Jaką Polskę zbudował nam Jarosław Kaczyński? :)

 

Jaką Polskę zbudowało nam ugrupowanie polityczne, które na swych sztandarach latami niosło ponad głowami hasło o uczciwości, jako o najwyższym standardzie w życiu publicznym? Jakim państwem jest Polska Prawa i Sprawiedliwości kierowana przez polityka, którego latami to środowisko polityczne kreowało na niemalże świętego, w najgorszym razie pustelnika, który całe swoje życie oddał Ojczyźnie?
Całą prawdę o nim pokazują „taśmy Kaczyńskiego”, czyli namacalny dowód na moralny, na razie, upadek tego największego kłamstwa ostatniego 30-lecia.

A wszystko przez zwykłą zachłanność. Zwykłe, typowe dla określonych ludzi, ściubienie kasy. Gdyby to jeszcze na biednego trafiło, ale w tym przypadku mamy przecież do czynienia z jednym z najbogatszych Polaków – oczywiście nieoficjalnie, oficjalnie wiadomo, że główny bohater spektaklu mieszka w starej willi na Żoliborzu, której nawet nie chce od lat odmalować choćby z zewnątrz, bo jej odmalowanie mogłoby się gawiedzi kojarzyć z jakimś niebotycznym bogactwem. Z tych samych powodów ów polityk na co dzień chodzi w starym garniturku i znoszonych bucikach. Tymczasem okazuje się, że buduje dwa dwustumetrowe wieżowce, nie jakieś tam pięćdziesiąt głupich metrów – dwieście, a jakże. Więc skoro komuś po głowie chodzą takie wizje warte ponad miliard złotych, to robienie przy tym problemów przy wypłaceniu głupich 4 baniek za wykonaną w końcu robotę, potwierdza tylko jedno – pan prezes zwykłą sknerą jest i basta. Zapłaciłby te głupie 4 miliony i Gery siedziałby do dzisiaj cicho, a kult świętego mógłby sobie nadal kwitnąć w najlepsze. Ale nie, trzeba było ściubić, cholera jasna!

Co wiemy na dzisiaj, po kolejnych ujawnionych rewelacjach Gazety Wyborczej? Ano wiemy, że:

Wybory wygrywa się tylko po to, aby zdobyć wuzetkę.

Jeśli ktoś sądził, że wybory wygrywa się po to, aby realizować program polityczny, to pan prezes właśnie pokazał, że są w polityce byty, które służą do celów zgoła innych, z polityką mających wspólnego tyle, co policzenie z policzkiem. Celem pana prezesa było wygranie wyborów w Warszawie wyłącznie po to, aby zdobyć upragnione warunki zabudowy pod Kaczyński Towers.

Umowy zawiera się po to, aby później za nie nie płacić.

Od teraz każdy nieuczciwy zleceniodawca będzie mógł skorzystać z casusu prezesa Kaczyńskiego. Na mocy danej mu przez suwerena, pan Kaczyński właśnie uwiarygodnił działalność biznesową polegającą na świadomym zawieraniu umów w celu ich niepłacenia. Nie ma to żadnego związku z sytuacją, kiedy zamawiający popada nagle w kłopoty finansowe z nie swojej winy i z przyczyn od niego niezależnych popada w zwłokę lub w całkowity brak zapłaty. W tej sprawie pan prezes wielokrotnie potwierdzał, że zapłacić chce, ale z braku dowodów wykonania zlecenia – nie może. To oczywista ściema, bo pan prezes wielokrotnie też potwierdzał, że prace zostały wykonane, o istnieniu dowodów nie wspominając.

Biznesy (i politykę też) robi się wyłącznie przy pomocy słupów i agentów służb.

Do tej pory wiedzieliśmy jedynie, że filozofia rządzenia pana prezesa polega na tym, aby nie brać za nic odpowiedzialności. Gdzieś tam między słowami mówiło się tylko, że politykę pan prezes robi także rękami byłych agentów SB – oczywiście tych dobrych, Konradów Wallenrodów, bo ci źli są wyłącznie w Platformie. Teraz wyszło na jaw, że filozofią biznesową pana prezesa jest także zarządzanie poprzez podstawione osoby: sekretarkę, kierowcę, przyjaciółkę domu. Okazało się także, że i przy pomocy pięciorzędnych agentów, których (nie wiedzieć czemu, skoro pięciorzędnych) należało natychmiast odwołać.

Potrzebne dokumenty do realizacji celu załatwia się dzięki łapówkom.

To jak na razie najnowsza wiedza o zdolnościach biznesowych pana prezesa. Do tej pory można było jedynie mówić o tym podczas niedzielnych obiadów u teściowej, od dzisiaj naród ma inną perspektywę. I tylko ktoś bardzo naiwny lub zakochany w prezesie, co na jedno wychodzi, może sądzić, że ujawnianie tej prawdy pod groźbą więzienia może być konfabulacją zeznającego. Osobiście zresztą jestem przekonany, że to Gery usłyszy w końcu zarzuty a nie pan prezes. Konia z rzędem temu, kto ma inne zdanie na ten temat.

Fundacja i partia, to dwa różne byty, jeno prezes jeden.

Suwerenowi można oczywiście wkładać do głów różne bzdury, także i tę, że Fundacja Instytut im. Lecha Kaczyńskiego (która formalnie zarządza Srebrną) oraz Prawo i Sprawiedliwość (które nieformalnie żyje ze Srebrnej), to całkowicie odrębne i niezależne byty, a unia personalna w tym przypadku jest całkowicie nieistotna. Wiadomo, suweren mało zna historię, a jeśli już to wyłącznie tę właściwą, a poza tym przecież ciemny lud wszystko kupi – zgodnie z maksymą obecnego prezesa TVP. Rzecz w tym, że owym ślepym suwerenem nie da się wygrać wyborów, co potwierdzają wszystkie działania pana prezesa oraz zaprzyjaźnionych z nim mediów od czasu wybuchu tej gargantuicznej afery.

