Yesterday :)

Czy mieliście kiedyś tak w życiu, że chcieliście opowiedzieć komuś jakąś fenomenalną historię, albo wystąpić z jakimś totalnym hitem, lecz skupienie widowni było bliskie zeru, a podatność na wszelkiego rodzaju rozpraszacze osiągała poziom absurdalnie wysoki? A mieliście naprawdę dobry numer, coś w rodzaju „Let it be” albo „Yesterday” w świecie, w którym nikt nie pamięta o Beatlesach i co bardziej uważni reagują tak, jakby słyszeli to po raz pierwszy.
Dzięki temu zapomnieniu bohater filmu Danny’ego Boyla („Slumdog Millionaire”) staje się gwiazdą, lecz wciąż i wciąż przedziera się przez sytuacje, gdzie ogólna nieuważność i rozproszenie oraz idąca za tym niepamięć zderzają się z jego wrażliwością; gdzie marketing i technicyzacja wizerunku muzyka zupełnie nie idą w parze ze zrozumieniem potrzeb artysty i jego uczuć, które są w końcu początkiem muzyki, którą tworzy i którą interpretuje; gdzie w końcu tak trudno zachwycić się innym geniuszem i go docenić w świecie, w którym każdy sam sobie przyznaj uznanie. 
To jest dobry film, z mądrym przesłaniem. Dobra jest scena, gdy bohater odnajduje Johna Lennona (w tej historii on wciąż żyje), i pyta go ile ma lat. 76 (I guess). Wow, you made it! – wykrzykuje zachwycony bohater, którego otaczają głównie ludzie młodzi i w większości głupi, którzy wypowiadają wiele słów, jak szef na spotkaniu marketingowców, ale nie idzie za tym żadna mądrość i głębia, a John Lennon opierając się o łódź stojącą na wybrzeżu, popija herbatkę z kubka i wypowiada ledwie parę słów, które mówią wszystko o tym, co naprawdę jest ważne w życiu. Co to jest? Obejrzyjcie i sami się przekonajcie. 
Cieszy mnie, że są tacy ludzie, jak Danny Boyle, który zrobił takie hity jak „Traisnpotting” czy „Slumdog Millionaire i nie ustaje w tym, by robić rzeczy ważne, dobre i piękne.

Dlaczego nikt nie mówi o nauczycielach przedszkolnych? :)

Społeczne zainteresowanie nauczycielami w przedszkolu jest prawie zerowe, rząd nie obejmuje ich dodatkiem wychowawczym i m.in. z tych powodów nauczycieli uczących w przedszkolu jest coraz mniej. Za chwilę przedszkola będą stały puste, gdyż nie będzie nauczycielek i opiekunek chętnych do pracy w tych placówkach. Wobec tej ignorancji społecznej i politycznej oraz pewnego rodzaju wyzwania trzeba sobie postawić pytanie, czy jesteśmy gotowi na to, by uczyć nasze kochane dzieci w domu i spędzać z nimi całe dnie dzień w dzień, jednocześnie ograniczając ich szanse na nawiązywanie relacji towarzyskich i rówieśniczych tak ważnych już na tym etapie?

Gdy rozmawiam z właścicielami przedszkoli i pytam, czy gdyby placówka była otwarta do 20, to czy rodzice odbieraliby swoje dzieci o 20, bez wahania mówią: Tak.

Rację ma Sławomir Broniarz, gdy mówi, że „to pierwsi nauczyciele naszych dzieci i wszystkim nam powinno zależeć na tym, by byli jak najlepsi”.

Oczywiście nasuwa się myśl, że tym pierwszym nauczycielem jest rodzic, ale wiemy, co ma na myśli pan Broniarz, gdy mówi to, co mówi. Każdemu zależy na tym, by w żłobku, przedszkolu, czy szkole do której uczęszczają nasze dzieci byli wspaniali nauczyciele, którzy to co robią robią z pasją, a nie z musu, i otrzymują za swoją pracę z dziećmi bardzo wysokie wynagrodzenie. Bardzo wysokie oznacza większe niż ten, kto pracuje w IT. Dlaczego większe? Bo to praca z malutkim człowiekiem, którego umysł i serce są na początku drogi. Kto uważa, że praca z 15 dzieci jest łatwa, niech pójdzie na JEDEN pełny dzień stażu do przedszkola i do szkoły. Kto uważa, że to zawód społecznie niepotrzebny, niech zatrzyma swoje dzieci w domu i zorganizuje domowe nauczanie. Zobaczy, czy chce mu się spędzać cały dzień z własnymi dziećmi i czy efekty jego nauczania będą z korzyścią dla dziecka, które np. w czytaniu i liczeniu nie będzie do tyłu. A domy są różne i nie w każdym zasiada się do pianina, by grać Chopina.

Rząd zdecydował, że nauczyciel wychowawca dostanie za wychowawstwo dodatek w wysokości 300zł i nie objął nim 60 tysięcy nauczycieli przedszkolnych. Można sobie o tym poczytać we wczorajszej Wyborczej, a jeśli jest się wyjątkowo wrażliwym na niesprawiedliwość, to można się popłakać, szczególnie gdy dojdzie się w lekturze do wypowiedzi Marty z Poznania, która mówi tak:
„Ludziom się wydaje, że siedzisz w kapciach na dywanie i nic nie robisz. Widać to w rządzie i społeczeństwie. Zapomina się, że mamy wykształcenie wyższe, możemy uczyć w szkole. Nie przeszkadza mi wyższe pensum [w przedszkolu tj. 25h tyg, w szkole -18h], przychodzenie do pracy w Wigilię, Sylwestra, ferie, wakacje [przedszkola są placówką nieferyjną], ale to, że degradują nasz zawód.”

Dodam jeszcze, że pełne wyższe wykształcenie na cenionej uczelni jest wartością zawsze dodaną dla pracownika i powinno podnosić jego rangę (w końcu spędził 3-5lat w świecie idei, co czyni go wytrwałym), ale nie zastąpią podejścia do małego dziecka, cierpliwości nauczycielki bądź opiekunki, jej łagodności i dzielności, gdy czasem ma pod sobą 25 małych egocentrycznych istot, uczy je alfabetu, a chwilę potem pomaga w higienie. W żłobku moich dzieci są wspaniałe panie, przede wszystkim uśmiechnięte, dzielne i uważne, a uważność to dzisiaj cnota.

 

 


Tytuł pochodzi od redakcji.

Imigracyjne strachy na Lachy :)

„Nie ma się czego bać”, czyli popularne powiedzenie „strachy na Lachy”, to właściwa odpowiedź na różnego rodzaju lęki, podkręcane w związku ze zjawiskiem imigracji. Łatwo budować emocjonalne przekazy na podstawie jednostkowych wydarzeń, w których biorą udział imigranci, ale tym przekazom warto przeciwstawiać fakty i dane, które pokazują bezpodstawność wielu obaw.

W ostatnich miesiącach amerykańska organizacja pozarządowa Cato Institute opublikowała dwa ciekawe teksty odnoszące się do antyimigranckich mitów i lęków. Michelangelo Landgrave i Alex Nowrasteh wykorzystali dane ze spisu powszechnego w USA do analizy uwięzionych imigrantów i rodowitych Amerykanów. Wbrew hasłom Donalda Trumpa i rozpowszechnianym w sieci mitom, że nielegalni imigranci są głównym źródłem przestępczości w USA, autorzy wykazują, iż skazanie na więzienie imigranta było w badanym okresie o wiele mniej prawdopodobne niż skazanie rodowitego Amerykanina – o 75% w przypadku imigrantów legalnie przybywających w USA i o 49% w porównaniu z nielegalnymi imigrantami.

Analiza bazuje na danych za 2017 r. i potwierdza wyniki wcześniejszych badań pokazujących, że to urodzeni na terenie USA obywatele tego kraju częściej trafiają za kratki. Inne cytowane przez autorów badanie pokazuje brak związku pomiędzy poziomem nielegalnej imigracji i przestępstwami związanymi z użyciem przemocy.

W innym badaniu Alex Nowrasteh i Andrew Forrester przeanalizowali poziom asymilacji oraz integracji migrantów w kontekście patriotyzmu, wyznawanych wartości i zaufania do głównych instytucji państwowych w USA. Autorzy pokazali, że imigranci i ich potomkowie mają podobny lub wyższy poziom patriotyzmu co rodowici obywatele, a także bardziej ufają amerykańskim instytucjom.

Sam poziom patriotyzmu jest trudny do zmierzenia, więc Nowrasteh i Forrester wykorzystali w badaniu pytania odnoszące się do m.in. relatywnej pozycji Stanów Zjednoczonych na świecie czy też dumy lub wstydu z powodu bycia Amerykaninem.

Skąd taki patriotyzm u imigrantów? Autorzy zwracają uwagę, że jednym z możliwych wytłumaczeń może być fakt, iż imigranci stają się mieszkańcami USA z wyboru, a więc są bardziej skłonni lubić nowe miejsce i dominujące w nim wartości, skoro je wybrali. Inne wytłumaczenie to świeże wspomnienia o dużo gorszej sytuacji w ich kraju pochodzenia.  Może to potwierdzać, dlaczego poziom patriotyzmu spada w trzeciej i czwartej generacji potomków imigrantów. Doświadczenia związane ze źle działającym państwem opuszczonym przez imigrantów tłumaczą też, dlaczego to imigranci, bardziej niż rodowici Amerykanie, ufają amerykańskiej władzy wykonawczej, ustawodawczej i sądowniczej.

