Łódź – do it yourself

Drukuj

Łódź zaprasza do tworzenia. To nie jest miasto gotowe. To przestrzenie wymagające dopełnienia. Tożsamość do odkrycia. Historia do wydobycia. Łódź to wysiłek i zaangażowanie. Dlatego jest ciekawa.

Z Łodzi trudno jest wysłać pocztówkę. Łódź nie jest do podobania, Łódź jest do doświadczania. W Łodzi nic nie trzeba, za to wszystko można. Co najwyżej nikogo to nie zainteresuje. Łódź nie tylko na Facebooku jest „hipsterem miast”. A raczej nie jest, bo w przeciwieństwie do hipsterów jest skrajnie bezpretensjonalna.

Łódź to miasto gasnącego światła latarni odbijającego się w wielkim mozaikowym oknie, to szybka wódka w bramie obdrapanej eklektycznej kamienicy przed „uderzeniem na miasto”, to elektroniczna muzyka w przepełnionej, lecz wciąż zimnej pofabrycznej sali. To romantyzm miasta, które już było, miejsc zapomnianych i opuszczonych. Łódź to ciągłe odkrycie – starej zabytkowej pompy w podwórku, nocnego widoku z dachu nieużywanej fabryki, zarośniętego nagrobka na ewangelickim cmentarzu.

Łódź to wysiłek. Tu nikt nikomu niczego nie daje. Łódź jest biedna, ale na każdym kroku widać ślady dawnej świetności. Łodzi nie zbudował Kazimierz Wielki, nie ma w nim kościoła Mariackiego ani nawet 70-letniej starówki. Są za to industrialne przestrzenie, wielkie okna, fabryki przypominające średniowieczne zamki, pałace eleganckie – jak te w centrum Wiednia – i te opuszczone, jak z sennego koszmaru o wampirach. Kamienice, efektowne i zapuszczone, długie podwórka, stare parki. Stal, cegła, niedoświetlone ulice. Innymi słowy – jest klimat.

Tu nie można – tak jak w innych dużych miastach – uciec od trudnej i brudnej rzeczywistości, ona jest i nieodparcie o sobie przypomina. Nowe eleganckie osiedla sąsiadują z ruderami i melinami, ulicami cieszącymi się najgorszą opinią, a w sobotni wieczór bezdomni dopijają po hipsterach piwa w łódzkim Brooklynie, czyli Off Piotrkowskiej.

Łódź przypomina jedną ze swoich kamienic – nieremontowana od 50 lat, piękna, zabytkowa fasada, zapuszczone podwórko, żuleria w bramie, w środku cały przekrój społeczny – pracownicy fizyczni, naukowi i artyści obok siebie w chaotycznie wydzielonych mieszkaniach z 200-metrowych przedwojennych apartamentów. Do niedawna wszystko wskazywało na to, że ta kamienica będzie się stopniowo degradować wraz ze swoimi lokatorami, poza tymi, którzy z niej w porę uciekną do lepszych lokalizacji.

Łódź to dziecko XIX-wiecznego kapitalizmu i rewolucji przemysłowej. Obce jej były romantyczno-narodowe dylematy reszty Polski. To było miasto interesów i ciężkiej, często niemalże niewolniczej pracy. Historia Łodzi ma w sobie coś z amerykańskiego mitu: od pucybuta do milionera, choć pucybutów było w niej znacznie więcej. Łodzi zdecydowanie bliżej niż do innych polskich miast było do Stanów Zjednoczonych, w których również następował skokowy, często brutalny rozwój, tak jak brutalny był wówczas kapitalizm. W drugiej połowie XIX w., jeśli chodzi o tempo ekspansji, Łódź ustępowała tylko Chicago i Tokio, stając się piątym pod względem liczby mieszkańców miastem w całej Rosji. Łódź zanurzona była w głównym nurcie światowych przemian, kiedy reszta kraju wciąż tkwiła jeszcze w okopach św. Trójcy.

