Wszystko, co kocham: Leszek Jażdżewski (ankieta Liberté!) :)

Za bardzo jestem Polakiem i romantykiem, żeby godzić się z czyimkolwiek dyktatem: czy to bolszewików przebranych za żołnierzy wyklętych, czy ciotek rewolucji w modnych kawiarniach. 

Co dziś oznacza bycie liberałem?

Myśleć na własny rachunek. To wychodzi sporo drożej niż intelektualne all-inclusive. W pakiecie są promocje, pozornie duży wybór, ale i tak kończysz w tych samych kiepskich dekoracjach w równie kiepskim co zwykle towarzystwie.  Liberałom obce są zachowania stadne. W erze social mediaciągłe oburzanie się jest w modzie. Liberał nie wyje i nie wygraża, nie pcha się – to kwestia tyleż smaku co zasad. Tłum z zasady racji mieć nie może, bo, jak pisał nieoceniony Terry Pratchett, „Iloraz inteligencji tłumu jest równy IQ najgłupszego jego przedstawiciela podzielonemu przez liczbę uczestników”. 

Co liberał może wnieść do wspólnoty?

Zdrowy sceptycyzm i delikatny dystans. Chłodną głowę, bez której wspólnota zdana jest na emocjonalne rozedrganie. Szacunek – jeśli szanujesz sam siebie, nie możesz nie szanować innych. Odwrócenie tej reguły najprościej tłumaczy zwolenników ideologii, którzy wolne jednostki ustawialiby w równe szeregi. Wspólnota dla liberała jest czymś ambiwalentnym. Wolałby móc ją sobie wybrać, a to wspólnota wybrała, czy raczej ukształtowała jego. Miał dużo szczęścia, jeśli mógł w toku inkulturacji odkryć i przyswoić ideę wolności. To, że zakiełkowała ona i wzrosła w społeczeństwach niewolnych jest, dla racjonalnego liberała, nieustającym, jeśli nie jedynym, źródłem optymizmu. Liberał zrobi wszystko, żeby powstrzymać rękę sąsiada podkładającą ogień pod stodołę. Ręka nie zadrży mu, gdy przyjdzie mu bronić przed przemocą lub hańbą własnej wspólnoty. Wspólnoty ludzi wolnych. 

Która z wolności osobistych jest dla Ciebie najważniejsza? Której jesteś skłonna/skłonny najbardziej bronić?

Autonomii myślenia i działania. Nie mam najmniejszej potrzeby rządzić innymi, ale staję na barykadzie, kiedy czuję, że ktoś próbuje rządzić mną. Ktoś, komu tego prawa nie przyznałem sam, kto narusza powszechnie przyjęte zasady ograniczonej władzy, rości sobie prawo do narzucania mnie i pozostałym swoich obmierzłych zasad, czy raczej ich braku. Za bardzo jestem Polakiem i romantykiem, żeby godzić się z czyimkolwiek dyktatem: czy to bolszewików przebranych za żołnierzy wyklętych, czy ciotek rewolucji w modnych kawiarniach. 

Jaka sfera wolności jest dziś najbardziej zagrożona i jak temu przeciwdziałać?

Wolność myśli. Ten orwellowski potworek zmaterializował się dziś w świecie, w którym niemal nic nie ginie. W którym jeden czuje się strażnikiem moralności drugiego, w obozie bez drutów kolczastych, bo wszyscy pilnują wszystkich. Foucault by tego nie wymyślił. Skoro każdy czuje, że ma prawo do swojego oburzenia i do bycia urażonym, do tego by pilnować „przekazu”, niczym w jakiejś podrzędnej politycznej partyjce, wówczas wszelka komunikacja skazana jest na postępującą degradację, zamienia się w rytuał wspólnego rzucania kamieniami w klatkę przeciwnika. 

Social media cofają nas do ery przednowoczesnej, w której światem rządziły tajemnicze bóstwa, od których wyroków nie było odwołania, których nie można było poznać rozumem, a jedynie składać hołdy, z nadzieją na przebłaganie. Historia zatoczyła koło i znajdujemy się w wiekach ciemnych – wirtualnych, które w narastającym tempie przejmują tak zwany real. Liberałowi pozostaje walczyć i mieć nadzieję. Na Oświecenie. 

Wszystko, co kocham… czyli co? Największa pasja/miłość Twoja-liberała?

Liberałowie są ciekawi, bo pasje, tak jak osobowości i przemyślenia, mają indywidualne. Są jak koty, z jednego gatunku, ale nie tworzący jednorodnego stada. Nie wchodząc zanadto w prywatność (ważną dla każdego liberała nie-ekshibicjonisty), cenię sobie intelektualne fascynacje i przyjaźnie. Długie rozmowy, odkrywanie nowej, podobnej, a jakże innej, osoby w jej pasjach i przemyśleniach niezmiennie dostarcza dreszczu emocji, z którym niczego nie da się porównać. 

Wiele z tych znajomości zawieranych jest w podróżach, bez wykupionych biletów, bez znajomości celu ani drogi, która nieraz wiedzie przez zaświaty i krainy wyobrażone. Tak wygląda odkrywanie nowej wspaniałej książki, czy powrót do przerwanej rozmowy z zakurzonym przyjacielem sprzed lat. Peregrynacje przez cudzą wyobraźnię bywają równie, jeśli nie bardziej, fascynujące, niż banalne rozmowy, na które skazuje nas rutyna codzienności. 

„Podróżować, podróżować, jest bosko”*  

*Maanam, Boskie Buenos 

Prawybory Demokratów czyli amerykańska „Gra o Tron” :)

Prawybory w Partii Demokratycznej zaczynają wyglądać niczym dobry serialowy thriller: upadają kolejni faworyci, pojawiają się nieoczekiwani gracze, testowane są nowatorskie strategie, w tle buzują wielkie idee Berni’ego Sandersa i ogromne pieniądze multimiliardera Michaela Bloomberga. Wszystko to w cieniu potencjalnej drugiej kadencji prezydenta Donalda Trump’a ewidentnie wzmocnionego nieudaną próbą impeachmentu i nienajgorsza sytuacją gospodarczą. Zasadnicze pytania w obozie Demokratów: kto ma największe szanse na pokonanie najbardziej kontrowersyjnego prezydenta w historii? Bardziej spokojnie i ku centrum czy jednak głośno, mocno i z przytupem?