Jednym słowem na oczach znokautowanego suwerena wali się właśnie wizerunek „uczciwego ojca narodu, który całe swoje życie poświęcił Polsce, Ojczyźnie naszej”. Dzisiejszą jedynkę Gazety Wyborczej warto zachować dla dzieci swoich i wnuków, koniecznie w kolorze czarno-białym, który jest bardziej adekwatny do tej sytuacji, bo nikt mnie nie jest w stanie przekonać, że czarne nie jest czarne. Czarne to czarne, panie prezesie, i nie będzie inaczej.

A co ma robić Opozycja i wolne, niezależne media w tej sprawie? Cisnąć. Tylko presja metodami prawnymi nawet w państwie bezprawia ma jedynie sens. Dokładnie jak w przeddzień Czerwca 1989 roku.

 

 

 

Zła wiadomość dla ministra Gowina :)

Zła wiadomość dla min. Gowina

Polskie uczelnie zamiast kreatywnych i krytycznych obywateli, mają produkować posłusznych wykonawców woli wielkiego biznesu i wszechobecnego w Polsce państwa. Tymczasem Papież Franciszek właśnie kanonizuje kard. Newmana, twórcę idei „duchowej niezawisłości uniwersytetu i uczonych” i być może uczyni go patronem uczonych i studentów.

Papież Franciszek zatwierdził kanonizację bł. Johna Henry’ego Newmana, kardynała katolickiego, uczonego i założyciela oratorium Św. Filipa Nerii w Anglii. Data kanonizacji nie została jeszcze ogłoszona, jednak potwierdzone zostały dwa cudowne wyleczenia, przez prawo kanoniczne uznawane za warunek kanonizacji. Znawcy dorobku i życia kardynała Newmana podejrzewają, iż może on być ogłoszony świętym patronem uczonych i studentów.

Konwertyta z anglikanizmu na katolicyzm był mocno zainteresowany edukacją młodzieży, zaś do historii przeszły jego publiczne wykłady z

1852 roku opublikowane później jako The Idea of a Uniwersity. Po II wojnie światowej jego obroną uniwersytetu jako idei interesowali się Jose Ortega y Gasset, Karl Jaspers, Mikael Oakeshott, Stefan Collini, czy ostatnio Martha Nussbaum.

W Polsce jeszcze w 1930 r. słynny wykład Kazimierza Twardowskiego „O dostojeństwie uniwersytetu” wydaje się nawiązywać do idei Newmana, kiedy mówi o duchowej niezawisłości uniwersytetu i uczonych, zaś podpisana w Bolonii w 1988 r. Magna Charta Universitatum potwierdza najważniejszą ideę także Newmana – autonomię prawdy, wolności badań i uniwersytetów.

THE CZECHOSLOVAK SOCIALIST REPUBLIC – CIRCA 1980s: Retro photo shows degree ceremony. A chancellor congratulates student on degree graduation. Vintage color photography.

Kiedy Newman przedstawiał ideę uniwersytetów musiał ich bronić przed atakami ze strony entuzjastów trwającej w jego czasie rewolucji przemysłowej, gdzie narzekano na niepraktyczność uniwersytetów, które już wtedy przestawały być praktyczne w rozumieniu państwa średniowiecznego – jeszcze prawnicy, teolodzy i medycy, tudzież astronomowie byli potrzebni państwu, ale kiedy z prawników zaczęli wyrastać socjologowie, praktycznym ludziom biznesu przestało się to podobać.

Wedle Newmana idea uniwersytetu zakłada wyzwolenie studenta z wszelkiego typu stronniczości, jednostronności poprzez liberalną edukację – celem miał stać się umysł wolny, umiarkowany, mądry, z postawą filozoficzną. U Newmana chodziło jeszcze o kształcenie dobrych obywateli, o grecką paideia – kształcenie całej osoby, w którym to procesie ważna jest postawa, punkt widzenia, perspektywa oglądu wiedzy, zwyczaj, ton. Inaczej mówiąc – była to kwestia stylu.

Myślę, że zgoda na kanonizację kardynała Newmana nie jest dobrą wiadomością dla Ministra Jarosława Gowina.

Skrajnie technokratyczna i ortodoksyjnie neoliberalna zmiana na uczelniach polskich i w polskiej nauce jest dokładnym zaprzeczeniem idei Newmana, jeśli idzie o „dostojeństwo” i „duchową niezawisłość” uniwersytetu. Ta zmiana powoduje, że uczelnia staje się przedsiębiorstwem, niesprawiedliwie traktuje się uczonych nauk społecznych i humanistycznych, którzy przecież nie przyczyniają się do produkcji patentów i praktycznych zastosowań nauki, łatwych do spieniężenia.

Bezmyślnej parametryzacji podporządkowane będą wszystkie działania naukowe badaczy, którzy będą publikować byle szybciej i byle co, ale we wskazanych przez ministerstwo, uznanych przez urzędników miejscach (czasopismach z list, czy w wydawnictwach na liście ministerialnej).

Zamiast wychowywać kreatywnych i krytycznych obywateli, uczelnie będą produkować posłusznych i bezdusznych wykonawców woli wielkiego biznesu i wszechobecnego w Polsce państwa. Upadek uczelni, to upadek człowieka. Dlatego, mimo że jestem luteraninem, cieszę się z decyzji papieża Franciszka, który z kardynała Newmana uczyni świętego od „dostojeństwa uniwersytetu”.

