Wrażliwość społeczna jako cecha demokracji pełnej :)

Wielu ludzi ma tendencję, aby interesować się tylko tym, co dotyczy ich osobiście i bezpośrednio. Są im bliskie wartości elementarne, takie jak rodzina, własne życie i zdrowie czy dobrostan materialny. Któż zresztą nie ceni spokoju i stabilizacji, dzięki którym może czerpać satysfakcję oddając się swoim hobby, spędzając czas na grillu, spotykając się z przyjaciółmi czy konsumując wytwory kultury. Zakreślając ciasno granice swojej egzystencji poprzez dążenie wyłącznie do wartości elementarnych i przyjmując postawę „moja chata  skraja”, człowiek mniej czy bardziej świadomie wyłącza się  życia społecznego. Informacje o wydarzeniach, które dzieją się gdzieś w kraju lub na świecie, odbiera tak, jakby oglądał film lub czytał książkę. Mogą go one interesować, ale nie wywołują emocji i nie skłaniają do jakiejkolwiek aktywnej reakcji.

Tak więc niektórzy powiadają, że nie interesuje ich polityka i konflikty ludzi dążących do władzy. Nie przejmują się tym, co jest od nich odległe w czasie i przestrzeni, jak widmo katastrofy klimatycznej lub klęska głodu w Afryce. Są obojętni na zło, które dzieje się w domu sąsiada, bo przecież nie wolno mieszać się w cudze sprawy. Ich widnokrąg społeczny zaczyna się poszerzać dopiero wtedy, gdy sprawy i zjawiska dotąd im obce zaczynają dotyczyć ich osobiście. A więc na przykład wtedy, gdy doświadczają krzywdy od skorumpowanego urzędnika państwowego, gdy spotykają się z nieudolnością w niedoinwestowanej opiece zdrowotnej, kiedy stają się niepełnosprawni i oczekując pomocy trafiają na mur biurokratycznej obojętności, albo wtedy gdy stają się obiektem nienawiści, bo ich dziecko okazało się gejem lub lesbijką. Dopiero wtedy dotychczasowy brak zainteresowania sprawami publicznymi lub tylko bierne nimi zainteresowanie zamienia się w chęć jakiejś formy oddziaływania poza dotychczasowym polem własnej egzystencji.

Na szczęście osobiste doświadczenia nie zawsze są konieczne, aby otworzyć się na sprawy innych. Są bowiem ludzie, i jest ich niemało, którzy granice swojej egzystencji poszerzają o sprawy, które wcale nie dotyczą ich osobiście i bezpośrednio. Robią to z szacunku dla humanistycznych wartości społecznych, które są dla nich ważne i którym chcą służyć. Są to takie wartości, jak praworządność, demokracja, sprawiedliwość społeczna, ochrona środowiska naturalnego czy walka z przemocą w rodzinie. Akceptacja tych wartości świadczy o wrażliwości społecznej, która skłania do podejmowania różnych form upowszechniania i wspierania działań, które tym wartościom służą. Wyrazem tego jest uczestnictwo w rozmaitych protestach i zgromadzeniach, publiczne wyrażanie opinii, działalność w różnych organizacjach pozarządowych i popieranie w wyborach partii i polityków prezentujących liberalne i demokratyczne poglądy.

Trzeba wyraźnie powiedzieć, że chociaż człowiek ma prawo dowolnie określić granice swojej aktywności, to jedynie ci, którzy oprócz wartości elementarnych dążą aktywnie do realizacji wartości społecznych, mają wpływ na losy świata. Dlatego tak ważne jest, aby były to wartości humanistyczne, stawiające w centrum przestrzeganie praw człowieka, i aby jak najwięcej ludzi angażowało się w ich obronę.

Włączenie wartości humanistycznych w strukturę celów jednostki może postępować dwiema drogami: dedukcyjną i indukcyjną. Ta pierwsza polega na wpajaniu tych wartości w procesie wychowawczym, przez pokazywanie atrakcyjnych wzorów do naśladowania, jak wybranych bohaterów wydarzeń historycznych lub fikcyjnych postaci z literatury i filmu. Ideały, którym ci bohaterowie służą wpływają na wyobraźnię i uświadamiają cenność związanych z nimi wartości. Jednostka, zafascynowana tymi wartościami, zaczyna w swojej praktyce życiowej poszukiwać możliwości ich realizacji. Wychodząc zatem od ogólnego znaczenia danej wartości, jednostka uszczegóławia je, znajdując jej zastosowanie w rozmaitych formach swoich działań. Indukcyjny sposób przyswajania wartości społecznych odnosi się do odwrotnej kolejności, w jakiej jednostka uświadamia sobie ich atrakcyjność. Następuje to w wyniku udziału jednostki w rozmaitych grupach społecznych i prowadzonych w nich działaniach, w których jednostka zbiera doświadczenia na temat problemów i relacji społecznych. Z doświadczeń tych wyciąga ona wnioski będące ogólnymi przekonaniami na temat zasad, które powinny obowiązywać w życiu społecznym. Uświadomienie sobie i akceptacja cenionych wartości jest więc w tym wypadku efektem społecznych doświadczeń jednostki, a nie inspiracją do ich poszukiwania.

Jakie są zatem w Polsce warunki do rozwoju postaw świadczących o wrażliwości społecznej? Zacznijmy od drogi dedukcyjnej, która związana jest z całą sferą propagandowo-wychowawczą, czy w języku Kościoła – formacyjną, która obejmuje wychowanie w rodzinie, szkolny system edukacyjno-wychowawczy czy wpływ autorytetów społecznych z różnych ośrodków opiniotwórczych, głównie poprzez media. W systemie wychowania dzieci i młodzieży w Polsce po 1989 r. brakuje jednolitej wizji. Z jednej strony dominuje pogląd, że wychowanie należy pozostawić rodzicom, a z drugiej strony widoczna jest presja środowisk narodowo-katolickich, których narracja zdecydowanie w Polsce dominuje. Trudno w okresie wolnej Rzeczpospolitej dopatrzeć się wyraźnych prób upowszechniania wartości humanistycznych. Zmiana ustroju państwa na liberalną demokrację nie znalazła wystarczającego odzwierciedlenia w programach edukacyjno-wychowawczych. Zostały one zdominowane przez poglądy środowisk katolickich i narodowych oraz konsumpcjonistyczny wpływ rynku. Programy te przypominają system wychowawczy Polski przedwojennej. Trudno w nich znaleźć odwołania do ideałów demokracji i praworządności oraz równości i tolerancji.

W tym systemie preferowane są z jednej strony wartości elementarne, związane z gloryfikacją tradycyjnej rodziny, ochroną prywatności i dążeniem do osobistych osiągnięć, a z drugiej strony – wartości społeczne o charakterze nacjonalistycznym i konserwatywnym. Akceptacja tych wartości skłania do zaangażowania w dwa obszary aktywności życiowej, jakimi są dbałość o dobrostan osobisty i obrona interesów narodowych. O ile ten pierwszy obszar jest jasno określony i zrozumiały, o tyle ten drugi jest iluzoryczny i niejednoznaczny, zwłaszcza  w warunkach pokoju. Dlatego w tym pierwszym obszarze wartości są zwykle realizowane, podczas gdy w tym drugim – najczęściej pozostają w sferze deklaracji. Próby realizowania wartości nacjonalistyczno-konserwatywnych okazują się często gorszące nawet dla niektórych ich zwolenników. Przejawiają się one bowiem w atakach na cudzoziemców, zwłaszcza pochodzenia arabskiego, ustanawiania stref wolnych od LGBT i rozbijania parad równości, niszczenia grobów żołnierzy sowieckich i upartego powracania do dawnych konfliktów narodowych.

Bohaterowie stawiani za wzór, to głównie żołnierze oddający życie za ojczyznę, tacy jak żołnierze wyklęci. Pomija się ich zbrodnicze czyny na ludności cywilnej i mniejszościach narodowych, wysuwając na plan pierwszy nieugiętą wolę walki o przegraną sprawę. Bohaterem narodowym jest Józef Piłsudski, którego zasługi w odzyskaniu niepodległości są bezsporne, ale jednocześnie pomija się wstydliwie jego zamach stanu w 1926 r., który zniszczył w Polsce demokrację. Ten nurt propagandowo-wychowawczy pozostawia całkowicie na uboczu wartości humanistyczne, związane z wrażliwością na ludzką krzywdę, nierówności społeczne, przejawy bezprawia i nietolerancji. W ten sposób upowszechniane są postawy obojętności na nieszczęścia, które dotykają innych, nieufności do obcych i nieprzyjaznego stosunku do wszelkich odmieńców. Niepełnosprawni i społecznie nieprzystosowani to margines, na który nie warto zwracać uwagi. Ludzie LGBT to zboczeńcy, którzy powinni się leczyć i siedzieć cicho, a nie domagać się równego traktowania. Obrońcy zwierząt i ekolodzy to dziwacy, którzy utrudniają rozwój gospodarczy przynoszący ludziom korzyści.

Przykre to, ale już system wychowawczy w PRL-u bardziej sprzyjał kształtowaniu się wrażliwości społecznej, niż ten stosowany w wolnej Polsce. Jeśli odrzuci się sztafaż ideologiczny, to niezaprzeczalnym atutem tamtego systemu był nacisk na sprawiedliwość społeczną, równość ludzi wykluczającą podziały ze względu na pochodzenie, rasę czy status społeczny.

Jak zatem wygląda indukcyjna droga włączania wartości społecznych w strukturę celów jednostki? Może są tutaj większe szanse pobudzania wrażliwości społecznej niż przez system propagandowo-wychowawczy zdominowany przez prawicę? Chodzi w tym wypadku o sieć organizacji pozarządowych i nieformalne niezależne inicjatywy ukierunkowane na rozwiązywanie problemów i zaspokajanie potrzeb społecznych, którymi instytucje władzy państwowej się nie zajmują lub robią to w niedostatecznym stopniu. W większości są to organizacje i inicjatywy o charakterze pomocowym i charytatywnym, nastawione na ekonomiczne, prawne i psychologiczne wsparcie ludzi, którzy z różnych powodów czują się dyskryminowani. Chodzi tu także o organizacje, które otwarcie propagują wartości humanistyczne, dotyczące społecznej współpracy, solidarności, zasad fair play itp. Należą do nich organizacje harcerskie, koła zainteresowań, kluby sportowe itp. Szczególną rolę pełnią takie organizacje, jak Forum Obywatelskiego Rozwoju, których celem jest rozwój społeczeństwa obywatelskiego, zwiększenie aktywności obywateli i wzrost świadomości społecznej. Należy również docenić działalność organizacji kościelnych, jak Caritas, organizacje diecezjalne i parafialne zorientowane na działalność charytatywną.

Działalność organizacji pozarządowych przyciąga ludzi, zwłaszcza młodych, którzy uczestniczą w nich na zasadzie wolontariatu, lub podejmują własne niezależne inicjatywy pod wpływem rozmaitych bodźców. Niekiedy może to być chęć pogłębienia własnych zainteresowań lub choćby tylko potrzeba wyżycia się i zabawy. Często jednak aktywność ta podejmowana jest z odruchu serca i wynika ze współczucia albo z chęci uczestnictwa w czymś ważnym i posiadania poczucia sprawstwa w trudnej sytuacji. Bywa też, że do działań prospołecznych zachęca przykład innych i chęć przeżycia przygody. Najpierw pojawia się więc konkretna potrzeba społeczna, jak szycie masek ochronnych lub pomoc osobom samotnym przebywających na kwarantannie w czasie epidemii, a dopiero potem następuje szersza refleksja na temat wartości humanistycznych, którym służy zaspokajanie takich potrzeb.

Nie zawsze jest więc tak, że wrażliwość społeczną przejawiają ludzie deklarujący przywiązanie do wartości humanistycznych. Nierzadko bowiem realizacja tych wartości poprzedza ich świadomą akceptację i otwarte ich deklarowanie. Dlatego tak ważny jest rozwój różnych form niezależnych inicjatyw społecznych skierowanych na ochronę osób upośledzonych lub z różnych powodów dyskryminowanych, inicjatyw służących wartościom równości, solidarności i tolerancji. Dzięki tym inicjatywom kształtuje się społeczeństwo obywatelskie, które jest niezbędnym warunkiem dojrzałej demokracji.

