Odruch samoobrony polskich uniwersytetów

Drukuj

Szkolnictwo wyższe, traktowane po macoszemu przez kolejne obozy rządzące, jest podstawą wychowania społeczeństwa obywatelskiego – zdolnego do autorefleksji i unikającego powielania błędów. Może więc zaniechania na tym polu są celowe?

Tekst pochodzi z XX numeru Liberté! „O naprawie Rzeczpospolitej”, dostępnego w sklepie internetowym Liberté! oraz za pośrednictwem prenumeraty.

 

W kwietniu tego roku środowisko Obywateli Nauki opublikowało niezwykle ciekawą, kompleksową propozycję reform polskich uczelni wyższych. To wyjątkowy przykład oddolnej inicjatywy, która jest konstruktywna, solidna merytorycznie i nie ma na celu obrony partykularnych interesów jej autorów. Postulaty Obywateli Nauki, choć w części bardzo kontrowersyjne, powinny się stać podstawą do dyskusji o dalszych reformach polskich uczelni.

W debacie publicznej o kondycji polskich uniwersytetów raczej nie ma wątpliwości, że dalsze zmiany są niezbędne. Sytuacja na uczelniach jest bowiem powszechnie diagnozowana jako „fatalna”, a słowo „kryzys” jest jednym z najczęściej pojawiających się w dyskusji. Jest w tym oczywiście dużo racji, choć zaryzykuję stwierdzenie, że w tej krytyce uniwersytetu już dawno przekroczyliśmy granicę rozsądku. Nie dostrzegamy wielu pozytywnych zmian, do których doszło w ostatnich latach, a nasze oczekiwania wobec uniwersytetu formułujemy na podstawie wyidealizowanego obrazu „dawnego uniwersytetu” lub „zagranicznego uniwersytetu”.

Dobrym przykładem jest opublikowany w tygodniku „Polityka” tekst prof. Jana Hartmana, w którym ubolewa on, że „ani uniwersytet, ani profesor nie znaczy już tak wiele, jak kiedyś”. Rysuje w nim obraz wspaniałych czasów, w których „przeciętny profesor był mieszczaninem dysponującym dużym mieszkaniem z piękną biblioteką”, a „uniwersytet był ostoją elit”. Zderza go z dzisiejszą sytuacją, w której „przeciętny profesor mieszka w bloku i spłaca kredyt”, a „kadry uczelniane nie rekrutują się już ze sfer inteligenckich, gdzie słowo pisane wysysało się z mlekiem matki, lecz ze wszystkich warstw społecznych”. Nie wiem, kiedy w Polsce było tak, jak napisał prof. Hartman, ale prawdopodobnie nigdy. Na pewno nie w okresie PRL-u, gdy pracownicy akademiccy cierpieli takie same niedostatki lokalowe jak reszta społeczeństwa i pełno było wśród nich inteligentów w pierwszym pokoleniu. Czy niedoinwestowane, izolowane od kontaktów z nauką światową, zarządzane przez partyjnych nominatów uniwersytety były lepsze od dzisiejszych? Śmiem wątpić.

Autorzy „Paktu dla Nauki” na szczęście nie bawią się w ryzykowne porównania, tylko starają się przedstawić konkretne rozwiązania mające służyć rozwojowi polskich uniwersytetów. Na prawie 90 stronach tekstu dokonują obszernej diagnozy sytuacji w 12 wyodrębnionych obszarach tematycznych. W każdym z nich przedstawiono bariery do pokonania i proponowane zmiany. Niektóre z rozdziałów są dość ogólnikowe (np. Administracja), niektóre przedstawione pomysły – bardzo kontrowersyjne (np. zniesienie profesury tytularnej, tzw. belwederskiej), ale w dokumencie znaleźć można dziesiątki postulatów bardzo cennych i trafnych. Zupełnie subiektywnie wybrałem trzy, które uważam za szczególnie ważne.

Ścieżki kariery, czyli skończmy z fikcją

Jedną z bolączek dzisiejszego systemu jest ustawowe utrzymywanie jednego modelu kariery naukowej bez względu na specyfikę potrzeb danej uczelni i predyspozycji pracowników. Większość osób zatrudniona została po doktoracie na etatach naukowo-dydaktycznych i jest zobowiązana do zrobienia habilitacji (w 8 lat) pod groźbą wyrzucenia z pracy. Autorzy „Paktu dla Nauki” proponują, aby stworzyć trzy różne ścieżki kariery, w zależności od preferencji danego pracownika oraz potrzeb pracodawcy:

  • ścieżka dydaktyczna, przeznaczona dla wybitnych dydaktyków, praktyków zawodu i popularyzatorów nauki;
  • ścieżka naukowa, zbliżona do dzisiejszego stanowiska pracownika naukowo-dydaktycznego, z tym że przy założeniu zmniejszenia pensum dydaktycznego;
  • ścieżka wynalazczo-wdrożeniowa, polegająca głównie na badaniach aplikacyjnych i wdrożeniach wyników tych badań do gospodarki.

