„Musimy coś zrobić, co by od nas zależało” – rozmowa Joanny Łopat z Agnieszką Holland

Drukuj

Pani biografia jest niezwykle bogata i wielowątkowa: dzieciństwo w okresie stalinizmu, dojrzewanie w odwilży popaździernikowej, przedmarcowa młodość, studia w Pradze i udział w „praskiej wiośnie”, wreszcie pobyt w więzieniu i emigracja spowodowana wprowadzeniem stanu wojennego… To gotowy scenariusz filmowy. Gdyby miała pani nakręcić film na swój własny temat, czy byłby to film o wolności, czy też o niewoli?

Gdybym to ja miała zostać główną bohaterką filmu, byłby to z pewnością obraz o szukaniu wolności. To właśnie wolność stanowiła najpierw nieświadomy, a później już świadomy imperatyw, który kierował moimi wyborami i zachowaniami – realizować to, co wydaje się moją wewnętrzną wolnością. Oczywiście, zdawałam sobie sprawę, że w jakiejkolwiek rzeczywistości, a tym bardziej w rzeczywistości autorytarnej czy quasi-totalitarnej, by realizować wewnętrzną wolność, trzeba się nieźle nagimnastykować albo zupełnie wykluczyć z życia społecznego. To ostatnie w zawodzie, który sobie wymarzyłam i wybrałam, nie jest możliwe.

W istotnych sprawach udało mi się nie wchodzić w zbyt bolesne kompromisy lub nie robić rzeczy, których mogłabym się wstydzić. Bardzo niewielu osobom udaje się uniknąć uczucia wstydu za coś, co zrobiły, albo za coś, czego nie zrobiły. Także dla mnie takie negatywne doświadczenia były sprawdzianem, okazją, by uświadomić sobie, że nie mogę sądzić innych.

Pozwolił mi to zrozumieć sen, który miałam w Pradze po wydarzeniach roku 1968. Miałam wtedy wrażenie, że niczego się nie boję. Biegałam między czołgami. Mój mąż natomiast co rusz wciągał mnie do bramy. Był znacznie bardziej ostrożny i dużo mniej spontaniczny. Po tym wszystkim śniło mi się, że do naszego akademika wpadła armia sowiecka i nas stamtąd wyciągnęła. Obok był mały gotycki kościół z placykiem cmentarnym. Kazali nam się położyć na wznak i każdemu dali tabliczki. Trzeba było na nich napisać: „Kocham Związek Radziecki”, a jeżeli nie, to groziło nam rozstrzelanie. Przeżyłam w tym śnie potworny strach i postanowiłam, że ulegnę, napiszę na tabliczce wymagany tekst. Nie chciałam jednak robić tego w pojedynkę, więc zaczęłam namawiać mojego męża. Wydawał mi się osobą znacznie bardziej konformistyczną. Jednak on na to poniżenie nie chciał się zgodzić. Bałam się coraz bardziej i coraz usilniej starałam się go przekonać: „To tylko słowa… To nic nie znaczy…”. On jednak nie ustępował. Obudziłam się z silnym poczuciem wstydu i przekonaniem, że w decydującym momencie mogłabym nie wykazać się odwagą, z której tak byłam dumna na jawie. Człowiek nie wie, czy może być bohaterem i osobą przyzwoitą, dopóki nie przejdzie przez prawdziwa próbę. Gdy zaczęłam żyć na Zachodzie, uświadomiłam sobie, że bardzo rzadko ta próba jest próbą skrajną, jak wtedy, gdy ktoś porywa twoje dziecko i grozi, że je zastrzeli, jeśli czegoś nie zrobisz. Próby, które stają się udziałem sytego świata, są na ogół bardzo miękkie. Codzienny konformizm zniewala czasem bardziej niż duże zagrożenia.

Myślę jednak, że gdybym chciała przygotować epicki film czy serial o tym okresie, nie wybrałabym siebie do roli głównej bohaterki. Pozytywni bohaterowie są przecież nudni [śmiech].

Czy taką próbą było więzienie? Posądzono panią o działalność socjalistyczną. Powiedziała pani, że do tego momentu nie interesowała się polityką, jednak polityka zainteresowała się panią. Jaki wpływ na pani biografię miało więzienie?

