Wreszcie pękł wrzód… – refleksja wokół filmu Sekielskiego :)

Co mnie zabolało w filmie Sekielskiego?

Zabolała mnie scena z księdzem Cybulą chodzącym o lasce, który w tak podeszłym wieku nie ma w sobie żadnej skruchy i mówi do swojej ofiary: “przecież ci się podobało, nie musiałem cię związywać”, i że całe molestowanie było czymś w rodzaju dowcipu, przy współudziale ofiary. Jest również święcie przekonany o tym, że nie było grzechu, bo nie było wytrysku.
Zabolał mnie ten popłoch na plebanii, kiedy ekipa dokumentalisty pyta o ks. Dariusza Olejniczaka, te krzyki proboszcza: „Jesteście hieny”. A przecież skazany za pedofilię Dariusz Olejniczak mimo zakazu kontaktu z nieletnimi, prowadził rekolekcje z udziałem dzieci i mówił do nich niewyobrażalne rzeczy „Kim chcielibyście zostać? Na pewno nie księdzem. Bo nas nie lubią, niektórzy to nawet chcieliby nas rozstrzelać”. Potrzeba było filmu Sekielskiego, aby taki człowiek przestał być wreszcie księdzem?
Zabolała mnie podobna scena, w której ksiądz – były pracownik Służby Więziennej broni oddanego pod jego opiekę innego skazanego księdza, mówiąc, że przecież odprawia mszę w jego prywatnej kaplicy, że wszyscy go tu znają, że wszyscy wiedzą co zrobił, że na mszę przychodzą tylko znajomi i pyta: “A wam nie szkoda całej niedzieli, żeby ścigać księdza?”
Zabolały mnie słowa mecenasa Artura Nowaka z fundacji Nie Lękajcie Się: „Nie spotkałem się z przypadkiem, aby taka osoba (ofiara) była poważnie potraktowana, aby zapytano jej czy potrzebuje jakiejś pomocy”.
Zabolała mnie historia Marka Milewczyka. Jego konfrontacja z ks. Andrzejem Srebrzyńskim, wizyta w Mszana, gdzie ksiądz ten przebywał prawie dwadzieścia lat i gdzie popełnił samobójstwo jeden z jego ministrantów. Zabolała mnie rozmowa pomiędzy ofiarą i oprawcą, w której ten, po latach, odpowiada jej butnie i bezkarnie: „przemyj uszy”.
Co mnie zabolało w filmie Sekielskieg? Bezkarność, pycha, obłuda, lekceważenie, prostactwo, buta, pogarda dla ofiar, którą pokazali przed kamerami członkowie polskiego Kościoła. Wszystko mnie zabolało w tym filmie, bo ten film boli. Musi boleć…

Wrzód nie pęka od razu

Marka Milewczyka poznałam w Łodzi, na spotkaniu „O problemie pedofilii w Kościele katolickim w Polsce i na świecie”, które wraz z Ekke Overbeekiem i fundacją Nie Lękajcie Się, ze wsparciem Leszka Jażdżewskiego oraz innych osób z redakcji zorganizowaliśmy w siedzibie Liberté. Było to praktycznie pierwsze publiczne wystąpienie polskich ofiar. Marek Milewczyk powiedział mi wtedy: „Nie mogę się przywitać, bo ze strachu spociły mi się ręce”. „Nie martw się. Damy radę” – Ekke Overbeek poklepał go po ramieniu.
Z Ekkiem spotkaliśmy się pół roku wcześniej na debacie wokół naszych książek wydanych przez Czarną Owcę – „Lękajcie się. Ofiary pedofilii w polskim Kościele mówią” – Overbeeka i mojej – „Głosy spoza chóru. Rozmowy o Kościele, papieżach, homoseksualizmie, pedofilii i skandalach”, zorganizowanej z okazji Dni Świeckości w Krakowie pod tytułem „Kościół wątpliwy moralnie”. W obu przypadkach – jak to zwyczajowo bywa – wysłaliśmy komunikaty prasowe do wszystkich mediów i zaprosiliśmy dziennikarzy: „Jak to jest w Polsce z tym molestowaniem seksualnym przez księży?” – to pytanie zadaje sobie wiele osób. Śledząc doniesienia prasy, można odnieść wrażenie, że problem pedofilii klerykalnej dotyczy wielu krajów, ale nie Polski. Jak dotąd ojczyzna papieża Jana Pawła II wydawała się być krajem nieskazitelnym, tym lepszym miejscem, w którym pedofilia wśród duchownych nie miała miejsca. Czy tak jest naprawdę? Czy jesteśmy zieloną wyspą moralności, czy może raczej białą plamą na mapie wstydu, gdzie nie brakuje przemilczanych i skrzętnie ukrywanych ludzkich tragedii?”. Nikt nie przyszedł i nikt nie napisał słowa, bo sprawy nie było.

W grudniu 2014 r., zorganizowałam konferencję prasową fundacji Nie Lękajcie Się w Rzymie, w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Zagranicznych. Marek Lisiński spotkał się wtedy z dziennikarzami z międzynarodowych mediów i opowiedział o historiach polskich ofiar. Brał w niej udział również bardzo znany włoski adwokat Nino Marazzita, niosący od lat pomoc ofiarom pedofilii. Pomysł na założenie polskiej organizacji „ocalonych” przyszedł Lisińskiemu i Milewczykowi po uczestnictwie w Światowej Konferencji SNAP (Survivors Network of those Abused by Priests – Międzynarodowa Sieć Ofiar Molestowania przez Księży), w Irlandii w 2013 r. Łączył ich ważny cel: chęć uwolnienia się od lęku przed sprawcami i przed opinią publiczną, bo to ni oni skrzywdzili, lecz zostali skrzywdzeni.

Z członkami Survivor’s Voice (Głos Ocalonych) spotkałam się w 2010 r., podczas pierwszego międzynarodowego protestu ofiar przed Watykanem. Wtedy to, po raz pierwszy wiele ofiar z całego świata spotkało się, rozmawiało ze sobą i zaczęło działać. Poznałam założyciela Głosu Ocalonych – Bernie MacDaida (pierwszą ofiarę nadużyć seksualnych w diecezji w Bostonie, z którą spotkał się papież Benedykt XVI), Sue Cox z Wielkiej Brytanii, Francesco Zanardiego z Włoch, a także Stowarzyszenie Niesłyszących “Antonio Provolo”, którego upośledzeni członkowie byli ofiarami straszliwych gwałtów w Weronie. Wszyscy opowiedzieli mi swoje wstrząsające historie w “Głosach spoza chóru”. Od 2010 r., przez kilka lat zajmowałam się problem nadużyć seksualnych w Kościele. Wraz z wieloma dziennikarzami z całego świata (wśród nich znani i cenieni watykaniści), śledziliśmy rozwój wypadków w Watykanie, protesty ofiar, wybuch skandali w różnych krajach świata, reakcje Stolicy Apostolskiej, która musiała w końcu zająć się problemem i spróbować go rozwiązać po wielu latach milczenia i ukrywania faktów.

Stowarzyszenie Niesłyszących “Antonio Provolo” zaprosiło mnie na swoją manifestację do Werony w 2012 r.. Widzieć tych głuchoniemych staruszków, którzy przez dziesięciolecia walczyli o swoje prawa i znać ich przerażające historie, było dla mnie ciężkim doświadczeniem. Był ze mną wtedy Maurizio Turco z Partii Radykalnej.
Kiedy zajęłam się sprawą Wesołowskiego i pojechałam na Santo Domingo, dziennikarka Nuria Piera, która ujawniła pedofilską aferę, powiedziała mi: “Przed panią było już trzech polskich dziennikarzy i każdy próbował udowodnić, że kłamię. Pani jedyna stawia rzetelnie pytania”. Niestety nikt w Polsce nie chciał kupić ode mnie tego reportażu. Pamiętam przy tej okazji rozmowę z pewną polską dziennikarką: „Gdyby to była prawda ja bym go wykastrowała”, ale sprawą Wesołowskiego się nie zajęła.