Upowszechnianie i utrwalanie wartości humanistycznych w społeczeństwie jest, jak widać, ściśle uzależnione od sympatii ideologicznych i polityki władzy państwowej. Im bardziej władza ta zbliża się do modelu demokracji pełnej, z jej podstawowymi atrybutami, jakimi są świeckość państwa, liberalizm obyczajowy, zaufanie społeczne i społeczeństwo obywatelskie, tym większe są szanse na pełne przestrzeganie praw człowieka jako jednostki. Niestety, pod tym względem sytuacja w Polsce nie jest dobra. Rząd Zjednoczonej Prawicy nie tylko nie ukrywa swojego poparcia dla wartości nacjonalistyczno-konserwatywnych, ale stosuje niedopuszczalne w państwie demokratycznym instrumenty nacisku prawnego. Celuje w tym Zbigniew Ziobro i podległa mu prokuratura, która wspierana przez Ordo Iuris, stosuje jawnie stronniczość światopoglądową w swojej działalności. Mimo wspomnianych wyżej inicjatyw organizacji pozarządowych, społeczeństwo obywatelskie w Polsce należy do najsłabiej rozwiniętych w Europie. Decyduje o tym polityka państwa PiS, która finansowo wspiera organizacje i inicjatywy służące poglądom polityków Zjednoczonej Prawicy, natomiast tłumi działalność, której cele tego warunku nie spełniają. Przykładem może być obcięcie finansowania organizacji prowadzącej telefoniczną Niebieską Linię dla ofiar przemocy domowej. Wśród krajów Unii Europejskiej ludzie LGBT traktowani są w Polsce najgorzej. Także pod względem poziomu zaufania społecznego od lat zajmujemy ostatnie miejsce na naszym kontynencie. Humanistyczny regres trwa nieprzerwanie, a od 2015 r. uległ znacznemu przyspieszeniu. Przekłada się to na pogarszającą się pozycję Polski w rankingu państw demokratycznych, prowadzonym przez redakcję „The Economist”. Z grona państw „demokracji pełnej” Polska spadła do grupy „demokracji wadliwych” i w 2020 r. zajmuje w tym rankingu dopiero 57 miejsce.

Wiersz wolny: Olga Rembielińska – Trip trippin’ :)

Olga Rembielińska

Trip trippin’

 

Nabiera was ochota na ciasteczka Oreo so vegan

jak ponowoczesne techno stratę trzech strzałek

rekompensuje dola soniczna rwąca na asfalcie

 

zmniejsza natężenie mości z żyły ostatnie pół

godziny czujecie jak Arka przedziera się przez 

krzaki. Rano ocierała się o wsteczne lusterko 

 

którego tu nie ma. Dzięki bogu słuchawce 

odnalazł was Wergiliusz na oświeconej ścieżce

w ramach programu Apollo loty na Księżyc

 

są już opłacone trzy wymiary pielęgniarki

 


Olga Rembielińska (ur. 1989) jest poetką i etnolożką. Publikowała w „Etnografii do kieszeni”, „Babińcu Literackim” i „Szajn”. Jej wiersze znalazły się w antologiach „Inter-” i „Babińca Literackiego”. Pracuje nad debiutancką książką poetycką. Od niedawna prowadzi profesjonalne konto na Instagramie: @olgarembielinska i próbuje sił w fotomodelingu. Mieszka w Krakowie.

Fot. Olga Rembielińska

———————————

Wiersz wolny to przestrzeń Liberté!, uwzględniająca istotne, najbardziej progresywne i dynamiczne przemiany w polskiej poezji ostatnich lat. Wiersze będą reagować na bieżące wydarzenia, ale i stronić od nich, kiedy czasy wymagają politycznego wyciszenia, a afekty nie są dobrym doradcą w interpretacji rzeczywistości.

Wiersze publikowane są w cyklu mniej więcej dwutygodniowym.


Photo by Jr Korpa on Unsplash

Po co nam Wyznania ciała? :)

Paul Veyne twierdził, że „Foucault uprawia historię tylko tam, gdzie przeszłość skrywa genealogię naszej teraźniejszości”. Przyjmując taką optykę za dobrą monetę, chciałbym poświęcić kilka słów temu, co z Wyznań ciała wydaje mi się bieżące, i co w polskim kontekście wydaje się szczególnie ważne. Jakie światło rzuca ta książka na funkcjonowanie Kościoła w życiu społecznym? Jakie zerwania w teologii małżeństwa odsłania? Jaka jest rola nienaturalnej dziewiczości?

I

Wyznania ciała to książka problematyczna na wielu poziomach. Sprawy związane z jej publikacją pozostawiam jednak na boku, skupiając się na niej samej.

W tym kontekście podstawowy kłopot z  Wyznaniami ciała to ich fragmentaryczny charakter. Poszczególne rozdziały i podrozdziały, opracowane redakcyjnie, są interesującymi studiami literatury patrystycznej, które mogą funkcjonować samodzielnie. Owszem, przewija się przez nie kwestia tego, jak wraz z chrześcijaństwem wyłaniają się specyficzne techniki upodmiotowienia, ale odczuwalny jest brak teoretycznego wstępu, konceptualnej matrycy prowadzonych wywodów. W pewnym zakresie ten brak rekompensuje Aneks 1, w którym Foucault notuje w czterech punktach, co chce wykazać w swoich badaniach. Szło mu zatem o pokazanie, że obecne w chrześcijaństwie prawo (nakazy i zakazy) mają zasadniczo pochodzenie wcześniejsze, pogańskie.

„3. To nowa definicja relacji między subiektywnością i prawdą nada temu starożytnemu jądru nakazowemu nowe znaczenie i wniesie do starożytnej koncepcji rozkoszy oraz ich ekonomii istotne modyfikacje.

4. Modyfikacje te dotyczą nie tyle podziału na to, co dozwolone, i na to, co zakazane, ile analizy sfery aphrodisia oraz stosunku, jaki powinien mieć do nich podmiot. Zmianie uległo zatem nie tyle prawo i jego treść, co doświadczenie jako warunek poznania” (WC, s. 267).

W «programie» tym nie znajduje odbicia ważny wątek studiów Foucaulta — wyłanianie się urządzenia chrześcijaństwa jako instytucji Kościoła, której praktyka uczyni z technik wypracowanych w ramach zakonów model dla całego społeczeństwa i każdego chrześcijanina. Z tym wątkiem wiąże się bezpośrednio Aneks 2 — syntetyczne zestawienie „regularnych i odrębnych sposobów, podług których jednostka miała się ukazywać «w prawdzie», aby uwalniać się od zła” (WC, s. 267) w połączeniu z charakterystyką dyscypliny zakonnej i zasadniczych cech kościelnej władzy pastoralnej, „którą sprawowano by nad ludźmi tak samo, jak pasterz sprawuje władzę nad stadem” (s. 278).

Z kolei w całej pracy Foucault nie objaśnia różnic między dwoma pojęciami, które w języku patrystyki odnoszą się do cielesności i ciała, czyli sarks oraz soma. Wydaje się, że odróżnienie to, mające kontynuację we francuszczyźnie, — przynajmniej na pewnym etapie — było ważne dla dyskursu Foucaulta, o czym może  świadczyć choćby obecny w pierwotnym projekcie Historii seksualności tom La chair et le corps.

W odniesieniu do Wyznań ciała sprawa nie jest błaha, bo na grze między tymi pojęciami zbudowana jest choćby teologia św. Pawła. Gdy mówi on o ciele, które — poprzez pożądania — dąży do czegoś innego niż duch, odwołuje się do słowa sarks (zob. Gal, 5, 16 i dalej). Gdy mówi o ciele jako świątyni Ducha Św. Używa słowa soma (zob. I Kor, 6, 19), kontynuując hebrajską tradycję rozumienia ciała jako całego człowieka, osoby. To w tym sensie mówi o ciele Jezus w słowach ustanowienia z Ostatniej Wieczerzy (np. Łk 22, 19: touto estin to soma mou to hyper hymon didomenon). Sarks odnosi się zasadniczo do ciała jako mięśni i tkanek, przekładany być może jako mięso. To ta, «naturalna» część człowieka skażona jest grzechem, to znaczy obecne w niej pożądania mogą opanować duszę. Ale też człowiek jako soma obecny jest w świecie dlatego, że jego ciało jest owym mięsem, obecnym fizycznie w miejscu i czasie. (Taką fizyczną konkretność miał posiadać Jezus, skoro ewangelista Jan pisze, że słowo stało się ciałem — ho logos sarks egeneto).

To właśnie odniesienie do sarks obecne jest w tytule książki Foucaulta, a jego intencje z pewnością powiązać można z dyskursem chrześcijańskim. Studia zaś odsłonić mogą, jak zmieniała się w patrystyce relacja między rozumieniem sarks oraz soma.

Przemiany te w jakimś zakresie zrekonstruować może sobie czytelnik francuski, w którym odpowiednikiem sarks będzie chair, a soma corps. Czytelnik polskiego tłumaczenia będzie miał bardziej pod górkę. Poza jednym wyjątkiem Tłumacz nie zdecydował się na odmienne tłumaczenie chair i corps, tłumacząc oba po prostu jako ciało. Decyzja ta z całą pewnością ułatwiła przywołanie polskich przekładów tłumaczeń tekstów patrystycznych.

Żeby nie być gołosłownym trzy przykłady:

„Première marque de ce progress: le moine, quand il est éveillé, n’est-pas «brisé» par une «attaque de la chair» — impugnatione carnali non eliditur” (AC, s 237).

“Pierwsza oznaka tego postępu: zakonnik na jawie nie daje się „złamać” „atakowi ciała” — impugnatione carnali non eliditur” (WC, s. 174).

„…, qui naît avec le corps et allume la fornication” (AC, s. 231).

„… które rodzi się wraz z ciałem i rozpala rozpustę” (WC, s. 170).

„Nous voulons chasser de notre coeur  les convoitises de la chair […]”, cytat z Jana Kasjana, tłumaczenie Pichery’ego, które przytaczane jest na s. 218 francuskiego wydania.

„Jeżeli chcemy więc wykorzenić z naszych serc pragnienia cielesne”, przekład Noconia, w polskim wydaniu s. 160-161.

Wyjątkiem, o którym wspomniałem, jest Słowo wstępne, gdzie spolszczono tytuł wspomnianego nie napisanego ostatecznie przez Foucaulta tomu La chair et le corps jako Cielesność i ciało (WC, s. 6) utrzymując taki przekład francuskiej chair. Ale już tytuł przełożonej pracy, Les aveux de la chair, brzmi Wyznania ciała.

Kończąc tę część uwag wspomnę jeszcze, że w przekładzie zastosowano dziwny sposób transkrypcji terminów greckich, przyjmując francuską zasadę, zgodną z fonologią, oddawania ypsilonu jako „u”, przy okazji jako „u” zapisując również dyftong „ou”. Potrafi to dawać przedziwne efekty, jak w słowie synousia. Tam, gdzie tekst francuski podaje sunousia w polskim przekładzie mamy sunusia. Jeśli chciało się odstąpić od stosowanych u nas zasad transliteracji, należało jakoś objaśnić to czytelnikowi. Jestem bowiem przekonany, że zapis słów greckich z przekładu wejdzie w obieg w pracach, których autorzy będą odwoływać się do Wyznań ciała.

II

Skoro, jak chce Veyne, historyczne studia Foucaulta zawsze miały na oku współczesność, chciałbym poświęcić kilka słów temu, co z Wyznań ciała wydaje mi się bieżąco, i to w Polskim kontekście, ważne. Rozpocznę od wyobrażeń władzy skupionych w figurze pasterza.

Foucault pamięta, że jest ona o wiele starsza niż chrześcijaństwo. We wspomnianym wcześniej Aneksie 2 czyni wycieczki w kierunku starożytnej kultury hebrajskiej, Egiptu, przywołuje również rozważania Platona. Podkreśla przy tym, że „[p]olityka w Grecji nie jest sprawą pasterza” (WC, s. 279) i że trzeba było „poczekać na upowszechnienie się tematów orientalnych w kulturze hellenistycznej i rzymskiej, aby pasterstwo pojawiło się jako adekwatny obraz przedstawiający najwyższe formy władzy” (WC, s. 279).

Tym, co go interesuje, jest sens, który posiada figura pasterza w momencie, „gdy przejmuje ją chrześcijaństwo i po raz pierwszy w historii Zachodu nadaje mu formę instytucjonalną” (WC, s. 280). Na czym polega władza specyficzna dla pasterza?

Po pierwsze, na gromadzeniu. Foucault zauważa, że pasterz nie tyle sprawuje władzę nad jakimś terytorium, co nad stadem, a więc nad wielością ludzi. „Inni wznoszą gmach państwa, miasta, pałacu na solidnych fundamentach”. Pasterz „gromadzi tłum” i nadaje mu tożsamość, on bowiem, siłą swego głosu, gromadzi jednostki i je prowadzi. Pod jego nieobecność stado może ulec rozproszeniu — „[w] odróżnieniu od założyciela imperium czy prawodawcy, nie pozostawia swego dzieła za sobą” (WC, s. 280).

Po drugie, na prowadzeniu. Rolą pasterza nie jest wytyczanie granic czy podbijanie nowych terytoriów. Jako ten, kto ma władzę, nie stoi ponad tymi, nad którymi władzę sprawuje. Stoi na ich czele, gdy są w drodze. Przewodzi stadu, prowadząc go ku jakiemuś miejscu, które jest gdzie indziej i do którego dotrze się kiedyś, później. Władza pasterza „nie ma racji bytu tam, gdzie on się znajduje” (WC, s. 280) podkreśla Foucault. To władza, która wskazuje kierunek i drogę, która jest z nim zgodna. Dlatego też pasterz nie ustanawia „prawa raz na zawsze”, bierze pod uwagę zmieniające się okoliczności i konieczność wyszukiwania najlepszej drogi (WC, s. 281).

