Lilipuci w krainie Guliwerów

Drukuj

Widać, że coś się w Polsce zmienia. Utarte ścieżki, którymi podążamy od ćwierćwiecza, choć po drodze zmieniły się w autostrady (z bramkami), jak się okazało – kończą się w polu. Ideowe paliwo transformacji skończyło się wraz z jej zwieńczeniem, którym było wejście do Unii Europejskiej. Z faktu, że od tego czasu Polska ogromnie się zmieniła, wyciągano wniosek, że stary paradygmat „nadganiania” wciąż ma się dobrze, co najwyżej trzeba inaczej rozłożyć akcenty: dać więcej na przedszkola czy biblioteki, a mniej na aquaparki (ale jak żyć w kraju, gdzie lato jest tak gorące, a pociągi nie mają klimatyzacji, bez aquaparków?)

Argument, że w dzisiejszych czasach wystarczy po prostu sprawnie administrować, że skończył się czas „wielkich projektów”, jest intelektualną kapitulacją wobec braku sprawczości współczesnej polityki. Wyzwania, ale też możliwości skrojone są na skalę wcześniej nam nieznaną: przyszłość UE i bezpieczeństwo na Wschodzie, niewydolna służba zdrowia i anachroniczna edukacja, „Polska resortowa” i administracja nastawiona na procedurę, a nie na efekt, przyszły (pewny) kryzys demograficzny i (mniej pewny) kryzys modelu gospodarczego rozwoju kraju. Mało? I oto do tych zadań na miarę Guliwerów stają polityczni lilipuci. Nic dziwnego, że szukają usprawiedliwień dla swoich zaniechań w obiektywnych koniecznościach. Ale i obywatele nie są bez winy. W kraju demokratycznym brak sprzeciwu dla praktyki politycznego minimalizmu oznacza współudział.

To zrozumiałe, że pokolenie transformacji jest zmęczone. Im już się udało. Ich walka – najpierw o Polskę demokratyczną i niepodległą, a potem o wejście do UE i NATO – się skończyła. Tylko słabości nowego politycznego narybku i braku konkurencyjnych narracji zawdzięczamy to, że po dekadzie od wypełnienia swojej historycznej misji politycy obecni na scenie od czasów Solidarności wciąż są w grze, nawet jeśli posługują się w niej swoimi awatarami. Od 10 lat polska polityka „jedzie” na oparach – na emocjach, które zastąpiły nam wielkie cele z początku polskiej demokracji. Społeczeństwo instynktownie wyczuwa ściemę i głosuje przeciw. Bo nie ma oferty, którą mogłoby poprzeć.

Polska polityka potrzebuje celu. Potrzebuje go państwo, potrzebuje społeczeństwo. Jeśli go nie dostanie, to sobie go znajdzie, nawet jeśli miałoby nim być wysadzenie systemu w powietrze i ukaranie tych, którzy nawet nie udają, że są w stanie spełnić rosnące oczekiwania. W parze z wysokimi wymaganiami nie idzie niestety zaangażowanie, dzięki któremu mogłaby się dokonać naprawa systemu. Istnieje obawa, że polski światek medialno-polityczny, który działa w cyklu dobowym albo co najwyżej kilkudniowym, tego celu nie będzie w stanie sformułować.

Nie chodzi o napisanie kolejnej strategii, która wyląduje w szufladzie biurka, ale o stworzenie języka, narracji przemawiającej do społecznych emocji i obudowania jej rozwiązaniami kluczowych wyzwań, przed którymi stoimy. A następnie perswazją i oddolnym naciskiem wpłynięcie na klasę polityczną. Albo jej zmiana. Zbyt wiele mamy do stracenia, żeby pozwolić sobie na grzech zaniechania.

Tekst jest wstępniakiem do XX numeru „Liberté!”:  „O naprawie Rzeczpospolitej”.  Numer dostępny w Empikach i w prenumeracie.

Czytaj również
O autorze
*
LeszekJażdżewski
Politolog, publicysta, redaktor naczelny LIBERTÉ!
@ LesJazd