Błyskawiczny rozwój Łodzi był możliwy ze względu na ogromny rynek rosyjski, na który szły tanie, acz solidne towary bawełniane i wełniane produkowane oraz eksportowane w znacznej mierze dzięki zachodniemu, a zwłaszcza niemieckiemu know-how. Miasto rozrastało się w takim tempie, jakby zapanowała w nim gorączka złota. I pewnym sensie tak właśnie było. W tym mieście fortunę od bankructwa dzieliła często jedna błędna decyzja.

Relacje Łodzi z Polską nigdy nie należały do najłatwiejszych. Łódź na polskiej niepodległości traciła. I wojna światowa skutkowała w wypadku Łodzi utratą sporej części ludności i zniszczeniami w przemyśle, rewolucja bolszewicka i powstanie Drugiej Rzeczpospolitej spowodowały natomiast utratę najważniejszego z punktu widzenia Łodzi rynku – rosyjskiego. To samo powtórzyło się w roku 1989. Kapitalistyczne przemiany oraz utrata rynku rosyjskiego, pogłębione kryzysem z 1998 r., ostatecznie zniszczyły łódzki przemysł włókienniczy.

Inteligencja, która w pozostałych częściach kraju nadawała ton wykuwającej się w XIX w. tożsamości narodowej Polaków, do odrębnej, niedefiniowalnej w kategoriach czysto narodowych tożsamości łódzkiej i samej Łodzi w najlepszym wypadku odnosiła się obojętnie, a najczęściej z nieufnością czy wręcz wrogo. Nakładające się na siebie podziały klasowe i narodowościowe sprzyjały traktowaniu Łodzi jako ciała obcego, rozsadnika pierwiastka germańskiego, a potem, o zgrozo!, żydowskiego, miasta, w którym wyzyskuje się Polaków.

W łódzkich kręgach burżuazyjnych wykształcił się specyficzny typ człowieka, tzw. Lodzermenscha. Kamil Żmiechowski na portalu fabrykancka.pl przywołuje jego charakterystykę, która wyszła spod pióra dziennikarza „Kuriera Warszawskiego”: „Zaiste, typ to szczególny, jakkolwiek w Łodzi i pod Łodzią dość zwykły podobno, z mowy cynik potworny, z postępowania squatter amerykański, z wyznania protestant, z obyczajów Niemiec, z kultury Polak. Dziwna mieszanina – to prawda, lecz kto wie, czy Łódź z czasem nie będzie zbiorowiskiem tego typu właśnie.” Lodzermensch był kosmopolitą, najczęściej niemieckiego pochodzenia, lokalnym patriotą, człowiekiem interesu, który z każdym na tym polu się dogada. Z czasem termin ten stał się synonimem chciwego i bezwzględnego karierowicza, który – powiadomiony o śmierci Wiktora Hugo – pyta: „A ile ten zostawił?”.

Władysław Reymont, który w „Ziemi obiecanej” pozostawił po sobie najbardziej oddziałujący na wyobraźnię portret Łodzi, tak tłumaczył się ze swojego niecodziennego nią zainteresowania w liście do Jana Lorentowicza: „Rozrost miasta, fortun, interesów z iście amerykańską szybkością, psychologia tych napływających tłumów po żer, mieszanie się ich i przenikanie, i urabianie w jeden typ tak nazywany lodzer Mansch, oddziaływanie tej ssawki, polipa, jaką jest Łódź na cały kraj”.

