Kościół, wolność, nieporozumienia

Drukuj

Tylko do 3. listopada XXIII LIBERTÉ! „Dlaczego chrześcijaństwo się nie przyjęło?” wydane w całości dzięki crowdfundingowi do kupienia w Empikach. Numer można nabyć także przez Internet: http://liberte.pl/pobierz-liberte/ Kupując LIBERTÉ! wspierasz niezależne media.

We współczesnej Polsce poglądy na rolę Kościoła w przestrzeni publicznej, w debacie politycznej i w procesach decyzyjnych nadal silnie się ścierają. Nasza kultura polityczna nie wygenerowała żadnych – nawet minimalnych – podstaw konsensusu dla tych problemów. Nie mamy, jak w USA, silnego przekonania o konieczności separacji Kościołów od państwa, poza elementami sfery symbolicznej, ze względu na konieczność zachowania pokoju religijnego. Nie mamy, jak we Francji, modelu radykalnego rozdziału Kościołów od państwa ze względu na doświadczenia utylitarnego wykorzystywania religii w brutalnych walkach o władzę. Nie mamy, jak w Wielkiej Brytanii, nonszalanckiego podejścia do religijności, które pozwala zupełnie ignorować religię jako element wpływu w polityce. Nie mamy, jak w Niemczech, obustronnej kultury wzajemnego szacunku pomiędzy państwem a Kościołami, która powściąga wszystkie instytucje przed zakusami wykraczania poza swój naturalny zakres działalności i wywierania presji na określone rezultaty. Zamiast tego mamy głęboki spór przybierający postać „wojny kulturowej” pomiędzy zwolennikami państwa całkowicie świeckiego, z którego ceremoniału religia miałaby być całkowicie wyparta – mimo takiej, a nie innej konfiguracji religijnej polskiego społeczeństwa – a zwolennikami państwa po prostu wyznaniowego (które tylko ma opory przed otwartym określeniem siebie w ten sposób), w którym wszelka legislacja w jakikolwiek sposób dotykająca materii rozstrzyganej na płaszczyźnie nauczania oraz nakazów religijnych jest kształtowana w sposób zgodny z nim i z udziałem duchowieństwa jako rozstrzygającego autorytetu. Gdzieś pomiędzy tymi frontami sporu znajduje się trzecia strona sporu, która uważa model ujęty w obecnej Konstytucji i praktyce za wymagający tylko nieznacznych korekt, ale jej siła wyrazu w mediach wciąż słabnie.

Wiara w wolność a wolność wierzenia

W relacji pomiędzy religią a wolnością z natury rzeczy zawsze dochodziło do licznych napięć. Czy ludzie byliby bardziej wolni, jak chciał John Lennon, w świecie bez religii, ponieważ dostarcza ona zawsze zestawu nakazów i zakazów, z których wiele brzmi zupełnie absurdalnie, a w dodatku antagonizm międzyreligijny popycha ludzi do nienawiści i zbrodni? Czy jednak religia, o ile nie ma oblicza fundamentalizmu i nie stosuje radykalnych sankcji, lecz jedynie formy pewnego przymusu moralnego, pomaga człowiekowi nie schodzić na manowce prowadzące do zbrodni na wielką skalę (a więc do zanegowania wolności), którymi usiana jest ludzka historia? Najprawdopodobniej żadna z tych dwóch tez nie jest w pełni prawdziwa, a gdyby debata pomiędzy nimi nie była prowadzona w warunkach wiecznych emocji i dzięki temu zakończyła się wspólnymi wnioskami, świat stałby się lepszym miejscem.