Po trzecie, na żywieniu.  „Pasterz nie jest tym, który pobiera podatki lub gromadzi skarby. Jego rolą jest dbać o pomyślność trzody, pojąc ją i karmiąc obficie. Pozwala żyć nie w tym szerokim znaczeniu, że dobre rządy wzbogacają kraj, lecz w tym konkretnym sensie, że zapewnia utrzymanie wszystkim i każdemu z osobna” (WC, s 281). Bogactwo pasterza jest tożsame z dobrostanem jego trzody i tylko tym powinien o zaprzątać sobie głowę.

Po czwarte, na czuwaniu. Pasterz powinien mieć zdolność takiego skupiania uwagi, które obejmuje wprawdzie wszystkich, ale tak, „że umie spojrzeć na każdego z osobna” (WC s. 281). Oznacza to, między innymi, „że prawo, jako powszechny imperatyw jednakowo narzucany wszystkim, dla pasterza tłumów nie jest najwłaściwszym sposobem rządzenia. Co oznacza wreszcie, że swoją rolę pasterza może odgrywać tylko zajmując się każdą owcą, uwzględniając jej wiek, jej naturę, jej siłę i jej słabość, jej charakter i jej potrzeby […]” (WC, s. 282).

Po piąte, na ocalaniu. Zadaniem pasterza jest doprowadzenie do celu całego i zdrowego stada. Musi więc je uchronić przed niebezpieczeństwem, podtrzymywać słabszych, ratować z opresji, ale także wykluczyć, gdy trzeba, kogoś, kto stanowi zagrożenie dla wszystkich pozostałych. Musi tego dokonać mając w pamięci, że każda z owiec jest bezcenna i jej wartość nie daje się zrelatywizować.

Po szóste, na zdaniu sprawy temu, czyje owce się prowadzi. Władza pasterza nie jest absolutna. Wprawdzie jest ona całkowita w chwili, gdy prowadzi stado i czuwa nad nim, ustaje jednak w chwili wypełnienia obowiązków. „Pasterstwo jest władzą, która rodzi się rano, a umiera z nastaniem wieczoru; jest władzą «przechodnią» nie tylko ze względu na jej przedmiot, lecz także ze względu na formę, w jakiej jest udzielana i zwracana” (WC, s. 283-284).

Chrześcijaństwo podejmując krążące w świecie hellenistyczno-rzymskim wyobrażenie władzy pasterskiej wprowadza do niej modyfikacje, które schematycznie ująć można jako dwa aspekty tej władzy (I) związany z jej naturą i formą i (II) związany ze specyficznie pojmowaną widzą.

Ad I Chrześcijaństwo radykalizuje obecne w figurze pasterza czujność, troskę, uwagę i gorliwość o los stada tak, że powinnością pasterza staje się ofiarowanie stadu i dla stada życia (dusz)pasterza. Zmienia się także rozumienie związku między dobrostanem stada a bogactwem pasterza. To już nie związek przyczynowy, ale relacja utożsamienia. Pasterz jest tożsamy ze stadem, którego stan jest stanem samego pasterza. Musi on też — zdając sprawę z tego, co robi — tłumaczyć się nie tylko z postępowania osób oddanych mu pod opiekę, ale z każdego swojego błędu czy grzechu. „Grzech pasterza jest w centrum relacji, którą utrzymuje on ze stadem; jego winy pociągają za sobą potknięcia owiec (przez co stają się jeszcze cięższe); a grzechy stada kumulują się  w jego winę” (WC, s. 286). Od chrześcijańskiego pasterza należy wymagać szczególnej czystości i doskonałości, ale jednocześnie musi on uważać na pychę i zaślepienie. Jeśli nie będzie znał własnych słabości, łatwo mu będzie przypisywać sobie wyższość, czerpać satysfakcję i dumę z tego, że jest wyznaczony do przewodzenia stadu. Pasterz chrześcijański jest grzesznikiem jak wszyscy, nie ma żadnego prawa — stanowionego czy «naturalnego», które by miało uzasadniać, że jako pasterz jest dobrym pasterzem (WC, s. 285-287).

Ad II By wiedzieć, w jakim kierunku prowadzić stado, chrześcijański pasterz musi posiadać określoną wiedzę, którą chrześcijaństwo zacznie kodyfikować w doktrynę, wykluczając sekty czy herezje, które mają prowadzić do zatraty. Niemniej pasterz posiada ową specjalną wiedzę i naucza jej w sposób specyficzny. Musi zatem pamiętać, że nauczając, sam się uczy, że wiedza nie jest mu dana z góry, że wymaga jego wysiłku. Musi także to, czego naucza, poświadczać życiem — pasterz posiada wiedzę tylko wtedy, gdy sam jest jej obrazem.  Jego powinnością jest również nauczanie zgodne z kondycją jednostek, do których się zwraca: inaczej uczy się wesołych, a inaczej smutnych, inaczej bogatych, a inaczej biednych. Nie da się jednak rozeznać co, dla kogo i kiedy jest odpowiednie, jeśli zamknie się oczy na doczesną rzeczywistość, pasterz zaś, jak pisał Grzegorz Wielki, nie tylko nie może gardzić nędzą ludzi, ale musi wręcz łączyć się z ich biedą (WC, s. 287-288).

Figura pasterza przetrwała w chrześcijaństwie, co jest nieuniknione choćby ze względu na metaforykę obecną w Nowym Testamencie. Warto jednak zastanowić się, co z sensów, które tropił Foucault zachowało się w bieżącej praktyce chrześcijańskiej, w rodzimych warunkach zwłaszcza w polskim katolicyzmie. Wydaje mi się bowiem, że wskazać możemy na zasadnicze nieciągłości, które pokazują, że przetrwała metaforyka, zmieniły się jednak praktyka i pojęcia.

Dużym wyzwaniem dla części polskich katolików w ogóle, a duszpasterzy w szczególe, będzie przykładowo fakt, iż władza pasterza nie dotyczy terytorium, że jest z gruntu obca wszelkim nacjonalizmom czy myśleniu państwowemu. Wszelkie próby budowania teologii narodu (wymienia się ją jako specyficzny wkład polski do teologii katolickiej), w której naród ulega personifikacji do tego stopnia, że mówi się np. o jego chrzcie, ale także ciasna optyka promująca państwo narodowe przeciw organizacjom międzynarodowym, jest odstępstwem od pierwotnej wizji władzy pasterskiej.

Podobnie wyzwaniem może być idea, że dobrostan pasterza tożsamy jest z dobrostanem wspólnoty, o który pasterz powinien dbać. Interesy Kościoła jako instytucji (niech bieżącym przykładem w naszym regionie będzie spieniężenie leśnych gruntów pod kopalnię piasku przez archidiecezję łódzką), widoczne wśród biskupów zamiłowanie do zbytku itp. są tego wyraźnym przeciwieństwem.

Problematyczne wydaje się dalej przekonanie, że pasterz potwierdza życiem głoszona prawdę i że jego błędy odbijają się na kondycji wiernych. Kłopoty Kościoła z przestępstwami seksualnymi wobec nieletnich, mechanizmy trzymania siebie nawzajem w szachu i myślenia korporacyjnego są tu doskonałą ilustracją.

III

Tych zmian i przesunięć jest zresztą dużo więcej (i nie są one tworem wyłącznie współczesności. Zerwania z modelem władzy pasterskiej, którą opisałem za Foucaultem, widoczne są już w okresie patrystycznym). Mimo formalnej kadencyjności choćby władzy biskupiej, jej sprawowanie zbyt często jest zupełnie nieczułe na to, że zaczyna się ona rano, a kończy wieczorem. Sposób nauczania zaś nie tylko przypomina nieomylny monolog, ale zupełnie nie liczy się z tym, że inaczej naucza się smutnych, inaczej wesołych, inaczej bogatych, inaczej biednych. To wymóg trudny sam w sobie; staje się tym trudniejszy w sytuacji, gdy religia zyskuje tak wielu przedstawicieli, że stają się oni anonimowymi pojedynczościami, których twarzy, problemów, kondycji w danym miejscu i czasie się nie rozpoznaje. Władzy pasterskiej takiej, jak opisał ją Foucault, nie sprzyja także teologia sakramentalnego kapłaństwa, które podkreśla inność kleru wobec laikatu.

Tym, co szczególnie uderzyło mnie w rekonstrukcji Foucaulta i co wydaje mi się zasadniczym przekształceniem władzy pasterskiej jest to, że stopniowo model życia zakonnego stał się modelem odnoszonym do wszystkich ludzi. Śledzi on to w kontekście praktyk pokutnych, które z publicznego ceremoniału (chrztu, później pokuty publicznej) przekształcały się w praktyki prywatne, coraz silniej związane z wyznawaniem prawdy na swój temat opiekunowi duchowemu. O ile zakazy i nakazy regulujące sferę ciała pozwalały zachować ciągłość między światem przedchrześcijańskim a chrześcijaństwem, o tyle novum stał się wymóg nieustannej samoobserwacji, badania poruszeń ciała i ich wpływu na kondycję duszy, po to, żeby o wszystkim opowiadać osobie, której zadaniem jest kierowanie życiem podopiecznego. Takie duchowe kierownictwo tylko na pierwszy rzut oka przypomina praktykę rozmaitych „pogańskich” szkół filozoficznych, podobnie jak rachunek sumienia, obecny na przykład w stoicyzmie, nie jest tożsamy z praktyką chrześcijańską (zob. WC, s. 82 i nn.). Chrześcijański opiekun duchowy nie ma na celu doprowadzenia podopiecznego do momentu samodzielności, jego władza nie jest czasowa. Charakterystyczne dla życia zakonnego życie w posłuszeństwie, w którym koniecznym etapem drogi do kontemplacji Boga jest wyzbycie się własnej woli i kierowanie wolą przełożonych nie pozwala na taki etap samodzielności. Foucault precyzyjnie pokazuje tę zmianę, przytaczając obficie literaturę patrystyczną z jej pryncypialna wymową co do konieczności pozbycia się własnej woli (zob. WC, s. 90 i nn.). Pokazuje też, że rozwój w ramach wspólnot zakonnych praktyk wyznawania prawdy i kierownictwa duchowego pociągnął za sobą kodyfikowanie rozmaitych przewin i kar za nie. W ten sposób zrodził się duch uniwersalnego kodeksu, któremu podlega się bezwzględnie.

Z tymi zmianami połączone były też przekształcenia w podejściu chrześcijaństwa do czystości czy dziewiczości. I tu udaje się Foucaultowi uchwycić zerwania, obecne w okresie patrystycznym, przypominając także, jak bardzo ambiwalentną instytucją z punktu widzenia chrześcijaństwa jest małżeństwo. W kontekście bieżącym ciekawe wydają się dwa wątki. Po pierwsze, obecne wśród Ojców Kościoła przekonanie, że celem małżeństwa (przynajmniej zasadniczym celem) nie jest prokreacja. Widać to dobrze choćby u Jana Chryzostoma, który nie ma wątpliwości, że małżeństwo może być pełnowartościowe także w sytuacji, „gdy nie rodzi się z niego żaden człowiek” (WC, s. 195). Zasadniczym celem małżeństwa jest bowiem umożliwienie ludziom życia wstrzemięźliwego, unikającego rozpusty. Jest ono ograniczeniem i prawem, a pojawiło się, jak pisał Chryzostom, gdy do życia ludzi „wkradła się pożądliwość” (za: WC, s. 198). Ewidentnym kontekstem jest tu ranga przypisywana dziewictwu (czystości), które pozwala odrestaurować na ziemi rajski stan życia. Dyskutowanie sensu małżeństwa w kontekście wstrzemięźliwości nie jest osobliwą cechą Chryzostoma. Przykładowo, poświadczają tę tradycje i Orygenes, i św. Hieronim.  Po drugie, dokumentuje on przekonanie, że dziewictwo (czystość) jest czymś nienaturalnym, ale z ową nienaturalnością wiąże się wyjątkowa rola, która w życiu chrześcijańskim przypada dziewiczości (czystości). To o tyle ważne, że nienaturalność stała się w bieżącej retoryce katolickiej wyłącznie czymś negatywnym; podnosi się ja jako zarzut. Podobnie, jak wskazuje się prokreację jako cel małżeństwa, na tej podstawie odmawiając naturalności miłości homoseksualnej i racji bytu związkom jednopłciowym (nie próbuję tu powiedzieć, że były one akceptowane w okresie patrystycznym; choć Kościół rozpoznawał związki przyjaźni w rytuale adelphopoiesis).

W końcu, na kanwie pism św. Augstyna, rekonstruuje Foucault moment, w którym zaczyna myśleć się podmiot jako jednocześnie podmiot pożądania i podmiot prawa. Pożądliwość staje się możliwością zła, to jednak wydarza się w akcie przyzwolenia i użytku z pożądliwości.