4cc6318dc8cae_o

Miasto radykalne 

Ten błyskawiczny rozwój nie odbywał się bez kosztów. Powstawały wprawdzie nowoczesne jak na tamte czasy robotnicze osiedla Karola Scheiblera czy Izraela Poznańskiego, największych łódzkich fabrykantów, jednak Łódź nie tylko ściągała kolejnych imigrantów z przeludnionej polskiej wsi, lecz także wchłaniała całe okoliczne miejscowości, często bardzo zaludnione, tak jak np. liczące 100 tys. mieszkańców Bałuty. Infrastruktura znajdowała się tam w opłakanym stanie, brakowało podstawowych udogodnień. Już pod koniec lat 30. zszokowany wizytą w Łodzi Józef Mackiewicz zanotował: „Podobnej nędzy nie widziałem nigdy. Są może pojedyncze okazy, ale tego rodzaju zmasowania, skloaczenia, stłoczenia ludzkiego ubóstwa nie ma w innych miastach. […] Łódzkie Bałuty to obraz nieszczęścia i beznadziejności. To wielkie miasto nędzy. Podwórka są straszne. A w nich pomiędzy śmietnikiem i ślepą ścianą czynszowego domu, czynnej lub byłej fabryki, przylepione chatki, szałasy sklecone, „jamy” imitujące mieszkanie ludzkie. Budy dla psów! Otwarte kloaki z otworami wprost w ziemi, bez ścian i dachu, na podwórku, a obok okno, w którym wychowują się dzieci! Bezprzykładne! Zredukowane robotnice fabryczne przeistaczają się w „dziewczynki”, a robotnicy operują siekierką, którą noszą w kieszeni zamiast noża”.

Warto pamiętać o ogromie nędzy, z jakiej Łódź, w znacznej mierze samodzielnie, musiała się wydobyć. „W Łodzi istnieje cała anonimowa klasa ludzi, bezrobotnych całkowicie, niezauważona przez socjologów, niebroniona przez polityków, nieobjęta żadną normą i żadną formą organizacji”. Te słowa równie dobrze mogłyby się odnosić do istniejących enklaw biedy w mieście dziś, jednak zostały zapisane w roku 1936 przez Ksawerego Pruszyńskiego w tekście „Żółci ludzie z Łodzi”.

Trudne warunki materialne oraz rozwinięty przemysł sprzyjały budowie zorganizowanego ruchu robotniczego. W Łodzi silne były zarówno niepodległościowy PPS, jak i internacjonalistyczna SDKPiL. Rewolucja w latach 1905–1907 w Łodzi miała bardzo gwałtowny i krwawy przebieg, łączyła hasła o charakterze wybitnie ekonomicznym i klasowym z politycznymi. Spowodowała radykalizację ugrupowań politycznych w Łodzi, ale też poprawę losu robotników. Co ciekawe, w Łodzi, mimo wagi tych wydarzeń dla historii miasta, podobnie jak w całej Polsce, o rewolucji 1905 r. wie się bardzo niewiele, choćby w porównaniu z powstaniem warszawskim.

Łódź, a szczególnie jej areszty i więzienia, wykształciły wielu liderów ruchu socjalistycznego i komunistycznego. Mimo swojej siły i robotniczej bazy socjalistyczna Łódź zaczęła z czasem tracić wpływy na rzecz endecji, początkowo silnej wśród klasy średniej, z czasem coraz bardziej skutecznej w docieraniu do spauperyzowanej ludności niemogącej znaleźć zatrudnienia. Łódź – choć była kolebką ruchu robotniczego – nie przyniosła dobrobytu robotnikom ani w Drugiej Rzeczpospolitej, ani w PRL-u. „Świat robotniczy nie doszedł do swojej ziemi obiecanej albo zastał ją przez innych zajętą” – zauważył we wspomnianym już tekście Pruszyński. Łódź – miasto o niewielkiej klasie średniej i nielicznej inteligencji, targane radykalizmami z lewa i prawa – zachowała taki „czerwono-czarny” charakter w znacznej mierze do dziś.