*Prof. Jarosław Płuciennik, kulturoznawca, literaturoznawca, historyk idei, kognitywista, profesor zwyczajny Uniwersytetu Łódzkiego

Ukazało się w Gazeta Wyborcza 14 lutego 2019

http://wyborcza.pl/7,95891,24460170,zla-wiadomosc-dla-ministra-gowina.html?fbclid=IwAR0Ouh-JsDmjrTux21zJpvq3LaUhbOQHYLALte9cpHzdIyVwnXIuVwCnP6w

Portret Johna h. Newmana autorstwa Sir Johna Everetta Mallaisa

Wiersz wolny: Szymon Żuchowski - siódme ubogosławieństwo :)

Szymon Żuchowski

siódme ubogosławieństwo: którzy wprowadzają pokój

nosie! kiedy próbuję naraz wypowiedzieć tak i nie
zatykasz mi się i nie wiem czy mam poważny
problem z decyzyjnością czy tylko z katarem

nogo! kiedy próbuję naraz iść naprzód i do tyłu
chwieję się na tobie a to najlepszy sposób
by się wywrócić i narobić sobie wstydu

głowo! kiedy próbuję naraz kiwać tobą i kręcić
wychodzi lemniskata bałwanek nieskończoności
obalona ósemka tępy ząb mądrości

ale ty! ty w całej okazałości! poskładaj mnie zabierz weź w całości
będę mógł jednocześnie zatykać się chwiać upadać
i nic mi nie będzie przeszkadzał ból karku czy zęba

i to będzie pokój: pokój: pokój z tobą
na który zamieniłem spokój ze sobą
tego dnia kiedy na twój widok pomyliłem o! z zerem

bo mnie zatkało i teraz mam okresowe zaniki wołacza
krzyku płaczu tyrady środków na koncie samozagłady
i moje wołanko jest takie bardziej na puszczy

i ciągle się szczerzę jak głupi do serca

———————————

Szymon Żuchowski (1983) jest poetą, tłumaczem i krytykiem klasycznomuzycznym. Stale współpracuje z działem Słysząc i redaguje rubrykę poetycką Wierszoptykon w „Kulturze Liberalnej”. Ponadto działa jako redaktor prowadzący anglojęzycznego czasopisma naukowego „Polish Libraries” (Biblioteka Narodowa) i współnaczelny magazynu operowego „Studiokrytyka”. Wydał dwa zbiory wierszy: Ars amandi, vita brevis (2014) i Podział odcinka (2016). Tłumaczył m. in. literaturę angielską, francuską, hiszpańską, niemiecką i włoską, w tym autorów takich jak Walt Whitman, Edmund White, D.A. Powell, Pablo Neruda, Xavier de Maistre, Nathalie Sarraute, Ian Bostridge, Peter Frankopan, Tom Hodgkinson, Atticus Lish i Zygmunt Bauman.

Wiersz pochodzi z przygotowywanego do druku zbioru Litanie czarnodziurskie, który ukaże się nakładem Wydawnictwa WBPiCAK.

———————————

Wiersz wolny to nowa przestrzeń Liberté!, uwzględniająca istotne, najbardziej progresywne i dynamiczne przemiany w polskiej poezji ostatnich lat. Wiersze będą reagować na bieżące wydarzenia, ale i stronić od nich, kiedy czasy wymagają politycznego wyciszenia, a afekty nie są dobrym doradcą w interpretacji rzeczywistości.

Wiersze są publikowane w cyklu mniej więcej dwutygodniowym.

Brak ustawy reprywatyzacyjnej :)

Wizyta administracji USA w stolicy naszego kraju znów przywołała zadawnione kwestie związane z tragedią wojenną, mimo że dotyczyła aktualnej sytuacji bliskowschodniej.

Dowiadujemy się, że podniesiono dojmujący brak ustawy reprywatyzacyjnej. Przypomnieć należy, że Bierut znacjonalizował majątek w Warszawie. Warszawa w wyniku dwóch powstań: tego w Getcie w 43 roku i tego Warszawskiego w 44 roku została niemal całkowicie zburzona. Pozostały jednak działki.

Szacuje się i chcę to z całą mocą podkreślić, że majątek żydowski w Polsce stanowi pewien zaledwie odsetek spośród całego majątku, który podlegałby zwrotowi. Nacjonalizacji poddano bowiem wszystkie majątki przedwojenne: polskie, rosyjskie, niemieckie…

Kiedy mówimy o restytucji, zawsze pojawia się słowo „Żyd” w postaci awersyjnego straszaka. W 2011 roku tygodnik Angora zamieścił paszkwilancki rysunek przedstawiający dwóch Żydów na tle Warszawy z podpisem: „Synu, to wszystko kiedyś będzie twoje” i pytaniem: „Co jeszcze mamy oddać Żydom?”

Ówczesny redaktor naczelny Angory Paweł Woldan widział w ilustracji jedynie rysunek satyryczny, ale przeprosił.

Gdy mówimy o tym problemie mamy na myśli majątek ocalałych z Szoa i ich potomków.

Natomiast co do majątku bezpotomnych ofiar Holokaustu, roszczenia wysuwały, choćby dekadę temu, niektóre środowiska żydowskie.

W 2009 roku rozmawiałem o tym z prof. Władysławem Bartoszewskim.

Dwa lata później prasa donosiła:
„Projekt ustawy reprywatyzacyjnej przewidywał rekompensaty dla polskich właścicieli ziemskich, których majątki znacjonalizowały władze komunistyczne, oraz dla rodzin i spadkobierców żydowskich ofiar Zagłady, których mienie zagrabili hitlerowcy, a potem przejęły władze PRL. Według Ministerstwa Skarbu, ustawy tej nie można uchwalić w obecnej sytuacji gospodarczej w kraju, gdyż spowodowałoby to przekroczenie dozwolonej przez Unię Europejską bariery długu publicznego w stosunku do PKB.”

Brak ustawy reprywatyzacyjnej wzbudza ogromne emocje, gdyż dotyczy astronomicznych kwot, nawet gdyby rekompensaty dotyczyły jedynie odsetka wartości nieruchomości w formie zadośćuczynienia. Rodzi to po polskiej stronie także nastroje antysemickie, ponieważ dyskusja jest zmanipulowana.

Z tą zadawnioną historią wiąże się też aktualna publicystyka, choć wcale nie – na szczęście – w kontekście żydowskim… Czytamy bowiem, że „Srebrna ma problem. Do działki, na której spółka związana z PiS chce budować wieżowiec, są roszczenia”. I dalej: Robert Nowaczyk obciąża PiS ws. reprywatyzacji. Jego zeznania potwierdzają informacje „Wyborczej” sprzed roku.

17 września 2016 r. – weszła w życie „mała ustawa reprywatyzacyjna”, która pozwoliła już miastu m.in. na skuteczną ochronę 58 nieruchomości wykorzystywanych na cele publiczne oraz umorzenie postępowań wobec 48 „śpiochów”.