Na polskim podwórku współzawodniczą dwie narracje dotyczące relacji naszego rodzimego Kościoła katolickiego z obywatelską potrzebą indywidualnej wolności. Pierwsza z nich głosi naturalnie, że Kościół, intensywnie dążąc do ukształtowania prawa w sposób zgodny z nauczaniem religijnym, wolność jednostki ogranicza, gdyż prawne zakazy pozbawiają obywateli niektórych opcji wyboru. Gdy sprawy dotyczą sytuacji, w których jednostce zabrania się szkodzić wyłącznie samej sobie (a nie innym ludziom; chodzi o tzw. przestępstwa bez ofiary), konflikt z Millowską koncepcją wolności, na której opiera się w gruncie rzeczy cała idea społeczeństwa liberalnego, jest ewidentny. Sytuacje bezpośredniego i intensywnego zaangażowania się dostojników kościelnych w proces stanowienia prawa w Polsce lub zdarzenia pozwalające na twierdzenie o istnieniu swoistych umów wiązanych pomiędzy prawicowymi siłami politycznymi a Kościołem tę narrację – zwłaszcza w ostatnim czasie – wzmacniają. Kościół staje się aktorem politycznym, w dodatku agentem restrykcji, zakazów i moralizatorskiego paternalizmu z pominięciem ambony na rzecz państwowego aparatu przymusu jako środka skuteczniejszego. Druga narracja odwołuje się natomiast do tradycji chadeckich, koncepcji osoby ludzkiej posiadającej niezbywalną godność, podkreśla otwartość Kościoła na dialog, a w polskich warunkach dodatkowo uwypukla rolę Kościoła w obaleniu antywolnościowego systemu socjalizmu realnego PRL-u, a wcześniej otwarcie przez Kościół swoich podwojów dla opozycji wolnościowej, także tej o niereligijnym profilu ideowym. Ta narracja sugeruje powściągliwość hierarchii kościelnej, jeśli chodzi o aktywne wpływanie na procesy polityczne, więc w obecnej sytuacji znajduje się w coraz większej defensywie.

Próbę analizy roli, jaką Kościół odgrywa w kształtowaniu zakresu wolności polskiego obywatela dzisiaj, utrudnia jeszcze dwoistość rozumienia pojęcia „wolności” w dyskursie polityczno-religijnym. Z jednej strony jest klarowne, liberalne pojęcie „wolności”, które ukształtował John Stuart Mill. Unika ono moralizatorstwa i stanowi dość „techniczny” opis stanu wolności od przymusu, w którym jedynym wykroczeniem jest wykorzystanie wolności w celu dokonania gwałtu na niej samej, a konkretnie pozbawienie innego człowieka części jego wolności wskutek korzystania z własnej. Dopóki to się nie dzieje, czyny ludzkie muszą być wolne od odgórnych nakazów i zakazów albo następuje ograniczenie wolności. Wolność może być tylko samoograniczająca się, tzn. człowiek powstrzymuje się przed daną czynnością z obawy przed niemożnością udźwignięcia odpowiedzialności i innych skutków tej czynności. Skutki te bowiem musi udźwignąć sam, nie mogą one spadać na innych, gdyż to też oznaczałoby ograniczenie cudzej wolności (poza sytuacją dobrowolnego udzielania wsparcia). Ale kościelna, katolicka strona sporu odrzuca to pojęcie „wolności”. Owszem, człowiek co prawda ma wolny wybór – dar od Boga – ale wybór zła, grzechu i występku jest tożsamy z utratą przezeń wolności, określanej tutaj mianem „prawdziwej wolności” chrześcijańskiej. Człowiek staje się niewolnikiem własnych złych wyborów, nawyków i ich skutków. Przykazania i nauczanie religijne mają go ustrzec przed utratą wolności, co oczywiście polega na życiu w sposób zgodny z przykazaniami i na wyborze zawsze tylko dobra. Wolny człowiek to więc tylko ten, który żyje zgodnie z zasadami religii. Przy takim ujęciu problemu wszelka perswazja, a nawet przymus wyboru dobra nie są ograniczeniem wolności, ale raczej jej wzmocnieniem, ponieważ dzięki nim mniej ludzi popadnie w niewolę za sprawą złych wyborów. Nawet prawne umocowanie nauczania religijnego i uzbrojenie go w sankcje w postaci np. grzywien czy kar więzienia nie musi oznaczać pozbawienia wolności – w końcu ci ludzie już wcześniej sami się zniewolili, wybrawszy zło. To tylko dodatkowy element odpowiedzialności, którą na siebie ściągnęli i muszą udźwignąć. W końcu figura szatana pozwala na zakwestionowanie nawet dokonywania wyboru przez człowieka jako aktu stosowania przezeń wolności. Przecież, jeśli człowiek wybiera dobro, to robi to świadomie, jeśli zaś zło, to nie sam z siebie, lecz tylko w efekcie podszeptów, manipulacji i nacisków Złego. Gdzie tu „wolność”? Skoro tak, to wybór wolny następuje tylko w przypadku obrania ścieżki wierności nauczaniu religijnemu. Pomimo istnienia wolności jest tylko jedna opcja, a wolność ludzi musi każdorazowo przynosić taki sam rezultat.

