Wolność słowa vs Poprawność polityczna

Drukuj

Poprawność polityczna kneblująca wolność słowa, która winna być wartością cenioną i ponad wszystko chronioną, to nasz europejski problem. Problem, przed którym przychodzi dziś stanąć europejskim liderom wobec masowego napływu na stary kontynent muzułmańskich imigrantów.

Syndrom sztokholmski

Zgwałcony przed kilkoma laty Norweg, lewicowy polityk Karsten Nordal Hauken, padł ofiarą brutalnej napaści seksualnej ze strony somalijskiego imigranta. Przestępca został schwytany, osądzony i umieszczony w zakładzie karnym. O całej historii z pewnością nie byłoby tak głośno, gdyby nie oficjalne stanowisko Haukena w tej sprawie, które polityk opublikował w otwartym liście. „Jestem heteroseksualnym mężczyzną, który został zgwałcony przez somalijskiego uchodźcę. Moje życie się załamało, teraz czuję się winny, że zostanie on wydalony z kraju” – napisał. Norweg przez widmo deportacji ciążące na jego oprawcy popadł w depresję, zaczął pić i palić haszysz. Teraz otwarcie apeluje o to, by somalijski przestępca mógł pozostać w Norwegii. „Dowiedziałem się, że kultura, w której wyrósł gwałciciel, jest zupełnie inna od naszej. W jego kulturze molestowanie seksualne jest kwestią władzy, a mniej popędu. I nie jest postrzegane jako akt homoseksualny(…).Widzę go głównie jako wytwór niesprawiedliwego świata. Wytwór wychowania naznaczonego wojną i ubóstwem”.

U norweskiego lewicowego działacza uaktywnił się psychiczny stan umysłu potocznie określany mianem syndromu sztokholmskiego. Hauken solidaryzuje się ze swoim oprawcą, tłumaczy motywy jego działań, ba – ma poczucie winy, że to przez niego gwałciciela czeka deportacja. Postawa Norwega w skali mikro zdaje się wiernie obrazować postawę Europy w kwestii ludzi o innych niż europejskie wartościach, którzy masowo do niej przybywają – Europejczycy samych siebie autocenzurują, wypierają realne problemy związane z asymilacją ludności muzułmańskiej i brutalnie ukrócają dyskusję o tym zagadnieniu.

Przykłady tłumaczeń i relatywizacji aktów przemocy dokonywanych przez muzułmańskich imigrantów można mnożyć. W podobnym tonie konteksty społeczno-kulturowe kreśliła feministka i publicystka „Krytyki Politycznej” Kinga Dunin.  Autorka w swoim felietonie pt. „Zgwałcony rok miłosierdzia” tak tłumaczyła serię napaści o charakterze seksualnym i rabunkowym, którego dopuścili się imigranci na kilkuset niemieckich kobietach w Kolonii, Hamburgu i Stuttgarcie: „Wyobraźmy sobie pół miliona Polaków, bez pracy, niepewnych jutra, w obozach, koczujących na dworcach. A obok święta na bogato – bombki, trąbki, mikołaje…(…). Niestety, panowie, tam, gdzie jest dużo wyrwanych z naturalnego środowiska, sfrustrowanych mężczyzn, takie rzeczy mogą się zdarzyć”.

Dalej Kinga Dunin, zazwyczaj trzymająca stronę słabszych i pokrzywdzonych, szczególnie jeśli są to kobiety, konkluduje: „Natomiast etyka, np. świecka, ale też chrześcijańska, a nawet jej katolicka odmiana, mówi nam, że wszyscy jesteśmy ludźmi, że bliźniego należy kochać, nawet jeśli nie kochamy jego uczynków, że potrzebującym trzeba pomagać. I nikt nie obiecywał, że nie wiąże się to z żadnymi kosztami”.

