Frank. Oszuści i frajerzy.

Drukuj

Banki udzielające kredytów we frankach szwajcarskich nabiły klientów w butelkę? Biorący kredyt w walucie, w której nie zarabiają to frajerzy, którzy nie potrafią liczyć? A może prawda jest trochę bardziej skomplikowana?

Nasza debata na dowolny temat nie potrafi zająć wyważonego środka. Nieuchronnie wpadamy w polaryzację uniemożliwiającą porozumienie. Dziś mamy jedną grupę mówiącą o przestępczych oszustwach banków, drugą zaś o chciwych kredytobiorcach. Wina leży po obu stronach nie można przesadzać jednak z jej wyolbrzymianiem.

Sercem każdej umowy, w tym kredytowej, jest świadoma zgoda obu stron na jej warunki. W wielu przypadkach mamy jednak do czynienia z asymetrią informacji, co oznacza, że jedna ze stron wie więcej od drugiej i może to wykorzystać. Banki często stają w takiej roli, i aby uniknąć tego problemu często nakłada się na nie dodatkowe obowiązki, by swej przewagi zbytnio nie wykorzystywały.

Dlatego też banki zostały, słusznie zresztą, ukarane za sprzedaż polisolokat. Są to instrumenty tak skomplikowane, że pomimo doktoratu z finansów i certyfikatu analityka finansowego potrzebowałem kilku godzin by dogłębnie zrozumieć naturę tego produktu, związane z nim ryzyka. A potem pogoniłem doradcę próbującego mi to wcisnąć. Nic dziwnego, że wielu ludzi wpada w taką pułapkę, gdy przygotowani marketingowo sprzedawcy będą ich zachęcać do nabycia takiego instrumentu. Takie praktyki są niedopuszczalne.

Nie porównujmy jednak polisolokat do walutowego kredytu hipotecznego, który jest zasadniczo produktem dość prostym. Zaś sam fakt postrzegania banków jako instytucji zaufania publicznego nie zwalnia nikogo z włożenia odpowiedniego wysiłku w zrozumienie kontraktu jakim ma się związać na następne 30 lat. Podpisywanie takich zobowiązań w ciemno świadczy, łagodnie rzecz ujmując, o niefrasobliwości. A źródeł informacji nie brakowało: debata o ryzykach związanych z kredytami walutowymi była publiczna. Wypowiadał się KNF, profesor Balcerowicz, z drugiej strony sporu Centrum im. Adama Smitha, czy money.pl. Wystarczyło minimum zainteresowania, które powinien wykazać każdy w tak ważnej dla siebie sprawie. Także przedstawianie dzisiaj frankowiczów jako nieświadome owieczki prowadzone na rzeź przez oszustwa banków jest robieniem idiotów albo z opinii publicznej, albo z nich samych.

Nie znaczy to oczywiście, że wszelkie metody sprzedażowe używane przez banki i pośredników były uczciwe. Jeśli jakikolwiek kredytobiorca będzie w stanie wykazać, że kredyt we frankach był oferowany jako bezpieczniejszy, albo, że twierdzono iż złoty będzie się na pewno umacniał to powinien uzyskać solidne odszkodowanie, zaś inkryminowana instytucja solidną karę. Oszustwo jest oszustwem.

Podobnie zresztą z innymi nieuczciwymi chwytami banków takimi jak spready przy przewalutowaniu, podczas spłaty rat, nieprzyjmowaniu rat w walucie. Te praktyki zostały na szczęście jakiś czas temu skutecznie wyeliminowane, co pokazuje, że nasz nadzór finansowy nie działa tak źle jakby chciało się to przedstawić.

Najdziwniejsze jednak są zarzuty wobec banków związane z ich odpowiedzialnością wynikająca z oceny kredytowej. Miałaby ona przekonywać kredytobiorców, że stać ich na kredyty, których brać nie powinni. Niektórzy dziwią się jak to możliwe, że ktoś ma zdolność kredytową na kwotę 200 tysięcy w złotówkach, ale 300 tysięcy we frankach. Dziwią się, bo nie rozumieją. Kredyt hipoteczny to nie chwilówka, ale bierze pod uwagę cykl życia klienta. Ten cykl zaś przewiduje wzrost dochodów w czasie wraz z rozwojem kariery. Kredyt we franku daje niższą ratę dziś, ale rosnącą w perspektywie czasu ze względu na parytet siły nabywczej i stopy procentowej. Zasadniczo jest to schemat do pewnego stopnia podobny do (rzadko stosowanej) metody rat rosnących. Co więcej, jak na razie możemy powiedzieć, że w pełni się sprawdził. Pomimo wielkich zawirowań na rynku, zakładając, że kredyt był udzielany w najgorszym momencie – kiedy frank był najtańszy, kredytobiorca jak dotąd zapłacił w sumie kilkanaście tysięcy mniej w ratach niż analogiczny kredytobiorca biorący kredyt w złotym.