Wielu konserwatystów martwi się, że imigranci i ich dzieci nie są tak patriotyczni jak rodowici Amerykanie” – zwracają uwagę Nowrasteh i Forrester. Autorzy ci pokazują, że to nieprawda, a „system patriotycznej asymilacji kwitnie, a imigranci podnoszą poziom zaufania Amerykanów do instytucji państwa”.

Na stronie Słownika Języka Polskiego PWN znaleźć można rozważania na temat powiedzenia „Strachy na Lachy”. Czy oznacza ono, że „Lachy”, jak niektóre ludy określały w przeszłości Polaków, są bojaźliwi czy może wręcz przeciwnie są odważni i „próżny to trud straszyć taki odważny lud”? Polska potrzebuje imigrantów, którzy na dłużej zwiążą się z naszym krajem i otrzymają obywatelstwo. Bądźmy więc jak te Lachy i nie dajmy się zastraszyć antyimigracyjnym mitom.

Szóstka Schetyny – wreszcie konkrety! :)

Trwało to zbyt długo, ale wreszcie jest ciekawy program Koalicji Obywatelskiej. Schetyna zaskoczył też energią wystąpienia, retorycznie było to jego najlepsze przemówienie.

Symbolicznie niezwykle ważne są deklaracje dotyczące kwestii światopoglądowych, których oczekuje ogromna część liberalno – lewicowego elektoratu. Schetyna obiecał wprowadzenie związków partnerskich, przywrócenie finansowania in vitro, równe płace dla kobiet i mężczyzn pracujących na tych samych stanowiskach. W kontekście wiecznego wahania w sprawach światopoglądowych głównej partii opozycyjnej, te jasne deklaracje trzeba bardzo mocno docenić. Nareszcie kierownictwo Koalicji chce czytać emocje i oczekiwania swojego elektoratu.

Schetyna zapowiedział też ważne zmiany dotyczące sfery ekonomicznej, przede wszystkim zniesienie ideologicznych ograniczeń w handlu w niedzielę oraz obniżenie PiT i ZUS. W tej drugiej sprawie czekamy na konkrety.

Koalicja słowami Schetyny zdefiniowała też te obszary działalności publicznej, do której przywiązywać będzie szczególną wagę, a które od lat są wielką polską bolączką czyli: służby zdrowia, edukacji, opieki nad osobami najstarszymi oraz  dbałości o środowisko. PiS tak naprawdę zaniechał wszelkich prób zreformowania źle działającego systemu opieki zdrowotnej, a jego reforma edukacji czy sposób traktowania nauczycieli woła o pomstę do nieba. Na tym polu jest bardzo wiele do osiągnięcia. Aby jednak obietnice Schetyny np. dotyczące skrócenia kolejek do lekarzy, oczekiwania na leczenie w SOR-ach, czy leczenia raka brzmiały dla ludzi wiarygodne, trzeba teraz opisać dokładny plan – jak lider opozycji ma zamiar te piękne hasła urzeczywistnić. Nie sposób jednak nie zgodzić się, że sprawa powszechnych, obowiązkowych szczepień dla wszystkich dzieci bez względu na zasób gotówki rodziców czy ich anty-naukowe, anty-szczepionkowe poglądy powinna być absolutnym priorytetem. To samo tyczy się pełnej dostępności badań prenatalnych i in vitro. To naprawdę ważne sprawy, szczególnie dla pokolenia dzisiejszych trzydziestolatków.

W przypadku wydatków zawsze należy zadać sobie pytanie czy budżet państwa będzie w stanie udźwignąć dodatkowe koszty. I te wyliczenia Koalicja powinna przedstawić. Niezależnie od tego należy jednak jasno podkreślić, że priorytety wydatkowe wydają się być zdecydowanie lepiej zaadresowane, jeśli chodzi o realizowanie interesów państwa, niż kosztowne i źle zaadresowane programu PiS. Docenienie finansowe nauczycieli to dziś kwestia cywilizacyjna. Również program tzw. premii za aktywność zawodową ma tę podstawową zaletę w porównaniu z 500+, że aktywizuje ludzi do podejmowania wysiłku i pracy, co powinno być strategicznym celem każdego państwa.

Jeśli Schetyna zrozumiał, że wieczne dzielenie włosa na czworo w kwestiach programowych jest drogą do nikąd – dzisiejsze przemówienie może być początkiem nowej nadziei dla demokratów w Polsce. Oby tylko nie była to jedna jaskółka, która wiosny nam nie uczyni, a po której nastąpi powrót do programowego marazmu.

Dolce far niente… :)

Lato kusi… do chwil rozprężenia, gdy wszelkie obowiązki, powinności, konieczności, sprawy „nie cierpiące zwłoki”, problemy chociaż na moment odsuwają się na dalszy plan. Zrzucamy ciasne gorseciki, rozpinamy kołnierzyki, chowamy do szaf wszelkiej maści mundurki, dajemy sobie czas, by było… nieco łatwiej, lżej, spokojniej. By nadrobić zaległości wynikające z niedoczasu, niedospania, z niedostatków bycia z innymi, a częściej i z samym sobą. By w jakimś sensie popatrzyć na świat innymi oczami, bo może to, co trudne i niemożliwe nagle okaże się całkiem realne, a nawet proste. Bo może porządek, do jakiego przywykliśmy tak mocno trzyma nas w kleszczach obowiązków, przyzwyczajeń i pozornych niemożliwości, że nie dostrzegamy szans, których realizacja uwalania i przynosi korzyść nawet tym, dla których początkowo wydawała się zagrożeniem. Bo może tam, gdzie dostrzegamy trudność, tak naprawdę rodzi się wolność, dająca wszystkim nowe otwarcie, nową przyszłość, nowe życie. Bo może za zakrętem drogi, na który patrzymy z taką podejrzliwością czai się spokój, a rozbicie rutyny i pozorów lepiej posłuży nowym światom. Lato sprzyja zatem myśleniu, rozważaniu, baczniejszemu przyglądaniu się temu, co jest, ale i temu, co być by mogło… Przecież „gdybyśmy lepiej i mądrzej patrzyli, jeszcze kwiat nowy i gwiazdę niejedną w ogrodzie świata byśmy zobaczyli”. Lato niesie nam oddech… Lato nas zmienia. A przynajmniej dobrze tak o nim myśleć.

 

Domykamy zatem sprawy i sprawki, by z „wolną głową” uczyć się odpoczywać. Uczyć się, bo o umiejętności odpuszczania i zanurzania się w czas, co płynie inaczej dość łatwo zapomnieć. Dla niektórych rzecz to oczywista, dla innych – na co dzień uwięzionych przy biurkach, w rutynie życia między pracą a miejscem zamieszkania – pogranicze sztuki tajemnej… Ale ostatecznie w ten czy inny sposób praktykujemy wszyscy. Jak odpoczywamy? Nie zawsze jest to dolce far niente, a jeśli już, to przyjmuje ono zindywidualizowane formy, „uszyte” na wymiar każdego z nas. Bo owo „słodkie nic nie robienie” to wcale nie bezczynność i nuda. Niektórzy zakopią się pod górą książek do przeczytania, inni nadrobią kinowe i serialowe (o tym za miesiąc) zaległości, jeszcze inni będą rozkoszowali się atmosferą rajskiej wyspy, szumem morza, chłodem górskich szczytów, kolorami, smakami i zapachami nowo poznawanych miast… Jedni przeżyją przygodę życia, drudzy sięgną po spokój. Są tacy, co ruszą w świat jako wolontariusze, ale i tacy, dla których lato to czas festiwali, które głęboko wrosły już w nasz letni krajobraz, zaspokajając różne gusta i guściki. Festiwale – duże i małe, zorganizowane z rozmachem albo stawiające na kameralność (co nie znaczy elitarność), muzyczne, filmowe, teatralne, ba, nawet kulinarne – wszystkie one gromadzą ludzi dzielących podobne pasje, pragnących spotkać się z tymi, co pozornie tylko obcy, a dzięki wyborom i preferencjom przedziwnie bliscy. Czy jednak oznacza to, że festiwale budują wspólnoty, czy może raczej dają szansę zobaczenia, że w tłumie zebranych nie jesteśmy całkiem sami? Czy mówią coś o nas samych i o otaczającym nas świecie? A może to tylko pojedyncze zdarzenia, spadające gwiazdy na letnim niebie, co zachwycają nas swoim pięknem, a później gasną, by za rok, wyczekane, wrócić w nowej odsłonie kolejnego festiwalowego lata? Poszukajmy…

Kręta droga wolności – z Aleksandrem Smolarem rozmawia Magdalena M. Baran :)

Magdalena M. Baran: Powinnam zacząć od… opowiedz mi Polskę, ale to by nam zajęło całe wieki. Dlatego inaczej. Gdy myślę o ostatnim trzydziestoleciu to w różnych momentach niezmiennie wracają do mnie słowa Jacka Kaczmarskiego. Jest taki fragment tekstu Według Gombrowicza narodu obrażanie: „W niewoli – za wolnością płacze, nie wierząc, by ją kiedyś zyskał, toteż gdy wolność swą zobaczy, święconą wodą na nią pryska”. Powiedz mi proszę jak to jest z tą naszą wolnością? Czy tak było te 30 lat temu? Coś się stało, że ona zaczęła Polakom ciążyć?

Aleksander Smolar: Odpowiadając na twoje pytanie, mnie się wydaje, że odpowiedź jest wielopoziomowa. To, co się dzieje w Polsce, wpisuje się w to, co się dzieje w Europie. U nas za mało się o tym mówi w debatach publicznych, jesteśmy pod tym względem strasznie prowincjonalni, skoncentrowani na Polsce i rzadko porównujemy sytuację u nas z tym, co się dzieje w regionie i na świecie. To wymaga uwzględnienia, nie po to, żeby relatywizować nasze doświadczenia w sensie moralnym, tylko aby pokazać wielość różnych źródeł tego, co można by traktować jako zjawiska niepokojące.