Jeden z ekspertów tak dzisiaj analizuje obecną sytuację na łamach Rzeczpospolitej:
„Czekamy teraz na raport Departamentu Stanu dotyczący rozliczenia się Polski oraz innych krajów w naszym regionie z wypłaty odszkodowania ze mienie żydowskie. Raport dla kongresu ma być gotowy w marcu. Jeśli jego konkluzje będą niekorzystne to może się zdarzyć, że powstanie specjalna komisja w Kongresie USA, która będzie „grillować” Polskę.”

W Wikipedii można przeczytać, że:
„Polska pozostaje jedynym krajem byłego bloku sowieckiego, w którym nie przeprowadzono reprywatyzacji. Wobec nieefektywnej gospodarki mieszkaniami komunalnymi skutkuje to licznymi konfliktami społecznymi i sięganiem po pozaprawne metody odzyskiwania nieruchomości. Nieuregulowany stan własnościowy wielu nieruchomości skutkuje także blokowaniem inwestycji i planowania przestrzennego.”

W 2014 roku ukazała się publikacja Centrum Badań nad Zagładą Żydów – „Klucze i kasa. O mieniu żydowskim w Polsce pod okupacją niemiecką i we wczesnych latach powojennych 1939-1950” pod redakcją prof. Jana Grabowskiego.

Projekt ustawy reprywatyzacyjnej jest gorącym kartoflem. Żaden rząd po upadku PRL nie zdecydował się uregulować prawnie problemu restytucji. Nie należy się spodziewać, aby w dającej się przewidzieć przyszłości doszło do rozstrzygnięć w tej mierze z powodu braku zrozumienia społecznego dla takich kroków. Lepiej dla dobrostanu polityków i wyborców, by sprawa pozostawała w sferze społecznego tabu.

PiS reprywatyzację sprowadził do afery korupcyjnej. Dzika reprywatyzacja jest pokłosiem braku stosownej ustawy. Szukano układu i korupcji. Komisja Weryfikacyjna to działania na mikroskalę…

 

O projektach PiS dotyczących ustawy reprywatyzacyjnej pisała Polityka jako o ruchu pozorowanym i biczu na politycznych przeciwnków:
„Prawdopodobnie powstanie nowa „mafia reprywatyzacyjna”: zarabiająca już nie na kupnie roszczeń, ale na procencie od załatwianych rekompensat. – Ta ustawa to typowy przykład loi spectacle, czyli prawa-teatru. Akcja na scenie maskuje to, co napisał autor – ocenia prof. Ewa Łętowska.”

#Liberte_poleca: Rozrachunek z Niesiołowskim :)

Nowy Obywatel: Celem artykułu nie jest sądzenie o winie Stefana Niesiołowskiego. Jego celem jest wyłącznie ukazanie podwójnych standardów moralnych polskiej konserwy. Niesiołowski jako poseł ZChN, a także już jako przedstawiciel Platformy, zasłynął ze skrajnie konserwatywnych, homofobicznych i antyfeministycznych wypowiedzi. Jak to możliwe, że człowiek o tak prawicowych poglądach stał się ulubieńcem liberalnych salonów?

Okiem ulicznika :)

Napiszę lirycznie, nie epicko, jak to staram się zazwyczaj. Pamiętam, z jaką ogromną ulgą przyjęliśmy upadek rządów Kaczyńskiego w 2007 roku. Przypomnijcie sobie ten moment. To sam autokrata w swej pysze popełnił wówczas fatalny błąd polityczny rozwiązując parlament i ogłaszając przedterminowe wybory. Przegrał z kretesem…

Tamte lata, czyli pierwszy PiS, były masakrą. Nikt po klęsce Kaczyńskiego nie spodziewał się, że to zaledwie preludium przyszłych – obecnych wydarzeń. Trwaliśmy w przekonaniu, że to skuteczna szczepionka, i że awersja społeczna nie pozwoli mu już nigdy przejąć władzy. Okazało się inaczej.

Dziś już mamy pewność, że bandyterka Kaczyńskiego rujnuje nasz kraj i demoralizuje społeczeństwo. Że to oligarchia, przestępcza szajka z dodatkiem faszyzmu i komuny w jednym upiornym tyglu.

Mamy rok wyborczy, a właściwie całą serię, bo i przyszły jest wyborczy: na wiosnę wybierzemy przedstawicieli do Europarlamentu, na jesieni do polskiego Sejmu i Senatu, a w 2020 – prezydenta…

Być może ta chuligańska dewastacja musi potrwać kolejną kadencję, nie na wszystko mamy wszak wpływ. Być może jedna kadencja nie wystarczyła, by otworzyć ludziom oczy. Piszę to, choć nie wierzę. Wierzę, że ten rok zakończy definitywnie rządy Kaczyńskiego rodem z kruchty, z gumna, z magla, z żylety, z meliny i spod celi.

Niemniej, należy się liczyć także z czarnym scenariuszem. Wyborcy bowiem podlegają dwóm zjawiskom psychologicznym: dysonansowi poznawczemu i obronności percepcyjnej. To potężne mechanizmy, zaburzające postrzeganie rzeczywistości. Zazwyczaj ludzie oszukani reagują w ten właśnie sposób.

Dodatkowo występuje efekt „wtórnej racjonalizacji własnych wyborów”, co zdaniem jednego z analityków jest konsekwencją naszych ataków, demaskowania przez nas kłamstw i przekrętów złej władzy spod znaku „dobrej zmiany”. Wyborcy PiS konsolidują się tym mocniej, im bardziej niezależne media ujawniają podłości rządzących.

My musimy wytrwać, niezależnie od tego, co się wydarzy. Chcę, pisząc to, Państwu uświadomić, że nasza działalność opozycyjna – owszem – poza prostą skutecznością ma też na celu uratowanie naszych twarzy. Byśmy nie mieli sobie nic do zarzucenia, że zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy, by zwalczyć nikczemny układ Kaczyńskiego.