Poglądy narodowe, mimo socjalistycznej propagandy w PRL-u i faktu, że po II wojnie światowej Łódź stała się miastem narodowościowo homogenicznym, skutecznie się w Łodzi zakorzeniły. Mieczysław Rakowski, redaktor naczelny „Polityki”, w swoich pamiętnikach w maju 1968 r., w szczycie antysemickiej nagonki, zapisał: „Łódź, obok Warszawy, przoduje w czystkach. Diabli wiedzą, dlaczego właśnie to miasto stało się tak bardzo antysyjonistyczne”. Partyjne biuletyny potrafiły cytować „Protokoły mędrców Syjonu” i używać argumentów wprost rasistowskich. Dziś ten antysemityzm bez Żydów wciąż się, niestety, w Łodzi tli, ujawniając się w bezmyślnych napisach na murach sprokurowanych przez wojnę kibiców, dla których określenie „Żyd” stało się synonimem najgorszej obelgi. Jak stwierdził podobno pewien nowojorczyk w czasie pierwszej wizyty w Łodzi – „nie wiedziałem, że jest u was tylu żydowskich grafficiarzy!”.

Miasto bez pamięci

Łódź, której jedną trzecią mieszkańców stanowili Żydzi, po wojnie straciła ponad połowę z ponad 600 tys. mieszkańców przed rokiem 1939. Jednak już w samym 1945 r. liczba łodzian w rozszerzonych granicach miasta zwiększyła się dwukrotnie – z 250 do 500 tys., a w ciągu kolejnych trzech lat osiągnęła 600 tys. W 1970 r. ponad połowę ludności Łodzi stanowiła ludność napływowa, przede wszystkim ze wsi.

Łódź zawsze była miastem imigrantów. Nie sprzyjało to budowaniu spójnej tożsamości. Napięcie pomiędzy Łodzią miejską a jej często wiejskimi mieszkańcami będzie stałym elementem tożsamości miasta. Barbarzyńcy mieszkający na gruzach innej cywilizacji. A w zasadzie w jej kiepsko zachowanych obiektach.

W okresie PRL-u kapitalistyczną przeszłość Łodzi próbowano wymazać niemalże fizycznie, pozwalając na niszczenie zabytkowych pałaców, obtłukując sztukaterie w kamienicach, stawiając kolejne blokowiska i zaniedbując degradujące się centrum miasta. Zabytki przemysłowej przeszłości Łodzi zostały z kolei poważnie zagrożone przez kapitalizm po roku 1989, kiedy to nagle, w ciągu jednej nocy potrafiła „zniknąć” zabytkowa fabryka blokująca miejsce pod bardziej intratną inwestycję.

Mimo strat, w ewidencji zabytków w Łodzi w roku 2009 wciąż znajdowało się blisko 1500 obiektów. W studium uwarunkowań z 2002 r. zapisano, że łączna powierzchnia terenów wymagających rehabilitacji i rewitalizacji wynosi 725 ha, w tym 255 ha strefy miejskiej zabudowy śródmieścia. To świadczy zarówno o unikalnej skali zachowania poprzemysłowej zabytkowej zabudowy Łodzi, jak i tworzy problemy, ponieważ biednego miasta nie stać na to, by wszystkie zabytkowe tereny zrewitalizować, znaleźć i sfinansować dla nich nowe funkcje czy choćby powstrzymać ich degradację. Takie tereny wymagają też znacznie większych nakładów i wysiłków od inwestorów.

Po 1989 r. mieszkańcy obudzili się w mieście, na które nagle zniknęło zapotrzebowanie. W Łodzi największą bolączką po 1989 r. była konieczność zainwestowania gigantycznych pieniędzy w ratowanie tkanki miejskiej, w pomoc społeczną, w infrastrukturę, z jednoczesnym przyciąganiem inwestorów, stwarzaniem szans dla młodych i niezapominanie o kulturze. Czyli tak naprawdę we wszystko. Kołdra była o wiele za krótka. Przy kiepskim zarządzaniu wszystko, co było możliwe, to trwanie z nadzieją, że pojawi się jakiś magiczny projekt, który odmieni miasto.