Dotychczasowe prawybory w Iowa (zasadniczo: para-wiecowe caucuses) i New Hampshire wyjaśniły jedno: Bernie Sanders, lewicowy senator z Vermont, jest niewątpliwym faworytem prawyborów. W pierwszych dwóch pojedynkach zgarnął około ¼ głosów, zapewniając sobie pierwsze miejsca (choć nie w liczbie delegatów, tutaj prowadzi o włos Pete Buttigieg). Do pełnej dominacji wciąż daleko. Na poziomie finansowania kampanii Bernie regularnie zbiera największą ilość wpłat. Trendy ogólnokrajowe wyglądają coraz lepiej (w ostatnich sondażach zdeklasował Joe Bidena i zajmuje solidne pierwsze miejsce z 12 punktami przewagi nad resztą stawki), a już na poziomie organizacji kampanii w poszczególnych stanach Sanders miażdży konkurencję (gigantyczna armia wolontariuszy i szerokie rozmieszczenie lokalnych baz kampanijnych). Również rozmach i zorganizowanie wieców (średnia ostatnich to 7 tys. uczestników ), nie pozostawia wątpliwości co do tego, kogo niesie fala momentum.

W sobotę wieczór 78-letni senator wszedł na kolejny poziom prowadzenia dzięki wygranej w Nevadzie (stan na niedzielę to 46% po zliczeniu 60% komisji), wygląda dobrze w Południowej Karolinie i wydaje się być nieźle umocowanym przed decydujący starciem w tzw. Super Wtorek, kiedy demokratyczni wyborcy oddają głos w kilkunastu stanach (m.in. w bogatych w delegatów Teksasie i Kalifornii, gdzie Bernie również zajmuje pierwsze miejsca w sondażach). Wszystko to pomimo zmasowanego, a niekiedy dość chaotycznego, ataku tzw. centrowych Demokratów z Hillary Clinton na czele.

Główny zarzut wobec Sandersa: radykalne poglądy na opodatkowanie miliarderów oraz – przede wszystkim – zapewnienie wszystkim Amerykanom bezpłatnej, szeroko zakrojonej służby zdrowia (Medicare for All). Plus, samo-definicja tożsamości politycznej jako demokratycznego socjalisty. Według establishmentu Partii Demokratycznej, polityk z takimi poglądami nie jest w stanie zdobyć centrowych wyborców, a co za tym idzie pokonać urzędującego prezydenta. Tyle jeśli chodzi o stereotypowe prawdy, konsekwentnie kontrowane przez kolejne statystyki. Te dają Sandersowi wygodne zwycięstwo w starciu z prezydentem, również wszelkie sondaże popularności plasują go w czołówce krajowych polityków. Chodzi zarówno o samą osobę Sandersa (docenianego za szczerość i konsekwencję), jak i jego propozycje programowe. Co do wybieralności Sandersa zgadza się zresztą sam Donald Trump, który wyraził swoje obawy w ujawnionym kilka tygodni temu nagraniu. Wedle analiz elektoratu Partii Demokratycznej, pokonanie Trump’a jest główną wyborczą motywacją wyborców partii, co stanowi jeszcze jeden kontrargument wobec niekończącej się dyskusji o wybieralności. Wygląda na to, że obrzydzenie Trump’em jest tak wielkie, że wyborcy nierepublikańscy zaakceptują dosłownie każdą kandydaturę.

Wszystko to stanowi dobrą kontrę wobec argumentów porównujących Sandersa do mocno lewicowych polityków z innych krajów m.in. zdecydowanie mniej utalentowanego, bardziej radykalnego i niepopularnego Jeremiego Corbyna. Sam Sanders podkreśla przywiązanie do spuścizny Franklina Delano Roosevelta i jego New Deal. A więc raczej nie socjalizm pokroju Wenezueli, a europejska socjaldemokracja w stylu skandynawskim. Plus, wyciszanie tzw. polityk tożsamościowych na rzecz delikatnej narracji klasowej: obywatele kontra milionerzy, zamiast czarni, latynosi, kobiety, homoseksualiści kontra cała reszta. Taka strategia okazuje się odblokowywać amerykańskiej lewicy dawno porzucone obszary, w tym dostęp do białej klasy pracującej, której poparcie w dużej mierze przyczyniło się do minimalnego zwycięstwa Trumpa w tzw. post-industrialnym Pasie Rdzy. Szerokość i różnorodność tej koalicji – od ludzi młodych, przez Latynosów, tradycyjnych pracowników, po coraz większy odsetek Afroamerykanów i kobiet – to najważniejsza przyczyna konsekwentnego wzrostu Berniego Sandersa. Nie taki socjalista straszny, jak go malują – może jednak jest w stanie wygrać?

Zanim jednak sędziwy senator z Vermont zderzy się z machiną republikanów, do rozwiązania pozostaje kwestia bardziej centrowych kontrkandydatów. Pete Buttigieg, Amy Klobuchar, spadająca w sondażach Elizabeth Warren (do niedawna sojuszniczka Sandersa, od jakiegoś czasu skręcająca ku centrum) czy pogrążony w kryzysie, niedawny faworyt wyborów Joe Biden, gromadzą wspólnie przeszło dwukrotnie większe poparcie od Sandersa. Gdyby kandydaci bliżsi mainstreamu Partii Demokratycznej zdołali połączyć swoje zasoby i udałoby się wyłonić jednego kandydata, powstrzymanie powolnego marszu Sandersa stałoby się faktem. Problem w tym, że nikt z tego grona nie wybija się ponad resztę stawki.

Dotychczasowy pewniak Joe Biden nie skapitalizował swojej wiceprezydentury u boku Baracka Obamy i dużego poparcia wśród elektoratu afroamerykańskiego. Jeden z bardziej doświadczonych polityków w tym wyścigu prowadzi mało energiczną kampanię wypełnioną tylko jednym ważnym punktem przekazu – jestem wybieralny. Piąte miejsce w Iowa i czwarte w New Hampshire rozbiły tę narrację, powodując gigantyczny kryzys jego kandydatury. Nie pomagają również słabe występy w debatach i wpadki w rodzaju ubliżania potencjalnym wyborcom (jedna z nich została przez Bidena nazwana „zakłamanym kucyko-żołnierzem o psiej twarzy”, ktoś inny „grubasem”). Mimo, że Bernie Sanders i Joe Biden są w podobnym wieku i często podkreślają swoje przyjacielskie relacje, różnice energii są widoczne gołym okiem. Wypada poczekać do wyborów w Karolinie Południowej, gdzie szanse Bidena wyglądają o niebo lepiej. Na ten moment jednak nie widać zbyt wielu powodów do optymizmu, zwłaszcza po uplasowaniu się na drugim miejscu w Nevadzie z przeszło dwukrotną stratą do faworyta wyścigu.