Funkcjonujemy zawsze w jakimś kontekście, nie funkcjonujemy sami jako samotna wyspa.

Chodzi o to, że często jesteśmy dla celów analitycznych zmuszeni do badania rzeczywistości w pewnych fragmentach. Mamy tę możliwość, żeby uogólnieniami swoimi sięgać daleko poza empiryczne nasze możliwości dochodzenia czy też badań głębszych. Powracając do wolności – widzimy, że różne tendencje, które niepokoją, są sprzeczne z wolnością jako wartością, która jest przecież szalenie istotna i podstawowa. Obserwujemy te ruchy na całym świecie i dowodem – co prawda empirycznym, zawodnym – na to są badania Freedom House, którzy analizują postęp demokracji, wolności. Wyniki pokazują, że od kilku lat następuje regres. To nie są jakieś zasadnicze zmiany, ale są na tyle istotne, żeby się nad nimi zastanawiać. To jest bardziej wyrazisty problem w naszym regionie, w takich krajach jak Polska, Węgry, Rumunia, a teraz Serbia, ale są też pewne zjawiska w Czechach czy na Słowacji, które temu zaprzeczają. Widzimy również w Europie zachodniej wzrost roli ruchów nacjonalistycznych i populistycznych. Czasami one się pokrywają, zazębiają, czasami są one zupełnie rozłączne, ale w każdym razie są to ruchy, które są w oczywisty sposób pozostają w sprzeczności z tym wyobrażeniem o ładzie wolności, którego nośnikiem była ta tradycja liberalno-demokratyczna.

Zanim dojdziemy do Polski – mówisz o regresie w dziedzinie wolności – nie jest tak, że u nas, nie tylko u nas, generalnie dokonuje się regres w różnych innych dziedzinach? Gdy patrzymy na to chociażby, jak myślimy o – wczoraj na konferencji u was padło – że nie ma demokracji bez demosu. I czy my z samym demosem nie zaczynami mieć problemu? Czy to, że ten demos się nie rozumie już gdzieś w taki sposób jak tu przywołałeś – filozofów polityki, u tych, którzy rzeczywiście rozumieli, jak powstaje państwo i jak ma funkcjonować, jaka jest ta pierwotna umowa społeczna, to czy nie mamy tego momentu, kiedy ten demos sam się przestaje rozumieć i gdzieś to nam zaczyna się rozłazić na takim bardzo bazowym poziomie?

Ja mam wątpliwości, bo to zakłada, że on istniał i że to są stany płynne, czy też w pewnych wymiarach demos występuje, w innych nie występuje, innymi słowy zazwyczaj upraszczamy demos. Przechodząc do Polski – to, co obserwujemy, nie jest źródłem wyłącznie dla niepokojów, obaw.

I to też przecież nie jest tak, że tych, którzy głosują na PiS należy spisać na straty, jeżeli chodzi o wartości demokratyczne, bo to by było zupełnie nieuzasadnione. Zawsze mnie drażniła okazywana często pogarda przez różnych inteligentów, intelektualistów i artystów, którzy powtarzali frazę, że wyborców PiS kupiono za 500+. Uważam, że to nie tylko moralnie skandaliczne, bo w demokracji każdy obywatel ma równy głos, więc jeżeli tak się mówi, to innymi słowy okazuje się pogardę i prowadzi to do alienacji części wyborców, dla których jest to oburzające. Trzeba raczej starać się zrozumieć, zwłaszcza że przecież to nie jest zjawisko tylko polskie, tylko szersze, europejskie. Jeżeli chodzi o Polskę jest rzeczą oczywistą, że mamy do czynienia z konkurencyjnymi wartościami i każde z nas znajduje się w sytuacji wyboru między konkurencyjnymi wartościami. Dokonany wybór pozwala realizować różne wartości. Otóż jeżeli z tego punktu widzenia spojrzymy na polską sytuację, to PiS przynajmniej zaspokajał istotne potrzeby społeczne w trzech wymiarach – pierwszym byłyby potrzeby materialne, których zaspokojenie oznacza wyjście dużej części społeczeństwa z biedy, czy w każdym razie istotną poprawę sytuacji materialnej. Pozostałe wymiary PiS-u są na poziomie wartości, m.in. chodzi o wymiar godnościowy, czyli te pieniądze, które dało państwo…

Czyli daliśmy my.

To prawda, ale dysponuje tym państwo, więc ten argument jest prawdziwy, ale on ma ograniczoną wartość. W wyniku wyborów demokratycznych daliśmy państwu, czyli administracji, prawo do dysponowania częścią wypracowanych przez nas środków. Trzeba zawsze przypominać, że to są nasze pieniądze i powinniśmy pamiętać, podejmując decyzję w  czasie wyborów, komu dajemy to prawo.

Dlatego cieszymy się – za Constantem – wolnością nowożytnych, bo oddajemy swoją wolność polityczną w czyjeś ręce.

Tak jest, oddajemy naszą wolność w czyjeś ręce. Zaś argument, że oni dostali w sumie tylko 19 proc. jest bezsensowny, bo nasze są głosy oddane w głosowaniu. Inni zrezygnowali z tego prawa i wobec tego taka próba delegitymizacji to jest marny argument. Otóż, powróćmy do naszego tematu, do  argumentu godnościowego – w nowoczesnych społeczeństwach oczekuje się, oczywiście dla innych powodów w krajach postkomunistycznych, dla innych powodów w państwach, które znały od wojny opiekuńcze welfare state, że pewnego typu problemy  społeczne zostaną rozwiązane przez państwo. Nie można tego redukować do problemu homo sovieticus, bo nawet jeżeli intensywność tych oczekiwań jest inna u nas i na Zachodzie, to one nie są w tym przypadku jakieś znacząco różne. Innymi słowy, polityka redystrybucji prowadzona przez PiS jest również odbierane w jakimś sensie jako przywracanie godności, zwłaszcza jeżeli się zważy, że w czasach naszej transformacji często dominował język pogardy klasowej. Moje zastrzeżenia do czasów transformacji dotyczą bardziej języka debaty publicznej niż samej polityki. Uważam, że były popełnione błędy i np. w czasie rządów Platformy można było na pewno zrobić więcej w celach redystrybucji tego, co Polska osiągnęła, to był niewątpliwie poważny błąd naszego obozu, ale moje główne zastrzeżenia dotyczyły tego, że była pewnego rodzaju pogarda, która wyrażała się w takich właśnie zwrotach jak homo sovieticus.

Jednocześnie trudno nie zauważyć, że w okresie transformacji została w jakimś sensie pominięta pewna grupa społeczna. Oni sobie nie poradzili gospodarczo, to byli ludzie, którym oberwało się największą pogardą, o której mówisz, ale też brakiem docenienia jakiejś ich godności i brakiem docenienia ich w procesie zmian, brakiem zauważenia tego, że oni też są częścią społeczeństwa, a ich potrzeby i ich myślenie musi być jakoś zagospodarowane.

Zwłaszcza, że oni czuli się i tak zdegradowani. To często było opisywane w literaturze zachodniej czasów wielkiego kryzysu, mianowicie jaką straszną degradacją, zwłaszcza dla mężczyzn, których tradycyjną rolą społeczną było danie poczucia bezpieczeństwa materialnego i fizycznego rodzinie. Jak mężczyzna jest zdegradowany i nagle traci podstawę swojego autorytetu i swojej roli – zwłaszcza że w tradycyjnej rodzinie była to rola dominująca – to jest to bardzo głęboko odczuwane i to przez setki tysięcy ludzi. Pamiętajmy o rozmiarach odczuwanego dramatu, pamiętajmy o tym, że były momenty gdy bezrobocie, obecnie bardzo niskie, przekraczało 20 proc.

Pamiętam, co się działo wtedy Bieszczadach, gdzie były dziesiątki mężczyzn, którzy stracili pracę po zamknięciu PGR-ów i tak naprawdę dla nich i dla ich rodzin to był upadek. Myślę, że to są ludzie, którzy doświadczyli tego, co nazywasz pogardą i w tym momencie to, co im przynosi narracja PiS-u, jest tym, czego oni potrzebują. To jest odzyskiwanie przez nich poczucia wartości.

