Dobra nowina to zła nowina (dla liberałów)

Drukuj

John Locke, jeden z ojców liberalizmu, propagował wolność religijną – z zastrzeżeniem, że jakąś religię trzeba jednak koniecznie wyznawać.

Ateiści, przekonywał, nie potrafią odróżnić zła od dobra i w związku z tym pozbawieni są moralnego kompasu, który umożliwia funkcjonowanie w społeczeństwie zorganizowanym na podstawie powszechnej umowy. Nie można im zatem ufać i nie należy tolerować. Jeśli ktoś urządziłby konkurs na najbardziej mylne przekonanie znanego filozofa, powyższy pogląd mógłby śmiało rywalizować z arystotelesowskimi tezami o geniuszu (którego nośnikiem jest czarna żółć) oraz kobietach (którym nadmiar wilgoci w organizmie uniemożliwia abstrakcyjne myślenie).

http://www.flickr.com/photos/scelera/3315013523/sizes/m/
by samantha celera

Brednie Arystotelesa przywykliśmy kwitować pobłażliwym stwierdzeniem „żył tak dawno, że mógł się mylić”. Z Lockiem nadal mamy jednak kłopot, czego dowodzi chociażby niniejsza ankieta. Na postawione w niej pytanie można udzielić odpowiedzi twierdzącej i bezpiecznej w jednej z dwóch symetrycznych wersji. Z punktu widzenia przekonanego, choć niezbyt refleksyjnego liberała brzmi ona mniej więcej następująco: „Tak, można być równocześnie dobrym katolikiem i dobrym liberałem – o ile oczywiście to liberalizm organizuje publiczny wymiar aktywności, a katolicyzm pozostaje w sferze prywatnej. Nie ma nic złego w tym, że ludzie dobrowolnie używają religijnych zaleceń do kształtowania swoich działań w liberalnym i pluralistycznym społeczeństwie”. W wersji katolickiej: „Liberalizm nie jest sprzeczny z katolicyzmem, ponieważ w Piśmie Świętym znaleźć można wiele wersów, które pochwalają tolerancyjny stosunek do innych. O tym, czy ktoś jest dobrym katolikiem czy nie, nie przesądza w każdym razie jakakolwiek ideologia, lecz życie w zgodzie z boskimi przykazaniami i zaleceniami biskupów”. Kochajmy się zatem, choć zawsze jedno podejście – liberalne lub katolickie – będzie na wierzchu.

Jak łatwo się zorientować, ceną za powyższy kompromis jest znaczące ograniczenie obydwu doktryn. Otwarci na katolicyzm liberałowie ignorują polityczne ambicje i misyjny charakter Kościoła. Z naiwności lub wygody nie chcą zauważyć, że warunkiem ograniczenia katolicyzmu do sfery prywatnej jest to, że wyznaje go zdecydowana mniejszość obywateli. Duże wspólnoty religijne wykazują bowiem tendencję do ekspansji w sferze publicznej. Realizują w ten sposób obowiązek głoszenia „dobrej nowiny”, ale równie dużą rolę odgrywa zwykła wygoda.

Dobrym przykładem jest to, co wydarzyło się w przeciągu ostatniego ćwierćwiecza w polskich szkołach: religię wprowadzono do nich z uzasadnieniem, że tak będzie wygodniej dla dzieci, które nie będą musiały chodzić na dodatkowe zajęcia do kościoła. Rychło stwierdzono, że skoro i tak wszyscy uczniowie z danej klasy biorą w niej udział, to katecheza wcale nie musi – co przewidywała ministerialna instrukcja – odbywać się na początku lub końcu dnia. Skoro zaś ksiądz katecheta był w szkole od rana do późnego popołudnia, to normalne, że uczestniczył także w szkolnych uroczystościach – a jeśli w nich uczestniczył, to przecież nie stało się nic złego, że zmówił z tej okazji paciorek, albo nawet odprawił pełną mszę. Przecież i tak katolikami, przynajmniej formalnie, byli wszyscy nauczyciele i uczniowie. Jakżeby mogli mieć coś przeciwko?