Z Markiem Lisińskim spotkaliśmy się ponownie w Rzymie, w październiku ub.r., na konferencji ECA (Ending Clergy Abuse), w której uczestniczyło już 15 stowarzyszeń ofiar nadużyć seksualnych z różnych krajów. Potem odbył się ich protest pod Watykanem. Jak zwykle był Maurizio Turco i kilku innych znajomych dziennikarzy z różnych stron świata. Marek miał wtedy smutną minę. „Tyle lat starań o to, aby prawda wyszła na jaw i nic się nie dzieje. Nie można przebić muru” – pomyślałam. Nikt nie spodziewał się, że zaledwie cztery miesiące później, w lutym b.r., Lisiński będzie pierwszą polską ofiarą, z którą spotka się papież Franciszek. Papież ucałował jego dłoń i był to piękny, symboliczny gest w stosunku do wszystkich polskich ofiar.

Film Tomasza Sekielskiego doprowadził do pęknięcia wrzodu, ale wrzód nie pęka od razu. Zanim do tego dojdzie, procesy zapalne toczą się w środku przez dłuży czas. Od 2013 roku członkowie fundacji Nie Lękajcie Się wykonali olbrzymią pracę oraz wykazali się niezwykłą odwagą i uporem w dochodzeniu prawa do godności polskich ofiar.

To sprawa nie tylko Kościoła, ale i społeczeństwa

„Robiąc ten film dokładnie widzicie jakie są opory ludzi z danej wsi, środowiska, miasteczka. To nie jest tak, że to jest jakiś dziwny fenomen związany z Watykanem, z Janem Pawłem II. Jest to po prostu pewnym zjawiskiem, że nie wierzy się, że wujek może być pedofilem… No jak to? Taki przyjemny wujek, zawsze przynosił słodycze!” – mówi w filmie Sekielskiego profesor Stanisław Obirek.

Ostatnia scena „Tylko nie mów nikomu” jest niezwykle wymowna. Dwóch bohaterów – Marek Milewczyk i mec. Artur Nowak jadą do Krakowa by spróbować spotkać się z kard. Dziwiszem. Czekają na niego, dzwoniąc kilkakrotnie do drzwi siedziby Metropolity Krakowskiego, jednak nikt nie odpowiada. W przerwie na obiad, kiedy siedzą w restauracji Nowak mówi do Milewczyka: “Wiesz chciałbym, żeby on tak po ludzku mi powiedział, patrząc prosto w oczy, czy nic nie wiedzieli co się dzieje na tym świecie, gazet nie czytali, nie przychodziły skargi do nich… czy może nie dochodziły i zostawały gdzieś po drodze. Powiem ci, że w tych polskich mediach, w normalnych mediach, to powinni stać u niego pod domem, dwadzieścia kamer… w normalnym kraju… i zadawać pytania”. Wieczorem, gdy ktoś wreszcie odpowiada, że kardynała nie ma i nie będzie, odchodzą z kwitkiem.

W sumie historia polskich ofiar i Polski nie różni się od innych krajów. Wybucha jakiś większy skandal, ale wszyscy go tuszują, bo nikt nie wierzy i nie chce wierzyć. Ofiary powoli zaczynają się ujawniać, ale trafiają na gumowy mur. Nikt nie interesuje się ich sprawami, nie są traktowani poważnie – ani przez otoczenie, ani przez Kościół, ani przez państwo. Dziennikarze unikają tematu, twierdząc, że jest mało interesujący, że nie ma dowodów. Tych, którzy sprawą się interesują oskarża się o atak na Kościół, o antyklerykalizm o działanie dla chęci zysku. Ofiar ujawnia się jednak coraz więcej. Powstaje wreszcie organizacja, która je zrzesza. Powoli przyłączają się do niej inni ludzie, prawnicy, działacze, politycy. Okazuje się, że skandali jest coraz więcej, że oprócz jednostkowych przypadków są również tzw. „przestępcy seryjni”, mający na sumieniu więcej ofiar i których przenosi się z parafii na parafię, ukrywa, często nie informując o tym, że mają zakaz pracy z dziećmi lub zostali już skazani. Działania te są tak oburzające i niebezpieczne, że powstaje w końcu mapa księży i miejsc. Wszystko zaczyna łączyć się w całość, wypływać, ujawniać, stawać tak oczywiste, że trudno temu zaprzeczać dłużej. Wtedy dzieje się coś, co wstrząsa opinią publiczną – tak jak filmy Mullana, O’Gormana, McCarthy’ego czy Sekielskiego. Oczywiście pierwszą reakcją jest: „to atak na Kościół i próba zniszczenia go”, „to tendencyjne i nieobiektywne”, „to byle co”…
Wrzód jednak pęka, ropa się wylewa i jest to dobroczynne dla całego organizmu – dla Kościoła, dla opinii publicznej, dla państwa, dla ofiar i nawet dla sprawców… Dopiero po tym, może nastąpić leczenie rany i uzdrowienie, ale to bardzo długi proces.
Jesteśmy w połowie drogi…

Tylko nie mów nikomu :)

Mówię Ci, że byłem w weekend na komunii chrześniaczki mojej najlepszej z żon i będąc w kościele zastanawiałem się, czy gdybym miał posłać swoje dzieci dziś do chrztu, komunii – czy bym to zrobił? Długo to u mnie trwało, ale już od dawna jestem pewien, że Boga nie ma. Od dziecka przeczuwałem, że Jezusa nie ma i w związku z tym jego kościoła też nie powinno być, ale trudne do wyobrażenia było dla mnie, że Boga nie ma, że wszyscy się dookoła mylą, że to życie może być dopiero takie fajne, gdy uświadomimy sobie właśnie, że jest całkowicie pozbawione sensu.

Mówię Ci, że do tej pory wkurzało mnie ruszanie tematu Kościoła w debacie publicznej. Wkurzała mnie antykościelna retoryka Roberta Biedronia, Wkurzała mnie reakcja na słowa Leszka Jażdżewskiego, gdzie media skupiły się na słowach Leszka o kościele. Ten wątek głównie wybrzmiał z jego i Donalda Tuska wystąpienia na auli Uniwersytetu Warszawskiego. Nawet świnie stały się pasterzami owieczek Pana naszego.

Mówię Ci, że uważałem do tej pory, że na tym polega właśnie prawdziwa wolność na którą tyle lat czekaliśmy, że Jerzy Zięba może działać i hipnozą powiększać piersi. Leczyć nieuleczalną schizofrenię witaminą B3. Sprzedawać wykałaczki, które odpowiednio użyte spowodują, że pięć minut i po zawale. Na takiej samej zasadzie działać kościół, który sprzedaje nam życie wieczne. Oczywiście, że Zięba, a kościół to nieuprawnione z mojej strony porównanie, ale tylko ze względu na nieporównywalną skalę. Póki nie łamiesz w oczywisty sposób prawa i jest na twoje usługi popyt to działaj jak chcesz. Droga wolna.

Mówię Ci, że wkurzało mnie, bo byłem hipokrytą, bo tak było mi łatwiej żyć. Wziąłem ślub kościelny mimo, że z kościołem już dawno nie było mi po drodze, bo nie chciałem urazić rodziny. Nie poruszałem tego tematu w swoich rozmowach, tekstach, bo tak bym stracił bliskich, przyjaciół, klakierów. Nie poruszałem, bo to mi się nie opłacało. Za wiele osób bym zranił mówiąc, pisząc jak czuję naprawdę. To był dla mnie temat tabu nawet jeśli twierdziłem inaczej.