Poczucie godności wiąże się tutaj z poczuciem przynależenia do wspólnoty, która ma wobec nich pewnego typu obowiązki. I oni to odbierają jako sposób nie tylko zaspokajania potrzeb materialnych, ale i przywracania im godności, uznania ich godności. Jest też inny wymiar polityki PiS związany z przywracaniem godności. Rządy poprzednie, z natury kapitalistycznej transformacji, popularyzowały wartości indywidualistyczne. Zresztą ten sam proces się dokonywał na zachodzie, gdzie ta kultura indywidualistyczna była głębsza, ale ona szczególnie była popularyzowana w czasach rewolucji liberalnej Reagana i Thatcher. Obie były kulturowo konserwatywne, a równocześnie w domenie społeczno-ekonomicznej były skrajnie liberalne, głosiły hasło odpowiedzialności jednostki za własny los. W polskiej tradycji, w polskiej kulturze silnie są obecne wolnościowe tradycje, tylko one zawsze były kolektywistyczne, narodowe; chodziło o wolność całej zbiorowości. PiS przywracał poczucie godności i równości ludziom o statusie społecznym zdegradowanym poprzez intensywne głoszenie haseł wspólnotowych, związanych z pojęciem  naród i wiara. Niestety w formie bardzo często skrajnej: nacjonalizmu i religijnej nietolerancji. Ich hasła zwrócone przeciwko elitom, kastom były  sposobem definiowania kozła ofiarnego, wroga  przeciwko któremu zwracano gniew ludu, ale również był w tym potencjał równościowy: my jako Polacy, my jako chrześcijanie jesteśmy sobie równi, niezależnie od tego czy jesteśmy bezrobotnymi, czy profesorami, lekarzami, czy sprzątaczkami wszyscy jako Polacy jesteśmy równi. Oczywiście, poza tymi, których wykluczamy ze względu na poglądy, wiarę, pochodzenie, skłonności seksualne etc

To były i są podstawowe atuty PiS-u: jeden atut to był oczywiście godnościowym, drugi wspólnotowy i trzeci – dla wielu ludzi najważniejszy – materialny, związany z redystrybucją, związany silnie z poczuciem sprawiedliwości społecznej, niezależnie od tego, co to pojęcie konkretnie znaczy. Liberałowie podważają sens tego pojęcia, natomiast ono jest głęboko zakorzenione w świadomości społecznej – można nie wiedzieć, co to pojęcie dokładnie znaczy, ale wie się, czym jest niesprawiedliwość społeczna.

To jest jak z definiowaniem pornografii albo terroryzmu. Łatwiej nam powiedzieć, że dany akt jest pornograficzny, albo że jest przejawem terroryzmu, podobnie jak z dużą jasnością możemy wskazać akty czy przejawy sprawiedliwości społecznej – jakieś konkrety, fakty, działania, zdarzenia. Jednak w każdym z tych przypadków znacznie trudniej jest nam zgodzić się co do definicji, którą bez zastrzeżeń bylibyśmy w stanie przyjąć we wszystkich systemach.

To jest ryzykowne porównanie z pornografią, ale bardzo Cię proszę, to bierzesz na swoje konto. W każdym razie innymi słowy – tu konkluduję, bo powracam do pytania, które postawiłaś, co się stało z naszą wolnością, tzn. ludzie, którzy głosują na PiS, to są w części ludzie, którzy nie cenią sobie nadmiernie wolności, ale w bardzo dużej części to są ludzie, którzy absolutnie cenią wartość wolności, tylko równocześnie w sytuacjach konfliktowych celów i wartości wybierają te, które właśnie PiS zaspakaja najlepiej. Chociaż nikt nie wie jak długo PiS będzie w stanie to czynić. Przy tym duża bardzo część społeczeństwa ma świadomość, że są problemy z wolnością, bo warto przypomnieć, że już w grudniu 2015 roku w jednym z sondaży 55 proc. Ankietowanych Polaków stwierdziło, że jest zagrożenie dla demokracji. Czyli ta świadomość szybko się pojawiła, wtedy było niewiele faktów, które skłaniały do niepokoju, takie jak arbitralna decyzja prezydenta Dudy w sprawie Kamińskiego i jego kumpla ze służb no i przede wszystkim zaczyna się wówczas walka o Trybunał Konstytucyjny  i większość Polaków wie, że coś jest nie tak. Na wiosnę 2016 roku, poziom zaniepokojenia rośnie do ponad 60 proc. Później nie widziałem tego typu badań, więc to jest nawet ciekawe – sprawdzenie, czy w ogóle było takie pytanie zadawane, bo ono jest istotne. Tak jest na poziomie świadomości. Równocześnie, w praktycznych wyborach Polacy nawet jeśli uważają, że się dzieją różne rzeczy niedobre, nawet jeżeli uważają, że są ograniczenia wolności, to nadal mają takie poczucie, że fundamentalnie na razie przynajmniej nic takiego złego się nie dzieje – nie rozstrzeliwują, nie aresztują, nie torturują  a żyje się coraz lepiej.

A przy tym gdzieś wciąż się dyskutuje, mam jakąś szczątkową agorę, szukamy pewnych dróg pluralizmu.

Jest pluralizm polityczny, jest pluralizm mediów, nawet jeżeli tu i ówdzie naruszane są zasady, to nie jest tak, że miał miejsce dramatyczny fakt. Natomiast jeżeli chodzi o poprawę zarówno finansową, jak i symboliczną, to ona jest wyczuwalna natychmiast. Innymi słowy powiedziałbym, że wcale nie uważam, że nastąpiło coś dramatycznego, jeśli chodzi o stosunek Polaków do wartości, jaką jest wolność. Tutaj trzeba odróżnić różne poziomy, czyli w przekonaniach i w podejmowanych decyzjach. W przekonaniach jest to sprawa trudna do zbadania – myślę, że w wielkich deklaracjach Polacy będą manifestowali bardzo wysokie przywiązanie do wolności. Natomiast w praktycznych wyborach, to ludzie, którzy ze względu na poprawę sytuacji materialnej, jak i ze wględów godnościowych i przywrócenia tego poczucia wspólnoty narodowej, nie muszą odczuwać konieczności rezygnowania z wolności, nawet jeżeli czasami widzą ów konflikt wartości.

W naszej rozmowie pojawiają się dwa watki, pierwszy związany z pogardą, zaś drugi ze wspólnotą. Zacznę od tego drugiego: mówisz o wspólnocie narodowej. Jednak jej forma, o której mówi narracja PiS-u, oznacza przede wszystkim wspólnotę wykluczającą. I teraz… czy nie jest tak, że rozumiana w taki sposób wspólnota narodowa rzeczywiście stygmatyzuje tych, którzy w jakimś – często dość dowolnym – sensie nie pasują i czy przez to jednocześnie nie wyklucza z wolności politycznej?

Można powiedzieć, że każde zakreślenie granic wspólnoty jest równocześnie zasadą wykluczenia.

Pytam Cię raczej o to, czy nie czujesz zagrożenia, że to wykluczenie, czy owa tyrania pozornej większości, jakoś nad nami zapanuje, że nastąpią kolejne poziomy odbierania tego, co nazywamy wolnością pozytywną. Że za chwilę takimi małymi kroczkami się po coś sięgnie? Wolność słowa, wolność zgromadzeń… i kolejne. Że kolejne ustawodawcze manipulacje pozwolą na przesuwanie granicy, na nakładanie kolejnych ograniczeń.

Moim zdaniem to nie jest konieczne, co nie znaczy, że my tego nie obserwujemy. Można powiedzieć, że to rozumienie wspólnoty w przypadku PiS-u jest mieszane – to nie jest tak, że ono wyklucza bardzo mocno np. etniczne, bo tam są też elementy obywatelskie, polityczne wspólnoty. Wszystko zależy od wypowiedzi, od ludzi, to różnie wygląda. Faktem jest, że oczywiście w pewnych momentach pojawia się element wykluczenia. Jeżeli historyk, endek związany bardzo z obozem PiS-owskim mówi – to chodziło o Kościół i jakąś wypowiedź Konstantego Geberta – że jak on zostałby katolikiem, to by rozumiał lepiej, sugerując, że on nie ma prawa zabierać głosu, to był tu silnie obecny element wykluczający. Ów historyk nie przyznawał prawa Żydowi do wypowiadania się w sprawach przestępstw dokonywanych w ramach wspólnoty chrześcijańskiej, katolickiej. Można powiedzieć, że z takimi wypowiedziami my się spotykamy dość często. Język Targowicy, oskarżanie przeciwników politycznych o zdradę, oczywiście jest bardzo silnym językiem wykluczającym. Jeżeli ktoś inaczej rozumie wspólnotę, obowiązek wobec niej, patriotyzm niż PiS – czyli ideologowie, przywódcy tej partii – to jest zdrajcą. Ten język powracał wielokrotnie wobec posłów PO, którzy w Parlamencie Europejskim głosowali, czy wypowiadali się w sposób sprzeczny z polityką PiS-u. Już nie mówiąc o oskarżaniu Donalda Tuska o to, że spiskował razem z Putinem po to, żeby zamordować prezydenta Rzeczpospolitej. To była szalenie brutalna zasada wykluczenia, oczywiście bardzo niekonsekwentnie stosowana, bo traktując je poważnie oskarżenia takie wymagałoby wytoczenia procesu, a przynajmniej zgłoszenia sprawy do prokuratury. W każdym razie te zasady wykluczenia pojawiają się często wobec ludzi, którzy mają inne poglądy. Świadectwem to, co powiedział prezes Kaczyński niedawno: „Kto podnosi rękę na Kościół, podnosi rękę na Polskę”.

I wiemy dalej, co z tą ręką zrobić…

To jest świadoma czy też nie aluzja do sławnej wypowiedzi Józefa Cyrankiewicza po buncie robotników Poznania w 1956 roku. Kaczyński zapewne o tym nie pomyślał, bo by posłużył się nieco inną metaforą, innym organem – nie ręką, ale np. nogą. W każdym razie to znaczyło tyle, że człowiek mający krytyczny stosunek do kościoła instytucjonalnego, a to może dotyczyć nie tylko ludzi niewierzących, tylko również wielu katolików, jest zdrajcą – bowiem podnosi rękę na Polskę. Ta stosowana permanentnie przez obóz rządzący zasada wykluczająca, ten szantaż  stosowany jest również w polityce historycznej, w interpretowaniu różnych faktów z przeszłości, czy to będzie dotyczyło Żydów i Jedwabnego, czy Niemców, czy Ukraińców.

Niektórzy powiedzą Ci – wyjątkowo zresztą paskudnie – że Żydzi i Ukraińcy to dla Polaków dyżurni „chłopcy do bicia”. A przecież to nie jest takie proste…

To są chłopcy do bicia, ale też autentyczne problemy z wizją polskości kultywowaną przez PiS, w której historia martyrologiczna łączy się z wizją heroiczną narodu.