Wedle krytyków banków jednak jest to dowód na oszustwa i manipulacje. Na podstawie tych „sfałszowanych” ocen ryzyka kredytowego kredytobiorcy mieli podejmować niekorzystne dla nich decyzje. Abstrahując od tego, że ocena ryzyka kredytowego jest dokonywana przede wszystkim na potrzeby banku, a nie kredytobiorcy (bo w przypadku złej oceny straci przede wszystkim bank) to musimy powiedzieć, że akurat skuteczność oceny kredytowej pokazuje, że żadnych oszustw nie było. Ilość niespłaconych kredytów to mniej niż 4% – wynik rewelacyjny. Co pokazuje, że ocena kredytowa była właściwa, a może nawet nazbyt konserwatywna.

Jeszcze bardziej zabawne są próby analizy zarządzania przez banki stroną zobowiązań. Udzielając kredytów denominowanych we franku banki potrzebowały zobowiązań we franku, a te nie są łatwo dostępne. Banki więc posiłkowały się narzędziami wynalezionymi w celu zarządzania ryzykiem – czyli na przykład swapami. Ich wykorzystanie nie służyło bynajmniej jak pisze Grzegorz Sroczyński w „Gazecie Wyborczej” by uzyskać „względny porządek księgowy” bo z księgowością nie ma to w ogóle nic wspólnego, ale by ochronić się przed ryzykiem związanym z fluktuacjami kursu franka. Gdyby tego nie zrobiły to wahnięcie kursu podobne do tego jakie obserwowaliśmy niedawno, tyle, że w przeciwnym kierunku mogłoby doprowadzić kilka banków do bankructwa. Wtedy ci sami krytycy zwracaliby (wtedy słusznie) uwagę na brak zarządzania ryzykiem.

Na dzień dzisiejszy krajobraz zdaje się być dość uporządkowany. Podczas boomu na kredyty we franku banki dopuszczały się nadużyć i nieprawidłowości. Większość z nich ukrócono, wszelkie wykazane nowe przypadki zasługują na solidną karę. Nie zmienia to jednak faktu, że umowy kredytowe były zawierane w dobrej wierze. Wykazywanie pojedynczych nieprawidłowości nie jest w stanie podważyć tego faktu. Nie są one instrumentami zbyt skomplikowanymi i przeciętny zjadacz chleba może je dość łatwo zrozumieć, jeśli tylko chce. Przez lata, kiedy dawały one wymierne korzyści w porównaniu do alternatyw frankowicze gratulowali sobie świetnego wyboru. Dziś, gdy pogoda dla franka zrobiła się mniej sprzyjająca przedstawiają się często jako nieświadome ofiary. I niekoniecznie musi być to działanie wyrachowane: psychologia uczy, ze sukcesy mamy skłonność przypisywać sobie, winą za porażki obarczać zaś innych.

Pozostaje pytanie co robić w obecnej sytuacji. Świetne wyniki spłacalności sugerują, że kredyty były udzielane dość konserwatywnie i załamanie w spłatach może nie wystąpić. Problemy oczywiście się pojawią, ale póki będą incydentalne to rozwiązania systemowe nie są konieczne. Banki pod solidną perswazją regulatorów i opinii publicznej próbują łagodzić podwyżkę kursu na różne sposoby choćby utrzymując jakiś czas kurs grudniowy. Wycofały się też ze skandalicznej próby uniknięcia użycia ujemnej stopy procentowej. Przypadki trudne będą jak dotąd zapewne rozpatrywać indywidualnie. Te zaś trafiają się w przypadku wszelkich kredytów, nie tylko we franku.

Gorzej jeśli niewypłacalności pojawią się masowo. Póki co sytuacja wydaje się uspokajać, ale kolejne szoki mogą to zmienić. Sugerowane przewalutowanie w przypadku banków, które prowadzą prawidłową politykę zarządzania ryzykiem może okazać się zabójcze. BFG po wydrenowaniu przez SKOK Wołomin nie udźwignie upadłości sporego banku, co oznaczać będzie konieczność ratowania banków z pieniędzy podatników.

Prawda jest bowiem taka, że ktoś musi ponieść koszty związane z bieżącą sytuacją. Pozostaje pytanie jak je podzielimy. Dziś spadają w przytłaczającej większości na kredytobiorców, zresztą zgodnie z zapisami umowy, częściowo zaś na banki w formie kłopotów ze ściągalnością kredytów. Frankowicze chcieliby, aby ich kłopot wziął na siebie ktoś inny. Wedle ich narracji miałyby to być banki. Z tym podejściem są jednak dwa problemy. Pierwszy moralny: nie bardzo widać uzasadnienie dla takiego kroku. Opowieść o „oszustwie” jest niespecjalnie spójna. Wyciąganie pojedynczych epizodów, czy też wyliczanie kwot zarobków i prowizji to tylko nagonka o zerowej wartości merytorycznej. Drugi systemowy: część banków może nie udźwignąć takich kosztów – zwłaszcza jeśli odpowiedzialnie zarządzały ryzykiem. Będziemy tu karać za przezorność. Koniec końców koszt spadnie albo na podatnika, albo na klientów banków – w jednym i drugim przypadku społeczeństwo jako całość.

Czytaj również
O autorze
*
TomaszKasprowicz
Przedsiębiorca, naukowiec, publicysta.