To niezupełnie było tak. Kiedy zdałam maturę i przyjechałam do Pragi, nie interesowałam się polityką. Byłam strasznie szczęśliwa, że będę mogła uczyć się reżyserii, a potem robić filmy. Traktowałam siebie samą jako artystkę i wydawało mi się, że sztuka jest czymś wspaniałym, a polityka czymś brudnym. Znałam ją głównie z toczących się w moim domu rodzinnym dyskusji, które wydawały mi się zupełnie jałowe. Kiedy w Czechach nastąpiła zmiana na stanowisku sekretarza partii i zaczęła się częściowa odwilż, w ogólne nie zwróciłam na to uwagi. Zmieniło się to, kiedy zobaczyłam idącą ulicą manifestację, która wyglądała jak karnawał. Później, kiedy kręciłam serial dla HBO w Nowym Orleanie, często brałam udział w Second Line, karnawałowym pochodzie, który ma swoje reguły, ale jest też manifestacją wolności. Wtedy w Pradze to była taka właśnie second line, karnawał uczestniczący. Pierwszy raz widziałam coś tak wolnego i autentycznie radosnego. Przyłączyłam się i szłam razem z nimi. Na 1 Maja zorganizowaliśmy osobną manifestację z polską flagą. Poszliśmy pod polską ambasadę, żeby złożyć protest przeciwko aresztowaniu studentów po marcu roku 1968.

Jednak załatwienie polskiej flagi okazało się niełatwe. Poszliśmy po nią do polskiego konsulatu, tłumacząc, że chcemy iść na manifestację pierwszomajową. Spisali nas. Oczywiście flagi nie dostaliśmy. Ukradliśmy więc czeską i wycięliśmy z niej niebieski trójkąt. Dlatego nasza polska flaga była krótka.

Gdy chodzi o więzienie, mój wyrok dotyczył siłowej próby rozwalenia światowego układu socjalistycznego. Brzmiało to bardzo poważnie.

Gdy czytałam pani wspomnienia z czterech tygodni spędzonych w więzieniu, przed oczami miałam kadry z „Przesłuchania” Ryszarda Bugajskiego, w którym pani zagrała. Zaintrygował mnie wątek granej przez Panią bohaterki – gorliwej komunistki. W pamięci miałam pojęcie ahistoryzmu, o którym kiedyś pani wspomniała. Czy mogłaby pani rozwinąć ten wątek w kontekście filmu Bugajskiego? Wiem, że żadna z aktorek nie chciała przyjąć tej roli.

Ahistoryzm generalnie oznacza próbę sądzenia ludzkich wyborów i postaw czy zdarzeń politycznych z punktu widzenia naszego dzisiejszego doświadczenia, abstrahując od kontekstu czasów, w których żyli i decydowali osądzani przez nas ludzie. Pomijamy różne determinanty, które wtedy funkcjonowały, a dzisiaj są już zapomniane. Dlatego ocena przedwojennych polskich komunistów czy nawet tych powojennych jest często niesprawiedliwa, jeśli bierze się pod uwagę głównie naszą wiedzę o tym, co nastąpiło później, albo brak wiedzy dotyczącej tego, co ich motywowało. Jest to bardzo złożony i skomplikowany temat. Można osądzić suche fakty, jednak o wiele ciekawiej jest przyjrzeć się ludziom i ich motywacjom, bo dopiero wtedy możemy dokonać identyfikacji, zrozumieć samych siebie. Powód, dla którego zagrałam w tym filmie, był związany z czasem Solidarności. Z politycznego punktu widzenia „Przesłuchanie” było bardzo ryzykownym projektem. Na szczęście cenzura wtedy strajkowała, więc film ruszył do produkcji. Ryszard był debiutantem w pełnometrażowym filmie fabularnym. Dlatego Andrzej Wajda, który był szefem Zespołu Filmowego „X”, produkującego „Przesłuchanie”, poprosił mnie abym – jako jego zastępca – była opiekunem artystycznym.

Musiałam zagrać tę rolę, by zdjęcia się nie zatrzymały. Wszystkie aktorki, do których Ryszard się zwracał, mówiły, że one komunistki nie zagrają. To świadczy o ówczesnym odurzeniu ideologicznym. Dla aktora możliwość zagrania bardzo różnych ludzi, czasem i czarnych charakterów, powinna być zadaniem ciekawym. Postacie, u których walka między złem a dobrem odbywa się w środku, są dla rasowego aktora najciekawszym materiałem. Skoro już uczestniczyłam w tym filmie, podzieliłam się z Ryszardem mymi więziennymi doświadczeniami.