Kinga Dunin nie usprawiedliwia tymi słowami migrantów, którzy napadali, napastowali i okradali kobiety. Takie postawienie sprawy byłoby dla autorki krzywdzące. Niestety Dunin robi coś niewiele lepszego – relatywizuje problematykę i rozmywa temat w taki sposób, że już nie bardzo wiadomo, czy gdzie drwa rąbią, tam wióry muszą lecieć. I czy sprawcom przemocy w tym wypadku nie należałoby na równi współczuć z ich ofiarami, biorąc pod uwagę kontekst ich wędrówki. Ponadto sugerowanie, że w podobny sposób mogliby zachowywać się Polacy czy inni Europejczycy, jest nie na miejscu.

Sprawcami zbiorowych napaści na kobiety motywowanych podtekstami seksualnymi nie byli kibole czy faszyści, chętnie porównywani przez lewicę z muzułmańskimi napastnikami w Kolonii i innych niemieckich miastach. Takie zachowanie ma konkretną nazwę – taharrush gamea i jest rytuałem praktykowanym przez arabskich mężczyzn. Jak podawał niemiecki Die Welt: „Polega on na znęcaniu się grupy mężczyzn nad ofiarą. Jest nią zawsze kobieta z kraju Zachodu albo miejscowa kobieta ubierająca się na zachodni sposób. To praktyka nagminna w krajach arabskich, w których kobiety bywają tak traktowane na ulicach”.

Z słów publicystki „Krytyki Politycznej” można wysnuć natomiast wniosek, że napastowane, napadnięte przez imigrantów i okradzione kobiety są kosztami, które cywilizacja europejska musi ponieść w imię miłości i etyki – świeckiej czy chrześcijańskiej.

Polityka kneblowania ust 

O ile z argumentacją Karstena Nordala Haukena i Kingi Dunin można się nie zgadzać, można zarzucać tej argumentacji odwracanie pojęć i pokrętną logikę, to jednak istnieje tu pole do nawiązania dialogu. Argumenty można zbijać lub częściowo przyjmować, można prowadzić rozmowę i wymianę myśli. Co jednak gdy dialog jest niemożliwy, bo na przedmiot dyskusji spada zasłona milczenia?

Czynienie dialogu i publicznej debaty niemożliwymi do zrealizowania było i bywa strategią niektórych państw, ośrodków władzy czy mediów.  Jeśli chodzi o problematykę napływu do Europy imigrantów z Afryki i Bliskiego Wschodu, przodowały w tym Niemcy. Bulwersującym niemieckie społeczeństwo zdarzeniem było zatajenie przez dziennikarzy na kilka dni informacji o atakach na kobiety, których w sylwestrową noc dopuścili się muzułmańscy imigranci. Były minister spraw wewnętrznych Hans Peter Friedrich stwierdził, że Niemcy borykają się z „kartelem milczenia”.

Podobne zdarzenia miały miejsce w Szwecji. W Sztokholmie podczas młodzieżowego festiwalu „We are Sthlm” zdarzyły się przypadki molestowania seksualnego młodych kobiet przez imigrantów. Ich ofiarami padły między innymi 11 i 12-letnie dziewczynki, łącznie pokrzywdzonych było około 150 kobiet. Oficjalny komunikat szwedzkiej policji mówił jednak coś zupełnie przeciwnego: na festiwalu było bardzo spokojnie. Dziennikarze dziennika Dagens Nyheter dowiedzieli się, że sprawa była umyślnie tuszowana przez policjantów ze względu na naciski szwedzkich polityków, którzy nie chcą, by psuto wizerunek uchodźców.

Z kolei po zamachach w Brukseli holenderscy funkcjonariusze chcieli zamknąć usta Ivarowi Molowi, nauczycielowi, który pytał na Twitterze jak ma prowadzić lekcje, gdy muzułmańskie dzieci klaszczą i wiwatują na wieść o zamachach w Belgii. Policjanci mieli odwiedzić nauczyciela niedługo po tym i upomnieć, by więcej takich wpisów nie publikował.