Mówię Ci, że moja babcia mieszkała w latach osiemdziesiątych w gdańskim Wrzeszczu nad restauracją Newską i należała do parafii księdza Jankowskiego. Miałem tam kumpla na podwórku, który był jego ministrantem. Kiedyś babcia wzięła mnie na bok i powiedziała, żebym pod żadnym pozorem nie chodził bez niej na parafię. W niedzielę jednak razem z babcią tam chodziliśmy. Wszyscy wiedzieli. Nikt nie poruszał tego tematu, bo nikomu się to nie opłacało.

Mówię Ci, że podczas ostatnich wyborów parlamentarnych nocowałem dwa dni w pewnej wsi w pomorskim. Obserwowałem tam jak do parafii zwożone są materiały wyborcze najjaśniej nam obecnie panujących. Potem były rozwożone i rozwieszane przez wiernych na płotach w okolicznych wsiach. W zamian rozwieszeni kandydaci ufundują wiernym wycieczkę do Watykanu po wyborach. Tak działa na prowincji ten cichy sojusz ołtarza z tronem.

Mówię Ci, że film braci Sekielskich nie jest przede wszystkim o pedofilach i o ich ofiarach. Ten film jest o hierarchach kościelnych, którzy ten proceder kryli. Biskup Andrzej Dziuba, arcybiskup Edmund Piszcz, abp Wojciech Zięba, abp Józef Górzyński, abp Józef Kupny, Kardynał Kazimierz Nycz i wielu innych jest wprost tym filmem oskarżonych. Oni wiedzieli i nic nie zrobili z tym faktem. Oni są tak samo odpowiedzialni – za to co się stało. Pedofile są wszędzie. Jednak ujęty świecki pedofil trafia do więzienia. Zdemaskowany kościelny trafia na inną parafię.

Mówię Ci, że nawet jeżeli ci hierarchowie wymienieni z nazwiska, lub nie wymienieni znikną i zastąpią ich inni – to nic na dłuższą metę się nie zmieni. Nie zmieni się jeżeli w kościele nie zostanie zniesiony celibat, nie zostaną dopuszczone do kapłaństwa kobiety i jeżeli nie zostanie przerwany sojusz ołtarza z tronem. Państwo musi być świeckie. Ważne jest przy tym to, że nie wystarczy spełnić jeden, dwa z tych trzech warunków. Muszą być spełnione wszystkie trzy. Inaczej nic się nie zmieni, a moja noga w tym kościele już więcej nie postanie. Na żdnych chrzcinach, komunii, czy pogrzebie. Koniec zakrzywiania rzeczywistości. Koniec z tylko nie mów nikomu. Mówię Ci.

Pedofilia według Legutki :)

Spytano mnie ostatnio, skąd w 1989 roku wziął się pomysł, by pisać pracę magisterską o pedofilii. Nie miałem żadnych motywacji osobistych poza ciekawością poznawczą. Pisanie na ten temat zaproponował mi mój promotor, prof. Andrzej Jaczewski. W tamtych latach w Polsce była to prawdziwa terra incognita, nie tylko dla mnie. Pedofilia objęta była restrykcyjnym tabu społecznym i kulturowym.

Człowiek socjalistyczny był pozbawiony zboczonych popędów, co pozostawało w idealnej syntonii z koncepcją katolicką. Atoli człowiek ma naturę wielce złożoną i ułomną, i potrafi zachorować, a także niestety stracić kontrolę nad ciemną stroną własnej osobowości.

Pisanie i czytanie o pedofilii nie należy do przyjemności, lecz mimo to proponuję Państwu lekturę kilku moich refleksji, skoro dziś ten termin jest na ustach wszystkich, choć tak mało o niej wiemy. Trudno się zgodzić z panią Szydło, wynagradzaną za opiekę nad kwestiami społecznymi, która powiada, że nie chce psuć sobie przyjemności śniadania i dlatego nie ogląda krzywdy dzieci, podobnie jak nie pochylała się nad losem niepełnosprawnych, gdy protestowali w Sejmie.

Otóż, twierdzę przeciwnie, na wszystko jest pora, i na dobre śniadanie i na wniknięcie w krzywdę ludzką, niezależnie od tego, jak przykre są jej okoliczności, i jak bardzo nas może zbulwersować.

Pan Legutko z tytułem profesorskim usiłuje zwekslować dyskusję o pedofilii na niechęć do gejów, utożsamiając ją z „pederastią”, czyli inwektywą, którą się gejów od zarania chłoszcze. Wykazuje przy tym nieuctwo i mizoginię, gdyż przemilcza ofiary dziewczęce. Przy okazji podnosi problem „lawendowego lobby” w kościele, co znajduje potwierdzenie w książce „Sodoma” o homoseksualnym rozpasaniu w Watykanie.

W mojej pracy na kanwie losowo dobranej próby inkryminowanych przypadków pedofilii nie było wprawdzie księży, bo ich być nie mogło. Mówimy wszak o czasach, gdy księża byli szantażowani przez służby komunistyczne, albo więc dawali się szantażować i kolaborowali, albo ich przestępstwa były ukrywane przez przełożonych.

Miałem jednakże nadreprezentację zawodu „palacza c.o.”, czyli centralnego ogrzewania – to byli pracownicy szczególni, którzy piastowali niejako samodzielne stanowiska pracy (kotłownie przyszkolne i osiedlowe), nie musieli się wykazywać specjalnymi kompetencjami i mieli sporo wolnego pomiędzy jedną szuflą węgla a kolejną w trakcie sezonu grzewczego.

Najważniejsze przy tym, że byli narażeni na podklinicznie przebiegające zatrucie tlenkiem węgla, które mogło upośledzać pracę płatów czołowych odpowiedzialnych za popęd.

Pedofilia bowiem jako jednostka chorobowa jest prawdopodobnie powiązana ze zmianami organicznymi, które m.in. powoduje alkoholizm. Gdy zatem mówimy potocznie o „pedofilii”, mamy na myśli to, co kodeks karny określa jako „czyn lubieżny z osobą poniżej 15 roku życia”, a to wielkie uproszczenie.

Molestowanie seksualne dzieci może mieć charakter pedofilii rzekomej lub zastępczej – Państwo na pewno rozumieją, co mam tu na myśli. To, rzecz jasna, niuans, choć z medycznego punktu widzenia ważny dla określenia rokowań pacjenta. Powszechnie myli się też pedofilię z efebofilią i nimfofilią, kiedy poszukuje się fetyszu niedojrzałości, a nie musi być czynem podpadającym pod kodeks karny.

Molestowanie dzieci ze społecznego punktu widzenia jest tylko jedną z form ich maltretowania. Mówiąc wprost, jest rodzajem znęcania się nad dzieckiem, o czym świadczy choćby zapomniany już przypadek siostry Bernadetty. W przedmiotowym traktowaniu dziecka, wszystko jedno, czy będącego obiektem praktyk seksualnych, czy bicia, ujawnia się sadyzm dorosłego.

Teraz będzie najważniejsze. O stosunku zależności. Wykorzystanie go zawsze jest w najwyższym stopniu godne potępienia, bez względu na to, czy w szkole, czy w miejscu pracy, czy na plebanii, i w równym stopniu wobec dziecka, jak i osoby dorosłej. Ksiądz jako nauczyciel i osoba duchowna zwyczajnie z istoty swojego powołania nie może sobie pozwolić na kontakty intymne z podopiecznymi, podobnie jak kierownik w firmie, czy świecki pedagog.

W ten sposób bowiem burzy cały system wartości swojej ofiary, niezależnie od stopnia jej przyzwolenia, które może się brać z ciekawości i braku doświadczenia. System ten oparty jest na „efekcie rodzinności” – rodzina funkcjonuje we wszystkich sferach poza seksualną, rodzice nie traktują dziecka w tych kategoriach i na odwrót. Na tym opiera się każdy model wychowawczy. Sprzeniewierzenie się mu jest dla ofiary przeżyciem traumatycznym, świat się wali.

