Pycha heretyków kroczy przed upadkiem

Drukuj

Tylko do 3. listopada XXIII LIBERTÉ! „Dlaczego chrześcijaństwo się nie przyjęło?” wydane w całości dzięki crowdfundingowi do kupienia w Empikach. Numer można nabyć także przez Internet: http://liberte.pl/pobierz-liberte/ Kupując LIBERTÉ! wspierasz niezależne media.

  

Na początku XX w. w skromnej chacie organisty, na ubogim północnym Mazowszu, nad łóżkami po przeciwległych stronach izby wisiały dwa obrazy. Jeden przedstawiał Matkę Boską Ostrobramską, drugi – Częstochowską. Organista i jego żona często spierali się o to, która Matka Boska jest silniejsza i do której lepiej się modlić w ważnych sprawach. Codzienne pacierze zmawiali przed małym ołtarzykiem postawionym na komodzie pomiędzy łóżkami. Umieszczona w ołtarzyku pozytywka wygrywała „Mazurka Dąbrowskiego”.

Pogańsko-nacjonalistyczny sztafaż izby organisty z Mazowsza jest niezwykle istotny dla zrozumienia roli Kościoła katolickiego we współczesnej Polsce, bo to w niej wychował się człowiek, który instytucję tę ukształtował. Kardynał Stefan Wyszyński był prymasem przez 33 lata, decydując o personaliach i doktrynalnej orientacji Kościoła, zwalczając przejawy modernizmu i walcząc o rząd dusz z komunistami. Swoją siłę w paradoksalny sposób czerpał z konfrontacji z PRL-owskim reżimem: nie chcąc osłabiać zagrożonego prymasa, Watykan patrzył przez palce na nacjonalistyczną herezję, w której polski Kościół trwa do tej pory. Zdołał ją – pod nazwą teologii narodu – zaszczepić nawet w Janie Pawle II, który podczas triumfalnej wizyty w roku 1979 stwierdził, że „nie sposób zrozumieć człowieka inaczej jak w tej wspólnocie, którą jest jego naród”. W tej samej teologicznej doktrynie dorastali dzisiejsi biskupi wyniesieni do swoich godności przez pierwsze pokolenie uczniów Wyszyńskiego. Nazwanie jej heretycką jest uprawnione, ponieważ dodaje ona do kanonu wiary element, który w nim pierwotnie nie występował i który jest sprzeczny z samą nazwą Kościoła. „Katolicki” znaczy bowiem „powszechny”.

Rozmiar herezji wynikającej z nacjonalizmu Prymasa Tysiąclecia i jego wychowanków najpełniej uwidacznia się w jawnym już sporze pomiędzy polskimi biskupami a papieżem Franciszkiem. Realne moralne wyzwanie, wobec którego postawili ich usiłujący dostać się do Europy uchodźcy, obie strony rozstrzygają w zgodzie z własnymi prawdami wiary. Po stronie Franciszka i uniwersalistycznego przesłania stają tylko nieliczni polscy duchowni i świeccy – wypowiadający się zazwyczaj na łamach „Tygodnika Powszechnego”, magazynu „Kontakt” i „Gazety Wyborczej”. Zdolność oddziaływania wiernego Watykanowi Kościoła jest znikoma, również dlatego, że brak potępienia polskiego episkopatu przez Watykan wiąże im ręce. W tej sytuacji większą niż papiści siłę oddziaływania zyskuje stanowisko otwarcie antyreligijne i ateistyczne. I nic w tym dziwnego.

Istotą wszystkich religii – oraz większości ideologii w rodzaju nacjonalizmu – jest objaśnianie świata za pomocą mitów i uproszczeń. Nawet gdy nie są one splecione w koherentną całość, sposób ich prezentacji – jako objawione prawdy, które trzeba przyjąć na wiarę – sprawia, że zakwestionowanie jednego prowadzi zazwyczaj do obalenia wszystkich pozostałych. Oznacza to, że im bardziej rozbudowana religia, tym większe możliwości podważenia jej za pomocą nauki, która również służy objaśnianiu świata, lecz robi to w bardziej systematyczny i godny zaufania sposób. Religie – a raczej głoszący je kapłani – mogą bronić się przed taką demaskacją na dwa sposoby: walcząc z rzeczywistością lub przed nią uciekając. Walka polega na rygorystycznych karach za kwestionowanie któregokolwiek z dogmatów wiary. Metodę tę stosują różnego rodzaju sekty oraz ortodoksi w rodzaju Państwa Islamskiego, często używając przy tym przemocy fizycznej. Ucieczka przed zderzeniem z rzeczywistością polega zaś na coraz bardziej wysublimowanej interpretacji propagowanych wierzeń, a czasem wręcz na podkreślaniu ich alegorycznego charakteru. Tej strategii próbowali pogańscy kapłani u schyłku Cesarstwa Rzymskiego, sowieccy marksiści-leniniści w latach 80. XX w. i przez ostatnie kilkadziesiąt lat zachodnioeuropejscy protestanci. Ostrożnie testuje ją również Kościół katolicki pod rządami papieża Franciszka.