Spośród wielu zalet tego rozwiązania (m.in. zwiększenia znaczenia pracy dydaktycznej, która dziś jest traktowana jako piąte koło u wozu) chciałbym zwrócić uwagę na jeden aspekt: urealnienie systemu zatrudnienia dostosowujące go do rzeczywistości. Już dzisiaj pracownicy akademiccy pełnią różne funkcje na uczelni i naprawdę nie wszyscy intensywnie pracują naukowo. Dowodzą tego badania profesora Marka Kwieka, które pokazują, że 43 proc. polskich pełnoetatowych pracowników naukowych w zasadzie nic nie publikuje. Zróżnicowanie ścieżek kariery, z zapewnieniem dużej elastyczności w definiowaniu zadań przypisanych do danego stanowiska, jest więc koniecznością i będzie sprzyjać likwidacji wielu akademickich patologii. Zniknie na przykład pozorowanie pracy naukowej przez tych, którzy poświęcają się dydaktyce albo pracy organizacyjnej, ale muszą co jakiś czas „popełnić jakiś artykuł”, żeby zdobyć wystarczającą liczbę punktów do oceny okresowej. Ileż ja takich wymuszonych artykułów czytałem – niskonakładowe, pokonferencyjne wydawnictwa zbiorowe są ich pełne.

Propozycja trzech ścieżek kariery szybko powinna się stać podstawą do dyskusji nad zwiększeniem zakresu swobody uczelni w kształtowaniu polityki kadrowej. Mam nadzieję, że jej efektem będzie nawet dalej idąca deregulacja, która umożliwi wydziałom samodzielne określanie pożądanych ścieżek kariery zatrudnianych pracowników i rozliczanie ich z realizacji powierzonych im obowiązków.

Otwarty dostęp do wyników badań, czyli obywatel płaci trzy razy

W Polsce środki na badania naukowe pochodzą głównie z kieszeni podatników. Jest więc absurdem, że obywatele finansujący badania nie mają wolnego dostępu do ich efektów. Jeśli chcą się z nimi zapoznać, to muszą zapłacić ponownie, kupując publikację. Jest to zrozumiałe, jeśli koszty wydania książki pokrywa wydawca komercyjny, któremu muszą się one zwrócić. Tylko że w dzisiejszych czasach wiele publikacji naukowych wydawanych jest wyłącznie dzięki finansowaniu z budżetu państwa. A więc w efekcie obywatel koszt ponosi nawet trzy razy: dając naukowcowi pieniądze na przeprowadzenie badań, finansując ich opublikowanie, a następnie płacąc za dostęp do publikacji.

Obywatele Nauki proponują wprowadzenie obowiązku deponowania prac naukowych powstałych w wyniku badań finansowanych ze środków publicznych w darmowych repozytoriach internetowych już dziś działających przy polskich uczelniach. W określonych przypadkach może to nastąpić z pewnym opóźnieniem w stosunku do wydania płatnej wersji publikacji (postuluje się maksymalnie 12 miesięcy takiego „embarga”).

Przyznaję, że jestem wielkim zwolennikiem takiego rozwiązania. Uważam wręcz, że w wypadku projektów naukowych finansowanych ze środków publicznych umieszczanie wyników badań w otwartym dostępie do publikacji powinno być obligatoryjne. Jest to zresztą korzystne nie tylko dla ogółu społeczeństwa, lecz także dla samych naukowców, bo oznacza zwiększenie widoczności prac oraz ich cytowalności. Sam od jakiegoś czasu staram się publikować w otwartym dostępie, mam za sobą wiele trudnych rozmów z wydawnictwami i… głębokie przekonanie, że warto walczyć, tym bardziej że wielu tekstów naukowych nikt nie czyta i nakazem chwili staje się dla autorów szukanie sposobów dotarcia do potencjalnych czytelników. Aż trudno w to uwierzyć, ale szacuje się, że tekst naukowy jest czytany średnio przez 10 osób. Średnio, czyli że wiele tekstów nie jest czytana przez nikogo. Szczególnie źle jest w humanistyce. Ponad 80 proc. tekstów publikowanych przez humanistów nigdy przez nikogo nie zostanie zacytowana. Giną w tłoku 1,5 mln recenzowanych artykułów naukowych, które są publikowane każdego roku.