Z wizją, w której z jednej strony na nowo rozbudza się antysemityzm, zaś z drugiej strony sięga się po najbardziej nawet wątpliwe narodowe mity, w których okrucieństwo, zbrodnie i przemoc tłumaczy się jako bohaterstwo. I znów, społeczeństwu, które wciąż nosi w sobie traumę i konflikt, funduje się przebudowanie narracji historycznej kreowanej na partyjną modłę. Nie ma już tak prosto, że – jak chciał Wyspiański – przykładając rękę do serca z taka samą jasnością da się powiedzieć „A to Polska właśnie”. Rozmawiamy przecież o stygmatyzacji i zdrajcach – zastanawiam się, czy  przez te 30 lat nie zrobiliśmy sobie w tym sercu  kolejnej dziury. Bo jak się stygmatyzuje, to często stygmatyzuje się tzw. elity. Dużo mówiło się o odpowiedzialności pewnych elit za konkretne zjawiska, również te związane z okresem transformacji. PiS do tego wraca wskazując, że to właśnie przez elity 89’ roku mieliśmy później w Polsce problemy. Zastanawiam się tu raczej nad problemem pogardy dla elit.  Zadaję to pytanie z uporem maniaka – czy to nie jest tak, że przez to, żeśmy stracili w jakimś sensie elity, czy się zaczęliśmy wstydzić w ogóle mówienia o elitach intelektualnych, które są przecież naturalną częścią społeczeństwa, systemu, sami zrobiliśmy sobie krzywdę. Dla mojego pokolenia to wy jesteście autorytetami, a części naszych autorytetów już nie ma. Z kolei pokolenie moich studentów mówi wprost, ze takiej elity, autorytetów im najzwyczajniej brakuje. Czy nie jest naszym problemem to, że przez te 30 lat, kiedy się mówi o elicie, to coraz bardziej ogranicza się ją do myślenia o elicie politycznej, a niektórzy powiedzą, że w związku z tym jeszcze niedawno elitą był pan Bartosz M?

Nikt by nie powiedział, że on jest członkiem elity. Ten przypadek da się uogólnić. To jest ciekawe, że o tych, którzy obecnie rządzą – ani nawet oni sami w samopercepcji – nie mówi się, że są elitą. Wtedy, kiedy oni kontrolują władzę, media, banki, finanse, podstawowe źródła władzy, równocześnie oni sami siebie jako elity nie postrzegają. W tym obozie ciągle jest obecna tendencja traktowania siebie jako kontestatorów, zbuntowanych, wyklętych. Dziennikarze prawicowi, powiązani z PiSem nazywali siebie „niepokornymi”. Obecnie mają już chyba świadomość, że to jest coraz trudniejsze, bo czerpią nie tylko informacje, ale i  kasę,  z zasobów które kontroluje PiS, nie mówiąc o tym zresztą, że są bezpośrednio powiązani z władzą. Obóz rządzący wie że ma władzę, ale równocześnie wie, że elitą siebie nazwać nie może. Istotnym powodem tego zjawiska jest też to, że populizm wszędzie rodził się i żywi się buntem przeciwko elitom. Trudno wyrzec się takiej zasady legitymacji swojego panowania.

Bo to nie pasuje temu społeczeństwu i nie pasuje tej narracji, którą oni się chcą posługiwać.

To na pewno też, ale dlaczego im nie pasuje i dlaczego mamy do czynienia z tym? Przecież bunt przeciwko elitom to jest zjawisko globalne, ono dotyczy całego świata rozwiniętego liberalnej demokracji i wykracza poza ten świat, obejmując inne regiony  świata. To jest zjawisko interesujące i podnoszone przez niektórych badaczy. Pamiętamy sławne tytuły książek „bunt mas” ale też „bunt elit”. Czy nie mamy obecnie do czynienia z radykalnym rozchodzeniem się mas i elit? We współczesnych społeczeństwie mamy postępującą polaryzację – z jednej strony elity w rozumowaniu swoim technokratyczne, które mają coraz większe poczucie złożonej rzeczywistości, która jest nie do zrozumienia przez masy, a za tym dystansem poznawczym postępuje wzrost dystansu społecznego, kulturowego, co jednocześnie rodzi narastający dystans mentalny między dwiema częściami społeczeństwa. To jest źródłem narastającego lekceważenia, jeżeli nie pogardy. To obserwujemy  również w Polsce w postawie części opozycyjnych elit politycznych, intelektualnych czy artystycznych. Chociaż ta postawa ma również bardzo odległe źródła historyczna w postawie szlachty i inteligencji post-szlacheckiej wobec ludu. Innymi słowy, funkcjonowanie demokracji jest zagrożone z dwóch stron, nie z jednej . Jest zagrożone ze strony części klasy ludowej – jak to się dzisiaj mówi – i ich sojuszników politycznych skupionych w przypadku Polski wokół PiSu. Część mas, które mają poczucie, że demokracje nie są w stanie zaspokoić ich elementarnych potrzeb – czy to dotyczy bezpieczeństwa wewnętrznego czy zewnętrznego, jakiejś zasady równości. Innymi słowy, w tych różnych wymiarach jest jakby w skali globalnej abdykacja elit. To jest świat pogłębiającego się chaosu, słabnącej kontroli nad rzeczywistością zarówno w wymiarze geopolitycznym jak i geoekonomicznym, jeśli chodzi o gospodarkę i finanse. W świecie zglobalizowanym polityka istnieje tylko lokalnie, np nie ma prawdziwej władzy na poziomie europejskim, chociaż problemy wykraczają daleko poza granice narodowe. Istnieją więc oczekiwania, których elity nie są w stanie zaspokoić. Innymi słowy elity w sensie poznawczym i decyzyjnym są w jakimś sensie oderwane od mas i jednocześnie nie są w stanie masom zapewnić tego, czego masa oczekuje. I można powiedzieć, że ta obecna faza buntu mas, ona była poprzedzona równocześnie taką pewną alienacją elit. Właśnie to ma się na myśli w dużym stopniu, kiedy się mówi o kryzysie demokracji. To nie jest tylko utrata pewnego zaufania do demokracji, lecz również niezdolność zapewnienia tego, czego oczekują społeczeństwa ze strony wyłonionych w demokratycznym procesie elit.

W zasadzie to jest moment, w którym powinniśmy skończyć, ale dorzucę ci jeszcze jedno pytanie. Elity, demokracja, nasza polityka taka, jak wygląda i polska, i europejska – ja się zastanawiam może niekoniecznie nad figurą Donalda Tuska na białym koniu, który przyjeżdża, ale generalnie nad figurami wodzowskimi. Przypomina mi się – zaczynając i kończąc Kaczmarskim – „Przejście Polaków przez Morze Czerwone”, kiedy pojawia się ten i mówi: „Ja wam powiadam i kto chce, niech wątpi, że się to morze przed nami rozstąpi!” Czy to nie jest tak, że te masy czekają ciągle i to nie tylko u nas, na tego, kto powie, że jakieś morze się przed wami rozstąpi? I że wybierając takich liderów, którzy czasami są na pierwszym miejscu rzeczywiście, tak jak dla mnie dramatyczny wybór Trumpa, czy wybór zupełnie jakby innej bajki Macrona, czy wybór PiS-u, gdzie tak naprawdę wiemy, o co chodzi, czy wybór Orbana, czy to nie jest cały czas czekanie na tego, kto otworzy tą możliwość nam, masom, w pewien sposób?

Ta metafora oczywiście jest pożyteczna. W jakimś sensie bezosobowe mechanizmy demokratyczne, gdzie najważniejsze jest prawo, reguły, decyzje, które tworzą pewnego typu gwarancje przewidziane przez Monteskiusza, czy  ojców założycieli demokracji amerykańskiej, którzy byli bardzo nieufni wobec mas, ale też wobec  wodzów stwarzali przez trójpodział władzy, czy zasadę checks and balances, system zabezpieczeń przed arbitralnością i nadużyciami. Nie jest sprawą przypadku, że w ruchach populistycznych jest wódz i są masy, przy radykalnym osłabieniu instytucji pośredniczących. Przy czym ruchy populistyczne w swoich ideologiach zazwyczaj są hiperdemokratyczne, bo działają w imię przywrócenia władzy mas, w imię pełniejszej demokracji krytykują wyalienowane elity i dotychczasowe funkcjonowanie demokracji, w której widzą rządy oligarchii.  Ale w praktyce, w imię demokracji ruchy te osłabiają instytucje demokratyczne, co widzimy w Polsce. Owo osłabianie instytucji pośredniczących dokonuje się z powołaniem na wolę suwerena, a w istocie realizowana jest w ten sposób wola ukrytego faceta na Nowogrodzkiej i nie znamy prawdziwych mechanizmów podejmowania decyzji. Można powiedzieć, iż ta „nieliberalna demokracja” – jak ją nazwał Wiktor Orban – przypomina wojsko w swoim sposobie działania, chociaż zachowuje pewne formy demokratyczne jak np. wybory. To jest – można powiedzieć – reżim stanu nadzwyczajnego. Poczucie zagrożenia,  kryzysu,  powoduje dobrowolne złożenie władzy w ręce męża opatrznościowego, gotowość akceptacji stanu nadzwyczajnego i nadzwyczajnego trybu podejmowania decyzji („bez trybu”!). Przy stosunkowo prostym algorytmie podejmowania decyzji militarnych on jest do utrzymania, chociaż przy nowoczesnym wojsku zapewne coraz trudniej. Natomiast we wspólnocie demokratycznej wiele problemów równocześnie w wielu dziedzinach nie da się rozwiązać metodami stanu nadzwyczajnego.  Skutkiem nieuchronnym jest wzrost przemocy – żeby wymusić posłuszeństwo i stworzyć pozory efektywności – oraz, z drugiej strony pogłębiający się chaos.

