W przestrzeni pomiędzy bohaterem a złoczyńcą

Drukuj

8/10
Recenzowanie filmu Agnieszki Holland jest wyjątkowo trudne, ponieważ został on natychmiast postawiony na piedestale polskiej kinematografii. Wszystkie późniejsze wydarzenia – pozytywne przyjęcie filmu przez krytykę i nominacja do Oscara – spowodowały, że W ciemności na pewno z tego piedestału nie spadnie.

http://www.flickr.com/photos/polandmfa/6750157185/sizes/m/in/photostream/
by PolandMFA

    I słusznie. Film jest zrealizowany bardzo sprawnie. Sposób opowiedzenia historii Leopolda Sochy, który wybrała Agnieszka Holland, jest do tego stopnia klasyczny, że nie powinien nikogo razić. Dlatego skupić chciałbym się na trzech – moim zdaniem – najważniejszych aspektach filmu. Przede wszystkim istotna jest sama tematyka poruszana przez Holland – premiera spowodowała rozpoczęcie bardzo interesującego dyskursu (głos zabrali m.in. Daniel Passent i Paweł Śpiewak) w polskiej publicystyce na temat tego, w jaki sposób – i czy w ogóle – opowiadać o Holocauście.
Wydaje się, że Agnieszka Holland odpowiada na to pytanie już poprzez sam wybór tematyki, historię Leopolda Sochy opiera bowiem na autobiograficznej książce Krystyny Chiger, jednej z ocalonych przez niego Żydówek. Właśnie w ten sposób film opowiada o wojnie: autobiograficznie i realistycznie. Stąd także biorą się wszelkie dobrane przez Holland środki, także te, które wśród widzów wzbudzają najwięcej kontrowersji, jak chociażby kilka odważnych scen erotycznych.
Po drugie – zdecydowanie najbardziej interesująca w filmie jest postać Leopolda Sochy, zarówno pod względem biograficznym, jak i aktorskim. Biograficznym, ponieważ jest to sylwetka bardzo nietypowa dla kina, które opowiada o Holocauście. Socha nie pasuje bowiem do czarno-białego świata II wojny światowej; co więcej – nie pasuje do czarno-białego świata totalitaryzmów, który zazwyczaj kreśli się w bajkowym podziale na złoczyńców i bohaterów.
Moralność Leopolda Sochy jest inna od tej, do jakiej przywykliśmy, czytając dwudziestowieczną literaturę. Nie jest to bowiem bohater, za którego dobrymi uczynkami stoją głębokie przemyślenia natury egzystencjalnej. Sumienie Sochy „powstaje” na naszych oczach; przy czym godne uwagi, że jego moralność ma zdecydowanie ludową proweniencję. Agnieszka Holland przypomina rzecz oczywistą, o której nie zawsze pamiętamy: oś podziału na ludzi wykształconych i niewykształconych w obliczu dylematów życia i śmierci nie ma istotnego znaczenia.
Właśnie z tym związana jest, moim zdaniem, największa wada i zaleta filmu. Zaleta – ponieważ wielkie brawa należą się Agnieszce Holland za odważny wybór ekranizowanej historii oraz obsadzenie w głównej roli Roberta Więckiewicza (napisano o niej już wystarczająco dużo); wada –  gdyż ze wspomnień Krystyny Chiger wynika, że prawdziwy Leopold Socha był jednak inny niż ten, którego poznajemy w filmie. W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” mówi ona: „Był lwowskim batiarem, łobuzem. Bił, napadał na sklepy, a nawet na bank, kilka razy siedział w więzieniu. Może zmusiły go do tego warunki. A może lubił takie życie. Nikogo nie zabił. Na szczęście. […] Socha zostawał godzinami, spędzał z nami swoje urodziny czy imieniny, przynosił butelkę wódki, dorośli pili. Opowiadał nam o sobie, przyznał się nawet do okradzenia sklepu, który był własnością naszej rodziny. Śmialiśmy się z tego: człowiek, który nas okradł, wziął na siebie taką odpowiedzialność, dla nas ryzykował własne życie i życie swoich bliskich.”.
Takiego Sochy właściwie nie znamy. Jego kryminalna przeszłość jest wspominania w filmie jedynie na marginesie, ukradkiem. Zabrakło oczywiście sceny, o której opowiada Krystyna Chiger. Być może Agnieszka Holland nie chciała aż tak pastwić się nad biografią głównego bohatera, być może uważała, że aż takie podkreślenie kryminalnej przeszłości spowoduje, że jego przemiana będzie zbyt naiwna i – w złym tego słowa znaczeniu – hollywoodzka. Szkoda jednak, że tego w filmie zabrakło, ponieważ, skoro taki był prawdziwy Leopold Socha, to jego historia mogłaby być jeszcze bardziej (chociaż wydaje się to niemożliwe) poruszająca.
Ostatnim aspektem filmu, na który zwróciłem szczególną uwagę, są fenomenalne dialogi. Agnieszka Holland zdecydowała się na to, żeby każdy naród mówił w filmie w swoim własnym języku, co powoduje, że słyszymy niemiecki przeplatany z polskim, a polski wymieszany z bałakiem lwowskich baciarów. Poza pięknem językowym samych dialogów, napisanych w bardzo dynamiczny i sprawny sposób, istotne jest także to, że dzięki temu lepiej poznajemy realia II wojny światowej oraz ówczesnej Polski. Godne uwagi, że czasami nie rozumiemy tego, co mówi do nas filmowy Leopold Socha (większość dialogów wypowiadanych we lwowskim bałaku jest tłumaczona), mimo że jest naszym rodakiem. Uświadamiamy sobie, że podczas Holocaustu niemiecki było słychać nie tylko wśród hitlerowskich oprawców, ale także wśród zabijanych niemieckich Żydów.
Filmu Angieszki Holland nie można polecić. Zyskał już taką pozycję, że z pewnością, prędzej czy później, obejrzy go każdy.

Czytaj również
O autorze
*
JanRadomski
publicysta, bloger, od 2010 r. związany z redakcją „Liberté!”, członek zarządu stowarzyszenia Projekt: Polska