Jednym z nich było marzenie o Europejskiej Stolicy Kultury w 2016 r. Nie było chyba w najnowszej historii Łodzi przedsięwzięcia, które wywołałoby taki entuzjazm i zaangażowanie mieszkańców. Ujawniona wówczas energia społeczna, stopień identyfikacji z miastem i projektem dawały nadzieję, że zachodzi jakaś trwała zmiana w mentalności. To była ta jakże potrzebna propaganda sukcesu – propaganda i do wewnątrz, pokazująca lepsze, ciekawsze oblicze miasta, i na zewnątrz, łodzianie z dumą czytali ukazujące się w mediach w całej Polsce publikacje chwalące pomysłową kampanię i masowy udział w przedsięwzięciu samych mieszkańców. Tym boleśniejsze było rozczarowanie, kiedy Łódź nieoczekiwanie odpadła już w pierwszej turze konkursu. W pewnym sensie energia społeczna nie wróciła już do poprzedniego poziomu, potwierdziły się wszystkie stereotypy – że Łódź jest szykanowana, a jej mieszkańcy są nieudacznikami.

W tym samym czasie Łódź straciła też ostatecznie Camerimage, flagowy festiwal filmowy, na którym w dużej mierze oparta była promocja Łodzi jako miasta filmowego i dzięki któremu co roku setki twórców filmowych z kraju oraz zagranicy przewijały się przez miasto. Festiwal obrósł także armią wolontariuszy, bardzo silnie się z nim identyfikujących. Dało to efekt w postaci bezprecedensowego strajku okupacyjnego (na terenie Urzędu Miasta), w którym wzięli udział młodzi ludzie wezwani przez Marka Żydowicza, twórcę i szefa Camerimage. Okazało się, że byli tylko narzędziem w walce o pieniądze z miasta na projekt Centrum Kongresowego, które nie miało żadnych realnych perspektyw finansowania. Camerimage wyniósł się z Łodzi, a młodzi znów poczuli się wystrychnięci na dudka. Już wcześniej Jerzy Kropiwnicki zakazał Parady Wolności, która była wielką radosną imprezą muzyki techno i jej fanów, à la Love Parade w Berlinie, z mapy Łodzi zniknęło też kultowe wielowymiarowe artystyczne miejsce, czyli Forum Fabricum. Wyglądało na to, że nastąpił symboliczny koniec Łodzi jako miasta fajnego i alternatywnego. Jakoś w tym czasie powszechnie zaczęło funkcjonować gorzkie: „nie Łódź się!”. Łódź wydawała się miejscem, w którym nic nie może się udać, miastem skazanym na porażkę.

Sytuacji nie poprawia fakt, że łodzianie w swoje miasto zupełnie nie wierzą i go nie lubią. W zestawieniu „Gazety Wyborczej” na temat oceny miast przez mieszkańców Łódź jest trzecia od końca na 26 miast, tylko przed Częstochową i Radomiem. Jest ostatnia w kwestii oceny estetyki, komunikacji publicznej i poczucia bezpieczeństwa, w żadnej dziedzinie nie znajduje się nawet w górnej połowie tabeli. To malkontenctwo, często na wyrost, jest z jednej strony efektem faktycznego upadku Łodzi, z drugiej strony rezultatem lat czarnej propagandy wewnątrz i na zewnątrz miasta.

Kompleks niższości wobec reszty kraju (szczególnie Warszawy) jest bardzo silny, a wyczulenie na opinie z zewnątrz – gigantyczne. Łodzianie mają poczucie (częściowo słuszne), że reszta Polski ich nie ceni, wyśmiewa – jeśli nie otwarcie, to po cichu, za ich plecami. Łódź – tak jak Polska – czuje się niedoceniana, jednocześnie panuje pewien problem w zdefiniowaniu tego, za co tak właściwie wszyscy powinni nas cenić.