Kiedy wracała pani z Pragi do Polski, wydawało się pani, że Polska jest krajem bardziej otwartym politycznie. Jak to wyglądało w rzeczywistości?

W Pradze bardzo szybko nastąpiło coś, co władze komunistyczne z uporem nazywały normalizacją, chociaż to było w gruncie rzeczy bardzo nienormalne. Nader szybko nastąpiła konformizacja i rezygnacja społeczeństwa. Myślałam przedtem, by zostać w Czechosłowacji. Pokochałam tamtą kulturę, miałam tam męża i przyjaciół, ale zorientowałam się, że śruba jest przykręcana coraz mocniej i, co gorsze, ludzie się na to zgadzają. Opresja była tam względnie łagodna, ale zupełnie zniewalająca. Trudno było zachować nawet wewnętrzną wolność. Ludzie jakoś łatwo ulegli tej opresji, uciekali w prywatność i podwójne życie, a najchętniej odcinali się od jakiegokolwiek poczucia odpowiedzialności za wspólnotę. Opozycja była w tych warunkach bohaterska, ale bardzo nieliczna. Prawdziwie opowiada o tym mój serial „Gorejący krzew”. W Czechach wywołał ogromnie poruszenie i przyczynił się do samouświadomienia, swoistego katharsis. Nagle zostałam czeską artystką narodową i dostaliśmy za ten film wszystkie możliwe czeskie nagrody. To była duża satysfakcja.

Przyjechałam do Polski po grudniu roku 1970. Zmiana ekipy rządzącej wywołała poczucie ponownej odwilży. Z więzienia wychodzili aresztowani w marcu 1968 r. Niektórzy z nich byli moimi kolegami albo przyjaciółmi. Polacy uwierzyli w małą stabilizację.

To był bardzo dwuznaczny czas, ale w porównaniu z Czechosłowacją to było eldorado. Znalazłam grupę przyjaciół filmowców z podobną chęcią zrobienia w polskim kinie czegoś nowego, bardziej zaangażowanego. Mówiliśmy o ważnych sprawach w taki sposób, aby oszukać lub ominąć cenzurę. Okazało się, że do pewnego stopnia jest to możliwe. Cenzura była bardzo jednostronna, zależało jej na tym, aby nie padły pewne słowa, natomiast do obrazów już tak skrupulatnie nie podchodzili. Stanowiło to w dużym stopniu o sile polskiego kina. Również widownia chciała czytać zaszyfrowane przekazy, łatwo rozpoznawała aluzje, metaforę, pars pro toto. Była dojrzała i pracowita. Nie trzeba było wykładać przysłowiowej kawy na ławę i pięć razy powtarzać, by ludzie zechcieli zrozumieć. Widz był bardzo aktywny. Dochodziło do interakcji między widzami a nami. To był okres ogromnej satysfakcji, mimo że istniała cenzura. Myślę, że Solidarność zrodziła się m.in. z wysiłków polskich filmowców i artystów, by nazwać rzeczywistość i opisać ją krytycznie.

Pani początki nie były łatwe. Chociaż była pani asystentką Andrzeja Wajdy, wszystkie projekty i scenariusze były blokowane. I Wajda zaczął wątpić w pani talent.

Było mi o tyle łatwo, że środowisko filmowców wykazywało się ogromną solidarnością. Wajda jednak we mnie zwątpił, kiedy moje kolejne scenariusze zostały odrzucone. Zwrot nastąpił dopiero wtedy, gdy zrobiłam „Emigrantów” Sławomira Mrożka w teatrze w Gorzowie Wielkopolskim. Wajdzie się ten spektakl spodobał i wtedy mistrz uwierzył, że coś we mnie jest. Potem bardzo o mnie walczył. Kiedy się zorientował, że moje nazwisko obciążone jest prowokacją polityczną wobec mojego ojca, który popełnił samobójstwo w trakcie rewizji, zaproponował, że mnie adoptuje, że da mi swoje nazwisko.

Wajda był dla nas mistrzem, ale i on bardzo wiele się od nas – pokolenia 1968 r. – nauczył. Nie przeżyliśmy wojny, więc nie mieliśmy w sobie takiego lęku. Czuliśmy się w tym systemie normalnie, w nim się urodziliśmy. Potrafiliśmy rozpoznać jego słabości i punkty, w które można uderzyć. Tak że była to współpraca międzypokoleniowa. W jakimś stopniu zdawaliśmy sobie sprawę, że jednak korzystamy z tego systemu. W końcu mogliśmy robić filmy. Nawet jeśli potem kończyły one na półkach.