IV

Można zastanawiać się, czy Wyznania ciała wnoszą coś istotnie nowego do znanych już badań Foucaulta. To kwestia, którą zostawiam na boku. Forma, którą przybrały poszczególne studia, pewne procesy i praktyki pozwoliła mi zobaczyć dobitniej. Szczególnie uderzyło mnie zuniwersalizowanie modelu życia zakonnego, którego praktyka wyznawania prawdy, wyzbycia własnej woli i kierownictwa duchowego stała się zasadą życia chrześcijańskiego, a w roszczeniu — wszelkiego życia społecznego. Potrzeba kierowania społeczeństwem zafiksowana na sprawach seksu, rzekomo demaskująca nienaturalność i niemoralność miłości, związków, życia („nieuporządkowana natura) np. osób LGBT są niewątpliwym odbiciem tego modelu. Podobnie jak swoista bierność w życiu moralnym, które musi być dostosowane do zewnętrznych i rzekomo uniwersalnych (ahistorycznych) reguł, do owej zewnętrznej woli, w której przejawia się Bóg, podczas gdy własna, subiektywna wola jest źródłem skażenia.

Świadomość przekształceń, którym podlegały teologia małżeństwa, rozumienie dziewiczości (czystości), sens nadawany temu, co nienaturalne, powinny także uzmysławiać, że wiele poglądów funkcjonujących społecznie jako odwieczne, ma swoją genezę, i ułatwiać otwieranie oraz prowadzenie dyskusji na ich temat.

Szczególnie pilna wydaje mi się debata na temat władzy pasterskiej, przy czym jest ona ważna nie tylko wewnątrz chrześcijaństwa. Wymogi stawiane pasterzowi są bowiem powodem, by oczekiwać zmian funkcjonowania Kościoła i kleru w życiu społecznym, od kwestii politycznych począwszy, na sprawach związanych z przestępstwami kleru skończywszy.

Warto by także postawić pytanie, czy rzeczywiście trafnym modelem życia moralnego całego społeczeństwa jest model zakonny? Czy połączenie w jedno podmiotu pożądania i podmiotu prawa nie wymaga korekty?

AC — M. Foucault, Les aveux de la chair, edition établie par F. Gros, Gallimard, Paris 2018.

WC — M. Foucault, Historia seksualności. Tom 4: Wyznania ciała, przeł. T. Stróżyński, słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2020.

Grecko-polski Nowy Testament. Wydanie interlinearne z kodami gramatycznymi, Vocatio, Warszawa 1994.

  1. Piekarz, Ciało i krew, https://opoka.org.pl/biblioteka/M/ME/espe200901_euch2.html (dostęp: 26 maja 2020 r.).
  2. Veyne, Ostatni Foucault i jego moralność, przeł. T. Komendant, „Literatura na Świecie” nr 6(203)/1988.

 

Jak zwiedzać świat w antropocenie :)

Antropocen to czas, w którym żyjemy. Na razie nieoficjalnie, bo młyny naukowe mielą powoli i antropocen nie uzyskał jeszcze formalnego potwierdzenia ze strony instytucji decydujących o nazewnictwie geologicznym. Oficjalnie nadal jesteśmy w holocenie, czyli liczącej dwanaście tysięcy lat epoce, która zaczęła się po ostatnim zlodowaceniu i w której stabilnych, przewidywalnych, przyjaznych warunkach Homo sapiens dorobił się globalnej cywilizacji. Czy nową epokę liczyć od testów nuklearnych, rewolucji przemysłowej, odkrycia Ameryki, początków rolnictwa, czy wybicia megafauny, antropocen na naszych oczach nabiera tempa.

 

Na Szlaku Orlich Gniazd, pośród malowniczych ruin, stopniowo – i kontrowersyjnie – odbudowywanych i komercjalizowanych, znajduje się Zamek Ostrężnik. „Zamkiem” nazywany nieco na wyrost, biorąc pod uwagę, że po kilkuset latach od upadku jest to nic więcej, niż nieregularne skaliste wzgórze pośród leśnego rezerwatu, gdzie resztki niegdysiejszych murów toczą przegraną walkę z bezlitosnymi korzeniami i coraz grubszą warstwą gleby. Byłem tam kiedyś w środku nocy. Pośród zupełnego zastoju byle chrząszcz maszerujący po suchych liściach robił hałas jak kolumna wojska. Do dziś są ponoć tacy, co szukają w Ostrężniku skarbów. Niech im będzie; są gorsze sposoby spędzania wolnego czasu. W Ostrężniku można jednak znaleźć coś dużo ciekawszego i cenniejszego – wracającą niezawodnie między hałaśliwymi chwilami ciszę. A raczej milczenie. Jaka w tym różnica? Milczenie to szczególna cisza, która zapada, gdy słowa zamierają, a obecność zanika. Tak właśnie, jak na Zamku Ostrężnik, dziś podbitym przez las.

Podobnego milczenia słuchałem jakiś czas później pośród ruin górskiego zamku Takatori, kilkadziesiąt kilometrów od Osaki. Tych ruin nie pochłonęła jeszcze przyroda, choć cierpliwie próbuje: w niższych partiach rozparte korzeniami mury pokrywa gruba warstwa mchów. Wyżej, ze szczytu solidnych, dobrze utrzymanych fortyfikacji, można sięgnąć wzrokiem między drzewami ku bliskim i dalekim pasmom górskim. W tej ogromnej niegdyś twierdzy życie musiało tętnić, gwar rozbrzmiewać. Dziś – pustka i bezruch, urozmaicane tylko z rzadka obecnością pojedynczych, starszych wiekiem Japończyków. Niżej zaś, po drugiej stronie zamku, ze skał milcząco patrzą zerodowane oblicza arhatów – istot wyzwolonych, które osiągnęły nirwanę.

Trochę inne milczenie panuje na wyspie Corregidor, u wejścia do Zatoki Manilskiej. Zabytkowe zabudowania wojskowe, tunele, umocnienia stoją tam do dziś, nosząc ślady dawnych walk, pośród kwitnącej w najlepsze tropikalnej roślinności. Morze, rozciągające się dookoła pod oślepiającym słońcem, było dla wielu żołnierzy filipińskich, amerykańskich, japońskich ostatnim widokiem w życiu. Gdzie podczas drugiej wojny huczały działa, dziś słychać szum pojazdów wiozących turystów od jednej atrakcji turystycznej do drugiej; gdzie przywódcy wykrzykiwali kiedyś rozkazy, dziś przewodnicy opowiadają umoralniające anegdoty (jak ta o pewnym japońskim turyście, który rzekomo dopiero tutaj dowiedziawszy się o japońskiej okupacji Filipin, zaczął się pośpiesznie kajać i głęboko kłaniać). Poza tym tylko szum wiatru i brzęczenie owadów.

Opisując w Przeciwżyciu krajobraz Judei, Philip Roth pisze, że kraj ten mógłby równie dobrze udawać kawałek księżyca, jak gdyby po siedmiu dniach Bóg już więcej nad nim nie pracował, w przeciwieństwie do innych, które doskonalił do skutku, aż nadawały się do zamieszkania dla wszystkich istot. Patrząc z wysokości liczącej dwa tysiące lat twierdzy Masada ponad surowym pustkowiem ku palącym odmętom Morza Martwego, gdzie nie szumi wiatr ani nie brzęczą owady, zastanawiam się, do jakiego stopnia moje przeżycie pod tym słońcem, na tym piachu, zależne jest od złożonej sieci wzajemnego wsparcia, jaką upletli tu ludzie. Jak łatwo sieć może się porwać. I jak twierdza na płaskowyżu będzie nadal stać, choćby nikt już się na nią nie wspinał.

Na pewnym parkowym wzgórzu w centrum Singapuru, skąd rozciąga się widok na panoramę wysokościowców, będących zarazem jedną z oznak i jedną z przyczyn gospodarczego sukcesu tego miasta-państwa, znaleźć można i przeczytać warto tabliczkę o kamiennym głazie, odkrytym w XIX wieku w dżungli u ujścia rzeki. Na jego powierzchni w niepamiętnych czasach wyryto tekst w nieznanym języku, który opowiadał być może o historii „Lwiego Miasta” sprzed przybycia kolonialistów. Dwadzieścia kilka lat po odkryciu, przy okazji prac budowlanych, Brytyjczycy wysadzili głaz w powietrze. Z zachowanych odpisów i ocalałych fragmentów niewiele dało się odczytać. Patrząc na pnące się w niebo wysokościowce dzisiejszego Singapuru, od nieodwracalności utraty historii nie można uciec.

Historia nie została zaprzepaszczona w Makau, gdzie dzieje Katedry Św. Pawła, po której została dziś tylko – albo aż – fasada, są dobrze udokumentowane. W pewnym sensie pożar w XIX wieku nie tyle ów „dom boży” zniszczył, co nadał mu dodatkowy wymiar. Pośród tłumów zwiedzających trudno o milczenie, jak i zresztą  o zwykłą ciszę. Wspiąwszy się jednak wcześnie rano lub pod wieczór, tuż przed samym zamknięciem, na pobliską twierdzę jezuicką, najlepiej przy kiepskiej pogodzie, można spojrzeć ponad brzydkimi dachami niskiej zabudowy ku niebotycznym kasynom i połączyć się w milczeniu z tymi pokoleniami miejscowych i przybyszów, z których każdy dokładał swoją cegiełkę do stworzenia Makau.

W Efezie cegiełek i wszelkiej zabytkowej architektury jest aż nadto. Pamiętam autokary pełne turystów spieszących obejrzeć świątynie, bramy, posągi i inne starożytności, pośród których beztrosko wylegiwały się koty. Ale pamiętam też, jak późnym wieczorem, w samym mieście, w zaniedbanym parku, niewiele większym od skweru, widziałem walające się na ziemi kolumny. Tak po prostu leżały, gdzie padły, lub gdzie je zrzucono, niepotrzebne nikomu w regionie, w którym starożytne zabytki to codzienność. Nieruchome niczym martwe.

Pozostałości liczącej blisko 3000 lat twierdzy Erebuni nie walają się na ziemi, lecz stoją pod rozjarzonym niebem na wzgórzu pod Erewaniem. Ale one także stoją samotnie. Ochrony wypatrywać próżno, ogrodzenie pokonać może każdy. Z murów upamiętniających czasy przed naszą erą (albo jak kto woli „przed Chrystusem”) krzyczą wyskrobane przez wandali napisy i znaki. A same mury emanują milczącym patosem.

Murom Troi patosu nie ujmuje nawet stojący przy wejściu niezgrabny drewniany rumak, do którego można się wgramolić po fotkę, choć po trzech tysiącach lat nie wznoszą się już pod niebo. Po uchwyconym przez Homera okrzyku bólu nie zostało choćby echo; nawet morze tylko bezgłośnie lśni w oddali. Tablice, barierki, punkty widokowe ujmują to, co ponadczasowe i nieogarnione, w nowoczesne, klarowne, łatwe do przyswojenia dziedziny i kategorie. A gdy te ostatnie przeminą wraz z tymi, którzy je wypracowali, pozostaną tylko antyczne mury, z każdym przemijającym wiekiem ciążące coraz głębiej ku ziemi.

Nie trzeba tysięcy lat, by zaczęły się sypać zwały betonu w Puerto de la Cruz, na północy Teneryfy. Niestrudzony Atlantyk uderza tam zbielałymi falami w fortalicję Bateria de Santa Barbara, gdzie armaty odstraszały przed wiekami korsarzy. Uderza też w jak najbardziej współczesne betonowe umocnienia pobliskiego nabrzeża. Kilkumetrowe, wielotonowe sześciany na pierwszy rzut oka wydają się nie do ruszenia, a jednak fale już je przerwały, już wgryzły się w brzeg poza nimi, już sięgają wiodącej wzdłuż brzegu drogi i wzniesionych tam zabudowań. Jeśli słychać tu milczenie hiszpańskich budowniczych kamiennej fortalicji, którzy od dawna spoczywają w grobie, to dołącza już doń milczenie, które pozostanie tu kiedyś po nas: budowniczych betonowych umocnień.

Tym, co łączy te wszystkie miejsca, jest milczenie właśnie. Milczenie wymowne.

Antropocen to czas, w którym żyjemy. Na razie nieoficjalnie, bo młyny naukowe mielą powoli i antropocen nie uzyskał jeszcze formalnego potwierdzenia ze strony instytucji decydujących o nazewnictwie geologicznym. Oficjalnie nadal jesteśmy w holocenie, czyli liczącej dwanaście tysięcy lat epoce, która zaczęła się po ostatnim zlodowaceniu i w której stabilnych, przewidywalnych, przyjaznych warunkach Homo sapiens dorobił się globalnej cywilizacji. Czy nową epokę liczyć od testów nuklearnych, rewolucji przemysłowej, odkrycia Ameryki, początków rolnictwa, czy wybicia megafauny, antropocen na naszych oczach nabiera tempa.