Protestujemy na ulicach, by sobie nawzajem pokazać, że nie jesteśmy sami, by pokazać wyborcom PiS, że ich poglądy nie są jedynie obowiązujące, by pokazać władzy, że spotka się ze sprzeciwem, a nie tylko z biernością i poklaskiem, i wreszcie, by pokazać cywilizowanemu światu, że Polacy nie są stadem baranów prowadzonych na rzeź.

Nie wolno nam, wbrew temu, co się wydarzy, ulec apatii i zniechęceniu. Być może nasz los jest losem tragicznym, losem banitów, losem „gorszego sortu”. Niewykluczone. Na dwoje babka wróżyła: albo w tym roku zwyciężymy, albo przegramy, ale pamiętajmy, że to byłaby zaledwie przegrana bitwa.

Mnie dodają sił ludzie. I Wam też. Nawzajem się wspieramy. Mam trzy takie moje muzy: Krystynę Jandę, Agnieszkę Holland i Kayah. Trzy wspaniałe kobiety, artystki i obywatelki, które odważnie mówią, co myślą, i których działalność publiczna jest nie do przecenienia. Zarówno twórczość, jak i poglądy wyrażane przy różnych okazjach.

Słupek poparcia, mimo morderstwa politycznego prezydenta Adamowicza i mimo ujawnionej dwa tygodnie temu afery stulecia pod hasłem „spółka Srebrna”, ledwo drgnął. Być może musimy poczekać, być może sondaże obarczone są błędem, być może respondenci nie są prawdomówni wobec sondażowni. Być może też imponuje im złodziejski spryt…

Nie wolno nam mimo wszystko upadać na duchu. Powstała Wiosna Roberta Biedronia. Jedni są nią zachłyśnięci, drudzy krytyczni. Mówi się o metodzie Victora D’Hondta, która premiuje wielką koalicję opozycyjną. Nic jeszcze nie jest przesądzone.

Tusk zapowiada powrót na rodzimą scenę polityczną.

Mówi się o populizmie Biedronia. Prawda jest taka, że nikt nie wygra dziś z PiS-em, jeśli swojego programu wyborczego nie nasyci – tak jak Biedroń – postulatami socjalnymi. Nie mówię o obietnicach bez pokrycia, lecz o opiekuńczych funkcjach państwa. Bez tego kandydat nie zostanie wzięty pod uwagę. Społeczeństwo rości sobie prawo do godnego życia, niezależnie od tego, jak to oceniamy z punktu widzenia dyscypliny budżetu państwa.

Biedroń to zrozumiał, a pozostałe partie opozycyjne?

Kluczowy brak przecinka :)

Brak przecinka przed słowem „jako” wydaje się rozstrzygać o tym, że art. 18 Konstytucji RP nie stanowi zakazu małzeństw homoseksualnych.

Wraz z wyrokiem Sądu Administracyjnego w Warszawie w sprawie o uznanie przez polski urząd stanu cywilnego małżeństwa homoseksualnego zawartego w innym kraju UE wróciła dyskusja o znaczeniu art. 18 Konstytucji RP dla perspektywy legalizacji małżeństw dla wszystkich w polskiej rzeczywistości prawnej. Od kilku lat narracją obowiązującą na antyliberalnej prawicy jest uznanie zapisu tego artykułu za wykluczający zgodność z konstytucją ewentualnych małżeństw homoseksualnych. Wspomnianym wyrokiem sąd obalił tę hipotezę. Od strony prawnej kwestia ta była dyskutowana wiele razy, wszystkie możliwe argumenty obu stron chyba zostały już podniesione. Oczywiście myślenie ideologiczne przeważa w debacie publicznej nad myśleniem czysto prawniczym – w efekcie nikt nikogo nie przekonał, wszyscy pozostali przy interpretacjach zgodnych z ich światopoglądami. To było do przewidzenia i nowy wyrok Sądu Administracyjnego zapewne nic tutaj także nie zmieni.

Nie będąc prawnikiem, postanowiłem jednak spojrzeć na art. 18 konstytucji od czysto językowej strony i zauważyłem pewien aspekt związany z treścią zapisu, który – o ile wiem – nie był dotąd podniesiony, a ma jednak znaczenie, jeśli chcemy postanowienia konstytucji czytać w sposób precyzyjny od strony językowej.

Art. 18 brzmi dosłownie tak:
„Małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej.”

Pierwsze dwa słowa program Word od razu zaznacza na zielono, sugerując błąd interpunkcyjny. Word ma ten niepojęty i irytujący zwyczaj uznawać brak przecinka przed słowem „jako” zawsze za błąd interpunkcyjny, co jest oczywiście nonsensem. Ale w tym przypadku jestem Wordowi wdzięczny, bo właśnie dzięki niemu zwróciłem na brak tego przecina w artykule konstytucji baczniejszą uwagę.

Przecinek przed „jako” – wbrew stanowisku Worda – występować nie musi. Ale może. Obie wersje zapisu interpunkcyjnego są możliwe także dlatego, że w obu przypadkach słowo „jako” zyskuje może nie radykalnie inny zakres znaczeniowy, ale jednak (jak czytamy np. tutaj: https://www.ekorekta24.pl/jako-a-przecinek-czy-przed-jako-stawiamy-przecinek/) generuje się „subtelne rozróżnienie znaczeniowe ((…) określone zaledwie odcieniem)”. Otóż w sytuacji, gdy przed „jako” nie ma przecinka, słowo to oznacza występowanie kogoś lub czegoś „w charakterze, w roli” tego, co podano po słowie „jako”. Gdy zaś przecinek przed „jako” zastosujemy, wówczas „chcemy podkreślić, iż wyrażenie wprowadzone po słowie „jako” ma charakter przyczynowo-uzasadniający”.