Oczywiście, im religia skromniejsza i bardziej oszczędna w objaśnianiu świata, tym większa jej odporność na racjonalną demaskację. Arystotelesowsko-oświeceniowa teza o pierwszym poruszycielu, który wprawił świat w ruch, lecz nie ingerował w życie zamieszkujących go ludzi, nie może zostać obalona do dziś, dobrze współbrzmiąc z naukowo poprawną teorią Wielkiego Wybuchu. Pełna nacjonalistycznych mitów, w większości sprzecznych z prawdą historyczną, herezja Wyszyńskiego–Glempa–Rydzyka podatna jest na krytyczną ocenę z o wiele większej liczby pozycji niż główny nurt chrześcijaństwa. Jest bardzo prawdopodobne, że do odparcia tej krytyki zostaną użyte organy kontrolowanego przez PiS państwa, które powoływać się będą nie tylko na paragraf o obrazie uczuć religijnych, lecz także na inne, dotyczące szkalowania narodu polskiego. Na dłuższą metę ta obrona okaże się kontrproduktywna, tak samo jak kontrproduktywne były peerelowskie ingerencje cenzury: absurd chronionego przed krytyką systemu stawał się coraz bardziej oczywisty, a ludzie uczyli się czytać – i mówić – między wersami. Konsekwencje takiej fundamentalistycznej ochrony Kościoła i przyjętych przez niego nacjonalistycznych dogmatów już przed ponad 20 laty przewidział Jarosław Kaczyński, mówiąc że ZChN to najkrótsza droga do dechrystianizacji Polski. Dziś endecka ideologia i namolny klerykalizm ZChN-u odżyły w PiS-ie, który, według Janusza Korwin-Mikkego proponuje, by „powrócić do PRL-u, tylko zamiast pierwszego sekretarza powinien być proboszcz”. Jak pokazuje bezkrytyczny stosunek hierarchów do nowej władzy, miłość ta jest odwzajemniona. Jest to pewna zmiana w porównaniu z sytuacją w poprzednim ćwierćwieczu, kiedy Kościół starał się zachować bezstronność, przyjmując hołdy ze strony wszystkich sił politycznych. Obecnie, jawnie wspierając PiS, stawia się po konkretnej stronie politycznej barykady, co prawdopodobnie będzie oznaczać koniec jego przywilejów po przegranej obecnego rządu w wyborach za trzy, siedem lub chociażby jedenaście lat.

Księga Przysłów ostrzega, że „pycha kroczy przed upadkiem”. We współczesnych rozwiniętych społeczeństwach mechanizm tego upadku opiera się z reguły na lekceważeniu opinii publicznej, zwłaszcza w kwestiach związanych z wydawaniem publicznych pieniędzy. W Polsce do zniszczenia poprzedniego rządu wystarczyły rachunki z restauracji. Nowa ekipa jest na najlepszej drodze do powtórzenia błędu poprzedników, a towarzyszy jej ochoczo polski Kościół, przywykły zarówno do specjalnego traktowania ze strony władz, jak i do braku przejrzystości finansowej. Zachłanność, z jaką partia rządząca wymienia kadry w administracji i w spółkach Skarbu Państwa, nieskrywana ambicja jak najszybszego zbudowania – również pod względem finansowym – nowych elit, naturalna skłonność arywistów do chwalenia się świeżo osiągniętą pozycją i nieuniknione przy tak szybkim tempie zmian personalnych braki kompetencji pozwalają oczekiwać, że PiS-owi zostanie przypięta łatka aferzystów i złodziei szybciej, niż stało się to w wypadku PO, AWS-u i SLD. Biorąc pod uwagę, że państwowe granty i dotacje trafiają do wielu organizacji związanych z Kościołem – lub przynajmniej podkreślających swoją aprobatę dla heretycko-nacjonalistycznej religii – tak samo zostaną w powszechnej świadomości zaklasyfikowani księża i biskupi. Doświadczenia ofensywy obyczajowej, którą w poprzedniej kadencji sejmu prowadził Ruch Palikota, pokazały, że spośród wszystkich haseł emancypacyjnych największy pozytywny odzew zyskało to, że ksiądz proboszcz ma zbyt dużo pieniędzy. W najbliższych latach będzie ich mieć jeszcze więcej. To powinno załatwić sprawę, nawet jeśli herezja polskiego Kościoła nie zostanie powszechnie dostrzeżona.

Czytaj również
O autorze
*
KrzysztofIszkowski
Członek zespołu redakcyjnego „Liberte!”, Absolwent Szkoły Głównej Handlowej oraz Uniwersytetu Warszawskiego.
@ iszkowski