Antropocen to nie tylko katastrofa klimatyczna. To nie tylko wymieranie gatunków. To nie tylko wszechobecne zanieczyszczenie, rabunkowa eksploatacja surowców, erozja gleb. Zresztą słowo „tylko” jest tu nie na miejscu: każdy z tych kryzysów stanowi ryzyko, zagrożenie, niebezpieczeństwo. Antropocen to wszystkie one, i jeszcze inne, a do tego powiązania i sprzężenia między nimi, z powodu których im bardziej próbujemy się w jednym miejscu podratować, tym bardziej w innym się narażamy. Antropocen to epoka bez dobrych wyjść – są tylko mniej złe. I to niewiele mniej.

Rosnące emisje gazów cieplarnianych to nie sedno problemu, tylko jego symptom. To, co już zrobiliśmy i nadal robimy z jedyną znaną nam we wszechświecie żywą planetą, od paliw kopalnych, przez radioaktywne izotopy i plastikowe odpady, po technoskamieliny – nie wspominając o idących w setki miliardów kościach najliczniejszego gatunku lądowego kręgowca na świecie, czyli zmutowanego przez nas na pokarm kurczaka-brojlera – pozostawi po sobie w warstwach geologicznych ślad zapewne równie wyraźny, co katastrofa, która wybiła dinozaury. Ale, co jeszcze ważniejsze, za naszą sprawą ewolucja życia na Ziemi ruszyła inną drogą. Bez względu na to, czy ludzka cywilizacja przetrwa jeszcze dekady, wieki, czy tysiąclecia, dziedzictwo naszej ignorancji i arogancji trwać będzie po wsze czasy, aż w niewyobrażalnie odległej, wieczności niemal równej, przyszłości – Ziemię pochłonie umierające Słońce.

Singapuru czy Makau nie pochłoną drzewa, tak jak (prawie) pochłonęły już Ostrężnik. Zrobią to wody wezbranego, zakwaszonego oceanu. W zapale rozmów o głupocie, skorego do podgrzania już i tak przegrzanej planety, Donalda Trumpa, w słusznym gniewie crowdfundingowych zbiórek na powstrzymanie wycinki Puszczy, w entuzjazmie wysiłków na rzecz uprzątnięcia plaż z plastikowego śmiecia, w ekscytacji inicjatyw domagających się przejścia na energię odnawialną, łatwo dać się ponieść przekonaniu, że każdy słuszny krzyk, każdy zryw, każdy wręcz lajk na fejsbuku może być tym, który wreszcie odwróci bieg rzeczy i skieruje nas ku bezpiecznej i czystej przyszłości. Być może tak jest. Ale widząc zarazem, jak daleko zaszły sprawy i jak niezborne są nasze wysiłki, by im zaradzić, trzeba sobie uświadomić, że prawdopodobnie się nam nie uda, że antropocentryczny (nomen omen) antropocen, któremu daliśmy początek, może już wkrótce być naszym kresem – choć sam już nigdy się nie skończy.

W milczenie pozostałych po poprzednich pokoleniach zabytków warto się wsłuchiwać. Przejmuje dreszczem, daje do myślenia, uczy pokory. Warto zacząć antycypować milczenie, które pozostanie po naszym pokoleniu oraz po tych, które przyjdą po nas. I chociaż  zabrzmi to niepopularnie, owych przyszłych pokoleń może nie być wiele, zwłaszcza, jeśli wyobrażamy je sobie jako prostą kontynuację świata, do jakiego przywykliśmy. Jeśli jest jakakolwiek szansa, by coś, cokolwiek móc pociągnąć dalej, zależy ona od tego, czy przyswoimy sobie najpierw świadomość nieuniknionego.

Nie chcemy o tym słuchać – ostrzeżenia zbywamy jako katastrofizm. Nie chcemy o tym myśleć – tyle w końcu zainwestowaliśmy w przyszłość. Boimy się, że tracąc wiarę w ciągłość tego, co nas otacza, stracimy i sens życia. Ale sens można znaleźć w projekcie świadomej transformacji naszego świata, tak, aby egzystencja jednego pokolenia nie odbywała się kosztem kolejnych. We wzajemnym współczuciu w obliczu kresu, który sami na siebie ściągnęliśmy, popychając planetę do punktu, poza którym klimat i biosfera staną się nam obce i wrogie. We wspieraniu tych, którzy działają, by ten kres oddalić, i przyłączaniu się do nich. To jest sens, którego najbardziej teraz potrzebujemy. 

Niezależnie od tego, czy antropocen zostanie uznany za oficjalną epokę geologiczną, czy też nie, już dziś doskonale sprawdza się jako klucz do zrozumienia naszego położenia. Podróżując po świecie zawieszonym na krawędzi ekologicznej katastrofy, patrzmy nań jak na coś trwałego i nietrwałego zarazem. Coś, po czym pozostać mogą tylko niezniszczalne ruiny. Precedensów nie brakuje, od kości stegozaurów i diplodoków po gruzy starożytnej świetności. I wsłuchujmy się w milczenie dawnych pokoleń, by znaleźć w nim echa milczenia, które pozostanie kiedyś przecież i po nas samych: sprawcach i ofiarach jednocześnie.


Tekst stanowi fragment nowej książki Dawida Juraszka „Antropocen dla początkujących. Klimat, środowisko, pandemie w epoce człowieka”. Publikacja w przedsprzedaży dostępna już teraz na stronie sklepu Liberte!.

 

 

 

 

 

 

Zgrzyt rzeczywistości i klimatyczna żałoba :)

Autor „Antropocenu dla początkujących” czyta „W Polsce, czyli wszędzie” Edwina Bendyka.

W nowej książce Edwina Bendyka W Polsce, czyli wszędzie raz, drugi, trzeci rozlega się przeraźliwy zgrzyt. Czytamy oto o grożącej nam klimatycznej katastrofie. O zapaści ekosystemów. O naruszonej przez nas planetarnej równowadze. O potężnych siłach społecznych i procesach historycznych, zmieniających oblicze świata. O faktach naukowych, wykresach, danych. A pośród tego wszystkiego – pada nazwisko szeregowego posła.

Zgrzyt.

Nie jest to zgrzyt zawiniony przez Bendyka. To zgrzyta sama rzeczywistość (czy może: „pospolitość skrzeczy”), o której złożoności Bendyk często przypomina i którą wielokrotnie ilustruje. Rzeczywistość, w której zderza się to, co małe, z tym, co wielkie, globalne z lokalnym, racja z błędem, głupota z mądrością, i wszystko, co pomiędzy. Zderza się – oraz wzajemnie napędza i katalizuje na wiele sposobów oraz na wielu poziomach, które wymykają się naszym zmysłom.

Ten właśnie „zgrzyt” jest jedną z wielu omawianych przez Bendyka cech otaczającej i przenikającej nas rzeczywistości (choć w tekście nie pojawia się takie sformułowanie). Rozlega się zresztą już w samym tytule, niesie się z przewodniego pytania „Czy Polska przetrwa do 2030 roku?”. Z jednej strony tytuł ten i to pytanie są na pozór nie na miejscu: powiedzieć, że wisi nad ludzkością klimatyczny, ekologiczny, energetyczny miecz Damoklesa to eufemizm, a tymczasem mamy się przejmować jednym krajem na jednym kontynencie? Tylko z racji ślepego trafu, który sprawił, że tam właśnie się urodziliśmy? Przecież to kwintesencja prowincjonalizmu, zaściankowości, zapatrzenia we własny pępek.

A jednak Bendyk nie cukrem krótkowzrocznego patriotyzmu krzepi serca, lecz raz za razem wykorzystuje doświadczenia i przejścia tego akurat jednego, przypadkiem urodzenia wskazanego kraju, by zilustrować problemy i wyzwania stojące przed światem. Takie przeskakiwanie między skalami i poziomami stanowi o wartości książki, choć jest to strategia ryzykowna, może bowiem wbrew intencjom autora dać niektórym impuls, by nie patrzeć szerzej. No bo po co, skoro to na własnym podwórku skupiają się wszelkie procesy, skoro to w Polsce naprawdę jest „wszędzie”? Ryzykowna nie znaczy jednak błędna. Jeśli śledząc działania i zaniechania polskich władz zdamy sobie sprawę z ich ostatecznego wymiaru planetarnego, jeśli pilnując spraw na miejscu, pamiętać będziemy, że przekładają się na świat, to już będzie coś.

Książka Bendyka jest swego rodzaju encyklopedią zagrożeń, problemów, wyzwań, przed jakimi stoi ludzkość jako cywilizacja i jako gatunek. Jest przy tym encyklopedią w przeważającej mierze bardzo pragmatyczną. Bendyk nie serwuje nam bajek, ani tych o węglu, ani tych o energii odnawialnej. Słusznie odrzuca totalną wojnę z paliwami kopalnymi, wskazując, że mają do odegrania ważną rolę napędu niezbędnej transformacji. Obnażając systemowe przeszkody dla zmniejszania śladu węglowego, jednocześnie nie udziela rozgrzeszenia indywidualnemu, podejmującemu codzienne decyzje człowiekowi. Ujawnia w ten sposób raz za razem kolejne zgrzyty rzeczywistości, która nasze marzenia o prostych, jasnych osądach i wyborach ma za nic.

Michał Sutowski w długiej recenzji na łamach Krytyki Politycznej zwraca uwagę na jeszcze inny zgrzyt, tym razem już w samym przekazie książki, choć będący echem podobnych zgrzytów w świecie rzeczywistym. „Trudno o drugą książkę, w której optymizm woli autora ścierałby się tak ostro z pesymizmem jego intelektu,” rzecze. Starcie optymizmu z pesymizmem, czy też starcie postaw, które oklejamy tymi uproszczonymi etykietkami, to jeden z przejawów „rozmowy o rozmawianiu”, w ramach której dyskutujemy o tym, jak w ogóle dyskutować, żeby móc wreszcie zacząć działać. Strach przed strachem i ucieczka przed paniką sprawiają, że zwykle to optymizm nadal jest uważany za bardziej stosowny i skuteczny, choćby był czysto deklaratywny. Sutowski kontynuuje: „Momentami trudno jednak – to zarzut do świata, nie do Bendyka – uciec od wrażenia, że ten optymizm jest na siłę. Podobnie jak w Epoce człowieka Ewy Bińczyk, pracy bardziej naukowej, ale też niepozbawionej publicystycznej werwy, tylko charyzma i błyskotliwość autora nie pozwala czytającym stoczyć się w głęboką depresję. Chcemy im wierzyć, że wyjście jednak jest i że to światełko to nie reflektor lokomotywy w tunelu. Tylko czy możemy?”

Przyjrzyjmy się bliżej temu rzekomemu optymizmowi. Czy naprawdę jest „na siłę”? Czy w ogóle jest?

Należy „strzec się proroków apokalipsy i siewców rozpaczy głoszących, że koniec świata jest bliski”, pisze Bendyk; wprawdzie „niepokojących sygnałów nie brakuje”, ale ekstrapolowanie dzisiejszych trendów klimatycznych to błąd. „Najgorszy scenariusz nie wydarzy się”, pisze Bendyk, bo wcześniej dotrzemy do bariery wzrostu i emisje zaburzających klimat gazów cieplarnianych ulegną redukcji. Prędzej czy później to się po prostu stanie. Jak? Ano tak, że albo wyginie znaczna część ludzkiej populacji i „na wyludnionej planecie też zrobi się chłodniej”, albo wypracujemy „model rozwojowy zapewniający możliwość funkcjonowania cywilizacji liczącej ponad 9 mld ludzi w perspektywie połowy stulecia bez katastrofy ekologicznej”. Innymi słowy, klimat nie załamie się, bo najpierw albo sama ludzkość się załamie, albo się przełamie. Wobec takiego postawienia sprawy, trzeba nam oczywiście byle szybciej przyjąć ów przełomowy model rozwojowy i dokonać Wielkiej Transformacji. Niestety: jak przyznaje Bendyk, jest to model, „którego jeszcze nie znamy”. A zatem musimy nie tylko go wdrożyć, ale i najpierw wiedzieć, co w ogóle wdrażać i jak. A wszystko to na przestrzeni najwyżej jednego pokolenia. Gdyby zaś miało nam się to nie udać, to jako druga opcja ochłodzenia klimatu zostaje nam tylko nieuchronna hekatomba ludzkości. Pytam: jeśli to jest optymizm, to czym jest pesymizm?

Bendyk wszakże istotnie jest tu optymistą. Odrzuca najgorsze prognozy wzrostu temperatur, kresu pnących się wciąż w górę trendów upatrując w niemożności utrzymania przez ludzkość obecnego modelu rozwoju. Pisząc jednak, że w najgorszym razie redukcja emisji gazów cieplarnianych miałaby dokonać się poprzez „wyginięcie znacznej części ludzkiej populacji na skutek wojen, głodu i epidemii”, zdaje się milcząco zakładać, że redukcja taka przełoży się na schłodzenie klimatu w przewidywalnym horyzoncie czasowym. Ale w system klimatyczny wpisana jest przecież inercja. Nawet, gdybyśmy od jutra rana całkowicie przestali emitować gazy cieplarniane, to temperatury i tak nadal będą rosły za sprawą dotychczasowego zmodyfikowania składu atmosfery. Gorzej: Bendyk wspomina wcześniej w książce o punktach przełomowych i sprzężeniach zwrotnych, jak uwolnienie gazów cieplarnianych w wyniku topnienia tak zwanej „wiecznej” zmarzliny, za czym dalsze globalne ocieplenie będzie już samo się napędzać, bez względu na to, co zrobimy lub nie. Jeśli do zapoczątkowania tego procesu dojdzie (być może już doszło), to przegrzana planeta ochłodzi się nie w zbawiennej dla ludzkości i wielu współistniejących z nami gatunków perspektywie, tylko dopiero za setki, tysiące, może dziesiątki tysięcy lat, kiedy swoją robotę wykonają nierychliwe procesy naturalne na planecie zupełnie już innej niż ta, jaką dziś znamy.