To była współpraca podszyta moralnym niepokojem? „Musimy coś zrobić, co by od nas zależało” – mówili bohaterowie „Aktorów prowincjonalnych”, cytując „Wyzwolenie” Stanisława Wyspiańskiego. Miała pani poczucie, że robicie rzeczy, które od was zależą?

Cytat z „Wyzwolenia” to był dla mnie swego rodzaju manifest. Mimo pesymizmu i poczucia bezradności reakcją było robienie tego, co do mnie należy, tego, co się da.

Teraz z kolei myślę, że mamy problem z wolnością. Gdy upadł komunizm, Miloš Forman powiedział, że kapitalizm jest jak dżungla, a realny socjalizm jak ogród zoologiczny. Zwierzętom, które są wychowywane w ogrodzie zoologicznym ta dżungla wcale nie musi służyć. Że wprawdzie w tym ogrodzie zoologicznym są klatki i nie ma wolności, ale za to dają jeść i leczą. Jedne zwierzęta są oddzielone od drugich. Nie zjadają się nawzajem. W dżungli natomiast panuje pełna wolność, ale jednocześnie jest bardzo niebezpiecznie i trzeba walczyć o przetrwanie.

Upadł komunizm, a pani stała się królową lwicą w dżungli wolności na Zachodzie. Jak to się stało?

Nie wiem, czy stałam się królową lwicą. Recepta jest bardzo prosta: nie można za dużo mieć. Należy umieć wybrać między „być” a „mieć”. Według mnie „być” jest ważniejsze od „mieć”.

Myślę również, że siłę dawało mi to, że jestem skądinąd, a także brak pełnego zakorzenienia, co czasami bywa bolesne i trudne, ale jednocześnie pomaga zachować dystans wobec pułapek, które różne systemy, różne społeczeństwa stwarzają dla swoich członków. Kafka miał taki aforyzm, że klatka wyszła na poszukiwanie ptaka. Myślę, że te klatki chodzą po świecie i bardzo łatwo jest w nie wpaść.

Zapytam w takim razie o kilka klatek: o pani polskość, żydowskość i kobiecość. Te pojęcia określają panią jako reżyserkę? Określają pani obecność w świecie filmowym?

Nie uważam, że polskość musi być klatką, chociaż pewien rodzaj patriotyzmu pojmowany plemiennie oczywiście nią jest. Boimy się świata, nie lubimy świata, ponieważ jest dla nas obcy, groźny i niezrozumiały. Zamykamy się w swojskości i wspólnocie, która jest wykluczająca. Sami decydujemy o tym, kto jest częścią tej wspólnoty, a kto nie. Tych, którzy nie są częścią wspólnoty, nie tylko wykluczamy, ale traktujemy bez szacunku, z pogardą, a nawet nienawiścią. To jest pewien rodzaj polskiego „patriotyzmu” wykluczającego, który jest dla mnie bardzo nieatrakcyjny i zniewalający, ponieważ zamyka perspektywy wolności i empatii czyniące z człowieka pełną osobę. Fakt, że jestem z Polski, odczuwam jako wzbogacenie. Polska historia, kultura, los, wybory, talenty, nawet polskie słabości, które mogą mnie potwornie irytować, są częścią mojej tożsamości, dają mi swoiste doświadczenie. Ludzie z krajów o prostej historii ich nie mają. Nie mówię już o całej sferze emocjonalnej, która jest wdrukowana przez wychowanie i edukację. Poszczególne sytuacje z historii Polski, niektóre symbole wywołują we mnie bardzo silne emocje. Gdy w pewnych okolicznościach słyszę „Mazurek Dąbrowskiego”, łzy same cisną mi się do oczu. Nie mam tego, jak grają Marsyliankę ani hymn amerykański. Ale to nie jest coś, co czuję jako klatkę, tylko pewien rodzaj więzi ze wspólnotą.