Nie sposób jednak nie dostrzec problemu arbitralności. O ile liberalna wolność unika oceniania etycznego czynów ludzkich i przenosi refleksje tego rodzaju na inny (osobisty, a nie polityczno-publiczny) poziom rozważań, o tyle wolność katolicka utożsamia wolność z posłuszeństwem zbiorowi wierzeń, nakazów i zakazów, których świętość i ponadczasowość postuluje, ale nie może przecież uciec od problemu ich kwestionowania. Jeśli zaś nauczanie zostaje zakwestionowane, to z punktu widzenia jednostki kwestionującej jego całość lub (częściej) jakiś fragment przestaje być „dobrem”. Owym „dobrem” może się stać coś innego, a wtedy filozofia stojąca za konstrukcją wolności katolickiej może stać się realnym zagrożeniem, które ta jednostka stworzy innym ludziom i ich wolności. Dzieje człowieka pokazują, że nie było niczego, co różni ludzie w różnych (a czasem i w tych samych) epokach uważaliby zarówno za „dobro”, jak i za „zło”. Unikająca wartościowania moralnego konstrukcja liberalna jest na taką ewentualność odporna. Niezależnie od przesłanek wiary, kontekstów społeczno-kulturowych i wszelkich innych jeden człowiek nie może drugiemu zakazać dokonywania samodzielnych wyborów. Kropka.

Wolności tyle, na ile kolektyw pozwala

Już tylko z powodu powyższej asekuracji i uniwersalizmu liberalna konstrukcja pojęciowa wydaje się bardziej adekwatnym strażnikiem zakresu wolności współczesnego człowieka. Jednak nie tylko w Polsce jest ona wyłącznie jednym z uczestników debaty publicznej, a jej adwersarze nie ustają w formułowaniu postulatów zawężania wolności indywidualnej na podstawie różnorakich przesłanek. Liberalizm sformułował swój postulat wolności w warunkach jej znacznego deficytu. Przez kolejne stulecia i dekady odnosił on znaczne sukcesy w postaci znoszenia praw wolność ograniczających lub formułowania ustaw explicite wolność poszerzających, ale doznawał także licznych porażek w postaci albo regresu w niektórych dziedzinach życia, albo wykreowania kolejnych przesłanek dla nowych form ograniczania wolności. Przesłanki religijne (a także swoista melancholia za „tradycyjnym”, dawnym porządkiem świata i zwyczajami) pozostają żywotne i nawet gdy słabną, utrzymują potencjał dynamicznego renesansu w okresach np. pogorszenia koniunktury gospodarczej, spadku poczucia bezpieczeństwa, nasilenia się antagonizmów narodowościowo-kulturowych czy ujawnienia się konfliktu pokoleniowego. Wszystkie te zjawiska potrafią potężnie oddziaływać na opinię publiczną. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu jej wpływ na kierunek zmian prawnych, nawet w państwach demokratycznych, był ograniczony moderującą funkcją elit społeczno-politycznych (nierzadko o liberalnym odcieniu). Dziś, wraz z głęboką degeneracją jakości przywództwa politycznego, opinia publiczna stała się królem. W efekcie to od jej stanu zależy los wolności indywidualnej w poszczególnych krajach i społeczeństwach. W wielu z nich niemały wpływ na opinię publiczną wywiera Kościół.