Łodzianie swojej władzy nie ufają i jej nie lubią, jaka by ona nie była i czego by nie robiła. Odwołali Jerzego Kropiwnickiego z funkcji prezydenta, dziś Hanna Zdanowska według sondażu „Gazety Wyborczej” jest najgorzej ocenianym prezydentem spośród wszystkich 26 miast w rankingu. Co ciekawe, aż 51 proc. ankietowanych uważa, że prezydent Zdanowska nie słucha głosu łodzian, co jest o tyle dziwne, że w ostatnim czasie konsultacje społeczne odbywały się nieustannie. W ciągu ostatnich lat ton w mieście nadawali starsi i gorzej wykształceni – elektorat chrześcijańskiej prawicy Jerzego Kropiwnickiego, podobną strukturę miał również elektorat sprawującego wcześniej władzę SLD. Oczekujący zmian, dynamiczni, biorący sprawy w swoje ręce politycznie znaczyli za mało. Nic dziwnego, że dla miasta oznaczało to wieloletnią stagnację.

Tym, co się zmienia dziś, jest lepsza organizacja i więcej możliwości tych, którym na zmianach w Łodzi zależy. Wcześniej obywatele debatowali tylko między sobą, dziś ich głos jest przez władze dostrzegany, choć może w stopniu wciąż niewystarczającym. Dość frustrujące hobby zmieniło się w wymagającą i coraz bardziej sprofesjonalizowaną działalność. Nieformalne i zwołane ad hoc grupy okrzepły w organizacje pozarządowe, spontaniczne akcje zaowocowały formalnymi konsultacjami. A władza uważa, że lepiej prowadzić z nimi dialog, niż iść na wojnę. Współuczestnictwo uczy pokory, ale daje również satysfakcję. Ci, którzy swoje zaangażowanie lub – jak w wypadku osób otwierających nowe biznesy i lokale – pieniądze poświęcili miastu, tak łatwo stąd nie wyjadą. To oni będą nadawać, a w znacznej mierze już dziś nadają ton rytmowi, w którym bije serce Łodzi.

To, co najwartościowsze, wciąż powstaje w Łodzi dzięki oddolnemu zaangażowaniu garstki pasjonatów. Jednak coś się zmieniło, nagle odbiorców, 20-latków głodnych świeżych kulturalnych wrażeń jest jakby więcej. Nowe lokale i nowe inicjatywy wprowadzają się na Piotrkowską, na Księży Młyn, nawet na odległy Widzew (fabryka Wi-Ma), rosną jak grzyby po deszczu. A może po prostu zaczynają się ujawniać? Coraz więcej ludzi – w bardzo różnym wieku – interesuje się historią Łodzi. Spacery z przewodnikami cieszą się taką popularnością, że mimo użycia nagłośnienia niewiele słychać, rozchwytywane są książki o Łodzi i reprinty starych map. Coraz łatwiej jest o identyfikację z Łodzią i dumę z faktu, że przyszło się na świat właśnie tutaj. Najlepszym symbolem nowej, aktywnej społecznej Łodzi jest duży sukces budżetu obywatelskiego, który przy wszystkich zastrzeżeniach był dowodem na zaangażowanie i samoorganizację także tych, którzy wcześniej społecznie się nie udzielali.

O Łodzi nie można mówić w oderwaniu od Warszawy. Jest zbyt blisko, teraz o godzinę drogi autostradą, a niedługo o 70 minut jazdy pociągiem. Bliskość Warszawy oznacza łatwość ucieczki. Warszawa to szansa, Warszawa to pieniądze i prestiż. Bliskość Warszawy ułatwia wyjazd, bo można przecież na weekend wrócić, co też wiele osób uprawia, żyjąc w zasadzie w dwóch światach, pracy w stolicy i rozrywki w Łodzi. W stolicy trudniej być docenionym, duża konkurencja, w Łodzi wszyscy się znają i wszystko o sobie wiedzą. W pewnym sensie zachowana została mentalność małego miasteczka, wioski, w której większość dzisiejszych łodzian ma swoje korzenie. Bliskość Warszawy oznacza też, że można w Łodzi realizować swoją działalność, a w miarę potrzeby załatwić coś w stolicy i tego samego dnia wrócić, bez konieczności przeprowadzki. Dziś ta bliskość daje Łodzi nową szansę – na bycie taką warszawską Pragą, dokąd przenosi się część szukającego obniżki kosztów biznesu i gdzie królują artyści oraz kultura alternatywna. To, co niegdyś było największym przekleństwem, czyli bliskość Warszawy, dziś może stać się błogosławieństwem. Pociąg Warszawa–Łódź wreszcie zacznie jeździć w obie strony.