Czysto genetycznie polskość jest połową mnie, bo drugą połową jest żydowskość. To połączenie polsko-żydowskie jest bardzo trudne, dlatego że losy Polaków i Żydów były w swoim spięciu bardzo dramatyczne i na dokładkę wzbogacone przesądami, kłamstwami, sprawiedliwymi i niesprawiedliwymi oskarżeniami. Styk tych dwóch tożsamości jest dla mnie bardzo ważny i to z jednej strony pozwala mi popatrzeć na to z dwóch perspektyw, a z drugiej czuję się podwójnie odpowiedzialna, podwójnie winna i tym dotknięta. Ale też nie uważam tego za klatkę. To rodzaj wzbogacenia, niosącego w sobie ryzyko, że mając tak trudne korzenie, mogę nie być nigdzie zakorzeniona.

Bycie kobietą również jest wzbogaceniem, chociaż oczywiście wiąże się z różnymi problemami. Macierzyństwo było dla mnie doświadczeniem eschatologicznym, szalenie istotnym i gdybym przez to nie przeszła, czułabym, że mi czegoś bardzo brak. Poza tym kobiety są lepsze [śmiech].

Nie chciałam wywołać wątku feminizmu, raczej rozważyć temat braku kobiet w polskiej kinematografii. „Polskość” i „żydowskość” są nieustanie obecne w pani filmach. To klatka tożsamości? Czuje pani obowiązek opowiadania o niej?

To nie jest zewnętrzny obowiązek. Wynika on raczej z hierarchii tego, co jest dla mnie ważne i co jest moim doświadczeniem, którym mogę się podzielić w taki sposób, że będzie ono dla kogoś wzbogacające. W głębszym sensie, a nie tylko dla rozrywki. Kobietom w tym zawodzie jest rzeczywiście trudniej, jak zresztą w większości zawodów. I chociaż dzięki feminizmowi osiągnęły już bardzo wiele, szklane sufity w różnych dziedzinach są bardzo twarde.

Producenci, dystrybutorzy czy nawet krytycy filmowi chętniej klasyfikują kobiety do mniej wymagającego rodzaju kina. W momencie kiedy kobieta poniesie jakąś klęskę w zawodzie, zrobi film, który okaże się zupełną klapą, bardzo trudno jest się jej podnieść. Mężczyznom przychodzi to o wiele łatwiej. Mężczyzna może stworzyć cztery takie klapy, a kobieta po jednej rzadko przeżywa w zawodzie. Kobieta w kinie musi walczyć wytrwałością i jakością swojej pracy. Paradoksalnie w Polsce mniej to odczuwałam niż w innych krajach. W Polsce wszystkie moje kłopoty wynikały nie z tego, że jestem kobietą, ale z tego, że jestem politycznie zaangażowana, że mam określone pochodzenie, również z tego, że jestem Żydówką. To, że jestem kobietą, było trzeciorzędne. Pamiętam, jak moi koledzy z podziwem mówili: „No, Agnieszka to jest jak facet, takie męskie filmy robi”. Jednak moja perspektywa jest perspektywą kobiety. Patrzę na świat z punktu widzenia, który nie jest męski, i wcale się tego nie wstydzę. Myślę, że również dzięki temu moje filmy są w jakiś sposób ciekawe.

A jak pani teraz patrzy na świat wolności po roku 1989? Okazało się, że Polska podzielona jest na pół. Jaka jest rola artysty filmowca w tej sytuacji politycznej? Pytam, ponieważ zaintrygowała mnie pani wypowiedź o filmie na temat Smoleńska. Film, który będzie realizował Antoni Krauze, ma być dowodem na zamach. Powiedziała pani, że taki film powinien być zrealizowany. Jaką rolę odgrywają reżyserzy, artyści w debacie publicznej, w której pani jest tak bardzo obecna?

Myślę, że artyści nie odgrywają w tej chwili ważniejszej roli. W ogóle z głębszym myśleniem, z refleksją twórczą jest coraz gorzej. Nie tylko artyści, lecz także autorytety naukowe czy moralne, wszyscy dali się wpędzić w jakąś bieżączkę, przepychankę. Brak jest dystansu i ciekawości innego punktu widzenia. Dochodzimy do następującego problemu: dlaczego tak się stało? Co jest największą winą, najważniejszą przyczyną tego, że tak się podzieliliśmy i nie możemy znaleźć płaszczyzny porozumienia? Dlaczego nie możemy się spotkać i porozmawiać o różnych sprawach?