Dlatego nowelizacja kodeksu karnego, która jakoś szczególnie penalizuje pewne przestępstwa, jest aktem populistycznym, który zaciemnia istotę sprawy i przekierowuje uwagę opinii publicznej na kwestie doraźne i przyczynkarskie. Uwiedzenie małoletnich przez księży, podobnie jak przez świeckich wychowawców, jest owszem zbrodnią i powinno być z całą mocą potępione i ukarane.

Jednakże kodeks nie załatwi sprawy. Pan Ziobro skwapliwie wykorzystał nadarzającą się okazję, by kodeks karny sformułować groźnie, gdyż taki pasuje do koncepcji państwa totalitarnego. Obywatele mają drżeć ze strachu przez opresyjnym państwem, a więzienia mają być zapełnione.

Nic to nie da, jeśli rozpocznie się polowanie na chorych dewiantów, a ci, nad którymi rzeczywiście rozpostarty jest parasol ochronny ze strony instytucji kościoła, pozostaną bezkarni. Rodzice muszą znać niebezpieczeństwo wynikające z pozostawiania swoich dzieci pod niekontrolowaną opieką mężczyzn, co do których istnieje choćby cień podejrzenia, że mogą taką sytuację wykorzystać dla realizacji swoich zboczonych fantazji.

____________
Ilustracja Henryka Sawki „Profesorskie ściemnianie”

Było warto zedrzeć gardło i zelówki :)

Zewsząd słyszę, że upada zawód dziennikarza. Że dziennikarze nie przestrzegają zasad etycznych, są koniunkturalistami. Wbrew własnym przekonaniom i powołaniu ulegam niekiedy sile owej perswazji, a mimo to chwilę potem dochodzę do wniosku, że to jednak nieuprawomocnione uogólnienie.

To nie politycy bowiem w ostatnich tygodniach zmienili całkowicie sondaże i wywrócili do góry nogami wyborcze preferencje, i to nie politycy nadali ton kampanii. Zrobili to dziennikarze. Tomasz Sekielski i Tomasz Piątek – żmudną pracą śledczą (czego efektem film braci Sekielskich oraz książki Piątka, w tym najnowsza o Morawieckim), a także Leszek Jażdżewski, który potrafił nazwać rzecz po imieniu…

Szedłem dziś z moją żoną w pochodzie – manifestacji zorganizowanej przez Koalicję Europejską, z Placu Bankowego na Plac Konstytucji. Wokół mnóstwo znajomych, nie tylko ze stolicy, z licznych miast całej Polski, z różnych zakątków. Zaprzyjaźniliśmy się przez te niemal już cztery lata. KOD ze starym logo, KOD z nowym logo, KOD w sercu bez logo.

Opłacało się przyjść choćby po to, żeby posłuchać Donalda Tuska, ale też byłych prezydentów. Warto jednak było przyjść głównie po to, by przywitać się ze starymi znajomymi.

Na scenie nie było dziennikarzy. Oni już zrobili swoje. Pozwolili politykom zatriumfować. Partia rządząca nie ma takich dziennikarzy, jak my, niezależne środowiska opozycyjne. Ma jedynie funkcjonariuszy partyjnych, którzy zostali rzuceni na odcinek dziennikarstwa, jak pani Ogórek, pan Ziemiec, pan Semka, czy wielu innych.

Któryś z komentatorów politycznych słusznie zauważył, że Kaczyński zatrzasnął się w pułapce wojny kulturowej. Tego nie kupi nikt, poza wąskim gronem Ciemnogrodu. Do owej wojny kulturowej potrzebne były populistom z PiS-u dwie nogi: kościół katolicki oraz neonaziści. O których wiemy, że są chwaleni przez periodyk Sputnik, oficjalny organ moskiewski Władimira Putina. Wojny nie chce nikt, poparcie gwałtownie spada.

Więc kończy się powoli nasza gehenna? Wpadam w nostalgię, próbując zsumować, ileż to par butów zdarłem maszerując przez te lata w proteście przeciwko przestępcom partii władzy i całej tej reprezentowanej przez nich politycznej chuliganerii. I nawet nie bardzo zirytowała mnie jedna pani ze sceny, prowincjonalna karierowiczka pozbawiona skrupułów, bo wiem, że przecież i po naszej stronie nie mogą być same anioły.

W trakcie marszu spotkałem księdza Wojciecha Lemańskiego, którego spotykam bardzo często, ostatni raz podczas niezależnych obchodów rocznicy wybuchu powstania w warszawskim getcie. Gdy jego spotykam, nabieram przekonania, że w tym kraju można znaleźć ludzi godnych zaufania i szacunku, mimo rozmaitych różnic, jakie dzielą nas z definicji.

Mam w sercu wiarę, że PiS stacza się po równi pochyłej w czeluść politycznego niebytu, a wraz z nim wszyscy jego koalicjanci. Zaświadczą o tym najbliższe wybory 26 maja.

Zanim jednak pójdziemy do urn wyborczych, pomaszerujemy 23 maja wraz z niepełnosprawnymi w manifestacji przeciwko dyskryminowaniu ich przez władzę i wykluczaniu z naszej zbiorowości.

Kiedy mówię o niepełnosprawnych, kiedy mówię o stosunku rządzących do kościoła katolickiego, kiedy wspominam walkę o równouprawnienie kobiet i środowisk LGBT, albo też antysemickie, rasistowskie i ksenofobiczne ekscesy, muszę podkreślić z całą mocą, że niesprawiedliwość społeczna nie rozpoczęła się za rządów Kaczyńskiego. Za rządów Kaczyńskiego tylko przybrała niespotykane rozmiary i stała się narzędziem w rękach władzy, a nie – jak poprzednio – była skutkiem nieudolności i zaniedbań.

Trzeba pozbyć się ze szczytów władzy wandali i przekrętowiczów z Nowogrodzkiej, ale też nie należy się łudzić i spodziewać, że wraz z przywróceniem demokracji i praworządności nie będzie o co walczyć i przeciw czemu protestować. Zapewne zedrę jeszcze niejedną parę butów.

Kilka pojęciowych naprostowań :)

W wielu publicznych wypowiedziach dotyczących polityki państwa, Kościoła Katolickiego i wyznaniowości, da się zauważyć brak precyzji pojęciowej. Błędne definicje mogą być zarówno skutkiem celowej dezinformacji, jak i zbyt luźnego podejścia do wykorzystywanych słów. Niezależnie od przyczyn – powodują one tylko dodatkowe spory, ponieważ mówiąc o jednej rzeczy, ludzie mogą mieć na myśli całkowicie inne sprawy.

Jednym z najczęściej błędnie rozumianych pojęć, jest antyklerykalizm, który Kościół Katolicki stara się obrzydzić, przedstawiając go jako postawę, wyrażającą się wrogością wobec księży, a za tym i do wierzeń w ogóle. Antyklerykalizm jest jak samo słowo wskazuje, jest sprzeciwem wobec klerykalizmu. Klerykalizm to natomiast zjawisko przejawiające się w politycznym wpływie kleru na państwo. Antylerykałowie nie są więc jak to Kościół Katolicki przedstawia – grupą paranoików, którzy nienawidzą wszystkich wyznających jakąś religię, ale ludźmi którzy nie zgadzają się na to, by kler (w Polsce – katolicki) wykorzystywał instrumenty państwowe do dyktowania im, jak mają żyć. Antyklerykalizm nie jest ściśle związany z konkretnymi poglądami politycznymi – jak to stara się prezentować Kościół, każąc go utożsamiać zwykle z komunizmem. Antyklerykałem może być liberał – który przeciwstawia się klerykalizmowi w obronie swojej wolności, jak i zwolennik systemu antywolnościowego, dla którego klerykalizm np. katolicki, jest konkurencją. Podobnie jest w kwestii wyznania. Antyklerykałem może być zarówno bezwyznaniowiec, ateista, jak i np. wyznawca anglikanizmu, czy baptysta.