Chciałbym powrócić do metafory przejścia przez morze Czerwone, bo ona może też coś istotnego powiedzieć o stosunku elit z masami  w polityce demokratycznej. W Starym Testamencie znaleźć można opis jak to Mojżesz świadomie nie prowadził narodu wybranego bezpośrednio do ziemi Filistynów, tylko okrężną drogą przez morze Czerwone. Obawiał się bowiem, iż lud Izraela w strachu i w tęsknocie za pewnym ładem panującym w królestwie Faraona może chcieć powrócić do bezpieczeństwa stanu zniewolenia na ziemi egipskiej. Można powiedzieć, że Mojżesz przez pewnego typu oszustwo i ogromne wydłużenie drogi – mówimy o 40 latach spędzonych na pustyni – chciał ich doprowadzić do ziemi obiecanej. Ta metafora ukazać może dramatyczny problem polityki demokratycznej w krytycznych momentach, gdy trzeba – z jednej strony – podejmować bardzo trudne i społecznie kosztowne decyzje, które są niezrozumiałe i których pozytywne efekty mogą się pojawić się dopiero po dłuższym czasie, wobec czego jest niebezpieczeństwo buntu społecznego. To jest jeden element niedemokratyczny w czasach demokracji czasów trudnych. Drugi wynika z tego, że istotnie mamy tu dramat różnic kompetencyjnych, który pozwala elitom wystąpić – w ramach tej metafory – w roli wyższej istoty, która widzi dalej, wie lepiej jak prowadzić naród do ziemi świętej wolności, zamożności i demokracji. Ale czy ta droga jest demokratyczna i czy rzeczywiście może prowadzić do ziemi obiecanej?

Domykamy klamrą wolności i niewoli. Prowadzenia narodu krętą drogą, żeby nie powrócił do niewoli, jaką znał.

Tak można powiedzieć: poprzez pewnego typu zniewolenie przez kłamstwo.

 

Ptak wykluwa się z jaja – „Demian” Hessego 100 lat później :)

 

Człowiek jest istotą, która nosi w sobie wszystko, co jest mu potrzebne, by odnaleźć sens życia. Nie powinien go szukać w tradycji, potędze czy wspólnocie, ślepo wierząc w narzucone z góry granice i ideały. Musi kwestionować, zadawać pytania i nieustannie, bez wstydu, poszukiwać własnego „ja”.

 

Cały dorobek pisarski Hermanna Hessego jest poszukiwaniem odpowiedzi na pytania o granice moralności i egzystencję człowieka w świecie. Sam Demian jest powieścią, która pozostaje równie aktualna, co równe 100 lat temu, kiedy w lipcu pojawiło się jej pierwsze wydanie. W filozoficzny sposób porusza tematy przyjaźni, miłości i wojny, tęsknoty za idyllicznym światem dzieciństwa, do którego już nie można powrócić.

Dwa światy

Kiedy poznajemy Sinclaira, jest dzieckiem z „jasnego” domu. W jego świecie dominują zapachy kwiatów i suszu owocowego, śpiew i modlitwa, szacunek dla tradycji. Jednocześnie zaraz obok istnieje „ciemna strona” – rzeczywistość żyjąca w mrocznych uliczkach i niezwykłych historiach powtarzanych przez kuchenne służki – która młodego Emila silnie fascynuje i przeraża. Sinclair odczuwa istnienie tych dwóch odrębnych światów. Czuje, że celem jego życia jest stanie się jasnym i czystym jak jego ojciec i matka, jednak zdaje sobie jednocześnie sprawę, że droga do tego celu „prowadziła nieustannie obok tego innego, mrocznego świata i poprzez ów świat”[1], zaś odczuwał też możliwość, że „wejdzie się i pozostanie w nim, że utonie się całkowicie”[2]. I tak też w potrzebie akceptacji ze strony łobuza Franza Kromera, młody Emil przyznaje się do kradzieży jabłek, której nie popełnił. Ten incydent pokazał mu, jak łatwo jest przekroczyć granicę światów i uświadomił, że teraz nie należy do żadnego z nich: „na nogach miałem błoto, którego nie mogłem przecież wytrzeć o słomiankę, i wnosiłem ze sobą do domu cienie, o istnieniu których nowy ten świat nic nie wiedział”[3].

Obraz dziecka, które pierwszy raz styka się z „cieniem”, jest niezwykle alegoryczny. Początkowo bohater widzi w łobuzie samego szatana, u którego jest niejako na usługach. Jednak z czasem uświadamia sobie, że „to co niegdyś było Franzem Kromerem, tkwiło obecnie we mnie”[4]. Do tego czasu tylko pociągał go świat „ponury i pełen przemocy”, zaś teraz – to ten świat żyje w nim. Bohater czuje się napiętnowany, ma wrażenie, że wszyscy traktują go inaczej, bo przeczuwają, że nosi w sobie okropną tajemnicę. Tak głęboko filozoficzne rozterki dziecka przemawiają do wyobraźni i mają poniekąd charakter przypowieści. Sinclair sam czuje, że przestał „być Ablem” i stał się Kainem. Jak przewrotne jest to, że chwilę potem na jego drodze staje Max Demian – uosobienie demona i mentora, przedstawiciela „ciemnej strony”, który pomaga zagubionemu Emilowi spojrzeć na wewnętrzne rozterki bez poczucia wstydu; który popycha go w stronę poszukiwań własnego „ja” i pokazuje dwa światy jako jeden dualistyczny byt, na wzór Abraxasa – boga i szatana w jednym. Do tego czasu dla młodego Emila dwa światy stykały się, lecz były odrębne – teraz bohater rozumie, że istnieją one zależnie od siebie, przenikają się, a ich granice są tam, gdzie je sami wytyczymy.

Max Demian jest naznaczony tym samym piętnem kainowym, co Sinclair – pewnego rodzaju wrażliwością i namiętnością, umiejętnością „widzenia”, której ludzkość się boi. Obaj szybko odkrywają, że łączy ich niepowtarzalna, niemal magiczna więź przeznaczenia; że dzielą wspólny los.

Demian: Dzieje młodości Emila Sinclaira

Powieść została wydana w 1919 roku, kiedy Hesse pisał teksty pod pseudonimem „Emil Sinclair”. Autor pragnął dotrzeć do młodych ludzi, którzy mogli traktować z uprzedzeniem powieść autora „znanego z jednej strony”[5]. Jako Sinclair pisał antywojenne teksty na łamach „Neue Züricher Zeitung”. Przez niemieckie gazety został okrzyknięty zdrajcą kraju. W autobiografii dla Komitetu literackiego Nobla pisał: „odkąd osiadłem w Szwajcarii w 1912 r., popadałem w coraz głębszy konflikt z niemieckim nacjonalizmem, co naraziło mnie na ataki prasy i lawinę obelżywych listów. Kompensatą za nienawiść oficjalnych Niemiec, która szczyt osiągnęła za czasów Hitlera, była dla mnie sympatia młodego pokolenia myślącego kategoriami internacjonalizmu i pacyfizmu (…)”[6].

Demian autorstwa Emila Sinclaira doczekał się 16 nakładów – przez dwa lata wychwalano debiut tajemniczego pisarza. Tomasz Mann w przedmowie do amerykańskiego wydania powieści pisał, jak Demian „z niezwykłą precyzją oddał ducha czasu i całą młodość, która sobie uroiła, że z niej wyrósł głosiciel jej najgłębszej istoty (podczas gdy on miał już czterdzieści dwa lata), i którą doprowadzał do wzruszenia i wdzięczności”[7]. Taki też był cel Hessego – podróż Sinclaira miała służyć jako przykład, jak odnaleźć sposób na wyjście z uczucia rozbicia, jaki przyniosły okrucieństwa wojny. Młodzi mężczyźni, którzy wrócili z okopów, mieli zaburzone pojęcie o granicy pomiędzy dobrem i złem, musieli znaleźć swój własny kierunek w świecie po wojnie. Zaczęli identyfikować się z Emilem Sinclairem i jego dążeniem do odnalezienia siebie.

Sam pseudonim wzbudza ciekawość – z jednej strony jest to nazwisko Isaaca von Sinclaira – niemieckiego pisarza i dyplomaty żyjącego na przełomie XVIII i XIX wieku, oskarżonego o zdradę Fryderyka I Wirtemberskiego. Z drugiej strony, nazwisko „Sinclair” może mieć symboliczne odniesienie do dualistycznego sposobu postrzegania świata w Demianie – połączenia grzechu (sin) i oczyszczania (clear)[8].

Początek końca

Dojrzewanie Emila jest burzliwe i autodestrukcyjne. Zamiast patrzeć przed siebie, patrzy w siebie. Miewa myśli samobójcze, nie zna celu swojego życia. Zaczyna „tonąć”: „w szkole naszej gęsto popijano, a błaznowano też niemało, ja należałem do najmłodszych, którzy w tym wszystkim uczestniczyli (…). Należałem znów oto całkowicie do tego mrocznego świata, do szatana, a w świecie tym uchodziłem za chłopa na schwał”[9]. Tak też żyje „pomiędzy”, raz wracając do jasności, raz pogrążając się w mroku. Świat dzieciństwa jest dla niego przekłamany i bolesny, czuje się tam obcy. W snach powtarza się obraz herbu, który wisiał nad bramą jego rodzinnego domu – drapieżnego ptaka, który dobywał się z kuli ziemskiej niczym z ogromnego jaja. Jest to zwiastun końca.