W początkach XXI w. żyjemy więc w świecie, w którym zakres wolności postulowanej przez liberalizm polityczno-ustrojowy i społeczno-obyczajowy, wyznaczony kształtem ustawodawstwa państwowego, zależy już nie tylko i nie przede wszystkim od siły ugrupowań liberalnych i od siły ugrupowań o chociaż częściowo liberalnych programach, a co za tym idzie częstotliwości rządzenia przez nie krajem, lecz także od dominujących wśród obywateli poglądów na to, co powinno wchodzić w zakres dopuszczalnej wolności indywidualnej, a co winno być zeń wykluczone. Często więc decydujące są nie racjonalne argumenty formułowane w debacie przez ekspertów czy polityków, ale nasilenie niechęci, odrazy lub wyalienowania, jakie wśród większości społecznej wywołuje dana grupa ludzi, określone działania, potrzeby, fascynacje, zwyczaje lub fanaberie. Na szybki wzrost akceptacji związków jednopłciowych w USA bardziej wpłynął serial „Will i Grace” niż działalność wykładowców, ekspertów i aktywistów (podobnie jak na wzrost akceptacji dla konsumpcji marihuany tysiące filmowych i serialowych postaci, dla których wypalenie skręta jest czymś równie oczywistym, jak zjedzenie kanapki). Zredukowanie obcości, oswojenie się z nowymi zjawiskami, które wcześniej istniały tylko na powszechnie niedostrzeganym lub gromko potępianym marginesie, generuje jakościową zmianę postaw, a ona daje politykom całkowicie posłusznym opinii publicznej zielone światło dla legislacyjnego przypieczętowania już dawno zaistniałych zmian poszerzających wolność. Z punktu widzenia liberała problem oczywiście polega na tym, że ten proces jest drogą dwukierunkową. Ani demokracja, ani wolność nie są dane raz na zawsze.

Wraz z niekorzystnymi zmianami poglądów opinii publicznej pojawia się naturalnie gotowość polityków, aby uchwalać ustawy zakres wolności zawężające. Oczywistym przykładem jest zjawisko poczucia zagrożenia terroryzmem, które wygenerowało bardzo wysokie przyzwolenie dla antywolnościowych i inwigilacyjnych mechanizmów wykorzystujących nowoczesne zdobycze techniki. W tym wypadku mamy do czynienia z nowymi formami ograniczania wolności, wcześniej w takiej formule nieznanymi. Ale towarzyszyć może im także liberalny regres w zakresie tych samych problemów, które niedawno zostały zreformowane po myśli liberałów. Niebezpieczeństwo jest tym większe, że politycy – jak się wydaje – mają większą łatwość w podążaniu za opinią publiczną, gdy ta staje się bardziej konserwatywna i restrykcyjna, niż wtedy, gdy się liberalizuje. W pierwszej sytuacji widać ich duży entuzjazm i rychliwość w działaniu, której objawem jest wykorzystywanie nawet niezbyt silnych antyliberalnych trendów w opinii publicznej do wypuszczania tak zwanych balonów próbnych i otwierania debat przygotowawczych w celu przesunięcia na prawo benchmarków języka debaty. W drugiej natomiast dostrzega się raczej odwlekanie, próby przetrzymania, pozorowane lekceważenie, używanie w retoryce słowa „moda”, nadzieję na przeminięcie lub zatrzymanie proliberalnych trendów w opinii publicznej. Dopiero duży impet skłania ich do kapitulacji i ujawnia ich bezwolność w zderzeniu z prądem oczekiwań.

Edukacja posłuszeństwa

Mrówcza praca u podstaw jest kluczem dla kształtowania zmian opinii publicznej. Aktywiści liberalni, pomimo handicapu, w ostatnich 50 latach w wielu krajach Zachodu potrafili odnieść na tym polu znaczne sukcesy. Oczywiste jest jednak to, że druga strona sporu o wolność również ma świadomość mechanizmów generowania zmian prawa we współczesnym świecie i także pracuje u podstaw w celu wzmocnienia antyliberalnych trendów w opinii publicznej. Wśród różnych grup i instytucji zaangażowanych w te starania znajduje się w Polsce niewątpliwie Kościół katolicki, a przynajmniej jego przeważająca część.

cHRZEST

Serdeczne podziękowania dla Marty Frej za możliwość wykorzystania jej prac w numerze.

