia jako inwestycję. Przywołane badania pokazują, że niewielu z nich postrzega studia akademickie w kategoriach wartości samej w sobie.

W tej sytuacji nie można się dziwić, że studenci wchodzą w rolę konsumenta, bowiem same uczelnie bardzo często wysyłają komunikat, że nadrzędnym ich celem jest wyposażenie przyszłych absolwentów w dyplom akademicki, który może zostać wykorzystany na rynku pracy. Uczelnie w swych misjach odwołują się do imperatywu gospodarczego, używają języka ekonomii, a wszelkie ich działania – jak się wydaje – są właśnie podporządkowane siłom rynkowym. Tak właśnie funkcjonuje neoliberalny, przedsiębiorczy uniwersytet.

Zapewne znajdą się osoby uważające, że studia nie powinny mieć wartości samej w sobie, ale jedynie wymierną korzyść w postaci kwalifikacji, umiejętności czy dyplomu. Takie podejście jest krótkowzroczne. W sytuacji permanentnej zmiany, gdzie dziś nabyta umiejętność jutro może się okazać nieprzydatna, lepsze wydaje się ćwiczenie umysłu, nauczanie krytycznego myślenia, gotowości do ciągłego uczenia się i permanentnej zmiany. Tym, którzy specjalizują się w wąskiej dyscyplinie, są zamknięci na zmiany, w przyszłości trudniej będzie się przekwalifikować niż tym, którzy mają szerokie horyzonty.

Coraz częściej świat akademicki stawia opór gwałtownym zmianom związanym z rynkowym, menedżerskim oraz globalnym funkcjonowaniem uczelni wyższych. Ponadto widać również sprzeciw wobec uzawodowienia i upraktycznienia edukacji wyższej, a także ponowny zwrot ku naukom humanistycznym (szczególnie to widać w USA i Wielkiej Brytanii). Mimo modułowości, standaryzacji kształcenia i fragmentaryzacji wiedzy świat akademicki nadal jest odpowiedzialny za kształtowanie niepokornych, refleksyjnych i krytycznych umysłów. W dzisiejszych czasach najważniejsze jest ustrzeżenie kolejnych pokoleń przed atrofią myślenia i rozumowania. Trzeba też pamiętać, że zadaniem systemu edukacji nie jest tylko i wyłącznie przygotowanie do rynku pracy. Kompetencje zawodowe są łatwiejsze do zdobycia niż kształcenie umysłu i nabywanie umiejętności interpersonalnych.

Czytaj również
O autorze
*
DariaHejwosz-Gromkowska
Doktor nauk humanistycznych, adiunkt na Wydziale Studiów Edukacyjnych Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.