Równie częstym i podobnym błędem jest mylenie religii i polityki. Religia to zespół wierzeń, zasad, tradycji – wyznawanych przez jednostkę lub grupę ludzi. Jeżeli jakiś zespół zasad zakłada, że ma być narzucony całemu społeczeństwu – wtedy jest to polityka. Brak rozróżniania tych sfer w połączeniu z intelektualną biernością polityków np. w Polsce, skutkuje wyższą pozycją Kościoła Katolickiego w debacie publicznej. Forsuje on bowiem stale zasady polityczne – ale kiedy pojawia się jakiś głos sprzeciwu – wtedy zasłania się religią, w której politycy grzebać nie chcą. Religia Kościoła Katolickiego jest zresztą sferą, w której nie da się prowadzić normalnej dyskusji politycznej.  Kształtowana jest pod potrzeby polityczne Kościoła – więc zawsze znajdzie się w niej usprawiedliwienie dla jego polityki.

Błędem jest również stawianie religii i ateizmu, jako dwóch biegunów. Są to bowiem pojęcia dotyczące dwóch różnych płaszczyzn, mających niekiedy miejsca wspólne. Ateizm to najprościej – niewyznawanie teizmu (w tym pokrewnego deizmu), czyli poglądu zakładającego istnienie jakiegoś boga, bądź bogów. Religia to natomiast nurt zawierający jakiś zespół wierzeń, któremu towarzyszy zwykle też system zasad moralnych, zwyczaje, kult. Bardziej precyzyjnym określeniem, jest wyznanie religijne – gdzie pojawia się ściślej usystematyzowana doktryna, instytucje wyznaniowe itp. Religia (wyznanie) i ateizm nie wykluczają się – czego przykładem mogą być niektóre nurty buddyjskie. Tak samo nie wyklucza się teizm i bezwyznaniowość – czego przykładem są własnowiercy, mający własną koncepcję boga i odrzucający schematy związków wyznaniowych.

Błędem, jest także utożsamianie ateizmu ze sceptycyzmem lub racjonalizmem. Jedno nie determinuje drugiego. Ateistami mogą być bowiem ludzie wyznający jakieś animistyczne, czy szamanistyczne wierzenia, jak i wierzący głęboko w niepotwierdzone naukowo formy terapii (jak homeopatia, bioenergoterapia).

Przedstawiciele Kościoła Katolickiego lubią czasem nadinterpretować fakt posługiwania się terminem niewierzący. Stwierdzają oni, że każdy w coś wierzy, a więc nie ma ludzi niewierzących – skąd każą wysuwać wniosek, że nie ma ateistów. Tak – każdy w coś może wierzyć, ale to że wierzy np. w poprawę pogody w następnym tygodniu, nie determinuje tego, że wierzy w jakiegoś boga. Pamiętać trzeba, że w takim kontekście „niewierzący” to jedynie skrót myślowy – i rozumie się przez to osobę niewierzącą w jakiegokolwiek boga.

Skutkiem manipulacji pojęciowych Kościoła Katolickiego, nieprecyzyjnie stosuje się też pojęcie wiary (teistycznej). Wiarą bowiem nazywa się często fakt jedynie przyjmowania możliwości istnienia jakiegoś boga. Nie jest to zaś jedno i to samo. Wiara to przekonanie o prawdziwości czegoś mimo braku dowodów lub wbrew dowodom. Z obserwacji wnioskuję zaś, większość ludzi deklarująca wiarę w Boga – nie wierzy w niego. Nie jest skłonna bowiem np. ryzykować życia, czy narażać się na niewygody z powodu tej wiary. Większość co najwyżej przyjmuje możliwość istnienia Boga i w trudnych chwilach ma nadzieję, że on istnieje. Powinno się więc mówić tutaj o ludziach mających nadzieję na istnienie Boga, albo przynajmniej nie ulegać nazbyt prostemu podziałowi na ateistów i teistów, który służy Kościołowi Katolickiemu głównie do szerzenia podziałów.

Kościół Katolicki dokonuje również manipulacji przy interpretowaniu kim jest katolik – wmawiając społeczeństwu, że to każdy kto został ochrzczony w katolickiej wspólnocie. Wskazuje on następnie, że tacy ludzie w Polsce stanowią znaczną większość – a z tego każe wyciągać wniosek, że większość zgadza się z polityką Kościoła Katolickiego – co jest kłamstwem. Katolikiem nazwać można człowieka wyznającego katolickie poglądy i będącego członkiem katolickiej wspólnoty (czego te poglądy zresztą wymagają). Podobnie reguluje to sama doktryna Kościoła Katolickiego. Katolik musi w pełni przyjmować katolicki światopogląd (Kodeks Prawa Kanonicznego – kan. 750). Odrzucenie jakiegokolwiek elementu doktryny – czyni go heretykiem (Kodeks Prawa Kanonicznego – kan. 751). Heretyk podlega zaś ekskomunice – czyli wyłączeniu ze wspólnoty (Kodeks Prawa Kanonicznego – kan. 1364). Nawet więc według wewnętrznych zasad Kościoła, ktoś kto choćby nie uznaje konieczności walki z wolnością słowa i wyznania (np. encyklika Mirari Vos – Grzegorza XVI), jest heretykiem i nie powinien nazywać siebie katolikiem.

Błędem jest również utożsamianie poglądów i przestrzegania doktrynalnych zasad – np. katolickich – z kultem. Kult stanowią rytualne czynności, zwyczaje i inne tego rodzaju praktyki. Mogą one być wykonywane dla pozoru przez osoby w ogóle niewyznające danej doktryny – np. polityków chcących utożsamiać się z liberalizmem, ale jednocześnie biorących udział w katolickich ceremoniach. Praktyki składające się na kult, stanowią część szerszego pojęcia tradycji (religijnej, katolickiej).

Warto też uważać, kiedy media katolickie mówią o chrześcijanach. Z jednej strony można spotkać interpretacje, według których chrześcijanie (prawdziwi) to tylko i wyłącznie katolicy. Z drugiej – informacje o prześladowaniach chrześcijan, w których pojęcie to stosowane jest poprawnie, czyli odnośnie ogółu ludzi, wyznających wierzenia związane z Jezusem Chrystusem. Tak niekonsekwentne stosowanie tego terminu ma najprawdopodobniej za zadanie, kierować na błędne domysły, że wszędzie, gdzie prześladuje się chrześcijan (np. protestantów), prześladuje się w rzeczywistości katolików.

Fot. Riccardo Speziari (CC BY-SA 3.0).

Schetyna i Kaczyński nie będą zdolni walczyć z pedofilią w Kościele :)

Po emisji filmu Tomasza Sekielskiego „Tylko nie mów nikomu” – o pedofilii w Kościele Katolickim, zarówno Grzegorz Schetyna, jak i Jarosław Kaczyński, zabrali głos w sprawie walki z czynami pedofilskimi. Biorąc pod uwagę co PO i PiS zrobiło dotychczas w tej sprawie – można to uznać wyłącznie za puste wyborcze hasła.

Pierwszą rzeczą ujmującą wiarygodności zarówno Kaczyńskiemu, jak i Schetynie jest incydentalne podejście do kwestii pedofilii w Kościele Katolickim. Głos w tej sprawie podnieśli dopiero gdy okazało się, że film Sekielskiego zyskał sporą popularność. Jeszcze tydzień wcześniej – kiedy było wiadomo, że film będzie wyemitowany, kiedy wiadomo było że w Kościele wiele było przypadków wykorzystywania seksualnego dzieci (i nie tylko) – problem zarówno dla PiS jak i PO – nie istniał!

Grzegorz Schetyna zapowiada walkę z pedofilią wśród księży, ale jednocześnie zaznacza, że walka z pedofilią nie będzie walką z Kościołem. Skala zjawiska pedofilii w Kościele Katolickim, trudność w jej wykrywaniu, trudność w ściganiu i karaniu sprawców – wynika z politycznej pozycji Kościoła Katolickiego. Nie da się więc skutecznie walczyć z pedofilią w Kościele – nie podejmując walki z samym Kościołem, który swoich przywilejów (m.in. stawiających go w wielu sprawach ponad prawem) tak łatwo nie odda.