Celem takiego działania jest obrona idei tolerancji wobec muzułmańskich imigrantów. Tuszowanie pewnych niewygodnych faktów dotyczących, przynajmniej częściowo, nieudanej integracji z odmienną od zachodniej kulturą, zostaje złożone na ołtarzu tej idei. Całość poczynań zmierzających w tym kierunku jest chętnie określana mianem działań w imię poprawności politycznej.

I co z tym fantem zrobić?

Entuzjaści rozlokowania na terenie Unii Europejskiej imigrantów z Afryki i Bliskiego Wschodu zazwyczaj popierają zmiany, jakie zaszły i zachodzą na starym kontynencie od lat. Europejczycy stali się (i stają) bardziej tolerancyjni, laiccy i obywatelscy. Znaczna część ustawodawstw chroni mniejszości seksualne przed mową nienawiści, konwencje antyprzemocowe pomagają walczyć z agresją wobec kobiet i dzieci, czynione są starania zapobiegające wykluczeniu społecznemu, prawo staje się bardziej wrażliwe na los zwierząt etc.

Wobec wyżej wymienionych i zachodzących zmian zazwyczaj protestują konserwatyści, niemal zawsze środowiska narodowe i ksenofobiczne. Wielu entuzjastów idei lewicowych i liberalnych zdaje się nie dostrzegać tego, że przyjmując masowo do Europy muzułmanów, kręci sobie bat na własne widzenie świata, a prawicowi radykałowie zyskują sojusznika w walce z zachodnimi ideami.

Były przewodniczący Komisji ds. Równości i Praw Człowieka, Trevor Phillip, przytacza dane z przeprowadzonej dla Channel 4 ankiety. Wynika z niej między innymi, że 23% brytyjskich muzułmanów chce usankcjonowania prawa szariatu na Wyspach Brytyjskich, 52% chce delegalizacji związków homoseksualnych a 39% jest zdania, że żona powinna być zawsze posłuszna swojemu mężowi.

Co ciekawe, przeciw temu protestuje prawica i narodowcy, którym w gruncie rzeczy jest bliżej do kultury arabskiej z jej radykalizmem, niż liberałom i lewicy, która walczy o równouprawnienie i prawa gejów.

W Europie dochodzi do kuriozalnych przypadków zawężania debaty publicznej, która na początku masowego napływu imigrantów ograniczała się li tylko do haseł mówiących o kulturowym ubogaceniu, pomaganiu słabszym i kryzysie demograficznym, w rozwiązaniu którego niezbędni są imigranci z Bliskiego Wschodu. Jaskrawym tego przykładem jest polityka Angeli Merkel, która we wrześniu ubiegłego roku wezwała przedstawicieli Facebooka do cenzurowania wpisów użytkowników serwisu, między innymi ze względu na negatywne komentarze dotyczące polityki pro-imigracyjnej.

Wieść z ostatnich dni niesie, że Komisja Europejska wciąż optuje za przymusową relokacją uchodźców. Jak ustalili dziennikarze Informacyjnej Agencji Radiowej, może to oznaczać, że do Polski trafi nawet ok. 150 tys. migrantów z Bliskiego Wschodu. Przedstawiciele Komisji Europejskiej zdają się nie dostrzegać faktu, że w wielu krajach UE jej obywatele są takim rozwiązaniom przeciwni.

Zamiast cenzurować internet, pozostawmy ludziom pełną wolność wypowiadania swoich myśli, zarówno w świecie wirtualnym, jak i realnym. Zamiast przemilczać niewygodne fakty, mówmy o nich z otwartą przyłbicą. Zamiast zakrzykiwać adwersarzy i rozmydlać znaczenie pojęć, wsłuchajmy się we wszystkie głosy i zobaczmy jak wygląda całe spektrum sprawy. Wolność słowa jest zbyt cenną wartością, by kneblować jej usta w imię politycznej poprawności będącej na usługach nawet najbardziej szlachetnej idei multikulturalizmu.

Czytaj również
O autorze
*
PrzemysławStaciwa
Dziennikarz, recenzent kulturalny, muzyk, bloger.
@ PrzemekStaciwa