Elizabeth Warren, wpisuje się w lewicowy nurt Berniego Sandersa (choć jeszcze pod koniec zeszłego wieku była zadeklarowaną republikanką). Senatorka z Massachusetts prowadziła w sondażach do jesieni 2019 roku. Jest osobą potencjalnie spajającą tradycyjny establishment Demokratów z bardziej radykalnym nurtem partii, przy jednoczesnym zachowaniu jej ważnych i aktualnych postulatów: opodatkowania bogatych, rozbudowy welfare state, walki z korupcją czy rozbijania monopoli. Wszystko to oprawione w całe woluminy szczegółowych propozycji programowych i analiz. Niestety, jej niejasna postawa wobec programu Medicare for All w zestawieniu z dość nieporadnymi atakami na Sandersa (oskarżała go o twierdzenie, że kobieta nigdy nie wygra wyborów prezydenckich), odbiły się na kampanii.

W dwóch pierwszych stanach Warren wylądowała poza pierwsza dwójką i jej bój o nominację zdaje się tracić powietrze. Nieszczęśliwie dla Warren okazuje się, że jej większa medialność w ostatnich dniach nie wpłynęła na wynik w Nevadzie (czwarte miejsce to zdecydowana porażka). Tylko niebywały sukces w Karolinie Południowej dałby szanse na sensowny ciąg dalszy wyścigu. Jednocześnie jednak środowa debata Demokratów, pokazała Warren od nieco innej strony: jej brutalne starcie z miliarderem Michaelem Bloombergiem, przywróciło tę kandydaturę do gry. O ile trudno sobie wyobrazić rozbicie przez nią monolitu Sandersa, dobry występ wzmacnia cały obóz lewicowy i stawia ważne pytanie – czy Elizabeth Warren zgodziłaby się wystartować u boku Berniego jako kandydatka na wiceprezydentkę? A może wciąż liczy, w razie nie zdobycia większości delegatów przez Sandersa na lipcowej konwencji w Milwaukee, na zostanie kandydatką kompromisu? Mało prawdopodobne, ale amerykańska polityka widziała już większe zwroty akcji.

Pete Buttigieg i Amy Klobuchar to dwójka najbardziej centrowych kandydatów. Burmistrz Pete (nazywany tak z uwagi na dość trudne w wymowie nazwisko) to największe zaskoczenie tych prawyborów. 38-letni mer małego South Bend w Indianie prezentuje się jako kandydat środka, człowiek spokoju. Świetnie wykształcony, otwarty homoseksualista, weteran z Iraku i Afganistanu, przez wiele lat związany z branżą konsultingową, zainwestował wielkie środki w rywalizację w dwóch pierwszych stanach i ta taktyka okazała się słuszna. Niewątpliwie jednak, jego dalsza droga w tym wyścigu wydaje się trudna, o ile nie beznadziejna. Burmistrz Pete ma niemal zerową trakcję w elektoracie latynoskim i afroamerykańskim i wydaje się, że wraz z postępem prawyborów w bardziej zróżnicowanych stanach, jego szanse będą spadać. Potwierdzają to sondaże krajowe w których Pete oscyluje pomiędzy 8 a 12 proc. Sytuacja Amy Klobuchar, senatorki ze stanu Minnesota wygląda jeszcze gorzej i raczej trudno sobie wyobrazić, aby była zdolna wypłynąć na szerokie wody (pomimo znakomitego trzeciego miejsca w New Hampshire). Wyniki spływające z Nevady potwierdzają, że ta dwójka radzi sobie slabo poza mocno białymi, północnymi stanami. Zwłaszcza dla senator Amy Klobuchar wyścig wydaje się już skończony.

Słabość kandydatów bliskich centrum sprawia, że establishment Partii Demokratycznej zaczął spoglądać łaskawym okiem na Michaela Bloomberga, byłego burmistrza Nowego Jorku, multimiliardera związanego z Wall Street. Według mainstreamowych strategów partii posiada on wszelkie niezbędne cechy, w tym nieograniczoną ilość środków na samofinansowanie kampanii. Jak do tej pory Bloomberg wydał przeszło 300 mln dolarów na reklamy w stanach Super Wtorku, całkowicie ignorując początkowe batalie. Kwoty wydawane przez Bloomberga przerastają resztę stawki i stanowią ciekawy precedens w amerykańskich kampaniach wyborczych, które nie posiadają przecież górnego limitu wydatków. Komentatorzy polityczni z orbity Demokratów, od radykalnie lewicowego Jacobin Magazine („Bloomberg byłby gorszy niż Trump”), po centrowe CNN, ostrzegają przed widmem ostateczniej oligarchizacji amerykańskiej polityki.  Podobnie jak Joe Biden, miliarder z Nowego Jorku prezentuje się jako człowiek, który jest w stanie pokonać Donalda Trumpa. W końcu znają się dobrze z Nowego Jorku, gdzie prowadzili wspólne interesy, a jeszcze kilka lat temu deklarowali nawet wzajemną sympatię. Kandydatura Bloomberga napotyka dwa poważne problemy:

Po pierwsze, jego poglądy i przeszłość nie przystają do wartości Partii Demokratycznej, choćby w ich najbardziej okrojonej i centrowej formie. W toku swojej służby publicznej Bloomberg popierał metody policyjne oparte na profilowaniu rasowym, był gorącym zwolennikiem prywatyzacji szkolnictwa, przeciwnikiem wyższej pensji minimalnej i podatku majątkowego. Co więcej, znany jest ze swoich seksistowskich i aroganckich wypowiedzi wobec kobiet, co zostało przypomniane na środowej debacie. Nie pomaga fakt, że aż do 2018 roku był zarejestrowanym republikaninem. Po drugie, multimiliarder słynie ze swej mało imponującej osobowości, braku charyzmy i dość ograniczonej błyskotliwości. Wszystko to było widoczne podczas debaty demokratów, kiedy był bombardowany z szybkością karabinu maszynowego, bez większej reakcji ze swojej strony. Dominowała Elizabeth Warren: „Chciałabym porozmawiać o tym, z kim walczymy: miliarderem, który nazywa kobiety grubymi laskami i końskimi lesbijkami. Nie, nie mówię o Donaldzie Trumpie”. Bloomberg był bezradny wobec tych i pozostałych zarzutów, co nie wróży zbyt dobrze wobec ewentualnego starcia z hiper-energetycznym Donaldem Trumpem.