Co to oznacza w przypadku zdania stanowiącego art. 18 Konstytucji RP? Otóż w sytuacji, gdy nie ma tam przecinka, a więc w sytuacji z która mamy do czynienia, „małżeństwo”, które wraz z „rodziną”, „macierzyństwem” i „rodzicielstwem” „znajduje się pod ochroną i opieką Rzeczpospolitej Polskiej” jest małżeństwem występującym akurat w tym przypadku „w charakterze” „związku kobiety i mężczyzny”. Oznacza to, że gdyby małżeństwo występowało w innym charakterze lub innej roli, to artykuł ten nie stanowiłby dlań gwarancji konstytucyjnie umocowanej „ochrony i opieki Rzeczpospolitej Polskiej”. W żadnym razie nie można jednak z tego zdania wywodzić wniosku, że zdanie owo wyklucza występowanie „małżeństwa” w innym „charakterze” lub w innej „roli”. Przeciwnie, takie doprecyzowanie warunku wystąpienia uprawnienia pokazuje, że autor słów dopuszcza występowanie małżeństwa w innym „charakterze”, tylko nie chce udzielić mu wtedy równych uprawnień. A zatem art. 18 nie może być interpretowany jako zakaz nazywania przez ustawodawcę „małżeństwem” innych zjawisk społecznych.

Co innego, gdyby w art. 18 przed słowem „jako” był przecinek. Wówczas część „jako związek kobiety i mężczyzny” byłaby wtrąceniem do zdania, które stanowiłoby w odniesieniu do słowa „małżeństwo” treść o „charakterze przyczynowo-skutkowym”. Czyli wówczas artykuł w istocie określałby, czym w świetle konstytucji jest „małżeństwo”, a co za tym idzie określałby, że inne zjawiska małżeństwem nie są i być nie mogą. Nazwanie zjawiska „małżeństwem” byłoby bowiem skutkiem przyczyny, jaką stanowiłoby zaistnienie „związku kobiety i mężczyzny”. Narracja prawicy byłaby w efekcie słuszna i trafna.

Rzecz w tym, że tego przecinka tam nie ma. Słowa po „jako” nie mają więc „przyczynowo-skutkowego” związku z kategorią „małżeństwo”, określają tylko i wyłącznie warunek, w zależności od wystąpienia którego małżeństwo cieszy się ochroną i opieką RP na równi z rodziną, macierzyństwem i rodzicielstwem. To z jednej strony logiczne, bo całość zapisu sugeruje, że jest on głównie zorientowany na ochronę i opiekę prokreacyjnych funkcji społecznych i dlatego „małżeństwo” dołączono w jednym zapisie z „macierzyństwem”, „rodzicielstwem” oraz „rodziną”. Skoro taki jest cel zapisu, to te z małżeństw, które są związkami kobiet i mężczyzn, zasługują w istocie na szczególną ochronę, gdyż tylko one są w stanie w sensie biologicznym pełnić samodzielną funkcję prokreacyjną. Z drugiej strony słuszne są sugestie, że zapis taki – skoro nie zakazuje innych małżeństw niż heteroseksualne – to dyskryminuje te inne małżeństwa w zakresie tytułu do opieki i ochrony RP. Ale to niejedyny przejaw dyskryminacji, którą generuje art. 18. Warto zauważyć, że nie obejmuje on także ochroną i opieką RP ojcostwa (!!!), a obejmuje macierzyństwo, co stanowi niewątpliwie dyskryminację z powodu płci.

Rolą ustawodawcy jest więc zapewnić załagodzenie dyskryminującego wymiaru art. 18. Ojcostwo na mocy ustaw powinno być objętą ochroną i opieką RP, podobnie jak wreszcie zalegalizowane małżeństwa homoseksualne.

Kinematografia a klimat :)

Był sobie kiedyś film Pojutrze, który za tematykę wziął zmianę klimatu i pojechał z nią ostro. Amerykański naukowiec odkrywa niepokojące dowody na rychłą katastrofę spowodowaną przez globalne ocieplenie, ale jego ostrzeżenia zostają ignorowane przez władze. Prąd oceaniczny transportujący ciepło przez Atlantyk zamiera, temperatura drastycznie spada, globalne ocieplenie wywołuje gwałtowne zlodowacenie półkuli północnej, Amerykanie uciekają do Meksyku, a spętani więzami rodzinnymi bohaterowie szukają się po pustkowiach zamrożonych Stanów Zjednoczonych.

Filmowi oberwało się za naukowe przekłamania – nic nie wskazuje na to, że grożą nam stratosferyczne wiry ściągające na poziom ziemi kosmiczny mróz – ale o dziwo, choć wszedł na ekrany w 2004 roku, do dziś pozostaje unikatowy przez sam fakt, że problem globalnego ocieplenia podejmuje bezpośrednio. Wydawałoby się, że w miarę, jak zmiana klimatu postępuje, filmowcy będą się nią częściej inspirować. Ale stało się inaczej. Czy to dlatego, że tytułowe „pojutrze”, z którego dewastacji można w kinie mieć pewną frajdę, coraz wyraźniej okazuje się „jutrem”, a dla niektórych nieszczęśników już nawet „dzisiaj”?

Z wypuszczonych w ostatnich latach filmów kinowych obliczonych (czasem mylnie) na kasowy sukces, nie tylko Interstellar, Blade Runner 2049, czy Geostorm, ale także The Predator, Venom i Aquaman zahaczają o zmianę klimatu i szerzej kryzys środowiska naturalnego; niestety, przeważnie tylko po to, by wykorzystać temat jako pretekstowe rusztowanie pod mniej lub bardziej efektowne widowisko emocjonalne i wizualne. Spośród nich na plus wyróżnia się Avengers: Wojna bez końca z zeszłego roku. Dramat wyczerpujących się zasobów i przeludnienia napędza akcję i wybrzmiewa w dialogach wystarczająco wyraźnie, by dać do myślenia. Czy zapowiedziana na kwiecień kontynuacja pociągnie temat dalej, trudno powiedzieć, ale biorąc pod uwagę precedensy, równie trudno być optymistą.