Czy zatem nie pozostaje nam nic innego, niż tylko „stoczyć się w głęboką depresję”, jak ujmuje to Sutowski? Niekoniecznie. Optymizm nie ma otóż monopolu na motywowanie do wartościowych przemyśleń, pozytywnych postaw, pomocnych działań. Jem Bendell, twórca głośnej koncepcji Głębokiej Adaptacji do rychłej zapaści społecznej w wyniku katastrofy klimatycznej, tłumaczy, że pogodzenie się z tym, co nieuchronne, nie jest równoznaczne z biernym oczekiwaniem na koniec; przeciwnie, uruchamia nieznane wcześniej pokłady aktywności i kreatywności. Dychotomia „sukces albo katastrofa” (wszystko albo nic) skutecznie skupia uwagę, ale może też odwrócić ją od prostej prawdy, że liczy się każdy rok odwleczenia najgorszego, każda opóźniona tragedia, każde przedłużone ludzkie (i nie tylko ludzkie) istnienie. Dla mnie osobiście uświadomienie sobie całej grozy sytuacji oznaczało początek klimatycznej żałoby, która okazała się jednym z najwartościowszych i najbardziej motywujących przeżyć, jakich kiedykolwiek doświadczyłem. Im mniejsza jest szansa, że wykaraskamy się z klimatycznych i ekologicznych tarapatów, tym bardziej trzeba walczyć o jej wykorzystanie. Postępować właściwie można nie tylko zakładając, że dzięki temu koniec końców zwyciężymy, ale także z samej racji tego, że jest to postępowanie właściwe. Często pisałem w tym kontekście o podejmowaniu takich działań, by można było patrzeć bez wstydu w lustro oraz innym ludziom w oczy.

Bendyk kończy książkę zapowiedzią dalszej dyskusji. Dyskutować oczywiście trzeba: w ten sposób dzielimy się wiedzą, wyjaśniamy nieporozumienia, wypracowujemy rozwiązania. Ale pamiętajmy, by z samej takiej dyskusji – świadomie lub podświadomie – nie czynić celu, substytutu, fetysza. Czytanie książek na temat tego, co robić, nie powinno stwarzać iluzji, że samym tym czytaniem już owo coś robimy. Dyskutowanie o tym, jak działać, nie powinno łudzić nas, że dyskutowanie samo w sobie jest działaniem wystarczającym. Skupianie się na optymistycznych wizjach jako rzekomo najbardziej motywujących nie powinno odbierać nam motywacji do przejścia procesu klimatycznej żałoby. Jeśli w strachu przed strachem zatykać będziemy uszy na zgrzyt rzeczywistości, nie poprawimy niczego poza własnym samopoczuciem.

Bendyk pisze o organizujących się w internecie wysublimowanych subkulturach. „W sieci można znaleźć plemię domowych browarników, o kliknięcie myszą dalej otwiera się nisza miłośników przedwojennej mody, jeszcze dalej ujawniają się rekonstruktorzy historii, członkowie fandomu Gwiezdnych Wojen”. Czy ci z nas, którzy piszą, czytają, debatują, recenzują książki pokroju W Polsce, czyli wszędzie, również nie tworzą pewnej subkultury lub wręcz bańki ludzi wzajemnie poklepujących się po plecach i pocieszających, jak to są poinformowani i uświadomieni? Jeśli tak jest, to wielu potraktować może lekturę jako pretekst do napawania się własną świadomością ekologiczną, ściągawkę tematów do porozmawiania z innymi, zaliczenie kolejnego poziomu wtajemniczenia, dowód stania po właściwej stronie – wszystko, tylko nie jako wezwanie do podejmowania autentycznych osobistych działań klimatycznych i ekologicznych. Działań samych w sobie niewystarczających, a do tego często nierozumianych, krytykowanych, wyszydzanych – lecz tak bardzo jednak potrzebnych.

A tymczasem w tle rozlega się najbardziej przeraźliwy zgrzyt naszej rzeczywistości: gdy my tu sobie żyjemy, pracujemy, rozmawiamy, czytamy, recenzujemy i czekamy na model Wielkiej Transformacji, stężenia i stopnie ciągle rosną.

Książka Dawida Juraszka Antropocen dla początkujących. Klimat, środowisko, pandemie w epoce człowieka jest dostępna w przedsprzedaży na sklep.liberte.pl.

 

Liberałowie potrzebni od zaraz :)

Liberalnej partii w Polsce nie ma, za tak budującą się lewicę podziękuję. Koalicjo Obywatelska – jeśli zamierzasz wygrać wybory prezydenckie, to je wygraj a potem podziel się na dwa ideowe bloki. Żeby wszyscy nie zdziwili się poniewczasie jak na bierności liberalnych polityków wyrasta skrajna prawica.

 

Członek Rady Krajowej RAZEM, Bartosz Migas na stronie Wpunkt.Online wyraża ubolewanie tym, że faszyzm podnosi w Polsce głowę. Objawia się to wzrostem notowań Krzysztofa Bosaka w wyścigu prezydenckim (13% według sondażu przeprowadzonego przez Kantar 18-19.05) jak i samej Konfederacji (11%). Dalej Pan Migas wskazuje na badania pokazujące kto głosuje na Konfederatów. Okazuje się, że wcale nie tylko kibole, nacjonaliści i antysemici, ale również sporo osób z kręgów biznesu, przedsiębiorców, korporacyjnych kadr i klasy średniej.  Następnie lewicowy działacz ubolewa nad tym, że w swojej niechęci do PiS, liberałowie gotowi są pójść pod rękę z nacjonalistami (według jakiegoś twitterowego sondażyku w przypadku starcia Bosak-Duda ten drugi wygrywa głosami liberalnego elektoratu).

Czytać skończyłem w momencie, kiedy członek RAZEM skonstatował iż od długiego czasu liberalna opozycja – PO i Nowoczesna „w kwestiach gospodarczych mówi językiem Korwina”. Jest to oczywiście stekiem bzdur, (wyjaśnię za moment), które to steki coraz częściej wysmażają turbolewicowcy. Do kilku rzeczy warto się jednak odnieść, bo mówią nam zarówno o kondycji liberałów, jak i lewicy. Zacznijmy od tej drugiej.

Odwróćmy na chwilę tezę Pana Migasa – niechęć lewicy do PO i liberałów jest tak wielka, że może pozwolić im na rządy z PiS. Tego typu zaczepki mają mało wspólnego z merytorycznością a ich powielanie niczemu nie służy. Problem lewicy widzę jeden podstawowy – sama z siebie nie potrafi odbić swoich wyborców socjalnych PiS-owi. Ci z powodów światopoglądowych lewicowcami po prostu gardzą. Widać to na wielu płaszczyznach, od poparcia pisowskiego elektoratu dla stref wolnych od LGBT po brak aprobaty dla ekologicznych postulatów.

Lewicy zostaje więc wobec niemożności trafienia do elektoratu socjalnego, powolny marsz w kierunku liberalnego centrum. Jednak lewica zamiast miarkować przekaz, starać się trafiać do środka fajnymi postulatami jak na przykład upraszczanie papierologii w urzędach (co dobrze opisał w tekście „Polityka progresywna okiem średniaka” Jakub Chabik na łamach Krytyki Politycznej 5 marca tego roku), to uderza w klasę średnią i liberałów głosami takich „intelektualistek” jak Pani posłanka Anna Maria Żukowska. I to się odbija w sondażach lewicy… Która dziękuje za 8% poparcia w niedawnym sondażu. No tak, przy ostatnich notowaniach Biedronia rzędu 4% to rzeczywiście sukces (choć według ostatniego sondażu dla IBRIS Robert Biedroń ma 2,7%). Scenariusz na klapę lewicy mamy więc gotowy.

Lewica ma również problem ze spójnością przekazu. Z jednej strony mamy stare SLD, które w kwestiach gospodarczych ma umiarkowane podejście, ale prezentuje anachroniczne postawy światopoglądowe. Wielu z nich wkomponowałoby się z nimi w PiS. Z drugiej strony mamy RAZEM z nowoczesnym, proekologicznym zestawem wartości, ale z nieakceptowalnym dla liberałów i centrum programem gospodarczym. Jak pokazywały wyniki samej RAZEM nieakceptowalne dla jakichś 97% społeczeństwa. Liberałowie uważają polityczki i polityków pokroju Marceliny Zawiszy i Adriana Zandberga za ludzi potencjalnie niebezpiecznych jeśli chodzi o gospodarcze funkcjonowanie państwa. Podzielam te obawy.

Przechodzimy do liberałów. Otóż jest kompletną bzdurą mówienie iż PO i Nowoczesna przemawiają językiem Korwin-Mikkego. Partii klasycznie liberalnej w polskim Sejmie nie ma. Główna partia opozycyjna koncentruje się na kwestiach prawnych, straszy widmem autorytaryzmu (poniekąd słusznie) i chwali program 500+. Kandydat na prezydenta, Rafał Trzaskowski niedawno w głośnych słowach poruszył dwie kwestie – likwidację publicystyki w TVPiS i walkę z umowami cywilno-prawnymi, dla obrzydzenia nazywanymi śmieciówkami. W pierwszym przypadku nie przedstawił kompleksowego pomysłu na rozwiązanie kwestii propagandy lejącej się z rządowego medium. Liberał powiedziałby krótko: prywatyzacja. W drugim punkcie Trzaskowski porusza się już w nurcie głęboko antyliberalnym. Likwidacja umów cywilno-prawnych równa się maksymalnemu opodatkowaniu pracy, dołożeniu przedsiębiorcy przymusem składek i dołożeniu pracownikowi, któremu ten przedsiębiorca adekwatnie pomniejszy pensję o poniesione obciążenia względem państwa. Moja żona dodatkowo zwróciła mi uwagę na aspekt psychologiczny – umowa cywilno-prawna to kooperacja na linii pracobiorca-pracodawca. Pracownik poza niedogodnościami związanymi z rodzajem niepewności, (nie dla każdego to dramat) nie jest niczym krępowany, może odejść kiedy chce korzystając z elastycznej formy zatrudnienia. Wchodząc w tryb umowy o pracę staje się trybikiem w feudalno-hierarchicznym systemie.

Moja żona mówi, że Rafał Trzaskowski jest bardzo przystojny. Mnie też się podoba. Bardzo ładny, atrakcyjny facet. Żona mówi, że to facet z klasą, zna języki. Zgadzam się. Ma klasę, widziałem jak mówi po włosku i angielsku. Bardzo ładnie mówi. Rafał Trzaskowski równie ładnie mówi o demokracji. Ale to wszystko nie czyni z niego kandydata liberalnego. To jednak trochę mało. Jest kandydatem prodemokratycznym, z deklaracji i słów wynika, że pomimo „korpo-stylu” jak określiła go druga po Annie Marii Żukowskiej tuza lewicy, Justyna Klimasara, Trzaskowski to socjaldemokrata.

Sprawa ostatnia – Pan Migas trafnie zauważa, że do skrajnej Konfederacji zaczynają się przekonywać gospodarczy liberałowie z klasy średniej, niekoniecznie lub wcale niepopierający światopoglądowych, prawicowych ekstremów. Dzieje się tak z braku liberalnej oferty w centrum. Leseferyzm został kompletnie porzucony przez Platformę Obywatelską, która w drugiej kadencji swoich rządów była tak „liberalna”, że zwiększała fiskalizm, etatyzm i podnosiła podatki. Koalicjo Obywatelska – jeśli zamierzasz wygrać wybory prezydenckie, to je wygraj a potem podziel się na dwa ideowe bloki. Skończ wreszcie z bezideowością i nieudolnym przytulaniem każdego kto się nawinie. Niech pierwszy, centrolewicowy deliberuje z lewicą i tłumaczy, że nie każdy kto nie zgadza się na 75%-owe podatki dla bogatych jest od razu liberałem, a drugi liberalno-liberalny blok niech przedstawi pełną wolnościową ofertę dla swoich wyborców, których jest w tym kraju co najmniej ładnych kilkanaście procent. Żeby wszyscy nie zdziwili się poniewczasie jak na bierności liberalnych polityków wyrasta skrajna prawica.