Z podobną naiwną ignorancją mamy do czynienia po katolickiej stronie.

W swoim minimalistycznym i technicznym wymiarze, liberalizm rzeczywiście sprowadza się do tolerancji wobec odmiennych poglądów. U jej źródła leżeć mogą jednak dwie diametralnie różne jednostkowe postawy. Pierwszą z nich jest przekonanie, że poglądy słuszne (wyznawane przez daną jednostkę) nie mają szansy na powszechną akceptację, w związku z czym, jeśli chce się mieć możliwość pozostania przy nich, roztropnie jest przyznać taką samą możliwość współobywatelom o odmiennej opinii. Drugą – sceptycyzm wobec tego, co w danym momencie samemu uważa się za prawdę. Różnorodność opinii i swoboda dyskusji nie są w tym przypadku złem koniecznym, lecz obiektywnym dobrem: dzięki niej liberał jest w stanie porzucić dotychczasowy sposób postrzegania świata i przyjąć nowy, który uzna za bardziej przekonujący – i który utrzyma tylko tak długo, jak nie pozna nowszej, jeszcze trafniejszej interpretacji. Nietrudno zauważyć, że tylko druga z powyższych postaw jest stabilnie liberalna. Równie jasne jest to, że człowiek, który nie kwestionuje, chociażby hipotetycznie, prawd wyznawanej religii może być liberałem tylko z konieczności.

Mówiąc inaczej: dobry katolik może być tylko złym liberałem, a dobry liberał jedynie chwiejnym, złym katolikiem.

Podkreślić należy, że w obydwu przypadkach niekompatybilność z liberalizmem nie jest cechą specyficznie katolicką. Z nielicznymi ekskluzywnymi wyjątkami, wszystkie religie dokonują ekspansji w neutralnej sferze publicznej. I wszystkie, jeżeli traktowane są poważnie, mogą łączyć się co najwyżej z oportunistyczną wersją liberalizmu. Oznacza to, że w tolerującej najrozmaitsze światopoglądowe dziwactwa liberalnej wspólnocie politycznej nie ma miejsca na publiczną religię – lub, że publiczną religią takiej wspólnoty musi być ironizm, w wersji opisanej chociażby przez Richarda Rortyego.

Dochodzimy tu do sedna Lockowskiego błędu. Wspólnota polityczna, którą projektował, opierała się implicite na publicznej religii, która z pogodną ironią nie miała nic wspólnego. Propagowany pluralizm religijny odnosił się do tylko do tych wyznań, których podstawą była teodycea – propozycja wyjaśnienia, dlaczego dobry Bóg dopuszcza do tego, by ludzie cierpieli głód, choroby, nieodwzajemnioną miłość i byli wobec sobie nawzajem okrutni. Warto zauważyć, że wykluczając ich z zasady tolerancji, Locke  zarzucał ateistom nie to, że nie wierzą w Boga, lecz to, że kwestionują istnienie Zła. Skoro tak, jeśli doprowadzimy koncept teodycei do logicznego końca, Zło okaże się być czynnikiem nadającym sens ludzkiemu życiu. Do takiego wniosku dochodzi w „Zbrodni i Karze” Raskolnikow, a w dzisiejszej Polsce – liczni nihilistyczni młodzieńcy, którzy z nudów podpalają bezdomnych, „bo chcą poczuć, jak to jest zabić człowieka”.