Sinclair zostaje wysłany na front. Widzi, że wojna jest jedynie pretekstem do uwolnienia w człowieku pokładów zła. Dzięki własnym poszukiwaniom granic moralności, bohater jest w stanie zapanować nad wewnętrznym mrokiem i jest odporny na wpływ „straszliwej potęgi”, której są podporządkowani żołnierze. To go rozczarowuje, mówi o tym, jak rzadko człowiek potrafi żyć dla jakiegoś ideału, natomiast często jest zdolny w jego imię umierać, pod warunkiem, że jest to ideał wspólny, „oparty na tradycji”. Widzi ich dalekie, opętane spojrzenie: „uczucia pierwotne, nawet najdziksze, nie odnosiły się do nieprzyjaciela, krwawe ich dzieło było jedynie rezultatem promieniowania od wewnątrz, przejawem rozdwojonej duszy, która pragnęła oto szaleć, zabijać, niszczyć i umierać, aby móc zrodzić się na nowo. Ogromny ptak z trudem dobywał się z jaja, a jajem był świat, i świat musiał rozpaść się w gruzy”[10].

W wyniku rany Emil trafia do szpitala polowego. Czuje, że coś go tam przyciąga. Spotyka umierającego Demiana, który chciał przekazać mu ostatnią naukę: „jeśli mnie zawołasz, nie przybędę tak materialnie, na koniu czy koleją. Musisz wówczas wsłuchiwać się w samego siebie i wtedy się przekonasz, że jestem w tobie”[11].

Wielokrotnie Sinclair przeczuwał obecność Demiana w sobie – widywał go w snach pod różnymi postaciami, zaś kiedy bohater najbardziej go potrzebował, Max zawsze się pojawiał. Teraz to Demian wołał Emila do szpitala, ponieważ chciał mu przekazać niezmiernie ważne przesłanie. Demian symbolizuje potrzebę poszukiwania i zadawania pytań. Człowiek jest istotą, która nosi w sobie wszystko, co jest mu potrzebne, by odnaleźć sens życia. Nie powinien go szukać w tradycji, potędze czy wspólnocie, ślepo wierząc w narzucone z góry granice i ideały. Musi kwestionować, zadawać pytania i nieustannie, bez wstydu, poszukiwać własnego „ja”.

 

Równe 100 lat po pierwszym wydaniu Demian wydaje się niezwykle aktualny. Obserwując wzrost nacjonalizmu i populizmu na świecie, potrzebujemy pióra Hermanna Hessego. Zmieniające się standardy i wartości, nasilające kryzysy, zmuszanie ludzi do jednolitych ról i ślepej wiary w narzucane ideały przypominają świat, któremu się opierał Emil Sinclair. Tak samo jak dla tysięcy młodych ludzi kiedyś, tak dzisiaj Hesse może stać się głosem młodego pokolenia. Tylko czy współcześni są na niego gotowi?

 

 


 

[1] Hesse, Hermann, Demian, Media Rodzina, Poznań 2017, str. 11

[2] Tamże, str. 11

[3] Tamże, str. 23

[4] Tamże, str. 68

[5] Zeller, Bernhard, Hermann Hesse, PIW, Warszawa 2001, str. 89

[6] https://kultura.onet.pl/wiadomosci/guru-z-gornej-polki/hr7jj0z

[7] Hesse, Hermann, dz. cyt., str. 252

[8] Hayman, Ronald, A Life of Jung, New York–London 2001, str. 210

[9] Hesse, Hermann, dz. cyt., str. 105

[10] Tamże, str. 235

[11] Tamże, str. 238

W drodze do Kostrzyna nad Odrą :)

– z Marcinem Urbaniakiem rozmawia Magdalena M. Baran

 

Magdalena M. Baran: Wakacyjne miesiące od lat już obfitują we wszelkiej maści festiwale. Pośród nich jest i ten, który z różnych przyczyn obrósł swoista legendą. Na czym polega fenomen Pol’and’Rock Festiwal, przez wielu wciąż znanego jako Przystanek Woodstock? Co takiego od lat przyciąga tysiące ludzi do Kostrzyna nad Odrą?

 

Marcin Urbaniak: Sądzę, że na fenomen inicjatywy Jurka Owsiaka składa się co najmniej kilka niezwykłych rzeczy. Przede wszystkim, symboliczne nawiązanie do wartości i klimatu oryginalnego festiwalu sprzed pół wieku – podczas festiwalu można doświadczyć wspaniałej atmosfery wspólnoty, wzajemnego szacunku i tolerancji, równości, otwartości. Dla mnie jest to niepowtarzalne doświadczenie emocjonalnej więzi albo bliskości z innymi uczestnikami we wspólnym porozumieniu. Niezwykły jest fakt, że uczestników są tysiące, a mimo to czujemy się bardzo bezpiecznie; wręcz rodzinnie. Sprzyja temu bardzo radosna, pozytywna energia, unosząca się nad całą wioską festiwalową. Pamiętajmy również, że Przystanek Woodstock jest organizowany jako forma podziękowania od fundacji WOŚP dla wszystkich zaangażowanych wolontariuszy, którzy podczas samego festiwalu dokonują niezwykłej pracy organizacyjnej. Wszystkie elementy są perfekcyjnie przygotowane – od wyżywienia i toalety, przez służby medyczne, po centra pomocy oraz informacji. Ta doskonała organizacja tworzy silne poczucie bezpiecznego, aktywnego odpoczynku w – nieporównywalnej z niczym – pozytywnej atmosferze młodzieńczej radości.

 

Przystanek – bo siłą przyzwyczajenia i ja zostaję przy tej nazwie –  to nie tylko niezwykły pomysł, energia i muzyka. Festiwal obfituje w różnego rodzaju spotkania, dyskusje, daje też szansę na słuchanie siebie nawzajem i otwartość na różnorodność.  Jak buduje się tego rodzaju wydarzenie, jak widzi się je niejako z wewnątrz?

 

Tak, Przystanek Woodstock posiada – poza walorem rozrywkowym – mocny przekaz intelektualny, a nawet intelektualno-społeczny. W trakcie trzech głównych dni festiwalowych organizatorzy oferują bardzo szeroką gamę spotkań, wydarzeń, warsztatów i dyskusji z szalenie ciekawymi osobami oraz całymi organizacjami, które działają w obszarach kulturowo-społecznych, środowiskowych, prawnych, etycznych, politycznych. Tego typu wydarzenia, z perspektywy osoby prowadzącej, są chyba najbardziej poruszającym intelektualnie – ale też wzruszającym emocjonalnie – fragmentem całego pobytu na Woodstocku. Osobiście, bardzo głęboko zapadły mi w pamięci spontaniczne dyskusje, jakie wywiązały się podczas prowadzonych przeze mnie warsztatów. Były to spore grupy słuchaczy, w bardzo różnym wieku i z różnych części świata, którzy falami przystawali i dosiadali się zaintrygowani tematem, a następnie włączali się z zapałem do dyskusji. Każdy uczestnik wznosił własne przeżycia i refleksje; własne spojrzenia czy interpretacje – takie rozmowy, generowane z czystej pasji, mogłyby ciągnąć się godzinami.

 

Festiwal to także ASP czyli Akademia Sztuk Przepięknych. I znów, także tą drogą budowanie tolerancji, otwartości, ale też słuchanie innych. Co daje ta odsłona Festiwalu? Czy rzeczywiście otwiera na wartości?

 

Akademia Sztuk Przepięknych stanowi trzon intelektualno-społecznych wartości i doświadczeń, jakie oferuje Pol’and’Rock Festiwal swoim uczestnikom i uczestniczkom. Ten wymiar festiwalu jest o tyle niezwykły, że po pierwsze, stanowi znakomite, intelektualne uzupełnienie i kulturowe wzbogacenie wydarzenia, bazującego pierwotnie na koncertach muzycznych. Po drugie, takie urozmaicenie – bardzo nieoczywiste i niestandardowe, gdy chodzi o festiwale muzyki – okazało się bardzo trafionym pomysłem. Oto mamy w jednym miejscu skupione, wielotysięczne grupy ludzi, które w swobodnej atmosferze poruszają szalenie istotne problemy. Połączenie pozytywnej atmosfery festiwalu i lekkości formy z udziałem wybitnych autorytetów w swoich dziedzinach pokazuje co roku, że uczestnicy Woodstocku chętnie podnoszą swoją świadomość, wrażliwość czy uważność, gdy pojawia się adekwatnie zorganizowana forma komunikacji albo bezpieczne, wspólnotowe miejsce do wymiany myśli. Dla mnie prywatnie, ASP to samo serce Festiwalu, w którym przez kilka dni łączą się, przenikają i wzbogacają najistotniejsze wartości, postawy i emocje.

 

Można spotkać opinie, że poszczególne festiwale – począwszy od Jarocina, przez Przystanek Woodstock, aż po Open’er – miały i mają swój udział w formowaniu się kolejnych pokoleń. Jednak z drugiej strony da się słyszeć, że to pojedyncze wydarzenia, które tak naprawdę nie łączą ludzi. Co myślisz na ten temat?