System oceny kadr, czyli koniec gwarancji zatrudnienia

Praca na uniwersytecie może i jest słabo płatna, ale za to bardzo bezpieczna. Pracownika zatrudnionego na umowę na czas nieokreślony trudno z uczelni usunąć. W szczególności dotyczy to osób po habilitacji oraz… pracowników administracyjnych. Pakt dla Nauki jest pierwszym znanym mi dokumentem, który zwraca uwagę na ten fakt. O ile jeszcze naukowcy są od niedawna okresowo oceniani (o ułomnościach tego systemu można by pisać wiele, ale całe szczęście, że w ogóle jest o czym), to pracownicy administracyjni w zasadzie nie podlegają systemowej ocenie. Dlatego też wciąż na wielu uczelniach system działania administracji, obsługi studentów i organizacji badań woła o pomstę do nieba, a słynna scena z komedii „Chłopaki nie płaczą” („taka pobłażliwość wobec studentów jest niedopuszczalna. Gotowi sobie pomyśleć, że my tu jesteśmy dla nich”) jest nieśmieszną codziennością wielu dziekanatów. Słusznie więc autorzy proponują, aby: „wprowadzić system oceny kadr, którego elementem – oprócz kryteriów merytorycznych – powinny być także opinie pracowników naukowych i studentów. System ocen powinien działać motywująco na pracowników, ale jednocześnie stanowić mechanizm selekcji kadr poprzez usuwanie pracowników niespełniających wymaganych standardów”. To mogłoby nie tylko poprawić jakość działania uniwersytetów, lecz także zdjąć z pracowników naukowych część obowiązków administracyjnych, które dziś muszą wykonywać, bo „sekretarka w katedrze nie zna angielskiego albo nie umie rozliczyć grantu”.

Pomysł, żeby okresowo oceniać pracowników uczelni, nie jest oczywiście nowy. Nie są nowe także spory na ten temat. Część krytyków nazywa ten pomysł „dyktatem rynku”, etykietuje mianem „neoliberalizmu”, a jego obrońców nawołuje, by nie dostarczali amunicji „zwolennikom uczelnianej merytokracji”. Obywatele Nauki, co w całej rozciągłości popieram, są jednak takim amunicyjnym uczelnianej merytokracji rozumianej jako metoda budowania organizacji na podstawie kompetencji, a nie znajomości czy zasiedzenia. Zauważmy, że warunkiem efektywnego funkcjonowania każdej organizacji jest właściwa selekcja pracowników oparta na kryteriach merytorycznych. Jeśli jej zabraknie, to organizacja ulega degeneracji, co obserwujemy przecież na wielu wydziałach.

Dla mnie najważniejszym argumentem w tej dyskusji jest to, że brak merytorycznej selekcji tworzy system niesprawiedliwy przede wszystkim z punktu widzenia młodych, zdolnych naukowców napotykających zamknięte drzwi do Akademii, których nie mogą otworzyć ani swoimi pomysłami badawczymi, ani dorobkiem publikacyjnym. Ich miejsca okupują „wieczni adiunkci” z umowami na czas nieokreślony, których rację bytu na uczelni określa napisany przed laty doktorat (może nawet i dobry). Niekoniecznie są to zaraz „nieudacznicy” – daleki byłbym od takich sformułowań – to po prostu osoby, które muszą odejść, żeby zwolnić miejsce młodszym, może bardziej utalentowanym. Kto chce, może to nazywać „bezdusznym neoliberalizmem”, ja to nazywam sprawiedliwością.

Co dalej?

Pakt dla nauki jest zdrowym odruchem obronnym tej grupy pracowników akademickich, która naprawdę troszczy się o dobro i jakość polskich uczelni. Propozycje Obywateli Nauki zostały przekazane władzom, od których teraz należy oczekiwać starannej analizy i konkretnych odpowiedzi na zgłoszone postulaty. Zbliżający się okres kampanii wyborczej do parlamentu będzie temu, mam nadzieję, sprzyjał.

Nie mam jednak złudzeń, że niektóre propozycje zawarte w Pakcie dla nauki wywołają negatywne reakcje wielu osób. Autorzy dość dyplomatycznie sformułowali „10 najważniejszych postulatów” w taki sposób, by nie budziły one większych kontrowersji. Gdy się jednak wczytać w szczegóły, to widać wyraźnie, że jest to plan rewolucji głęboko zmieniającej obecny system. Brawo dla autorów – za odwagę i poświęcony czas. Oby nie zabrakło im determinacji w walce o realizację postulatów, bo znajdą się siły, które z pewnością zrobią wiele, by zatrzymać zmiany albo skierować je w zgoła odmienną stronę. Beneficjentów obecnego systemu jest naprawdę wielu.

Czytaj również
O autorze
*
TomaszKamiński
Adiunkt na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politologicznych Uniwersytetu Łódzkiego, stały współpracownik „Liberté!”
@ kaminskitomas