Środowa debata zdecydowanie oddala perspektywę ewentualnej kapitulacji centrowych demokratów na rzecz Michaela Bloomberga i jego pieniędzy. Jeżeli można wyciągnąć jakiś pozytyw z dotychczasowej wojny po lewej stronie, to jest nim właśnie oddalenie groźby starcia dwóch gigantów amerykańskiej finansjery i przypieczętowania ostatecznego etapu oligarchizacji amerykańskiej polityki. Chwilę po kolejnym – tym razm już oszałamiającym – sukcesie Berniego Sandersa, tuż przed starciem w Karolinie Południowej i być może decydującym Super Wtorkiem, jedno jest pewne: prawybory w Partii Demokratycznej to gra Bernie Sandersa z całą resztą, a perspektywy senatora z Vermont zaczynają nabierać mocy. Jeżeli jednak Sanders nie zdobędzie serc przynajmniej części centrowych Demokratów, jego kandydatura może utknąć na lipcowej konwencji partii. Bez wymaganej większości delegatów (a w demokratycznych prawyborach, ci przydzielani są w sposób proporcjonalny!), socjalista z Vermont może stanąć naprzeciw groźby wygranej trzeciej opcji, czyli kandydata lub kandydatki kompromisu – i raczej nie byłby to on. Nie ulega wątpliwości, że tegoroczne prawybory to jedno z ciekawszych starć od dekad, a wygląda na to że kandydaci dopiero nabierają tempa. Wedle jednego z  korespondentów brytyjskiego dziennika The Guardian: wszystko to zaczyna przypominać regularną Grę o Tron.

Mity Zjednoczonej Prawicy :)

Zwycięstwa wyborcze Zjednoczonej Prawicy i wciąż duże poparcie społeczne widoczne w sondażach, wynika nie tylko z transferów socjalnych, ale również z umiejętności kreowania i upowszechniania rozmaitych mitów. Są to mity nawiązujące do podstawowych wartości, które są jakoby zagrożone przez przeciwników PiS. Fałszowanie rzeczywistości, będące istotą prawicowej narracji, polega na demagogicznym zniekształcaniu znaczenia pojęć i doszukiwania się zależności tam, gdzie ich nie ma. Mity te są konsekwentnie i masowo upowszechniane przez podporządkowane władzy media i wypowiadających się publicznie polityków prawicy. Trafiają one do przekonania wielu ludziom, bo prostota demagogii i  pozbawiona wątpliwości pewność siebie demagogów, zawsze osłabia siłę zdrowego rozsądku.

Słabością opozycji jest brak zdecydowania w krytyce i demaskowaniu mitów, którymi  posługują się jej przeciwnicy polityczni. Ten brak zdecydowania wynika  z obawy, że wartości, których te mity dotyczą, są mocno zakorzenione w świadomości Polaków i budzą silne emocje. Pojawia się więc obawa, że zdecydowany sprzeciw wobec demagogii tych, którzy występują jako ich obrońcy, może zrazić wielu ludzi do partii opozycyjnych wobec Zjednoczonej Prawicy. Poza tym nie ulega wątpliwości, że znacznie łatwiej jest wzbudzać emocje prostą demagogią aniżeli studzić je racjonalną, a przez to bardziej złożoną argumentacją. Ale właśnie dlatego, że są to wartości ważne dla większości Polaków, opozycja nie może ustawać w prostowaniu i wyjaśnianiu fałszerstw prawicowej narracji, która w ich świadomości tworzy zakłamany obraz rzeczywistości. Dopóki politycy opozycji pozostawią tu pole prawicy i będą koncentrować się na sprawach związanych z życiem codziennym obywateli, nigdy nie przejmą od niej rządu dusz. Pozostanie wówczas tylko jałowe narzekanie, że zbyt dużo ludzi w Polsce nie dojrzało do cywilizacyjnego związku z Zachodem. Porażka koncepcji „ciepłej wody w kranie” powinna być tu ważną przestrogą.

Warto więc zwrócić uwagę na istotę czterech podstawowych mitów, którymi w swojej narracji posługuje się Zjednoczona Prawica.

  • Mit „demokratycznej legitymacji”

Politycy PiS-u stale powołują się na społeczny mandat, który otrzymali od suwerena, czyli wyborców. Tego mandatu nikt nie zamierza kwestionować, ale nie oznacza to, że demokratycznie wybrana większość parlamentarna może robić wszystko, co jej się podoba. Żyjemy (podobno) w ustroju demokracji liberalnej, w którym określone prawa mniejszości nie mogą być naruszane. Niewybaczalnym grzechem Platformy Obywatelskiej, gdy miała władzę, było tylko ratyfikowanie, a nie zastosowanie Karty Praw Podstawowych w praktyce legislacyjnej. Uznano, że są ważniejsze sprawy niż prawa człowieka, o które wystarczająco zadbano w polskiej konstytucji. Ten grzech sprawił, że obecnie prawica może wmawiać ludziom, że działając w imieniu większości tych, którzy wzięli udział w wyborach, postępuje zgodnie z wolą suwerena i mając większość w parlamencie może uchwalać takie ustawy, jakie jej odpowiadają. W ten sposób usiłuje się niepostrzeżenie zmienić ustrój państwa z demokracji liberalnej na demokrację hybrydową, w której aktywność polityczna obywateli ograniczona zostaje do samego aktu wyborczego. Dyktatura większości nie różni się wiele od dyktatury jednostki lub grupy społecznej. Nie przypominam sobie, aby zasady demokracji liberalnej były tematem często poruszanym i nagłaśnianym w środowiskach dzisiejszej opozycji. W świadomości społecznej zdaje się dominować przekonanie, że demokracja to po prostu rządy większości, sprawowane przez jej przedstawicieli.

Z demokracją liberalną ściśle jest związana zasada trójpodziału władzy, której celem jest wzajemne ograniczanie władz: ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej. Zjednoczona Prawica chce jednak rządzić bez jakichkolwiek ograniczeń, po dyktatorsku, bez owego – jak się kiedyś wyraził Jarosław Kaczyński – ograniczającego imposybilizmu, który jest istotą trójpodziału władzy. Aby tak było, jak chce Kaczyński, wszystkie trzy rodzaje władzy muszą pochodzić z jednego źródła. Skoro więc większość parlamentarna wybiera rząd, to powinna mieć również wpływ decydujący na władzę sądowniczą, poprzez swoich przedstawicieli w Trybunale Konstytucyjnym, Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym. Wówczas władzy zwycięskiego w wyborach powszechnych ugrupowania politycznego nikt niczego nie zabroni, bo wymienione instytucje staną się wydmuszkami powołanymi tylko do zatwierdzania postanowień władzy ustawodawczej i wykonawczej.