W społeczeństwie o dość wysokim poziomie religijności, mierzonym wskaźnikami takimi jak osobiste deklaracje wiary i – nadal, mimo spadków – uczestnictwo w obrzędach kościelnych, słowo duszpasterzy siłą rzeczy musi oddziaływać na opinię publiczną. Powszechnie znanym zjawiskiem jest nierównomierność tych wpływów w Polsce: wyższych w społecznościach wiejskich aniżeli wielkomiejskich, nieco odmiennie rozkładających się także w zależności od specyfiki regionalnej różnych części kraju. Niemniej wpływ ten pozostaje znaczący, oddziałuje na wyniki wyborów, zawartość programów i ideowe wizerunki przynajmniej niektórych polskich partii politycznych, skład większości parlamentarnych, w końcu na praktykę rządzenia i treść ustaw możliwych do uchwalenia, a zatem na prawo obowiązujące wszystkich obywateli, na ich zakres wolności indywidualnej. Oczywiście, jak już zaznaczono wcześniej, obecnie w Polsce Kościół katolicki usiłuje w sposób już zupełnie niezawoalowany i bezpośredni wpłynąć na decyzje legislacyjne rządzącej bardzo konserwatywnej większości. Jednak, jeśli przyjąć tezę o decydującym wpływie kształtu opinii publicznej na decyzje polityków, to nie pojedyncze listy Episkopatu czy ostre sformułowania w homiliach ważnych metropolitów są tak naprawdę kluczowe. Istotniejsze są poglądy większości obywateli. Przecież Kościół jest przeciwny zarówno związkom partnerskim, jak i aborcji oraz rozwodom. Jednak odmienne poglądy społeczne na te trzy kwestie ograniczają swobodę nawet jawnie prokościelnej i katolickiej partii rządzącej krajem w działaniach prawodawczych. Związki partnerskie Kościół skutecznie zablokuje (teraz jeszcze łatwiej niż w poprzedniej kadencji), bo większość Polaków nadal jeszcze się im sprzeciwia. To samo dotyczy aborcji z tzw. przyczyn społecznych. Realne jest wprowadzenie zakazu aborcji w wypadku uszkodzenia płodu, ponieważ tylko niewiele ponad 50 proc. społeczeństwa jest temu przeciwna, a 30 proc. to popiera – to dość nieduża różnica. O wiele trudniej będzie rządzącym przeforsować zakaz aborcji w razie gwałtu czy zagrożenia życia matki, gdzie przewaga opinii liberalnej jest przygniatająca (ale nie jest to całkowicie wykluczone, gdyż trendy pokazują powolną erozję przewagi liberałów w obu wypadkach). Ustawowego zakazu rozwodów sam Kościół nie podnosi (był jedynie balon próbny w postaci obarczenia rozwodników większymi kosztami sądowymi, lecz wypuszczony tylko przez pojedynczą i nietraktowaną przez nikogo zbyt poważnie posłankę z czwartego szeregu), gdyż w tej kwestii konsensus liberalny jest na dziś niepodważalny.

Skoro poglądy i stan opinii publicznej są kluczowe dla kształtu prawa dotyczącego wolności, to angażowanie się biskupów w formułowanie żądań pod adresem władzy politycznej jest czynnikiem o znaczeniu drugorzędnym (choć nie trzeciorzędnym). Dużo bardziej istotna jest np. rola katechezy jako pola kształtowania przez antyliberalny Kościół poglądów ludzi młodych (analiza stopnia konserwatyzmu z podziałem na grupy wiekowe ujawnia dość dużą jej skuteczność pomimo powszechnego przekonania o drwiącej postawie młodzieży wobec katechezy) oraz aktywność grup inicjatywnych w parafiach i w przestrzeni szkolnej, w życiu miasteczek i gmin. Zadaniem zwolenników liberalnego prawodawstwa jest te wpływy równoważyć. Rozbieżność interesów jest tutaj nader ewidentna, a dotyczy ona nawet tzw. Kościoła otwartego, który jest przez wielu liberałów odbierany bardzo pozytywnie ze względu na gotowość do dialogu na wysokim poziomie kultury osobistej (bynajmniej nie jest to częstym zjawiskiem w wypadku wielu innych radykalnych grup w Kościele), stronienie od przyjmowania pozy przyrodzonej wyższości moralnej oraz uwypuklanie w nauce Kościoła elementów humanistycznych, które stanowią wspólną przestrzeń aksjologiczną katolicyzmu i liberalizmu. Mimo to także Kościół otwarty ewangelizuje, i on stawia sobie za cel upowszechnienie nauczania religijnego. Z tego nie można w żadnym wypadku uczynić jakiegokolwiek zarzutu. Ale skutkiem pomyślnej realizacji przezeń swojej misji także będzie modyfikacja opinii publicznej, co również przełoży się na zmiany w prawie. Konserwatywnych polityków będzie interesować tylko poziom odrzucenia przez wyborców danego zjawiska społecznego. Mniej natomiast będzie się liczyć to, ilu wyborców byłoby skłonnych je tolerować i nie życzy sobie stanowienia zakazu prawnego. To już niuanse.