Kluczem jest komplementarność. Nie ma sensu ścigać się na bycie większym centrum biznesowym czy liczbę narodowych muzeów. Trzeba postawić z jednej strony na jakość, z drugiej strony na alternatywę, awangardę, nawiązać do artystycznych tradycji z drugiej połowy XX w. Łódź zaprasza do tworzenia. To nie jest miasto gotowe. To przestrzenie wymagające dopełnienia. Tożsamość do odkrycia. Historia do wydobycia. Łódź to wysiłek i zaangażowanie. Dlatego jest ciekawa.

W Łodzi zmiany na lepsze zachodzą w sposób stopniowy i rozproszony. Tu powstanie nowy lokal, tu uda się wprowadzić nową funkcję w poprzemysłową przestrzeń, tam wyremontuje się ulicę. Chyba najlepiej oddaje to program „Miast100 Kamienic”, w którego ramach Urząd Miasta remontuje należące do niego budynki. Rzecz w tym, że niemal nigdy nie znajdują się one obok siebie. Jedna lub dwie eleganckie fasady tylko jeszcze bardziej podkreślają kiepski stan sąsiednich. Dlatego jak dotąd nie widać efektu skali, jednak jest to tylko kwestią czasu. Łódź to też zakręcone wzory pochodzące ze sklepu „Pan tu nie stał”, w których trzeba pokazać się na każdym szanującym się muzycznym festiwalu, to trzecia nowa, otwarta w tym miesiącu, modna knajpa na Piotrkowskiej, a w każdej trudno o wolne miejsce, to informatyczne start-upy, które nie myślą już o podbijaniu Polski, ale które otwierają filie w Dolinie Krzemowej.

W Łodzi spotykają się wiek XIX i XXI. Wiek XXI daje szanse nawiązania do dawnej świetności. Jednym z kluczowych wyzwań dla mieszkańców i władzy jest sposób zagospodarowania tej unikalnej szansy, jaka pojawiła się przed Łodzią w związku z pieniędzmi unijnymi oraz rządowymi. Skumulowane zmiany dadzą efekt. Nastąpi moment, w którym o Łodzi przestanie się mówić jako o mieście upadłym, o drugim Detroit, i dostrzeże się jej wyłaniający się z cienia potencjał. Łódź wzięła kurs na nowe, nieznane dla siebie morza, ale wydaje się, że prawie nikt tego jeszcze nie zauważył.

Symbolem nowego otwarcia może się stać bezprecedensowy w swej skali projekt budowy Nowego Centrum, z podziemnym dworcem Łódź Fabryczna, ze zrewitalizowanymi elektrociepłowniami EC1 Wschód i Zachód, a także z zaprojektowaną przez Daniela Libeskinda Bramą Miasta. Jednak nie wystarczy zbudować infrastruktury, by odnieść sukces. Nowe Centrum musi się – tak jak przeszczep – przyjąć. A to zależy od tego, czy mieszkańcy będą w jego powstawanie zaangażowani, czy zostaną tylko wpuszczeni na jego teren po wybudowaniu, by patrzyli i podziwiali. Na planowanym rynku może hulać wiatr, ale rynek może się też zaludnić mieszkańcami, którzy już dziś muszą poczuć, że to ich miejsce, dla nich projektowane.