Do tego właśnie, bez oglądania się na międzynarodowe konsekwencje, dąży Zjednoczona Prawica. Uzasadnienie tego dążenia jest rozbrajające w swojej prostocie. Przecież nie może być tak – twierdzą prawicowi politycy – że suweren ma tylko wpływ na władzę ustawodawczą, a za jej pośrednictwem – na władzę wykonawczą. Powinien mieć również wpływ na władzę sądowniczą. Tymczasem ta, wybiera się we własnym gronie, stając się kastą od nikogo nie zależną. Prawdziwa demokracja – twierdzą – polega na tym, że wszystkie trzy władze wyłaniane są w wyborach powszechnych. Ponieważ sędziów w wyborach powszechnych wybrać się nie da, to powinna to czynić wybrana w tych wyborach władza ustawodawcza.

Być może ta argumentacja trafia do niektórych ludzi, którzy skłonni byliby zaakceptować brak trójpodziału władz. Należy jednak zadać pytanie: dlaczego ludzie wchodzący w skład stowarzyszeń prawniczych i wydziałów prawa na uniwersytetach zostali w tej argumentacji wyłączeni z kategorii suwerena? Jeśli państwo ma być państwem prawa, to głos decydujący muszą mieć prawnicy w wyborze swoich przedstawicieli do poszczególnych instytucji wymiaru sprawiedliwości. W tym wypadku decydować musi merytokracja, a nie demokracja w znaczeniu wyborów powszechnych. Jeśli zgodzić się z argumentacją prawicowych polityków, to profesorów, podobnie jak ludzi na ważniejsze stanowiska w różnych obszarach funkcjonowania państwa, też powinno się wybierać w wyborach powszechnych. Tak oto prawica pojęcie demokracji sprowadziła do absurdu. A wszystko po to, aby ją zastąpić dyktaturą nie zmieniając nazwy. Uważam, że opozycja zbyt mało uwagi poświęca na wyjaśnienie tych spraw szerszemu ogółowi obywateli, pozostając tylko przy ogólnikowym zarzucie deliktu konstytucyjnego.

  • Mit „suwerenności”

Odwołanie się do dumy narodowej często jest skuteczne. Informacje o tym, że zagranica próbuje nam coś narzucać i miesza się w nasze wewnętrzne sprawy, zawsze wywołuje odruch sprzeciwu i irytacji. Zjednoczona Prawica jako zagranicę traktuje jednak Unię Europejską, do której Polska przystąpiła dobrowolnie, świadoma nie tylko korzyści z tego uczestnictwa, ale i obowiązków, które z niego wynikają. A obowiązki te są wyraźnie określone i wynikają z systemu wartości, na których wspólnota europejska jest oparta. Nie jest to bowiem tylko wspólnota gospodarcza, ale również polityczna i społeczno-kulturowa. Ten ostatni aspekt jest szczególnie ważny, bo wspólnota wartości jest najważniejszą gwarancją trwałości Unii. Dla mieszkańców wszystkich państw tworzących UE Europa stała się ojczyzną, nie tylko w szerokim geograficznym sensie, ale w znaczeniu jak najbardziej dosłownym. Decyduje o tym integrujący charakter administracyjnych reguł stanowionych przez Radę Europy i Komisję Europejską w Brukseli oraz Parlament Europejski w Strasburgu. Odcinanie się od tych reguł i traktowanie UE jako otoczenia zagranicznego jest fałszowaniem rzeczywistości. Rzeczywistość jest bowiem taka, że przystępując do UE, władze każdego kraju członkowskiego przekazują część swoich prerogatyw na rzecz wspomnianych instytucji unijnych. Nie jest to jednak rezygnacja z tych prerogatyw na rzecz jakiejś obcej władzy, ale zgoda na rozwiązywanie spraw, których one dotyczą, wspólnie z innymi krajami członkowskimi.

Polskiej prawicy od początku, to jest od kampanii poprzedzającej referendum unijne, nie podobały się zasady obowiązujące w UE. Od początku też przedstawiciele ugrupowań prawicowych posługiwali się demagogią („Wczoraj Moskwa, dziś Bruksela”) i aby odróżnić się od zwolenników integracji z Unią, nazwali się „obozem niepodległościowym”. Po dojściu PiS do władzy w 2015 roku premier Beata Szydło, wyprowadzając unijne flagi z gmachu Urzędu Rady Ministrów, wykonała symboliczny gest znamionujący zasadniczą zmianę polityki polskiego rządu w stosunku do Unii. Prominentna polityczka tej partii – Krystyna Pawłowicz – nazwała publicznie te flagi „szmatami”. PiS-owi byłoby bowiem na rękę, gdyby UE była wyłącznie wspólnotą gospodarczą, co dawał niejednokrotnie do zrozumienia Jarosław Kaczyński. Wspólnotę wartości oficjalnie atakował minister spraw zagranicznych Waszczykowski, twierdząc, że Polacy mają swoje wartości, całkiem odmienne od tych zachodnich. Premier Morawiecki kłamliwie deprecjonował wkład UE w rozwój infrastruktury w Polsce, bełkocząc coś o chodnikach. Prezydent Duda zaś w ogóle w wątpliwość poddawał sens UE, mówiąc o wyimaginowanej wspólnocie.

Dlaczego obóz Zjednoczonej Prawicy usilnie stara się obrzydzić Unię Europejską Polakom? Dlaczego kluczy i oszukuje partnerów w Unii, a kiedy to się nie udaje, zarzuca im bezzasadną ingerencję w wewnętrzne sprawy Polski? Oczywiście robi to z tego samego powodu, dla którego niszczy w Polsce demokrację liberalną. Robi to po to, aby odrzucić wszelkie ograniczenia w sprawowaniu władzy przez własne ugrupowanie polityczne, które dąży do uczynienia z Polski XIX-wiecznego skansenu cywilizacyjnego. Walka o suwerenność władzy państwowej nie ma w tym wypadku nic wspólnego z polską racją stanu. Wręcz przeciwnie, nieumiejętność współpracy w ramach Unii Europejskiej nie jest żadnym „wstawaniem z kolan”, żadnym aktem patriotyzmu, ale cynicznym dążeniem do władzy absolutnej własnego środowiska politycznego. Jeśli dążenie to zakończy się sukcesem, czyli wyjściem Polski z Unii Europejskiej, nasz kraj stanie się zaściankiem świata, republiką bananową (choć w tym wypadku raczej ziemniaczaną), która szybko znajdzie się w kręgach wpływu jakiejś silniejszej dyktatury.