Za rządów PO nie uczyniono nic, by ukrócić przywileje Kościoła – a za tym i podjąć się walki z pedofilią katolickiego kleru. Jeszcze nie tak dawno, Schetyna chciał z PO zrobić kopię PiS. Wszystko co mówi i robi, ma na celu tylko pomóc mu odzyskać polityczne stanowisko – a kierunek polityczny w jakim idzie jest mu obojętny. Gdyby więc PO wygrała wybory – wróci on szybko do swojej obojętności wobec wszelkich problemów – i sprawy pedofilii w Kościele Katolickim nawet nie dotknie, żeby nie zachwiać tylko stabilności swojej władzy.

Co więcej – pozorowane działania Schetyny mogą dodatkowo utwierdzić Kościół w jego bezkarności. 13 maja na swojej stronie na Facebooku Grzegorz Schetyna oznajmił, że chce powołania komisji w sprawie pedofilii – w składzie której przewiduje przedstawicieli Kościoła. Schetyna chce więc „walczyć” z pedofilią w Kościele, przy pomocy komisji, której część będzie z założenia dążyła do tego, by sprawy takie tuszować lub ewentualnie usprawiedliwiać. Chce by winny był jednym z sędziów własnej sprawy. Jeżeli ten pomysł nie pozostanie tylko hasłem wyborczym, może przynieść tylko jeden efekt – jeszcze większe utajenie problemu pedofilii w Kościele.

Również Jarosławowi Kaczyńskiemu ciężko wierzyć w tej sprawie. Zasługą PiS w walce z pedofilią ma być Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym. Problem w tym, że nie obejmuje on księży katolickich (poza pojedynczymi wyjątkami). Do tego dochodzi pokrętna retoryka środowisk katolickich – których PiS się mocno trzyma. Próbują one odwrócić uwagę od niewygodnego dla siebie problemu pedofilii w Kościele, akcjami mającymi na celu np. skojarzyć pedofilię, z uczeniem młodzieży tolerancji wobec osób o odmiennej orientacji seksualnej.

Wątpliwe by PiS w jakikolwiek sposób uderzył w Kościół Katolicki. Można więc się spodziewać, że ewentualne inicjatywy mające „przeciwdziałać pedofilii”, będą w rzeczywistości inicjatywami uderzającymi w osoby homoseksualne, ugrupowania lewicowe, czy jakiekolwiek inne środowiska, którym da się przyczepić „seksualizację dzieci”.

Tak więc ani Kaczyński, ani Schetyna nie podejmą się walki z pedofilią katolickiego kleru. Do tego trzeba ludzi, którzy nie boją się postawić Kościołowi. Takich zaś w PiS nie ma, a w PO są to pojedyncze osoby – które nie będą mogły liczyć na wsparcie partii, by cokolwiek zdziałać. Dopóki w Polskiej polityce nie będzie nowej siły politycznej – problem ukrywania pedofilii w Kościele będzie nierozwiązany.

Fot. Platforma Obywatelska RP (CC BY-SA 2.0). Fot. Adrian Grycuk (CC BY-SA 3.0 PL).

Kościół „otwarty” :)

Od kilku dni czytam, że jest ten paskudny kościół, który nie ma szacunku do ofiar, nie oglądał filmu Sekielskich. Ten jest zły. Ale jest też ten dobry. Skruszony, świadomy, co na tle z książkami przeprasza i od kamer nie ucieka.

Taki kościół otwarty, nasz, jego przedstawicieli na łamy nasze zapraszamy. Tak sobie myślę, kto mógłby być przedstawicielem tego otwartego kościoła. Pewnie nieżyjący już arcybiskup Józef Życiński, profesor filozofii, przez liberalne gazety szanowany i na łamy zapraszany. Prawda?

Mam Google tak samo jak Wy.

1. 2008 rok. Metropolita Józef Życiński informuje, że dotarły do niego „dwa czy trzy przypadku, gdzie kierowano do mnie oskarżenia o działania konkretnych księży”. Życiński informuje, że okazały się bezpodstawne. Kościół sam je wyjaśnił, nie poinformował o nich prokuratury. W kontekście tego, co wiemy jak przebiegają te wyjaśnienia stawia to jednak całą sprawę w słabym świetle.

„Miałem dwa czy trzy przypadki, gdzie kierowano do mnie oskarżenia o działania konkretnych księży, podjęliśmy działania natychmiastowe i okazało się, że oskarżenia były bezpodstawne – powiedział metropolita lubelski Józef Życiński”

„Metropolita dodał, że gdy zarzuty się nie potwierdziły, nie informował o nich prokuratury: – Obowiązkiem biskupa nie jest występować w roli pomocnika czy asystenta prokuratora, ale dawać świadectwo prawdzie i uczciwości”.

https://www.dziennikwschodni.pl/lublin/abp-zycinski-byly-sygnaly-o-molestowaniu,n,1000068524.html

2. 2010 rok. Arcybiskup Życiński podczas mszy mówi o problemie pedofilii w kościele. „W stronę Kościoła zawsze kierowano niesprawiedliwe oskarżenia”. „Z amerykańskich danych wynika, że duchowni byli uwikłani w dwa procent przypadków pedofilii w Stanach Zjednoczonych – przekonywał metropolita dodając, że księży sprowadza się do roli kozłów ofiarnych pomijając winę innych”.

Wedle relacji prasowych zarzuty wobec księży o pedofilię Życiński porównał do tego jak bezpieka walczyła z Wojtyłą, Popiełuszką czy Tischnerem.

„Mówił o więzi z innymi księżmi i papieżem i winie Kościoła za przypadki wykorzystywania seksualnego dzieci przez księży. – W jakim stopniu kleryk II roku z Lubartowa czy Krasnegostawu ma obowiązek tłumaczyć się z dramatów, tragicznych wydarzeń sprzed 30 lat w amerykańskim Milwaukee? – pytał abp Życiński. Stwierdził, że wobec księży stosuje się odpowiedzialność zbiorową, a przypadki pedofilii wśród duchownych nie były częste”.

Tak, dobrze to znamy z Wiadomości TVP. Największy odsetek pedofilów jest… wśród murarzy.

http://lublin.wyborcza.pl/lublin/1,48724,7724830,Abp_Zycinski__Wsrod_pedofilow_tylko_2_proc__to_ksieza.html

3. No i jest też ten otwarty jeden tygodnik. Taki katolicki, ale otwarty. Na pewno znacie. Wzrasta mu sprzedaż od miesięcy. Ten tygodnik ma szefa działu „Wiara”, który dopiero teraz odkrył treść przysięgi, którą składają ofiary pedofilii u biskupów. Że wymaga się od nich, by z nikim o tym nie gadały i że w różnych częściach kraju są różne. Wiecie, odkrywa to szef działu „Wiara”, dziennikarz, którego inni koledzy dziennikarze regularnie od jakiegoś czasu piszą o problemie pedofilii w kościele. Taki kolejny zaskoczony.

https://www.rmf24.pl/tylko-w-rmf24/popoludniowa-rozmowa/news-sporniak-o-filmie-sekielskich-najbardziej-mnie-zszokowalo-za,nId,2988247

Pamiętacie, Friedrich August von Hayek w „Drodze do zniewolenia” cytował Lorda Actona i pisał, że „niewiele jest odkryć bardziej irytujących niż te, które ujawniają rodowód idei”. Miał rację.