Według mnie przyczyniły się do tego media, w tym internet. Od początku byłam entuzjastką i samego internetu, i portali społecznościowych, ale zauważyłam, że kryje się tam bardzo dużo niebezpieczeństw. Wydawało mi się, że internet prowokuje do aktywności, że ludzie, którzy przed jego upowszechnieniem trawili większość swojego czasu pasywnie, przeżywając program telewizyjny, teraz muszą wykazać się inteligencją, ciekawością i sami znaleźć treści, które ich zainteresują. Ale potem okazało się, że ludzi interesują te treści, które już znają albo do których są przekonani i w związku z tym wchodzą tylko na te portale, gdzie mówi się dokładnie to, co oni myślą, dzięki czemu utwierdzają się w swoich przekonaniach. Nie ma już takiego miejsca, gdzie spotykają się jedni i drudzy, by z sobą porozmawiać. W przestrzeni publicznej zapanował nienawistny jazgot. To jest coś, co w moim przekonaniu stanowi duże zagrożenie naszego życia publicznego, ów brak wspólnoty, miejsca, w którym może się odnaleźć większość z nas. Dla niektórych ludzi, a jest ich w Polsce 30 proc. albo więcej, słowo „tolerancja” jest słowem nienawistnym, słowo „otwartość” (na przykład określające Kościół lub społeczeństwo) jest słowem nienawistnym, słowo „wolność” jest słowem nienawistnym, jeżeli przetłumaczy się je na „liberalizm”. W tym momencie rozmowa, dyskusja czy wspólne działanie staje się czymś niebywale trudnym. Mechanizm społeczny, w którym funkcjonujemy, przypomina sypanie piasku do trybów, co w pewnym momencie może spowodować zatarcie silnika. Okazuje się wtedy, że wspólnota jest tak tandetna, że nie jest w stanie wyprodukować niczego naprawdę dobrego w dziedzinie myśli, kreacji treści, w dziedzinie wartości czy demokratycznych zachowań politycznych.

Czy filmy mogą łączyć? Bo dzielić na pewno. Mniej więcej w tym samym czasie powstał film „Pokłosie” i pani „W ciemności”. Pierwszy podzielił, a drugi nie. Czy te trudne wątki naszej polskiej tożsamości mogą łączyć, czy raczej tylko dzielić? Czy mogą być przekładalne na język wizualny?

Opowiadałam o człowieku, który miał różne słabości i mógł bardzo łatwo ześlizgnąć się na pozycję zbrodniarza. Ale wybrał – może on sam, może zrobił to za niego los albo okoliczności – inną drogę i w sumie okazał się bohaterem. Wprawdzie nieoczywistym, ale przezwyciężywszy pokusę zła, przyczynił się do uratowania innych ludzi. Natomiast „Pokłosie” mówiło o zwycięstwie zbrodni. Trudno, aby to był czynnik łączący. Ogółowi Polaków niełatwo jest zaakceptować prawdę o zachowaniu dużej części społeczeństwa polskiego wobec Żydów w czasie II wojny światowej. Ogromnie trudno jest się pogodzić z takim obrazem nas samych i przyznać do jakiegokolwiek udziału w tej zbrodni. Ten odrzut bolesnej prawdy może rodzić frustracje i agresje. Akurat „Pokłosie” nie jest moim ulubionym filmem, ale uważam, że jest prawdziwym aktem cywilnej odwagi. Większym niż mój film, który mówi o rzeczach łatwiej akceptowalnych. Ale mimo to wydaje mi się, że jest to film uczciwy. Nie lukruje niczego, pokazuje bohaterów uwikłanych w niemożliwe wybory. Wynika to z mojego temperamentu twórczego. Nigdy nie bawiła mnie rola prokuratora. Nawet gdybym robiła film o kimś, kto był wśród tych, którzy podpalali stodołę w Jedwabnem, to chciałabym mu się przyjrzeć bliżej i ujrzeć w nim człowieka, a nie tylko bestię. Bardziej interesuje mnie człowiek w bestii i bestia w człowieku niż człowiek, który jest tylko bestią…

Rozmowa została przeprowadzona w Łodzi podczas „Igrzysk Wolności” – wydarzenia związanego z obchodami 25. rocznicy wyborów z 4 czerwca 1989 r., zorganizowanego przez Fundację Industrial w dniach 4–8 czerwca 2014 r.

Czytaj również
O autorze
*
JoannaŁopat
Dziennikarka, redaktorka mediów informacyjnych, publicystka. Członkini redakcji „Liberté!” Absolwentka Kulturoznawstwa (UŁ) i Fotografii (PWSFTiTv). Studiowała Indologię (UW) oraz Beni Culturali (Università della Tuscia).
O autorze
*
AgnieszkaHolland