Węgierskie ofiary wirusa :)

Podczas gdy pandemia ogarnia państwa Unii, ludzie tracą pracę, chorują i umierają, w centrum Europy rząd węgierski wykorzystuje tę okazję, by naruszać demokrację i podstawowe prawa człowieka. „Ofiarami koronawirusa” padły na Węgrzech osoby transpłciowe. Parlament Europejski wielokrotnie zajmował się sytuacją w tym kraju, obecnie, ponownie próbuje nakłonić Komisję Europejską do podjęcia działań wobec węgierskiego rządu.

W Międzynarodowym Dniu Widoczności Osób Transpłciowych partia Orbána przedstawiła projekt ustawy likwidujący de facto prawo uzgodnienia płci poprzez zmianę definicji płci na biologiczną, czyli nadaną przy urodzeniu. W praktyce skutecznie wyeliminuje to osoby transpłciowe z życia publicznego. Niestety, ustawa ta została przyjęta przez parlament węgierski, mimo licznych protestów polityków i obrońców praw człowieka, a także szeregu organizacji pozarządowych.

Druga grupa „ofiar koronawirusa” to osoby doświadczające przemocy w rodzinie. Mimo, że Węgry podpisały Konwencję o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy w rodzinie już w 2014 roku, zwlekały z jej ratyfikacją, a na początku maja Zgromadzenie Krajowe Węgier uchwaliło „Deklarację polityczną o ochronie dzieci i kobiet”, w której sprzeciwiło się ratyfikacji konwencji. Władze Węgier tłumaczą swoją decyzję koniecznością obrony tradycyjnych wartości przed ideologią gender, podczas gdy faktycznie odrzucają ważne narzędzie do walki z przemocą wobec kobiet.

Odmawiając ludziom ich prawa do godności, do życia prywatnego, do wolności od dyskryminacji i przemocy, rząd Orbána łamie podstawowe prawa człowieka. To kolejny krok wstecz, jeśli chodzi o demokrację na Węgrzech.

To także niebezpieczny precedens dla przyszłości całej Unii Europejskiej, dla której równość ludzi i jednolite gwarancje ich praw należą do jej kluczowych wartości. Tymczasem Komisja (KE) zachowuje się tak, jakby unikała odpowiedzialności. A w tej sytuacji nie wystarczy już analizować, monitorować, apelować. Co więcej, od 2008 roku w unijnej zamrażarce legislacyjnej leży tzw. dyrektywa horyzontalna, której celem miało być ujednolicenie przepisów antydyskryminacyjnych i zapewnienie ochrony przed prześladowaniem osób wykluczanych ze względu na swoją orientację seksualną i tożsamość płciową. Od 2017 roku niezałatwiona pozostaje także sprawa ratyfikacji przez Unię Konwencji Stambulskiej. Nowa przewodnicząca Komisji, Ursula von der Leyen, obiecała i ratyfikację Konwencji, i wpisanie przemocy wobec kobiet do katalogu przestępstw unijnych oraz wprowadzenie skutecznych przepisów antydyskryminacyjnych. Czy znowu skończy się na obietnicach?

Sprawa praworządności na Węgrzech pokazuje, że Unia ma poważny problem z ochroną swoich wartości i zasad. Oczywiście, możemy tworzyć kolejne plany Marshalla, ale czy bez równości i praw fundamentalnych Unia Europejska jest prawdziwą wspólnotą?

Chcemy mądrego restartu – list otwarty :)

Koronawirus wybił nas z rytmu. Naszej codzienności – przedszkola, szkoły, planowanych podróży, beztroski codziennych spotkań, zakupów i kolejki przy kasie. Koronawirus pozbawił wielu z nas pracy – zleceń, klientów, kontraktów, spektakli. Nasze dzieci odciął od szkół i relacji z rówieśnikami, odpowiedzialnością za ich naukę obarczając nas samych. Wiele rodzin na długi czas straciło jedyne źródło utrzymania. Koronawirus wywrócił dotychczasowy ład, niosąc widmo kryzysu na niespotykaną i niemożliwą do przewidzenia skalę. Pandemia, w środku której mimowolnie się znaleźliśmy, wymusiła na nas zmianę naszych celów, strategii i zaplanowanych ścieżek kariery. Nie sposób tego nie zauważyć, nie sposób nie zastanawiać się co będzie dalej.

 

Jak odnaleźć i zorganizować się w tym nowym, nieznanym świecie, w nowej Polsce?

W rzeczywistości, w której maska i płyn do dezynfekcji to symbole odpowiedzialności społecznej, ale też wyraz naszego lęku o przetrwanie. Przetrwanie, do którego nasze indywidualne działania już nie wystarczą. Dziś wiemy na pewno, że aby poradzić sobie ze skutkami pandemii potrzebne są trwałe zmiany i mądry restart polityki publicznej. Potrzebne są działania, które pozwolą nam nie tylko utrzymać miejsca pracy, ale ograniczą zmiany klimatu.

Kryzys Klimatyczny nie zniknął

Koronawirus to tylko próba generalna przed tym, co mogą przynieść zmiany klimatu.

Wystarczył maleńki patogen, by w krótkim czasie zatrzymać światową gospodarkę. Nie trzeba bujnej wyobraźni, aby przewidzieć, co stanie się z nami, kiedy nieodwracalne zmiany klimatu przyspieszą. Ich przedsmak z niepokojem obserwujemy dziś w całej Polsce, dotkniętej suszą.

Od katastrofalnych skutków zmian klimatu nie będzie ucieczki, tak jak dziś nie ma miejsca,

w którym można schronić się przed wirusem. To ostatni moment, by w walce o przetrwanie działać skutecznie. Z zapaści, która nas dotknęła, wyjść mądrze, budując nową gospodarkę opartą na współpracy, której jednym z priorytetów będzie autentyczna troska o klimat.

Zrestartujmy gospodarkę mądrze

Patrząc na nierówną walkę, którą na co dzień toczą pracownicy służby zdrowia, przedsiębiorcy

i manedżerowie walczący o utrzymanie miejsc pracy, artyści, tysiące ludzi tracących grunt pod nogami, czujemy się w obowiązku zaapelować do liderów, rządzących naszym krajem – rządu, prezydenta, prezydentek i prezydentów miast, ale także do prezesek i prezesów firm:

Zrestartujmy polską gospodarkę mądrze, zarówno dla nas, jak i dla i kolejnych pokoleń.

Budujmy miejsca pracy, firmy, miasta i gospodarkę przyjazne dla człowieka, ale i klimatu. Tworząc programy wsparcia nie traćmy z oczu środowiska. Wybierajmy rozwiązania i technologie, które są innowacyjne i posłużą nam długie lata.

Wybierajmy do miejskich i krajowych planów inwestycyjnych inicjatywy ograniczające zmiany klimatu, poprawiające jakość powietrza i wspierającą służbę zdrowia, usługi komunalne i edukację, chroniące nas przed suszą i nawalnymi ulewami.

Działajmy w ramach europejskich struktur i wartości. Kierunek klimatycznej neutralności wypracowany i obrany przez Unię Europejską nie zmienia się mimo kryzysu. Europejski Zielony Ład jest szansą na transformację polskich miast, wsi i firm. Nie stać nas, aby pozostać na marginesie.

Planując restart gospodarki i inwestycje, zarówno w wymiarze ogólnopolskim, jak i lokalnym:

  • twórzmy miejsca pracy w sektorach, które mają przyszłość,
  • wspierajmy inwestycje, które zwiększają efektywność energetyczną i rozwijają energetykę odnawialną,
  • wzmacniajmy działania dążące do zmniejszenia zanieczyszczenia powietrza,
  • wspierajmy budowę i promocję zrównoważonego i niskoemisyjnego transportu,
  • dbajmy o społeczności i grupy szczególnie narażone,
  • inwestujmy w przestrzeń zieloną, powstrzymując dewastację środowiska,
  • projektujmy inwestycje z szacunkiem traktujące zasoby wody i przyrodę,
  • promujmy działania, które wspierają społeczności lokalne i ich aktywności.

 

Budujmy farmy fotowoltaiczne, prowadźmy rozsądną politykę wodną, inwestujmy w programy typu Mój Prąd i Czyste Powietrze, które tworzą miejsca pracy i bezpośrednio pomagają zadbać o budżet domowy. Nie bójmy się wycofywać z błędów niedawnej przeszłości. Idąc za przykładem Wiednia, zrywajmy w miastach asfalt, by siać łąki. Ułatwiajmy rowerzystom poruszanie się po mieście. Zastąpmy parkingi miejskimi parkami.

Koronawirus wybił nas z rytmu i nas zatrzymał. Wykorzystajmy to ostrzeżenie dobrze, traktując je jako lekcję i impuls do mądrego restartu gospodarki, ale i naszego myślenia.

Kim jesteśmy

Apel o mądry restart gospodarki powstał z inicjatywy osób i organizacji, których połączyła troska o społeczeństwo i środowisko naturalne. Bezpośrednim impulsem do napisania listu był wybuch pandemii COVID-19 w marcu 2020 roku.

 

Sygnatariusze listu:

Piotr Abramczyk, GCCM Polska – Światowy Ruch Katolików

na Rzecz Środowiska

Adw. Kinga Andryszczak, działaczka społeczna, ekolożka
Katarzyna Bargielska, CMO & Co-founder AdTonos
Patryk Białas, Stowarzyszenie BoMiasto
Katarzyna Boni, reporterka, pisarka
Wojciech Bonowicz, poeta, publicysta
Bartosz Brzyski, Klub Jagielloński
Katarzyna Czarska, Dobry PR
Anna Desogus, Ambasada Czystej Planety
Agnieszka Drozd, Konrad Marczyński, Emilia Piotrowska, Warszawski Alarm Smogowy
Witold Drożdż, Członek Zarządu Orange Polska
Anna Dworakowska, Magdalena Kozłowska, Ewa Lutomska, Natalia Matyasik,

Polski Alarm Smogowy

Magdalena Dziewguć, Google Polska
Maciej Filipkowski, inwestor, podcaster w Zaprojektuj swoje życie
Dr inż. Agnieszka Fiszka Borzyszkowska, Dr hab. inż. Zbigniew Karaczun

(Katedra Ochrony Środowiska, Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiego),

Ewa Podlesińska, Urszula Stefanowicz, Polski Klub Ekologiczny
Przemysław Gacek, Prezes Zarządu Grupa Pracuj

Radosław Gawlik, Prezes Stowarzyszenia Ekologicznego EKO-UNIA

Dr Maciej Grodzicki, Instytut Ekonomii Finansów i Zarządzania, Uniwersytet Jagielloński

Katarzyna Hall, Stowarzyszenie Dobra Edukacja
Michał Hetmański, Fundacja Instrat
Beata Jaczewska
Aleksandra Janus
Adam Jarubas,
europoseł
Leszek Jażdżewski, Liberté!
Ilona Jędrasik, Dr Marcin Stoczkiewicz, ClientEarth Prawnicy dla Ziemi
Aleksandra Jonca

Roman Kasprzyk, Sales Director MDS AP

Małgorzata Kiełt, Prezes Fundacji Planet For Generations

Grzegorz Kiszluk, redaktor naczelny Brief

Prof. dr hab. inż. Piotr Kleczkowski, Akademia Górniczo-Hutnicza

im. S. Staszica w Krakowie, autor książki „Smog w Polsce”

Anna Kolińska, Alarm dla Klimatu Piaseczno
Lidia Kołucka, Central European University
Emilia Komarnicka-Klynstra, aktorka
Marcin Korolec, Fundacja Promocji Pojazdów Elektrycznych
Wojciech Kostrzewa, Prezes Zarządu, Polska Rada Biznesu
Klara Kowtun, Antonina Samecka, Risk Made in Warsaw

Dr Maciej Kozakiewicz, Prezes Stowarzyszenia Slow Jogging Polska
Jacek Krajewski, Prezes Zarządu Federacji Związku

Pracodawców Ochrony Zdrowia, Porozumienie Zielonogórskie

Dr hab. n. med. Michał Krzyżanowski

Profesor wizytujący, King’s College London

Marta Krymarys
Dr Jacek Kucharczyk, Prezes Zarządu, Instytut Spraw Publicznych
Dr Agnieszka Liszka-Dobrowolska, Natalia Węgrzyn, Purpose Climate Lab
Anna Łoboda
Paweł Łukasiak, Prezes Zarządu, Akademia Rozwoju Filantropii w Polsce

Dariusz Maciołek, Dyrektor Zarządzający Pionu Marketingu,

Komunikacji i Zaangażowania Społecznego Banku BNP Paribas
Dr Joanna Maćkowiak-Pandera, Forum Energii
Sandra Marciniak
Leszek Mellibruda, psycholog społeczny
Miasto Jest Nasze
Weronika Michalak, HEAL Polska

Wojciech Moszyński, Dyrektor Małopolskiego Cechu Optyków

Dr Marcin Murawski
Natalia Myszkowska, CEO Cateringoo

Aleksandra Niewczas, Prezes Zarządu, Polskie Stowarzyszenie Zero Waste

Michał Niewiadomski, Rzeczpospolita, red. nacz. energianews.pl
Paweł Niziński, Partner GOODBRAND, CEE/CEO Better