To jest wyzwanie, jakie chcemy podejmować w 6. Dzielnicy, siedzibie redakcji „Liberté!”, ale przede wszystkim miejscu spotkań, wydarzeń kulturalnych i społecznych, w którym kumuluje się potencjał do zmiany. Łódź musi się zredefiniować, znaleźć dla siebie nową rolę w zglobalizowanym świecie, w momencie kiedy wreszcie dzięki rozbudowie infrastruktury „wróciła” do centrum Polski. Czas, by w znacznie większym stopniu, tak jak u swoich początków, otworzyła się na Europę i na świat. Nie ma powodów, by marzyć skromnie. Ogranicza nas tylko nasza wyobraźnia. Twórczy łodzianie to armia niewielka, ale zaprawiona w ciężkich bojach, w czasach dekoniunktury na Łódź. Dziś, kiedy zbliża się fala, która Łódź zacznie unosić, będą w stanie z niej skorzystać i pokazać pełnię swoich możliwości.

Nowe Centrum wymaga NOWEGO ŁODZIANINA. Nie wystarczy odnowić infrastruktury ani zbudować nowej, trzeba zmierzyć się z zastałą mentalnością, ciągnącą w dół poszczególne jednostki i całe miasto. To poczucie niemożności, to kompleks prowincji. NOWY ŁODZIANIN na prowincji czuje się jak ryba w wodzie. Prowincja, która nie kryguje się przed przyznaniem, że prowincją jest, która nie udaje, że jest czymś więcej, prowincją być przestaje. Patronem Nowego Łodzianina jest Witold Gombrowicz, mistrz autodemaskacji, pogromca fałszywych tonów i iluzorycznych wyobrażeń. Wtedy Łódź stanie się miastem przyjemnym do życia. Miastem, którego mieszkańcy oddychają swobodnie.

Łódź musi przestać wstydzić się tego, że jest Łodzią. Na salonach świata nie ma przepraszać, bo pokornych w najlepszym razie traktuje się z pełnym wyższości paternalizmem, a w najgorszym z pogardą, ale zachowywać się z bezczelną swobodą, której nie należy mylić z tanią prowokacją. Trzeba skończyć z ciągłą „walką o dobre imię miasta”, z piętnowaniem tych, którzy nie dość skwapliwie głoszą jego chwałę. Przeciwnie, własne gniazdo należy kalać, tym intensywniej, im bardziej będą mówić, że nie jest tak źle. Jeśli wytkną ci Ich Troje, rzuć im w twarz Frytkę, jeśli będą z fałszywą troską wypytywać o stan łódzkiego pogotowia, przypomnij im dzieci w beczkach, morderstwa na Piotrkowskiej i to, że nawet mama Madzi postanowiła osiedlić się w Łodzi. Rozwodzą się nad Honoratką, Polańskim i Kieślowskim? Nie omieszkaj pozachwycać się „Komisarzem Reksem” i puścić im „Ajlawju” z Cezarym Pazurą i słynnym „Łódź, kurwa!”. Jeśli podobały im się butiki w Manufakturze, zaprowadź ich do meliny przy Wschodniej. Mówią, że Łódź to miasto kominów? Sławmy je, stawiając komin w każdym mieście wojewódzkim jako promocyjny symbol miasta. Kibice wyzywają się od Żydów i wieszają gwiazdy Dawida na łódzkich murach? Rozegrajmy derby Łodzi, na których piłkarze (z zaskoczenia) założą koszulki Jude ŁKS i Żydzewa. Łódzkość ma potencjał (podobnie jak polskość) do bycia ciągłym spektaklem. Na razie grana była farsa, ale może wyjdzie nam przyzwoity thriller (Łódź bez retuszu idealnie nadaje się na scenografię do filmu noir czy o zombie) albo komedia absurdu. Dała nam przykład Pomarańczowa Alternatywa i Łódź Kaliska, jak zwyciężać mamy.

Jeśli przekłujemy w sobie ten nadęty balon, okaże się, że mieszkanie w Łodzi to naprawdę niezła zabawa. Czyli Lodz of fun.

Fragmenty tekstu zostały wykorzystane w artykule „Miasto obiecane” w Raporcie o Łodzi w 50. numerze tygodnika „Polityka”.

Czytaj również
O autorze
*
LeszekJażdżewski
Politolog, publicysta, redaktor naczelny LIBERTÉ!
@ LesJazd