Tomasz Kasprowicz: Nie dajmy się zwariować!

Drukuj

Osobiście uważam się za osobę uświadomioną ekologicznie. Śmieci sortuję od dawna, przynajmniej w takim zakresie jaki to ma sens, walczę z paleniem śmieci, zasadziłem osobiście kilkaset drzew, które zresztą sam kupiłem, zaadoptowałem kota, wspieram finansowo organizacje zajmujące się ochroną przyrody. Jednak wiele z wypowiedzi ekologów dotyczących ochrony przyrody oburza moje ekologiczne instynkty. Zasadniczo nawołują oni do niszczenia przyrody w imię wszechobecnego fetysza. A imię jego „emisja CO2”.

europa

To, że energetyka węglowa jest dla środowiska szkodliwa nie ulega wątpliwości. Prawie wszyscy zgadzają się do tego, że ona walnie przyczynia się (obok hodowli bydła) do problemu wzrostu temperatury kuli ziemskiej. Już nieco mniej osób wspomina o tym, że wzrost średniej temperatury jest znacznie wolniejszy niż przewidywały to alarmistyczne modele, liczba anomalii pogodowych jest przy tym zadziwiająco niska. Co więcej zwiększony poziom dwutlenku węgla w atmosferze bardzo pozytywnie wpływa na rośliny – wraz ze wzrostem  jego stężenia zaobserwowano wzrost zazielenienia nawet w obszarach gdzie roślinności do tej pory było bardzo mało (czyli efekt odwrotny do pustynnienia). Co więcej jeszcze przez najbliższe kilka dekad bilans korzyści i kosztów ocieplenia będzie wyraźnie wskazywał na przewagę korzyści. Później jednak będzie to wyglądało zgoła inaczej.

Zatem energetyka oparta na spalaniu to dość złożony problem mający niejednoznaczne konsekwencje. Netto zapewne dość problematyczny, ale mający swoje dobre strony, o których ekolodzy nie lubią wspominać. Oczywiście poparłbym ograniczenie energetyki węglowej na rzecz ekologicznej alternatywy, jednak w tym zakresie można od ekologów usłyszeć jedynie zaklęcia o odnawialnych źródłach energii – powtarzane chyba dość bezmyślnie. Przyjrzyjmy się zatem tym zwierzętom:

 Energetyka wiatrowa wydaje się niezwykle przyjazna dla środowiska. Tylko się wydaje. Oprócz dość oczywistego zanieczyszczenia środowiska hałasem pojawia się niebanalny problem zagrożenia ptactwa. Ofiarami wiatraków stają się największe i najrzadsze ptaki drapieżne praktycznie wybijane na obszarze gdzie wiatraki operują. To prawdziwa ekologiczna gehenna. A i to jeszcze nie wszystko. Do produkcji prądnic wiatraków stosuje się metale ziem rzadkich, których wydobycie metoda odkrywkową jest zazwyczaj niezwykle obciążające dla środowiska. To zresztą tez ekologiczny problem fotowoltaiki.

Energetyka wodna również wydaje się czysta, ale budowanie zapór to dość oczywisty sposób na niszczenie ekosystemów. Z jednej strony na zalanych terenach niszczymy biotop tam się znajdujący, z drugiej przerywając bieg rzek niszczymy środowisko wodne, choćby w zakresie gatunków migrujących w górę i dół rzeki. Niewiele mamy krajów takich jak Norwegia gdzie można skorzystać z wielkiej ilości strumyków z topniejących lodowców, które spadają pod bardzo dużym kątem, i w których zasadniczo nic większego od pierwotniaka nie żyje.

Elektrownie słoneczne wydają się tu najbardziej obiecujące, jednak cierpią na problem pochłaniania dużej ilości dość rzadkich materiałów, których wydobycie kosztuje środowisko niemało. Poza tym skuteczność takich metod pozyskiwania energii jest dość niska ze względu na zjawiska pogodowe. Zaś aby stały się one istotnym elementem systemu musiałyby pokrywać znaczące powierzchnie – znowu kosztem przyrody. Można jeszcze wspomnieć jeszcze o kilku egzotycznych pomysłach takich jak geotermia – bardzo skuteczna ale tylko w bardzo specyficznych lokalizacjach, maretermia czy elektrownie pływowe. Wszystko to oczywiście raczej ciekawostki.

Oczywiście największym problemem jest to, że każda z tych metod zaspokaja teraz co najwyżej niewielki ułamek potrzeb naszego świata. By uczynić je forma dominującą konieczne byłoby kompletne zrujnowanie naszej planety.

Wydaje się, że jedyną sensowną alternatywą jest energetyka jądrowa. Okazuje się, ze z punktu widzenia wpływu na środowisko bije ona na głowę wszystkie alternatywy. Podobnie jest z punktu widzenia wpływu na zdrowie i życie ludzkie i to uwzględniając katastrofę w Czarnobylu i Yokoshimie. Co ciekawe jednak energetyka jądrowa znajduje się pod jeszcze większym ostrzałem niż węgiel. Dlaczego? Zasadniczo trudno powiedzieć. Efekt promieniowania z elektrowni jest znikomy w porównaniu z naturalnymi dawkami i zupełnie zaniedbywalny w porównaniu do tomografii komputerowej. Największy problem to wypalone paliwo, ale wydaje się, że i tu technologia czyni znaczące postępy. Daleko jeszcze do ostatecznych rozwiązań, ale perspektywy są obiecujące. Ekologowie powinni być największymi orędownikami tej zero-emisyjnej technologii. Tu chyba jednak obserwujemy mechanizm psychologiczny podobny do tego, który powoduje, że ludzie boją się latać samolotami, mimo, że ryzyko utraty życia w drodze na lotnisko jest znacznie większe niż podczas lotu. Podobnie tutaj – znikome ryzyko awarii, która może dać dość spektakularne skutki działa na wyobraźnię znacznie silniej niż dużo częstsze acz mniej widowiskowe problemy związane z innymi formami energetyki.

Co więc proponują „ekologowie”? Drastyczne ograniczenie konsumpcji energii i powrót do XVIII wieku? Kompletne zniszczenie ekosystemu by ludzkość korzystała z „ekologicznych” źródeł energii? Ja nie wiem, wątpię by wiedzieli oni sami.  Jedyną nadzieją dla środowiska jest szybki rozwój naukowo-techniczny ograniczający energochłonność. Ograniczenie przyrostu liczby ludności też pomoże. Jednak na pewno nie jest rozwiązaniem zadawanie drastycznych ograniczeń na emisję dwutlenku węgla – sprawę i tak załatwią rosnące ceny surowców. Zatem następnym razem gdy spotkacie „ekologa” dopytajcie o alternatywy – może wtedy motywacja stanie się jaśniejsza. Nie wątpię w ich szlachetne motywacje – wątpię w kompetencje.

Czytaj również
*
PiotrKaźmierczak