Urszula Niziołek – Janiak, Stowarzyszenie Tak dla Łodzi, Energia Miast
Piotr Noceń, Partner Zarządzający, Resource Partners
Prof. dr hab. Maciej Nowicki
Karol Paciorek, twórca internetowy
Mirella Panek – Owsiańska
Dr Mateusz Piotrowski
, Inicjatywa Pacjent Europa
Zespół miesięcznika Pismo. Magazyn opinii
Prof. dr hab. Monika Płatek, Uniwersytet Warszawski
Prof. dr hab. Piotr Płoszajski, Szkoła Główna Handlowa

Marcin Popkiewicz, Nauka o klimacie
Dr Magdalena Popowska, Politechnika Gdańska
Mirosław Proppé, WWF Polska
Prof. dr hab. Piotr Skubała, ekolog, Wydział Nauk Przyrodniczych

Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach
Filip Springer, reporter, fotograf
Aleksandra i Piotr Stanisławscy, twórcy bloga Crazy Nauka

Marzena Strzelczak, Dyrektor Generalna Forum Odpowiedzialnego Biznesu
Krzysztof Suszek, Przewodniczący Rady, Fundacja „Misja Medyczna”
Areta Szpura, aktywistka ekologiczna

Małgorzata Sztejter, coach, Członek Zarządu Kancelarii CMS

Paweł Szypulski, Greenpeace Polska

Katarzyna Tusk

Marta Tyszer, PR Calling

Laurynas Vaičiūnas, Prezes Zarządu Kolegium Europy Wschodniej

im. Jana Nowaka Jeziorańskiego we Wrocławiu
Marcin Wicha, pisarz, grafik, ilustrator
Maciej Witucki, Konfederacja Lewiatan

Paulina Wojciechowska, Polskie Stowarzyszenie Fotowoltaiki
Mateusz Wojcieszak, Prezes Zarządu, Fundacja Pole Dialogu

Karolina Woźniak, Too Good To Go
Kuba Wygnański, Fundacja Stocznia
Michał Zabłocki, dziennikarz, aktywista
Damian Zapłata, Członek Zarządu, Allegro
Zofia Zborowska, aktorka

Alicja Zdziechiewicz, Stowarzyszenie Zielony Imielin

Ziemosfera, Patrycja i François
Alicja Żarkiewicz, MAMYWENE, Pakuję do swojego

Dziś dzwon bije nam :)

Na podstawie Polski mogliśmy prześledzić, jak w dobie głębokiego kryzysu działa reżim nieliberalny, państwo w pełni kontrolowane przez partię czerpiącą ze wschodnich wzorców autorytarnych, partię fanatyków z obsesją utrzymania władzy za wszelką cenę. I zarabiania na tej władzy. To państwo, w którym bieżąca walka o poparcie w sondażach jest ważniejsza niż bezpieczeństwo obywateli, w którym sztaby wyborcze a nie specjaliści podejmują decyzję o zdrowiu publicznym, a media państwowe nie zadają pytań o sprawy fundamentalne, takie jak śmierć wielu obywateli.

 

Żaden człowiek nie jest samoistną wyspą;

każdy stanowi ułamek kontynentu, część lądu.

Jeżeli morze zmyje choćby grudkę ziemi,

Europa będzie pomniejszona tak samo

jak gdyby pochłonęło przylądek,

włość twoich przyjaciół i twoją własną.

 

Śmierć każdego człowieka umniejsza mnie

albowiem jestem zespolony z ludzkością.

Przeto nigdy nie pytaj, komu bije dzwon: bije on tobie.

 

John Donne

Ernest Hemingway ”Komu bije dzwon”

 

Każdy z nas otrzymał swój czas do wykorzystania. Nikt nie potrafi przewidzieć, kiedy uderzy w nas dzwon. Mam jednak nieodparte wrażenie, że słyszymy jego brzmienie. Zamiast zatroszczyć się o to, co najważniejsze i najcenniejsze, o zdrowie i bezpieczeństwo Polaków, byliśmy świadkami błędów i zaniechań, których nie widać końca.

Mieliśmy czas.

A gdyby tak… rząd w połowie stycznia dostrzegł koronawirusa… Gdyby zamiast kombinować jak bez afery przekazać 2 mld zł na propagandę TVP, a nie na na onkologię, jak chciała tego opozycja, dostrzegł sygnały o zbliżającej się katastrofie, wszystko być może potoczyłoby się  inaczej.

Nie narzekaliśmy przecież na brak sygnałów. Pierwsze informacje o zachorowaniach na nowego wirusa pojawiły się już pod koniec grudnia zeszłego roku. W połowie stycznia media donosiły już o pojawieniu się wirusa poza Chinami. Potem nadeszły kolejne: 20 stycznia odnotowano nagły wzrost zachorowań w Państwie Środka. Kilka dni później sytuacja w Wuhan stała się  tak zła, że powstały pierwsze szpitale polowe. Gdyby rząd dostrzegł epidemię w innych państwach, być może uważniej słuchałby głosów z Polski wzywających do podjęcia działań. Ale ten rząd słuchać nie lubi i nie potrafi.

A gdyby tak… rząd podpisał porozumienie o wspólnym mechanizmie zamówień i wziął udział w styczniu w europejskim przetargu na sprzęt ochronny. Ale przecież rząd był zbyt zajęty walką z Komisją Europejską i Parlamentem Europejskim, które konsekwentnie wskazują na łamanie zasad praworządności w Polsce.

A gdyby tak… w lutym rząd wysłuchał apeli o zwołanie sztabu kryzysowego czy Rady Bezpieczeństwa Narodowego w sprawie zagrożenia wirusem. Ale prezydent i minister zdrowia woleli w tym czasie szusować na nartach. We Włoszech. To pewnie mrzonki, ale w sytuacji wspólnego zagrożenia trzeba wypracować ponadpartyjny plan działań, który lepiej zabezpieczyłby Polaków przed skutkami pandemii. Na stole leżały gotowe ustawy złożone przez opozycję. Ale ponieważ były one autorstwa opozycji, rządzący zadziałali w myśl zasady: “na złość babci, niech mi uszy przemarzną”. Tylko, że nie zrobili na złość konkurencyjnym politykom, ale obywatelom, których podobno reprezentują.

A gdyby tak… rząd wprowadził dokładne kontrole na wszystkich granicach, kiedy Polacy wracali z zimowych urlopów. Wirus najdotkliwiej doświadczył Włochy, gdzie zimowe ferie spędzają tysiące polskich dzieci i ich rodzin. To we włoskich Alpach zamykano całe miasta i wioski, żeby uniemożliwić rozprzestrzeniania się wirusa.  Gdyby rząd kontrolował wszystkich wracających do kraju, być może udałoby się wychwycić kilka źródeł pierwszych zakażeń w Polsce. Zamiast tego kwarantannie poddawano często pojedyncze osoby, zapominając o mieszkającej pod tym samym dachem rodzinie. Podobnie narażonej, ale nie objętej jakimkolwiek nadzorem…

A gdyby tak… Główna Inspekcja Sanitarna zaczęła działać, kiedy zagrożenie dla Polaków stało się realne. Szef GIS Jarosław Pinkas bardziej niż niesieniem prawdziwej pomocy w walce z epidemią, zajmował się tanim politykierstwem i atakami pod adresem opozycji. W lutym kazał politykom innych partii mówiącym o koronawirusie włożyć sobie lód do majtek, kpił z maseczek ochronnych. Publicznie bagatelizował zagrożenie. Ale jak się jest z PiS, to utrata stanowiska raczej nie grozi. Gdyby Sanepid zadziałał miesiąc wcześniej, być może polscy przedsiębiorcy, polskie szkoły, polska administracja byłyby lepiej przygotowane na to, co miało za chwilę nadejść.

A gdyby tak… rząd wprowadził nakaz zakrywania twarzy jeszcze na początku marca. Tak zrobiły kraje, które najlepiej poradziły sobie z epidemią, m.in. Korea Południowa. Nasi sąsiedzi z Czech zrobili to już w połowie marca. Podobnie postąpili Słowacy. Wtedy minister zdrowia publicznie kpił z maseczek. Dziś wydaje na nie miliony, po czym okazuje się, że nie spełniają one podstawowych norm. Ale przynajmniej znajomi Ministra Zdrowia mają czym napychać kieszenie.

A gdyby tak… rząd przeprowadzał testy na obecność wirusa na masową skalę. A gdyby tak dostęp do testów dla wszystkich pracowników ochrony zdrowia był od początku zagwarantowany przez państwo. Tymczasem w Polsce przeprowadza się mniej niż 17 tys. testów na milion mieszkańców. To jeden z najgorszych wyników w Unii Europejskiej. Litwa przeprowadza ich ponad pięć razy więcej. Do dziś nikt nie jest w stanie wytłumaczyć, dlaczego w Polsce wykonuje się tylko tyle testów. Gdyby wykonywano ich więcej, moglibyśmy o wiele szybciej odnaleźć osoby zakażone, skuteczniej odizolować źródła zakażeń i sprawniej pokonać wirusa. Zamiast tego znowu zamawiamy testy z Chin, dając zarobić dziwnym pośrednikom, podczas gdy na polskim rynku czekają często lepsze i tańsze odpowiedniki.

Koronawirus zaatakował cały świat. Walczą z nim rządy, społeczeństwa i gospodarki na sześciu kontynentach. Polska nie jest jedynym krajem, który podejmuje trudną walkę z epidemią. Trzeba też uczciwie powiedzieć: Żaden rząd nie był w 100% przygotowany na taką katastrofę. Żaden nie miał, ani nie ma, gotowej recepty na pokonanie wirusa i zakończenie kryzysu. Ale to nie znaczy, że nie mamy prawa oceniać władzy oraz szybkości, skuteczności i sensowności jej reakcji. Wirus dotarł do Polski późno, ponad dwa miesiące po opublikowaniu informacji o wykryciu go w Azji, kilka tygodni po wykryciu w wielu państwach Europy, w chwili, gdy Włochy walczyły już wszystkimi siłami z niewidzialnym wrogiem. Czy polski rząd zareagował we właściwym momencie? Czy premier może spojrzeć nam w oczy i powiedzieć „Tak, zrobiłem wszystko, co w mojej mocy”? Czy władze naszego kraju korzystając z wiedzy i doświadczenia innych państw zapewniły nam bezpieczeństwo? Czy prezydent Andrzej Duda stał się patronem ponadpartyjnego dialogu i namawiał partyjnych kolegów do wysłuchania argumentów opozycji? Obawiam się, że odpowiedź na wszystkie te pytania jest negatywna. Obawiam się także, że każde zaniechanie, każde opóźnienie, każde postawienie interesu partyjnego ponad interes państwowy w tej sytuacji tragiczne konsekwencji i będzie się odbijać na życiu wszystkich Polaków przez kolejne lata.

Na podstawie Polski mogliśmy prześledzić, jak w dobie głębokiego kryzysu działa reżim nieliberalny, państwo w pełni kontrolowane przez partię czerpiącą ze wschodnich wzorców autorytarnych, partię fanatyków z obsesją utrzymania władzy za wszelką cenę. I zarabiania na tej władzy. To państwo, w którym bieżąca walka o poparcie w sondażach jest ważniejsza niż bezpieczeństwo obywateli, w którym sztaby wyborcze a nie specjaliści podejmują decyzję o zdrowiu publicznym, a media państwowe nie zadają pytań o sprawy fundamentalne, takie jak śmierć wielu obywateli. To państwo, w którym przedsiębiorców krzyczących o pomoc w ratowaniu dorobku ich życia traktuje się gazem pieprzowym. Koronawirus nie tylko obnażył słabość polskiej ochrony zdrowia, nieprzygotowanie systemu edukacji do wyzwań XXI w., czy brak jakiegokolwiek myślenia strategicznego w polityce gospodarczej. Koronawirus utwierdził nas w przekonaniu, że powrót do liberalnej demokracji to konieczność, bez której Polska nie ma szans na bezpieczeństwo i rozwój.

Wybór wydaje się oczywisty. Polska, która troszczy się o wszystkich obywateli. Polska, która inwestuje w sprawne instytucje gwarantujące nam bezpieczeństwo (odpowiednio wyposażone szpitale, dobrze opłacani lekarze i pielęgniarki a nie premie dla partyjnych kolegów). Polska, która myśli o przyszłości kolejnych pokoleń (nowoczesne szkoły, czyste powietrze, inwestycje w walkę z suszą a nie kupowanie głosów wyborców). Zasługujemy na władzę, która nie oszukuje i nie manipuluje. Zasługujemy na rząd, który w czasie epidemii słucha się lekarzy i specjalistów a nie wyczekuje poleceń od prezesa oderwanego od rzeczywistości. Jeszcze mamy szansę, żeby “nowa normalność” stała się normalnością lepszą od tej sprzed koronawirusa. Wszystko w naszych rękach. Pierwszy krok ku zmianie zróbmy podczas wyborów prezydenckich. Dlatego pytajmy komu bije dzwon: dziś bije on nam.

Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies. Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W programie służącym do obsługi internetu można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia.

Akceptuję