Dzieci i ryby głosu nie mają? :)

W 1989 roku napisałem o pedofilii pracę magisterską na Wydz. Pedagogiki UW, pod kierunkiem prof. Andrzeja Jaczewskiego. Dysponowałem ok. setką akt spraw karnych z całej Polski z roku 1985 (bo tylko prawomocnie zakończonych). Naczytałem się wiele, oj, wiele! Przebrnąłem przez tę lekturę i odchorowałem. I rzetelnie opisałem.

Wśród tych akt nie było ani jednego przypadku sprawcy w koloratce. Przyznam, że fakt ten w ogóle mnie wówczas nie zainteresował. Przyjąłem do wiadomości, że to odzwierciedlenie rzeczywistości. Miałem przegląd wszelkich zawodów, środowisk i relacji rodzinno-wychowawczych, ale ani jednego księdza. Ani mnie, ani promotora, ani recenzenta to nie zaskoczyło. Dlaczego? Bośmy nie brali pod uwagę takiego wariantu i ewentualności.

Kler bowiem w tamtych czasach otaczał nimb bojownika o wolność i demokrację. Budziło wprawdzie pewne zdziwienie, że na co dzień nie każdy proboszcz czy przeor, czy jak tam oni się zwą, staje w opozycji do złej władzy, aleśmy te przypadki usprawiedliwiali konspiracją, albo przynajmniej dyplomacją…

No, i „zło dobrem zwyciężaj”… Heroizm księdza Popiełuszki spływał na jego kolegów automatycznie, sprawiedliwie, czy też nie. Nigdy w Warszawie, w rejonie, w którym całe życie mieszkałem, nie wybudowano tylu nowych kościołów, a w ich najbliższym sąsiedztwie okazałych plebanii, co w pierwszej, a zwłaszcza drugiej połowie lat 80. ubiegłego wieku, a więc za panowania generała Jaruzelskiego.

Jako licealista, potem student mogłem obserwować co najmniej 30 mokotowskich obiektów sakralnych, które wznoszono wówczas z cegły klinkierowej, wbrew rzeczywistości, która przeciętnemu zjadaczowi chleba jawiła się jako impas i regres, bieda z nędzą, stan wojenny i cmentarz nadziei. Na osłodę owej mizerii katolicy chadzali do parafii, gdzie ksiądz rozdzielał dary z Zachodu. Takie to były czasy…

Moja praca magisterska, gdy patrzę z perspektywy czasu, szczególnie w obliczu tej wiedzy, którą teraz nabywam, okazała się obarczona błędem i niepełna. Nie z mojej winy, lecz z przyczyn obiektywnych: pedofilia kościelna nie była penalizowana. Nie podlegała ściganiu z tego powodu, że nie była w ogóle ujawniana.

To prawda, jak należy przypuszczać, i co podnoszą obecnie obrońcy dobrego imienia kościoła, że pedofilia objawia się w każdym środowisku. Czy równomiernie, to już inna sprawa, bo należy też założyć, że szczególnie tam, gdzie potencjalny zwyrodnialec dysponuje łatwym dostępem do dzieci i cieszy się a priori dużym społecznym zaufaniem i szacunkiem.

Przede wszystkim jednak tam, gdzie jest chroniony przez swoich mocodawców, może liczyć na ich pobłażanie, czy nawet przyzwolenie, i wraz z nimi stoi ponad prawem.

Kiedy byłem dzieckiem, a urodziłem się raptem dwie dekady po zakończeniu wojny, powszechnym obyczajem społecznym było przedmiotowe traktowanie dzieci. Idee korczakowskie upodmiotowienia małoletnich nie znajdowały żadnego posłuchu, były kompletnie zarzucone. Mogły być traktowane jako fanaberia. Podstawowym refrenem, które słyszeliśmy była obelżywa śpiewka, że „dzieci i ryby głosu nie mają”…

W tym sensie na przestrzeni mojego życia dokonała się ogromna obyczajowa modernizacja. Towarzyszy jej bliźniacza rewolucja, a mianowicie wysiłek równouprawnienia kobiet. Dla mojego pokolenia wciąż pozostaje szokujący obrazek młodego ojca, który pcha wózek dziecięcy… Owszem, próbuję traktować to jako zwyczajne, lecz mimo wszystko z tyłu głowy wciąż doskwiera poczucie, że nietypowe… Bardzo to chwalę i popieram, i mam wyrzuty sumienia, że nie dość gorliwie wyręczałem żonę, gdy miałem taką szansę…

Chcę przez to powiedzieć, że pomiędzy latami 80. XX wieku a dzisiejszymi dokonała się niesłychana rewolucja w dziedzinie kształtowania stosunków rodzinnych i porzucania fatalnego dziedzictwa patriarchatu. Postulaty środowisk feministycznych i apele postępowych pedagogów wciąż nie zostały spełnione, ale są słyszalne i trwa przemiana.

Czy młodzi mężczyźni w naszym kraju są przygotowani mentalnie i emocjonalnie na przyjęcie roli partnerów kobiet, w tym roli kompetentnych opiekunów i wychowawców własnych dzieci? Jednostkowo na pewno, ale czy już statystycznie? Powątpiewam…

Jaką postawę krzewi w tej mierze oficjalny i ogólnospołeczny wychowawca, namaszczony przez państwo, czyli kościół katolicki? Cóż, śmiem podejrzewać, że skłania się ku tradycji i to tej najbardziej fundamentalnej, a więc z całą pewnością nie korczakowskiej… „Dzieci i ryby głosu nie mają, i baby też nie mają!”

W ostatnich tygodniach recenzujemy działalność kościoła we wszelkich dziedzinach naszego życia społecznego. Obejrzeliśmy film „Kler” Wojciecha Smarzowskiego, konwencję wyborczą Roberta Biedronia z jego postulatami, wysłuchaliśmy wystąpienia Leszka Jażdżewskiego, surowego krytyka mariażu tronu i ołtarza, a teraz przeżywamy film Tomasza Sekielskiego „Tylko nie mów nikomu”.

Bacznie przypatrujemy się reakcjom kościelnych hierarchów. Nawet szczera ekspiacja już nas nie wzrusza, gdyż traktujemy ją jako gest poniewczasie. Liczymy na przyjazd wysłannika papieskiego, który zrobił porządek z episkopatem chilijskim.

Debata społeczna na temat korzyści czy też strat z aktywności kościoła na naszej scenie politycznej zbiega się z kampanią wyborczą nieprzypadkowo: wprawdzie duchowni nie kandydują, lecz przecież wspierają takich a nie innych kandydatów partyjnych.

Należy sobie żywo uświadomić, że Polską nie rządzi dziś tylko PiS, ale także jako równoprawny partner – kościół katolicki. I jeśli mamy zastrzeżenia do funkcjonowania państwa, to właśnie pod rządami tych obu podmiotów. Jeśli chcemy obarczyć odpowiedzialnością decydentów, to ich obu naraz, gdyż działają wspólnie i w porozumieniu. Władza bowiem świecka podzieliła się prerogatywami z władzą religijną.

_____________
Fot. prywatna: Zbiórka na powodzian, 1997 (organizowana przez TVP; zbierałem z córką).

I Judasze nauczyli się nosić krzyże. :)

Boimy się Kościoła

I nie mówię o Katolikach grzesznikach, których krępuje strach przed swoim proboszczem czy konfesjonałem. Mówię o nas, Polakach, którzy mają w pamięci legendę Adama Sapiechy, walkę Kościoła z komuną, bohaterstwo Kazimierza Majdańskiego i świętość Karola Wojtyły – pierwszego i pewnie ostatniego papieża Polaka.

Boimy się kulturowo-społecznego ostracyzmu, który może nas otoczyć, jeśli zaczniemy głośno mówić m.in. to, o czym powiedział w swoim wystąpieniu Leszek Jażdżewski, a o czym mówili wcześniej, mniej lub bardziej językiem dyplomacji Tischner, Boniecki, Lemański czy Sowa. „Kler” Smarzowskiego trochę to zmienił. Jak bardzo? Za mało. I choć nie zgadzam się z językiem Jażdżewskiego i z uogólnieniem, jakiego dokonuje, potępieniem a priori wszystkiego, co czyni Kościół i jego członkowie, to jednak rozumiem jego złość i frustrację. Kościół sam sobie zgotował taki język.