Teraz za planetarny katastrofizm wzięli się Chińczycy. „Wędrująca Ziemia” według opowiadania tuza chińskiej fantastyki naukowej Liu Cixina (w Polsce do przeczytania w antologii Kroki w nieznane z 2014 r.) to największy tameczny katastroficzny film SF w dziejach, wabiący do kin tłumy i zgarniający prawie wszystkie możliwe gwiazdki. Wypuszczony piątego lutego, akurat na Chiński Nowy Rok wg kalendarza księżycowego, kiedy to setki milionów ludzi wracają z odległych miejsc pracy na święta, gra na toposie domu/rodziny/ojczyzny do oporu. W jednej z początkowych scen mowa (tak, mowa: głos z offu wszystko nam ładnie tłumaczy, niczym w filmie dokumentalnym) jest o suszach, powodziach i innych katastrofach, co pozwala przez mgnienie roić sobie, że film powie nam prosto w oczy prawdę o nas samych. Chwilę jednak później okazuje się, że to wszystko przez degradujące się i mające wnet eksplodować słońce, a niewinna ludzkość, co to na głowie kwietny ma wianek, pięknie się jedna, powołuje Zjednoczony Rząd Ziemski, i magią technologii rozpoczyna przemieszczanie planety ku nowemu układowi gwiezdnemu. Po drodze w grawitacyjne sidła chwyta Ziemię Jowisz, i rozpoczyna się przewidywalnie dramatyczna walka o przetrwanie, podczas której siorbiący przez plastikową słomkę z plastikowego kubka plastikowy napój widzowie mogą podziwiać skuty kosmicznym lodem Pekin i Szanghaj oraz śledzić perypetie spętanych więzami rodzinnymi bohaterów, aż do samego (to żaden spoiler) happy endu.

Kto zawsze krzywił się na hollywoodzkie produkcje, w których Amerykanie ratują świat, może dla odmiany pokrzywić się na ratujących świat Chińczyków. Po Amerykanach nigdzie nie ma ani śladu: z obcych nacji pojawiają się tylko trochę Rosjanie, w śladowych ilościach kilka narodów azjatyckich oraz europejskich (Zjednoczony Rząd Ziemski mówi po francusku) oraz Izrael. To dość przyjemna odmiana, bez dwóch zmian. Ostentacyjnie jednak ignorując Amerykę, film jest u amerykańskiej widowiskowej kinematografii zadłużony po same uszy. Dwa mocarstwa na przeciwległych brzegach Pacyfiku mają ze sobą zaskakująco wiele wspólnego, nie tylko w kwestiach produkowania (bo przecież nie tworzenia) kasowych przebojów kinowych. Wystarczyłoby podmienić obsadę i kilka nazw geograficznych, by cała historyjka nadawała się do odbicia od sztancy w kalifornijskiej Fabryce Snów.

Film pełen jest męczących stereotypów: Rosjanin na stacji kosmicznej pędzi samogon, Japończyk przed zrodzonym z desperacji samobójstwem rzewnie wspomina zupę miso, Chińczyk łaknie tylko powrotu na łono rodziny, itd. Efekty specjalne trzymają przyzwoity poziom, i niewiele więcej da się o nich powiedzieć. Humor jest typowo po chińsku slapstickowy. Struktura fabuły również jest typowa dla produkcji rodem z ChRL: jedna z pierwszych scen wraca przeklejona żywcem pod koniec, by dodać głębi. Sentymentalizm, patos, lukier. Ale najgorsze, to ta bezużyteczność robienia filmu o gasnącym słońcu i zamarzającej Ziemi, gdy mamy zupełnie inny – i realny – planetarny kryzys do rozwiązania: globalne ocieplenie.

Twórcy Pojutrza zdecydowali się pokazać spektakularny mróz, śnieg i lód jako konsekwencje zmiany klimatu. Piętnaście lat temu była w tym pewna świeżość i kreatywność. Dziś, gdy o kryzysie klimatycznym wiemy tak wiele więcej, ba, wręcz zaczynamy go doświadczać, te wizje zamrożonej Ziemi robią bardzo złą robotę. W porównaniu z widokiem obrosłych lodem martwych miast, gdzie ściągnięcie hełmu termicznego skafandra skutkuje błyskawicznym zamrożeniem twarzy, tych kilka stopni globalnego ocieplenia nie wygląda aż tak źle. A tymczasem to przecież właśnie owych kilka stopni ocieplenia to nasze rzeczywiste być albo nie być. Producenci „Wędrującej Ziemi” epatują wizją zjednoczonej ludzkości biorącej się za bary z wyimaginowanym olbrzymim wyzwaniem, poświęcając uwagę, czas, wysiłek i pieniądze wyssanemu z palca zagrożeniu gasnącego słońca, a jednocześnie sami uciekają od wzięcia się za bary z tematem autentycznego olbrzymiego wyzwania i zagrożenia: załamującego się na naszych oczach klimatu.

Kilka lat temu indyjski pisarz Amitav Ghosh pisał o niezdolności powieściopisarzy do podjęcia największego tematu w dziejach ludzkości: klimatycznej katastrofy. Literatura nadrabia jednak te zaległości, co widać w rosnącej popularności gatunku cli-fi (climate fiction). Kino, docierające do liczby widzów przekraczającej jakiekolwiek liczby czytelników, niestety nadal pozostaje w tyle.

W sytuacji, gdy media o katastrofach klimatycznych donoszą niechętnie i byle jak, system edukacji funkcjonuje w oparciu o przestarzałe programy nauczania, władze państwowe wolą mieć bieżące sprawy na głowie, a cywilizacja konsumpcyjna robi, co może, by reklamami, promocjami i ofertami zapchać nam umysły, chyba tylko w popularnych filmach i serialach jest szansa, by najważniejszy temat dotarł do jak największej liczby ludzi i pobudził nas do myślenia. W końcu do kin na superprodukcje najczęściej chodzi młodzież, która to w „jutrze” i „pojutrze” spędzi większość życia.

Jak na razie jednak masowa amerykańska i chińska kinematografia oferuje nam przybrany popcornem i napojami gazowanymi eskapizm. Dwa mocarstwa o największym wpływie na klimat, a co za tym idzie, na przyszłość ludzkości i całej biosfery, nie potrafią się nawet pojednać w zaoferowaniu narracji – opowiedzeniu historii – antropocenu.

A tymczasem stężenie dwutlenku węgla w powietrzu cierpliwie sobie rośnie.

Foto: Flickr, NASA Goddard Space Flight Center, CC BY 2.0.