O polską rację stanu walczą w europarlamencie europosłowie polskiej opozycji, a nie zwolennicy rządu „dobrej zmiany”. Walka idzie o to czy Polska pozostanie w kręgu liberalnej kultury zachodniej, czy zostanie zepchnięta do świata wschodnich despotii. Demagogia prawicy polega na tym, że interes własnego środowiska, reprezentowany przez rząd PiS, usiłuje przedstawić jako interes Polski. Tak więc każdy, kto na forum międzynarodowym krytykuje posunięcia tej władzy, nazywany jest narodowym zdrajcą i odszczepieńcem. Należy bardzo zdecydowanie przeciwstawiać się tej narracji. Wszelka uległość, unikanie narażania się na takie hejterskie etykiety w obawie przed utratą elektoratu, są wodą na młyn prawicowych ekstremistów. Nie wystarczy przy tym powoływać się na to, że w czasach rządu PO, politycy PiS zachowywali się tak samo na forum Unii Europejskiej. To stanowczo za mało, bo nie ma tu miejsca na żaden symetryzm. Trzeba jasno precyzować wartości, o które się walczy i opisywać perspektywę, do której zmierza Zjednoczona Prawica, pozbawiając ją tych wszystkich patriotycznych frazesów.

Krytykując stosunek PiS do Unii Europejskiej, opozycja nie powinna ograniczać się do korzyści ekonomicznych i politycznych wynikających z uczestnictwa Polski we wspólnocie europejskiej. Powinna ona znacznie śmielej niż do tej pory kłaść nacisk na rozwijanie poczucia obywatelstwa europejskiego. Jest to perspektywa znacznie szersza niż tradycyjnie pojmowany patriotyzm. Czuć się obywatelem Europy to akceptować wartości i zasady ustrojowe, takie jak demokracja liberalna, rządy prawa, świeckie państwo i tolerancja obyczajowa. Dawny model patriotyzmu, oparty na partykularyzmie etycznym i rywalizacji między państwami narodowymi, musi być zastąpiony patriotyzmem ponowoczesnym, w którym dominuje etyka uniwersalna i troska o dobrostan całej wspólnoty europejskiej. Dopóki opozycja będzie się wstrzymywać z upowszechnianiem tego modelu patriotyzmu w obawie, że elektorat w Polsce nie jest jeszcze dostatecznie dojrzały do takiej zmiany perspektywy, dopóty PiS będzie w swojej demagogii skuteczny.

  • Mit „walki z Kościołem”

PiS postawił na Kościół jako sojusznika, wychodząc z założenia, że ludzie w Polsce są w zdecydowanej większości wierzący i Kościół katolicki ma na nich duży wpływ. Jarosław Kaczyński, twierdząc, że poza etyką katolicką jest już tylko nihilizm, uczynił swoją partię zakładnikiem Kościoła. Głos decydujący w polskim Kościele katolickim mają dziś tacy ludzie, jak ojciec Rydzyk i arcybiskup Jędraszewski, których cechuje kompletne niezrozumienie współczesnych problemów rozwoju cywilizacyjnego i przekonanie o konieczności zapewnienia wpływu Kościoła na życie społeczne. Ten wpływ skłonni są oni i zdecydowana większość polskich księży oraz ich świeckich zwolenników upatrywać w przedsoborowym przekonaniu o świętości Kościoła jako instytucji. Są w tym przekonaniu oponentami papieża Franciszka, który stoi na stanowisku, że autorytet Kościoła powinien wynikać z jego zrozumienia problemów współczesnego świata i umiejętności reagowania na nie, a nie na konserwatywnym przekonaniu o jego nieomylności. Jeśli głos takich funkcjonariuszy Kościoła, jak Rydzyk i Jędraszewski są dla znacznej części ludzi wierzących w Polsce decydującą wykładnią moralną, to znaczy, że opozycja zbyt słabo wykorzystuje przesłanie papieża Franciszka. Trzeba bowiem usilnie przekonywać o potrzebie oddzielania wiary i wartości chrześcijańskich od Kościoła instytucjonalnego, a zwłaszcza od politycznie i osobowościowo uwarunkowanych wystąpień hierarchów Kościoła katolickiego w Polsce. Na braku tego oddzielenia żeruje Zjednoczona Prawica, która wszelką krytykę poczynań Kościoła traktuje jako atak na religię i ludzi wierzących.

Na skutek wielowiekowych starań Kościoła katolickiego w polskiej kulturze społecznej utrwalił się stereotyp duchowieństwa jako środowiska wyjątkowego, mającego bezpośredni kontakt z Bogiem, a przez to obdarzonym absolutnym autorytetem moralnym, z którego wynikać ma prawo do kontroli życia społecznego w sferze obyczajowej. Ujawnienie afer pedofilskich w Kościele i innych nieobyczajnych zachowań niektórych księży, stało się przyczyną poważnego dysonansu poznawczego wśród dużej liczby wiernych, którzy byli przekonani o świątobliwości stanu kapłańskiego. Wielu ludziom wydawało się, że przyjęcie prawdy o życiu prywatnym części kapłanów, może prowadzić do osłabienia ich wiary. Nie chcąc do tego dopuścić, próbują swój dysonans przezwyciężyć, odrzucając informacje o nieobyczajnych zachowaniach księży i traktując je jako zamierzony atak na Kościół ze strony środowisk lewicowych i liberalnych.

Brak wyraźnego rozdziału między wiarą w Boga a stosunkiem do Kościoła instytucjonalnego w polskiej kulturze społecznej jest zasadniczą przyczyną nieporozumień na tle roli Kościoła katolickiego w państwie. To z tego powodu Polska jest państwem formalnie świeckim, ale w rzeczywistości przynajmniej w części wyznaniowym. Decyduje bowiem o tym wpływ kościelnych hierarchów na treść ustaw i wiele decyzji podejmowanych na niższych szczeblach władzy państwowej. W państwie świeckim Kościół może wyrażać swoje opinie na temat rozmaitych decyzji i aktów prawnych, ale organa władzy państwowej muszą kierować się absolutną neutralnością światopoglądową, mając na uwadze pluralistyczny charakter społeczeństwa. Przekonanie, że w strukturze społecznej zdecydowanie dominują katolicy i dlatego zasady wiary powinny mieć odzwierciedlenie w ustawodawstwie, jest zwykłą demagogią, zważywszy, że wielu nominalnych katolików tych zasad nie zamierza przestrzegać, a bywa, że nawet ich nie zna. Natomiast wierzący powinni tych zasad przestrzegać bez potrzeby przymusu prawnego. W państwie świeckim prawo nie może narzucać ludziom wzorów zachowań zgodnych z określoną religią lub ideologią. A tak się niestety w Polsce dzieje w przypadku możliwości aborcji, finansowania in vitro, dostępu do środków wczesnoporonnych czy zawierania związków partnerskich i wynikających z nich uprawnień. Domaganie się neutralności światopoglądowej państwa nie jest walką z Kościołem, któremu nikt nie próbuje ograniczać prawa do głoszenia Ewangelii, a jedynie troską o respektowanie praw człowieka.