W praktyce obchodzenia się przez polski Kościół katolicki z wolnością widać dwa potężne nieporozumienia. Teoretycznie w katolicyzmie postuluje się wolność sumienia i wyboru człowieka, który po to przyszedł na świat, aby samodzielnie wybrać swoją drogę życiową: „dobrą” i zgodną z nauczaniem lub „złą”, czyli grzeszną. Podejmując decyzje, człowiek miał układać swoje relacje z Bogiem, wiedząc, że ma w perspektywie nagrodę w postaci zbawienia lub karę w postaci wiecznego potępienia, ale też czyśćca, a jeszcze w życiu doczesnym pokuty i zadośćuczynienia za przewiny. Boży plan wobec człowieka – jak się wydaje – zasadza się właśnie na tej wolności wyboru, ale rozumianej w sposób Millowski. Wiedząc, co Bóg uznaje za dobro, a co za zło (lub wiedząc, jak owe informacje zdobyć), masz z własnej i nieprzymuszonej woli zdecydować, czego chcesz dla siebie. Owszem, kapłani są po to, aby doradzić, przestrzec, może nawet zbesztać, aby ktoś oprzytomniał. Ale nie po to, aby decydować za niego. Pojawienie się prawnych nakazów i zakazów implementowanych przez doczesne państwo ma sens, tylko aby uchronić innych ludzi przed krzywdą, jaką możesz im zadać (w zgodzie z Millem). Gdy jednak modyfikują one ludzkie wybory moralne i powodują, że człowiek nie zdecyduje się na dany czyn nie dlatego, że kocha Boga i nie chce czynić nic przeciwko Niemu, a nawet nie dlatego, że obawia się pokuty lub wiecznego potępienia, tylko dlatego, że grozi mu za to 5 lat pozbawienia wolności i przepadek majątku, to takie wybory przestają być moralne, a stają się czysto pragmatyczne. Plan Boży wobec człowieka zostaje zniweczony przez nadgorliwość kapłanów, integrystów i wsłuchanych w ich poglądy polityków, którzy to wszystko mają w nosie, a interesują się tylko swoją reelekcją. To, że życie według przykazań jest „dobrem”, musi być samodzielnym wnioskiem człowieka, który przekonanie owo nabędzie w drodze wewnętrznej refleksji nad własnym sumieniem. Nie może to wynikać tylko z podparcia autorytetem biskupa i paragrafów kodeksu karnego. A jednak w Polsce obserwujemy zdecydowaną przewagę osób – zarówno duchownych, jak i katolików świeckich – które mają odmienny pogląd i uznają, że do „prawdziwej wolności” trzeba zmusić wszelkimi dostępnymi metodami. To nieporozumienie powoduje zaangażowanie Kościoła na rzecz zniewolenia, nie wolności.