Urugwaj – wolnościowy raj? :)

Czy Urugwaj kojarzy Wam się z czymś więcej niż piłka nożna? Czy potraficie wymienić choć jedną postać historyczną pochodzącą z tego kraju? A może chociaż podacie  nazwisko prezydenta lub nazwę rządzącej tam partii politycznej? Jeśli na wszystkie tak postawione pytania odpowiedzieliście negatywnie, to koniecznie musicie sięgnąć po książkę Marii Hawranek i Szymona Opryszka pt. „Wyhoduj sobie wolność. Reportaże z Urugwaju” wydaną przez Wydawnictwo Czarne w serii Reportaż (Wołowiec 2018).

Autorzy zabierają nas w podróż po tym niewielkim – jak na realia Ameryki Południowej – i liczącym zaledwie 3,5 mln mieszkańców kraju, jednak starają się, aby była to podróż drogami wolności… Tak, może brzmi to patetycznie albo nawet sentymentalnie, jednak Urugwaj w opowieściach Hawranek i Opryszka jawi się rzeczywiście jako wolnościowy raj czy też wymarzone dla miłośników wolności miejsce na ziemi. Urugwaj to bowiem kraj, w którym nie tylko zalegalizowano związki partnerskie, a później małżeństwa równościowe, ale również wprowadzono szereg przepisów prawnych zabezpieczających mniejszości seksualne przez dyskryminacją i zachowaniami agresywnymi. W Urugwaju zalegalizowano również marihuanę, przyzwalając na prowadzenie przez obywateli prywatnych, niewielkich hodowli, z których rośliny byłyby przeznaczone na własny użytek. Dopuszczono również stosowanie kanabisu w służbie zdrowia. Zapewne wielu miłośników wolności pomyśli zaraz, że Urugwaj to taka latynoamerykańska Holandia, jednak pamiętać trzeba, że depenalizacja posiadania i hodowli marihuany dotyczy wyłącznie obywateli Urugwaju.

Urugwaj to kraj, w którym realizację zasady wolności łączy się z wcielaniem w życie idei równości. Większość reform przeprowadzanych w tym duchu to efekt długoletnich rządów Partii Czerwonych (liberalnej), a w ostatnich latach wprowadzanych przez lewicowy blok polityczny zwany Szerokim Frontem. Legalizacja prostytucji poszła więc w parze z zabezpieczeniem socjalnym i zagwarantowaniem ubezpieczenia zdrowotnego dla wszystkich zatrudnionych w tzw. usługach seksualnych. Liberalno-lewicowe myślenie o państwie poskutkowało ukształtowaniem się niewyobrażalnej jak na latynoamerykańskie warunki laickości struktur państwowych. Hawranek i Opryszek pokazują jednak, że laicki Urugwaj to kraj tolerancji i poszanowania ludzkiej odmienności, kraj szacunku dla osoby ludzkiej, jej wyborów i decyzji. Pokazują wręcz – co zresztą zgodne jest z wyobrażeniami Urugwajczyków – że „w Urugwaju panuje nawet laicki fundamentalizm” (s. 80), zaś obywatele tego państwa zdają się kierować filozofią przyjmującą, że „zamiast dogmatów wiary mamy dogmaty laickie” (s. 80). Dla przywiązanego do wartości liberalnych Europejczyka przyzwyczajonego oglądać w telewizji południowoamerykańskie tłumy zgromadzone podczas kolejnych pielgrzymek kolejnych papieży laicyzm Urugwajczyków będzie tyleż zaskoczeniem, co pokusą.

Opowieść Hawranek i Opryszka pokazuje nam codzienność Urugwajczyków, sączących przez bombille kolejne hektolitry yerby mate ze swoich ceramicznych tykw i posługujących się w codziennym języku setkami związków frazeologicznych odwołujących się do futbolowych skojarzeń, a jednocześnie wprowadza nas w klimat dwudziestowiecznej historii tego jakże interesującego kraju: w dzieje jego przemian ustrojowych, zamachów i puczów, a także samoorganizujących się rewolucjonistów z ruchu Tupamaros. Dowiadujemy się również, że Urugwaj to pierwsze państwo świata, które rozpoczęło zinstytucjonalizowaną wojnę z nałogiem tytoniowym – nie tylko poprzez wprowadzanie szeregu legislacyjnych ograniczeń w dostępie do papierosów, ale również przez wygranie postępowania przed międzynarodowym trybunałem arbitrażowym, które władzom państwowym wytoczyły wielkie koncerny tytoniowe. Urugwaj – mały kraj, ale bohaterski. Urugwaj – mały kraj, ale waleczny.

Autorzy „Reportaży z Urugwaju” wnoszą do swojej książki również fragment siebie: widać, że Południowa Ameryka to ich pasja i miłość; widać, że czują atmosferę tej części świata; poznać również, że rozumieją ten świat i potrafią mówić do Czytelnika językiem Urugwajczyków. „Wyhoduj sobie wolność” zaraża tą pasją i sprawia, że pierwsze, co robi Czytelnik po zamknięciu książki, to zabranie się do wyszukiwania ofert biur turystycznych, które tę niesamowitą (choć może chwilową) pasję pozwolą wcielić w życie. Co najważniejsze, Autorom udaje się zarazić Czytelnika tą tytułową pasją „wyhodowanej wolności”, która stała się swoistym aksjomatem – a może wartością naczelną? – całej opowieści. Pasję tę oddają przytaczane przez Autorów słowa byłego prezydenta Urugwaju – Jose Mujica miał bowiem powiedzieć: „Dla mnie wolność oznacza wolny wybór drogi, która może doprowadzić nas do większego poczucia szczęścia. A być szczęśliwym to mieć równowagę” (s. 242). Dokładnie tak odmalowuje się ten swoisty wolnościowy raj, jakim jest Urugwaj: krajem równowagi. Warto wyruszyć w tę podróż – nawet jeśli odmalowany w tym reportażu obraz jest może i wyidealizowany, a jego bohaterom nadano wygodne i kolorowe maski.

Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies. Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W programie służącym do obsługi internetu można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia.

Akceptuję