Dobry katolik – ale również chrześcijanin innego wyznania, żyd lub muzułmanin – powinien się Złu oczywiście sprzeciwiać, ale również dla niego pozostaje ono nośnikiem sensu. Gdyby nie istniało, spadłoby przecież zapotrzebowanie na dobre uczynki, a droga do świętości zostałaby utrudniona! Jeśli więc nawet nie ma wokół nas nic, co byśmy spontanicznie uznali za złe, to trzeba go poszukać. Tym właśnie zajmują się księża, rabini i imamowie (a także wspierający ich świeccy działacze), którzy znaleźli już Zło w seksie przedmałżeńskim, prezerwatywach, in vitro, Unii Europejskiej, sobotniej jeździe samochodem, niedzielnych zakupach, homoseksualizmie, aborcji, Stanach Zjednoczonych, eutanazji, marihuanie, alkoholu, wieprzowej kiełbasie i beszamelu. Teodycea, zamiast tłumaczyć obecność Zła, sama zaczęła je produkować. Nie tylko metaforycznie – również w sposób jak najbardziej realny, bo do zwalczania powyższych „patologii” pobożni naprawiacze świata gotowi są użyć niewspółmiernie surowych środków, które powodują więcej nieszczęścia niż powstrzymują.

Dla jasności: nie twierdzę, że wszystko powyższe jest obiektywnie dobre (choć trudno jest mi dostrzec coś złego w seksie i w istnieniu UE). Z liberalnego punktu widzenia zjawiska te są jednak aksjologicznie neutralne, a ich polityczna regulacja (zakaz lub dopuszczenie) dokonuje się w odniesieniu do społecznego kontekstu i w oparciu o wolę większości. Większość ta może być katolicka (i dlatego mamy w Polsce zakaz aborcji i eutanazji), ale w żaden sposób nie jest to warunkiem liberalizmu.

Czytaj również
  • Dzomber_Glaubon

    Jako liberał-niechrześcijanin nie odnajduję się w Pańskim podziale na dwie jednostkowe postawy będące źródłem tolerancji. Mój prywatny światopogląd uważam za obiektywnie prawdziwy, ale nigdy nie będę narzucał go innym (ani osobiście ani za pośrednictwem ustawy), bo to byłoby najzwyczajniej w świecie nieetyczne i tyle. Nie muszę i nie chcę być relatywistą, żeby być szczerym liberałem.

  • sprawca

    trzeba być głębokim ignorantem by twierdzić, że religie wyszukują sobie zło lub je tworzą na poczekaniu. religie znają zło od momentu ich powstania, one tylko zło na nowo określają. UE nie jest złem sama w sobie, tylko jest złem bo walczy z ustalonym porządkiem natury, wywraca normy społeczne na których oparte jest społeczeństwo, alkohol nie jest zły dla chrześcijan czy żydów, złem jest jego nadużywanie, aborcja czy eutanazja są złe bo godzą w prawo do życia.

    relatywizowanie tego co kiedyś było złem a dziś już niby nie jest to oczywisty zabieg który ma osłabić więzi społeczne w danym narodzie przez co łatwiej podzielonym społeczeństwem będzie manipulować i rządzić.

    oczywiście nie wszystko musi być złem dla każdego, seks przedmałżeński albo jedzenie kiełbasy nijak ma się do aborcji, eutanazji czy „małżeństw homoseksualnych” problem polega na tym, kto ma o tym decydować i jakie kryteria przyjąć, by oddzielać plewy od prawdziwych ziaren zła (jakoś się tak religijnie zmetaforyzowało). jeśli powiedzmy nie kościół będzie strażnikiem naszej moralności to kto? ty? ja sam dla siebie? jakiś wybrany „autorytet”? lepiej moim zdaniem mieć większy zbiór zakazów i nakazów i samemu ważyć te zakazy niż nie mieć go wcale i udawać, że dzięki temu z jednej strony jestem wolny a z drugiej przecież sam wiem co jest dobre a co złe.

    ciekawe tylko skąd to będziemy wiedzieć?

  • Maciek

    liczni nihilistyczni młodzieńcy, którzy z nudów podpalają bezdomnych, „bo chcą poczuć, jak to jest zabić człowieka”.

    LICZNI?!

O autorze
*
KrzysztofIszkowski
Członek zespołu redakcyjnego „Liberte!”, Absolwent Szkoły Głównej Handlowej oraz Uniwersytetu Warszawskiego.
@ iszkowski