Autorytaryzm zły i dobry

Niestety, drugim nieporozumieniem jest gloryfikowanie motywów, które zdecydowały o zaangażowaniu polskiego Kościoła na rzecz obalenia PRL-u. Nie oznacza to, że ówczesnej roli biskupów nie należy doceniać. Trzeba ją ocenić wysoko, gdyż z punktu widzenia rezultatów był to świetlany moment w dziejach polskiego Kościoła katolickiego, wdzięczność zaś za tamtą odwagę nigdy nie może zostać zapomniana. Pozostaje jednak pytanie, czy Kościół zaangażował się w walkę przeciwko socrealizmowi i komunizmowi dlatego, że były to porządki uprawiające gwałt na wolności indywidualnej obywateli oraz na wolności zbiorowej (suwerenności państwa polskiego), czy jednak przede wszystkim dlatego, że ideologia, na której się opierały, miała wymiar antyreligijny, antykatolicki i antykościelny. To trudne i niemal prowokacyjne pytanie. Czy Kościół zaangażował się po to, aby wolność uzyskali ludzie, czy po to, aby wolność religijną uzyskał on sam (i inne Kościoły), a ludzie niejako przy okazji? Można powiedzieć, że to nieważne, bo liczą się skutki. Jednak z punktu widzenia dalszych losów wolności w Polsce, już w Trzeciej Rzeczpospolitej, z punktu widzenia jej przyszłości, zwłaszcza w sytuacji po wyborach 2015 r., pytanie o to, czy polski Kościół był wtedy przyjacielem wolności jako takiej, czy jednak jednym ze środowisk walczących o wolność własną, jest nader istotne.

Polska i Hiszpania były tylko dwoma z wielu krajów, które pomimo zakończenia drugiej wojny światowej przez wiele lat musiały się zmagać z reżimami autorytarnymi i antywolnościowymi. W obu tych katolickich krajach Kościół miał przez ten okres silną pozycję i dysponował donośnym głosem. Równocześnie przyjął on wobec tych dwóch reżimów skrajnie odmienne stanowisko. Reżim polski Kościół zwalczał, więc Kościół opowiedział się przeciwko reżimowi i w końcu współuczestniczył w jego likwidacji. Reżim hiszpański uczynił z Kościoła głównego sojusznika i nadał mu szerokie przywileje, więc Kościół go bronił mimo zbrodni, a niektórzy kapłani nawet ubrudzili sobie krwią własne ręce. Bilansu tamtych lat wielu hiszpańskich księży broni do dziś. Musi więc paść pytanie, czy hiszpańscy biskupi mieli z jakiegoś powodu inne podejście do problemu zniewolenia ludzi przez złą, antywolnościową władzę niż polscy? Mimo wierności wspólnej doktrynie nauczania? Czy może jednak chodziło po prostu o miejsce, jakie Kościołowi te reżimy oferowały, o ich tu ateistyczny, a tam rozmodlony charakter? Obawiam się, że ta ostatnia teza jest najbardziej trafna.

Polski Kościół przed 1989 r. nie tyle opowiadał się przeciwko zniewoleniu jako takiemu, ile przeciwko tej konkretnej PRL-owskiej formie zniewolenia, która ograniczała wolność katolików do pielęgnowania swojej wiary, spychała ich na margines, czasem zmuszała do ukrywania i wstydzenia się swoich przekonań. Te praktyki niewątpliwie były obrzydliwe. Ale gdy sytuacja polityczna uległa zmianie, a dyskryminacja katolików się skończyła, szybko wyszło na to, że nie każdy przejaw wolności Kościołowi się podoba, że do przyjęcia jest tylko ten jej zakres, który pozostaje w pełni zgodny z nauczaniem. Nowe władze miały dług wobec duchownych i jednym z elementów jego spłaty było otwarcie się na postulaty ograniczania „nieprawomyślnej” wolności Polakom. Kościół zarówno angażował się w takie działania, jak i postulował sytuacje, w których jego wiernym miałyby przysługiwać większe uprawnienia niż innym. W dobie debaty nad zaostrzeniem ustawy aborcyjnej i zwolnienia Kościołów z zakazu obrotu ziemią rolną ze smutkiem konstatujemy, że te procesy się nasilają, a rola Kościoła dla sprawy wolności obywatelskiej w Polsce jest stale coraz gorsza.

Czytaj również
O autorze
*
PiotrBeniuszys
Politolog i socjolog, kościerzanin z urodzenia, obecnie mieszkaniec Gdańska. Członek zespołu redakcyjnego i autor licznych publikacji w „Liberté!".
@ piotr_beniuszys