Niestety, w Polsce, w przeciwieństwie do krajów zachodnich, politycy mają poważne trudności w oddzieleniu swojego stanowiska eschatologicznego od stosunku do Kościoła jako instytucji politycznej. Charakterystyczny jest ich lęk przed podejmowaniem decyzji niezgodnych z oczekiwaniami władz kościelnych. To jest największy problem opozycji. Wielu jej polityków, będących ludźmi wierzącymi, chciałoby bowiem unikać konfliktów z Kościołem w obawie, że zostaną posądzeni o sprzyjanie ateizacji kraju. Dopóki nie zrozumieją, że stosowanie się przez nich do zasad Ewangelii, nie upoważnia ich do narzucania tych zasad ludziom, którzy tego nie chcą, będą nie przeciwnikami, a sprzymierzeńcami Zjednoczonej Prawicy, która te zasady cynicznie wykorzystuje dla utrzymania się przy władzy w sojuszu z Kościołem.

  • Mit „zagrożonej rodziny”

Jest to mit najmniej przekonujący i funkcjonuje raczej jako manifestacja poparcia dla konserwatywnej wizji świata, bronionej przez Kościół. Zagrożenia dla tradycyjnej rodziny, składającej się z dwojga rodziców różnej płci i ich dzieci, Kościół katolicki i prawica upatrują w związkach partnerskich, w których ludzie żyją bez formalnego kontraktu małżeńskiego, a w szczególności w związkach homoseksualnych. Trudno zrozumieć dlaczego zalegalizowanie tych związków i przyznanie ich uczestnikom określonych uprawnień, ma stanowić zagrożenie dla tradycyjnej rodziny. Byłoby to raczej wyjście naprzeciw potrzebom ludzi, którzy ze względu na swój styl życia lub orientację seksualną chcieliby właśnie w ten sposób realizować związek uczuciowy z wybraną osobą. Brak zgody na legalizację związków partnerskich jest oczywistą dyskryminacją tych ludzi, z czego w cywilizowanym świecie zdano sobie wreszcie sprawę. W wielu krajach zachodnich ludzie nieheteronormatywni  mają prawo do zawierania związków małżeńskich i do adopcji dzieci na równi z osobami heteronormatywnymi.

W Polsce, ze względu na silny wpływ Kościoła, kultura społeczna charakteryzuje się dość wysokim stopniem konserwatyzmu, który nie tylko zrównanie tych praw wyklucza, ale powoduje w niektórych środowiskach wysoce agresywny stosunek do ludzi, którzy się tego domagają. Kościół i prawica tłumaczą te agresywne postawy właśnie zagrożeniem dla tradycyjnej rodziny ze strony ideologii LGTB. Ta ideologia ma jakoby polegać na propagowaniu związków homoseksualnych, co może skłonić niektórych ludzi, szczególnie młodych, do zmiany swojej heteronormatywnej orientacji seksualnej. Otóż ten element prawicowo-katolickiej narracji jest wyjątkowo słabym jej punktem i powinien być bezwzględnie wykorzystany przez lewicowo-liberalną opozycję. Wszystkie poważne źródła naukowe jednoznacznie wskazują, że orientacja seksualna jest wrodzona, a nie nabyta, a ponadto nie jest to stan chorobowy, który może być poddany jakiejś terapii. Orientacji seksualnej nie można kształtować, bo człowiek przychodzi z nią za świat i z nią umiera. Dążenia ludzi LGBT, domagających się równego traktowania, nie mogą być zatem uznane za ideologię, której celem jest niszczenie tradycyjnej rodziny. Demagogiczne argumenty Kościoła i prawicy służą w tym wypadku utrwaleniu stanu nierówności oraz pozyskaniu zwolenników wśród najbardziej ksenofobicznie i bigoteryjnie nastawionych warstw społecznych.

Tradycjonaliści, poszukując zewnętrznych urojonych zagrożeń, nie dostrzegają zagrożeń wewnętrznych, które sprawiają, że wiele rodzin jest patologicznych, w których dominuje przemoc i demoralizacja. W niedostrzeganiu i lekceważeniu tych zagrożeń, co było dobrze widoczne w sporach dotyczących ustawy o przemocy w rodzinie, ujawnia się cała hipokryzja „obrońców tradycyjnej rodziny”, dla których trwałość związku małżeńskiego jest ważniejsza od cierpienia tych, którzy żyją w rodzinie patologicznej. Oburza również ich niewrażliwość i widoczna pogarda w stosunku do rodzin rozbitych i niepełnych, w których, najczęściej kobiety, muszą samotnie wychowywać dzieci. Świadczy to o zimnym, doktrynerskim podejściu do uczuciowych związków między ludźmi. Tę hipokryzję i doktrynerstwo środowiska katolicko-prawicowego politycy opozycji powinni starać się wykorzystywać w walce politycznej.

Polska jako strefa :)

Rośnie liczba polskich gmin, miast, powiatów i województw, które na mocy uchwały rad i sejmików ogłosiły się „strefami wolnymi od LGBT”. W zasadzie jest to trend, do którego – jeden po drugim – dołączają wszystkie samorządy politycznie zdominowane przez PiS i/lub lokalne komitety wyborcze o silnie prawicowym charakterze. Szerokim echem kilka miesięcy temu odbiła się akcja „Gazety Polskiej”, która do jednego ze swoich wydań dołączyła nalepki ogłaszające „Strefę wolną od LGBT”, aby prawicowcy także w gminach, gdzie nie mają władzy, mogli ustanowić strefę w swojej restauracji, sklepie czy biurze.

Nie ulega wątpliwości, że motorem ogłaszania kolejnych „stref” jest nienawiść prawicowych ultrakonserwatystów wobec ludzi o innym pomyśle na życie. Nie od dziś wiadomo, że skrajni konserwatyści posiadają silną potrzebę, aby ich styl życia i ich hierarchia wartości były powszechne, aby wszyscy ludzie wokół nich byli tacy, jak oni oraz aby chcieli żyć, tak samo jak oni.