 

Uważam, że takie opinie zależą od tego, na jakie element festiwali zwrócimy uwagę. Jeżeli na pierwszym miejscu postawimy walor estetyczny – obcowania z konkretnym typem muzyki – to będą to raczej pojedyncze wydarzenia, adresowane do miłośników danego typu muzyki. W wypadku Open’er będzie to bardziej komercyjne wydarzenie z programem popularnej, rozrywkowej muzyki. Koneserzy dźwięków alternatywnych, zmuszających do refleksji, bądź muzyki społecznie zaangażowanej, wybiorą festiwale Sacrum Profanum, Unsound lub legendarny Jarocin. Te grupy odbiorców są nastawione na odmienne wrażenia. Natomiast gdy spojrzymy na festiwale od strony ich pełnej oferty kulturalnej – wychodząc poza listę artystów scenicznych – wówczas każe się, że podczas Pol’and’Rock Festiwal oraz podczas Open’er można spotkać się osobiście i wziąć udział w dyskusji np. z warszawską Izbą Adwokacką; ze społecznie i środowiskowo zaangażowanymi prawnikami, aktywistami i działaczami organizacji pozarządowych. Zatem pokolenie osób, które traktuje festiwale jako miejsce do dyskusji o ważkich problemach społecznych, gospodarczo-politycznych albo ekologicznych, faktycznie może być ukształtowane na – muzycznie odmiennych – tego rodzaju wydarzeniach. Ale wówczas wspólnym mianownikiem tych wydarzeń jest ich szerszy, artystyczno-intelektualno-społeczny wymiar.

 

Festiwalowi, jak i samemu jego twórcy, Jurkowi Owsiakowi, co roku obrywa się od aktualnych władz. Festiwal jest uznawany za wydarzenie podwyższonego ryzyka, dotykają go kolejne obostrzenia. Mimo to kwitnie i z kolejnych zawirowań wychodzi obronną ręką.

 

Jak już wcześniej wspominałem, zarówno perfekcyjna organizacja festiwalu – zaplecze informacyjno-medyczne itd. – jak też klimat tworzony przez samych uczestników i uczestniczki festiwalu, powodują, że całe wydarzenie odbywa się w atmosferze pełnej tolerancji, otwartości i szacunku. Dodajmy do tego rodzinną, radosną energię, czyli brak postaw i aktów agresji; spontaniczną, wzajemną pomoc osób od otaczających nas, nieznajomych osób – to przekłada się na poczucie pełnego bezpieczeństwa i swoistego zaufania. Uczestnicy i uczestniczki tworzą wielotysięczną rodzinę, gotową nieść sobie wzajemną pomoc, więc nie znajdziemy tam zachowań wrogich czy agresywnych. Skandaliczny fakt, że aktualna władza atakuje osobę Jurka Owsiaka i jego główne inicjatywy – WOŚP oraz Pol’and’Rock Festiwal – to temat na osobną rozmowę. Najkrócej ujmując, autorytarna i konserwatywna władza, bazująca na ciągłym podtrzymywaniu strachu, złości i żałoby, z definicji musi szukać i wskazywać wrogów. A najbardziej „wdzięcznym” obiektem wrogości jest to, co wymyka się zakonserwowaniu – inność, wielość, różnorodność, odmienność, otwartość. Te idee budzą strach niezrozumienia i zarazem agresję – czyli reakcję na strach – którymi żywi się autorytaryzm.

Jak zaczęła się Twoja przygoda z festiwalem?

 

W 2018 roku byłem zaproszony przez organizatorów ASP jako edukator ekologiczny Stowarzyszenia Ekologiczno-Kulturalnego Klub Gaja, w ramach którego prowadziłem warsztaty dotyczące uważności na zwierzęta i troski o dobrostan zwierząt w przestrzeni miejskiej. Spędziłem wówczas w sumie pełne cztery dni w wiosce Akademii Sztuk Przepięknych. W bieżącym roku zostałem zaproszony do „Namiotu Praw i Wolności” przez gospodarza namiotu, czyli Izbę Adwokacką w Warszawie, jako sekretarz Polskiego Towarzystwa Etycznego. Wspólnie z Rzeczniczką ds. ochrony zwierząt, mec. Karoliną Kuszlewicz będziemy prowadzić warsztaty o tematyce prawno-etycznych aspektów ochrony zwierząt i naturalnego środowiska.

 

Skoro już jesteśmy przy tym temacie, to Festiwal na swoich stronach chwali się, że jest coraz bardziej „eko”. Nie on jeden z resztą, bo tendencja troski o środowisko, w tym segregacji odpadów, jest podnoszona bodaj na każdej z większych tego rodzaju imprez. Jak to jest z ekologią na wielkich festiwalach?

 

Jest bardzo różnie, gdyż główny ciężar „ekologiczności” spoczywa na decyzjach i zachowaniach samych uczestników oraz uczestniczek. Na festiwalu możemy posilić się daniami wegetariańskimi i wegańskimi, ale jest już większy problem z zachowaniem postawy „zero waste” i „fair trade”. Mam tutaj na myśli sporą ilość zużytych, plastikowych odpadów – głównie butelek po napojach – a także przekąski, które niekoniecznie pozbawione są np. oleju palmowego. Dla równowagi trzeba uczciwie przyznać, że wszelkie śmieci, w tym także plastikowe, są rzetelnie zbierane i usuwane przez uczestników, a więc zdecydowanie nie ma mowy o pozostawieniu po sobie zaśmieconych terenów zielonych. Podobnie jest z kwestią toalet – ilość i dostępność przenośnych kabin jest na tyle duża, że nie ma konieczności korzystania np. z lasu jako toalety.

 

Podczas tegorocznej edycji Festiwalu razem z przyjaciółmi i studentami będziecie mówić o ekologii, prawach zwierząt, etyce. Co chcecie przekazać?

 

Pomysł jest taki, że po krótkim zarysowaniu teoretycznego kontekstu, przechodzimy do omawiania konkretnych, codziennych, praktycznych przypadków, włączając słuchaczy do dyskusji np. poprzez zadawanie im pytań. Bazując na realnych, codziennych sytuacjach, słuchacze łatwiej zidentyfikują się z treściami – poczują, że omawiane problemy dotyczą ich bezpośrednio i na co dzień. Co do konkretnej, dyskutowanej treści, to zapraszam do naszego namiotu „Praw i Wolności” między 1 i 3 sierpnia.

 

Czasu jest sporo, ale nie każdy z nas będzie miał szansę Was tam posłuchać. Powiedz mi zatem, jak dziś uwrażliwiać ludzi na tematy, którymi się zajmujesz?

 

To bardzo złożone pytanie, na które można odpowiadać całymi godzinami – jest tak wiele metod podnoszenia wrażliwości, zależnie od rodzaju słuchaczy, a także od obszaru tematycznego. Biorąc pod uwagę, że zajmuję się problemem dobrostanu oraz praw zwierząt towarzyszących, użytkowych i dzikich, a osobno problemem ochrony środowiska naturalnego w wymiarze lokalnych ekosystemów – w tym środowisk miejskich – oraz w wymiarze globalnej katastrofy klimatycznej, trudno udzielić prostej odpowiedzi. Jako nauczyciel, najczęściej edukuję młodych ludzi w szkole średniej i wyższej, odnosząc wiedzę biologiczną i etyczną do realnych przykładów, wziętych z życia. Z kolei jako edukator i aktywista, realizuję konkretne akcje, jak sadzenie drzew lub happening Big Jump, dotyczący ochrony naturalnych ekosystemów wodnych. Natomiast występując w mediach, staram się opowiadać prostymi słowami o zjawiskach, które mogą umykać uwadze osób niezorientowanych, np. symboliczny wymiar uratowania krów z Ciecierzyc bądź archaizm praktyk myśliwskich w XXI wieku. Gdy mam być animatorem np. w centrum aktywności seniora, wówczas staram się dobrać takie problemy, z którymi łatwo można się utożsamić i poczuć własną sprawczość. Zatem taktyki uwrażliwiania są względne wobec różnych czynników.

 

 

Marcin Urbaniak – adiunkt w Instytucie Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Pedagogicznego im. KEN w Krakowie, gdzie zajmuje się głównie etyką środowiskową, neuroetyką oraz moralnością w świecie zwierząt. Organizator cyklicznych konferencji naukowych, poświęconych zagadnieniom dobrostanu i praw zwierząt oraz ochrony przyrody; autor specjalistycznych publikacji z zakresu etyki,ekologii, filozofii ewolucji. Prywatnie realizuje się jako aktywista społeczny, współpracując z organizacjami pozarządowymi, w których zajmuje się edukacją ekologiczną, a także koordynacją działań i projektów na rzecz ochrony zwierząt oraz przyrody.

Festiwal: https://polandrockfestival.pl/ 1-3 sierpnia 2019, Kostrzyn nad Odrą

Klara Nowakowska – [Co wyjdą na ulicę] :)

Wiersz wolny

Klara Nowakowska

 

[Co wyjdą na ulicę]

 

Co wyjdą na ulicę, trafiają na rondo;

 

wyrok zapada

w obrotowych drzwiach.

 

———————————

 

Klara Nowakowska (1978) jest poetką. Wydała pięć książek poetyckich, między innymi Zrosty (1999), jako Nagrodę Główną w konkursie im. Jacka Bierezina, oraz Niską rozdzielczość (2013), nominowaną do Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius w kategorii ksiązka roku. Mieszka we Wrocławiu.

 

———————————

 

Wiersz wolny to nowa przestrzeń Liberté!, uwzględniająca istotne, najbardziej progresywne i dynamiczne przemiany w polskiej poezji ostatnich lat. Wiersze będą reagować na bieżące wydarzenia, ale i stronić od nich, gdy czasy wymagają politycznego wyciszenia, a afekty nie są dobrym doradcą w interpretacji rzeczywistości.

 

Redaguje Rafał Gawin

Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies. Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W programie służącym do obsługi internetu można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia.

Akceptuję