Kościół był ważny w życiu Rzeczpospolitej, czy się to komuś podoba, czy nie. Był też ważny w moim życiu, szczególnie do połowy lat ’90. Był synonimem walki o wolność, dzisiaj jest synonimem walki z wolnością. Ukrywanie pedofilów i pokrętne tłumaczenia Episkopatu podkupują i tak mocno zszarganą już reputację Ekscelencji w purpurach. Do tego dochodzą bizantyjskie zwyczaje proboszczów, a nawet i biskupów, często z uciechami cielesnymi i alkoholem. Jak mówił Augustyn z Hippony: „Błądzenie jest rzeczą ludzką, ale dobrowolne trwanie w błędzie jest rzeczą diabelską”. Polski Kościół jest dzisiaj w swej istocie bardziej diabelski niż sam upadły anioł. Jest diabelski świadomym trwaniem w błędzie.

 

Kościół i polityka

Kiedy czytam encyklikę papieża Franciszka – „Światło wiary” – nie odnajduję w niej drogi, którą podąża Polski Kościół: „Przypomnienie o więzi wiary z prawdą jest dziś bardziej niż kiedykolwiek potrzebne, właśnie z powodu kryzysu prawdy jaki przeżywamy”. Jesteś częścią tego kryzysu, Kościele Katolicki, a Twym największym grzechem jest świadome trwanie w nim.

Zaangażowałeś się w politykę, stając się aktywną częścią gry politycznej o doraźne dobra doczesne. Zatraciłeś zdolność antycypacji jutra. Jesteś grzeszny, a udajesz, że masz mandat Papieża Franciszka do chrystianizacji Rzeczypospolitej. Nie masz.

Słowa Jażdżewskiego mogą Cię boleć i powinny Cię boleć, ale odpowiedzią na nie nie może być zatrzymanie przez Policję o siódmej rano 51-letniej kobiety, która kolportowała wizerunek Matki Jezusa w tęczowej aureoli. To nie jest droga papieża Franciszka, to nie jest droga Jezusa Chrystusa. To jest droga faryzeuszy.

Kiedy PiS w sposób oczywisty łamał Konstytucję, milczeliście. Kiedy PiS upokarzał niepełnosprawnych, milczeliście także; a kiedy PiS upokarzał nauczycieli i sędziów, biliście im z ambon brawa. Kiedy zaś Policja, kierowana przez ministra Brudzińskiego, wchodziła o siódmej rano do mieszkania 51-letniej kobiety, znów milczeliście. Dlatego nie masz, Kościele Katolicki, moralnego prawa obrażać się na słowa wypowiedziane przez Jażdżewskiego. Jesteś dzisiaj częścią polityki, musisz liczyć się z konsekwencjami swego w nią zaangażowania, a to dopiero początek.

 

Grzech zaniechania Kościoła w Irlandii

Boimy się Kościoła. Boimy się głośno i gremialnie zaprotestować przeciwko złu, które zdominowało hierarchów zarządzających Kościołem Katolickim w Polsce. Boimy się, bo Kościół to także tysiące wspaniałych księży. Kościół prawiących porywające kazania Dominikanów, pełnych dobroci Franciszkanów i dbających o najsłabszych sióstr Albertynek. Boimy się utraty naszej narodowo-katolickiej tożsamości i zburzenia mitu narodu wybranego, którym oczywiście nie jesteśmy, tak jak i nie jest nim Izrael, Niemcy ani Ameryka. Lubimy jednak bardzo tak o sobie myśleć, no bo kto by nie chciał być narodem wybranym? Kościół starannie to pragnienie pielęgnuje, a nawet podsyca, stając się jednak uczestnikiem propagandowej machiny politycznej, która ma mu zapewnić większe wpływy, pieniądze i przywileje. Wszystko to, co jest antytezą pontyfikatu Papieża Franciszka, a przed czym przestrzegał Jan Paweł II, odwiedzając Irlandię pod koniec lat ’70. Kilkanaście lat później katolicka Irlandia rozsypała się jak domek z kart. Afery pedofilskie, gwałty, malwersacje finansowe, rozwiązłość seksualna. Dopełnieniem katastrofy irlandzkiego Kościoła był raport ws. diecezji Cloyne, który ukazał, jak Kościół tuszował przed świtem przypadki molestowania seksualnego. Żadna inna grupa społeczna nie broni w tak ustrukturalizowany sposób swoich członków przed odpowiedzialnością karną za ciężkie przestępstwa, a do takich należy pedofilia, jak czyni to Kościół Katolicki. Kiedy słuchałem konferencji przedstawicieli Episkopatu dotyczącej pedofilii w Kościele, na której arcybiskup Jędraszewski negował hasło „zero tolerancji”, widziałem upadających kapłanów w Irlandii. Jakże to było inne i odległe od całowania w rękę przez papieża Franciszka dłoni Marka Lisińskiego, ofiary pedofilii polskiego księdza.

 

Politycy w sutannach

Boimy się Kościoła. Ale może przyjść taki czas, że mariaż tronu z ołtarzem obróci w pył kościelne przywileje i wpływy. Często kiedy pycha umacnia przekonanie pysznych, że ich moc jest nieograniczona i nieprzemijająca, zdarza się coś zupełnie innego. Historia jest pełna spektakularnych upadków, które nie miały się prawa wydarzyć. Katolicka Irlandia to przykład nader spektakularny.

Rewolucja nie zmieni Polskiego Kościoła, ale nie zmieni go także czekanie na autorefleksję hierarchów nim kierujących. Kościół mogą zmienić jego członkowie: proboszczowie, wikariusze, politycy, publicyści, prokuratorzy, nauczyciele, dziennikarze etc. etc. Potrzeba do tego jednak odwagi i wsłuchania się w słowa głoszone przez Papieża Franciszka, ale bez nadinterpretacji tłumaczy takich jak Terlikowski, Sakiewicz czy Brudziński. Pięknie pisał o tym Szymon Hołownia, pięknie mówił o tym ojciec Wacław Oszajca, celnie puentował to ks. Adam Boniecki. Nie oni jednak stanowią dzisiaj o drogach, którymi podąża Kościół – te wyznaczane są przez twardogłowych polityków w sutannach, którzy zdają się nie rozumieć powagi roli, jaką dzisiaj powinni odgrywać w Kościele, w Polsce,
w Unii Europejskiej.

 

Być jak Franciszek!

Zatem zamiast się obrażać, Wasza Ekscelencjo arcybiskupie Gądecki, zastanówcie się nad przyczynami krytyki Jażdżewskiego, skąd i dlaczego się wzięła? Wyciągnijcie wnioski i sprawcie, aby nie musiała mieć więcej miejsca, a jeśli zajmujecie się polityką, to nie obrażajcie się na kogoś, kto z Wami polemizuje.

Jeśli nie chcecie byś grabarzami wiary w Polsce, jeśli nie chcecie politycznej powtórki w relacjach Państwo – Kościół w stylu Irlandii czy Hiszpanii, jeśli nie chcecie przyglądać się biernie, jak za kilka/kilkanaście lat lewicowe rządy zmarginalizują Wasz głos w politycznej debacie, odbierając Wam majątki i przywileje, zacznijcie się reformować. Zostawcie politykę politykom, przestańcie legitymizować łamanie prawa i negowanie przez rządy PiS podstawowych wartości demokratycznego państwa. Przeproście za popełnione niegodziwości i średniowieczne ambicje decydowania o ciałach i umysłach kobiet i uczyńcie Kościół ponownie potrzebny potrzebującym i zdezorientowanym.

 

Bądźcie odważni.

Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies. Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W programie służącym do obsługi internetu można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia.

Akceptuję