Szybko – co naturalne – pojawiły się porównania „stref” do historycznie skompromitowanych przykładów innego wykluczania grup ludzi z przestrzeni społecznej. Przywołano tramwaje „nur für Deutsche” z ulic okupowanej Warszawy. Bary, restauracje, baseny czy plaże z zakazem wstępu dla Żydów (nie tylko z III Rzeszy, ale także z II RP), getto ławkowe, bary i szalety tylko dla białych w stanach „głębokiego Południa” USA. Zwolennicy „stref wolnych od LGBT” przeszli więc natychmiast do defensywy, argumentując, że tamte antypolskie, antyżydowskie, czy antyafroamerykańskie obostrzenia były skierowane przeciwko ludziom, a współczesne „strefy” są wyłącznie przeciwko „ideologii LGBT”. „Ideologia LGBT” odgrywa więc tutaj rolę erzacu dla zbyt już politycznie niepoprawnej otwartej nienawiści wobec człowieka. Na takiej samej zasadzie, na jakiej „krytyka Izraela” zastąpiła antysemityzm, „wojna z terrorem” nienawiść wobec islamu, a „wojna z narkotykami” politykę segregacji rasowej.

A jednak w tłumaczeniach promotorów „stref” tkwi ziarno prawdy. W istocie większości tych ludzi nie przeszkadza homoseksualizm jako taki, nie proponują penalizacji aktów homoseksualnych, czy przymusowych „terapii” konwersyjnych. Nie jest dla nich bolączką życie seksualne par LGBT w ich własnych domach. Nie jest problemem obsłużenie w restauracji pana Kowalskiego i pana Nowaka, o których wiedzą, że są parą. Problemem jest tylko pan Nowak i pan Kowalski publicznie pokazujący, że są parą, trzymający się za rękę, lub – Boże broń – całujący się. Problemem jest ktoś z torbą w barwach tęczowej flagi, także jeśli jest on akurat heteroseksualny. Problemem jest mówienie publicznie, że nienawiść z powodu orientacji seksualnej jest złem, że lesbijek i gejów nie wolno bić, poniżać, szykanować i dyskryminować. Problemem jest krzewienie tolerancji wobec ludzi nieheteronormatywnych, zwłaszcza w szkołach. Podsumowując: problemem nie jest istnienie geja i lesbijki (tak jak kiedyś problemem było istnienie Żyda, Polaka czy Afroamerykanina). Problemem jest tylko to, że ten gej i ta lesbijka nie chce – jako drzewiej – wstydzić się, ukrywać, kajać, udawać, przemilczać, być sobą wyłącznie na marginesie, z dala od uwagi publicznej. Nie chce korzystać z dobrodziejstw dulszczyzny i dla pozorów zakładać małżeństw heteroseksualnych, a swe „perwersje” traktować jako wadę charakteru i dawać im upust analogicznie do zachowań pijaka, narkomana czy hazardzisty. Tłamsić, a gdy się nie da, czasem odwiedzać jakąś melinę, ale potem wracać do „uczciwego” życia. Tak jak działo się to przez wiele, wiele lat. I jak to i dzisiaj czyni zresztą cała masa tych samych ultrakonserwatystów, którzy rozpędzają marsze równości czy uchwalają „strefy wolne”. Dusić to w sobie, frustrować się, zadawać sobie pokutę, ale na zewnątrz grać „głowę rodziny” lub „Matkę Polkę”.

Tymczasem homoseksualiści jakiś czas temu postanowili przestać milczeć o swojej tożsamości, a nawet uczynili z niej powód do dumy! Dążą do przebudowy mentalności społecznej, szerzą tolerancję, burzą monolit starego świata, w którym dopuszczalny był tylko jeden model rodziny, a inne nieprzyzwoite. W ten sposób nastają właśnie na tą najbardziej pożądaną potrzebę ultrakonserwatysty i człowieka głęboko wierzącego, aby wszyscy byli tacy sami, jak on lub udawali przynajmniej takich samych, jak on. Ze strachu przed tym wzięły się „strefy wolne od LGBT”.

One nawet nie są atakiem na „ideologię LGBT”. Gdyby polska prawica miała potrzebę usuwać inne, antykonserwatywne ideologie z przestrzeni publicznej, to już dawno w Polsce istniałyby np. „strefy wolne od liberalizmu”. „Strefy” nie są atakiem, są rozpaczliwą próbą defensywy umierającego świata. Próbą stworzenia stref bezpieczeństwa epistemologicznego, w których można żyć zamykając oczy i uszy na rzeczywistość, udawać, że społeczeństwo się nie zmienia, że jest tylko jedna możliwość wyboru drogi życia, że własne życie nie zostało zmarnowane, że nie było możliwości pójścia inną, bardziej ekscytującą, acz może i bardziej ryzykowną drogą. To nie istnieje, nie istnieje, nie istnieje…!

Skrajnie konserwatywna mentalność nie akceptuje życia w oparciu o wolność wyboru bez sankcji, kary, ekspiacji. Można pić, ale trzeba mieć kaca. Można się obżerać, ale trzeba pościć. Można śmiać się z proboszcza, ale trzeba dać więcej na tacę. Można oglądać porno, ale trzeba się wstydzić. Można zdradzić żonę, ale trzeba kupić jej kolczyki. Tymczasem geje chcą uprawiać homoseksualizm, ale nie chcą być potępiani, albo czasem dostawać kopniaka czy w twarz?! To się ultrakonserwatyście w głowie nie mieści. I w „strefie wolnej od LGBT” takich numerów nie będzie!

Wiersz wolny: Darek Foks – Zrzut (urywek) :)

Darek Foks

Zrzut (urywek)

 

Zrobimy tak: teraz

przesuniemy czas,

 

jeśli można

nazwać to czasem,

 

a następnie 

przyćmimy ten czas

 

obrazami, tymi

wrzącymi chwilami

 

zamkniętymi

w płonącym mieście,

 

co powinno pasować

do pradawnego

 

rozległego nieba,

które właśnie przechodzi

 

do przeszłości

jak przepłacona

 

i nadpalona reklama

nowego napoju.


Darek Foks (ur. 1966) jest poetą i prozaikiem. Ostatnio ułożył Zawrót głowy. Antologię polskich wierszy filmowych (2018), Café Spitfire (2019) i Ludzi kultury (2019). Jest laureatem m.in. Nagrody TVP Kultura za książkę Co robi łączniczka (wspólnie ze Zbigniewem Liberą) oraz Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius za całokształt twórczości. Ponadto był nominowany m.in. do Nagrody Literackiej Nike, Nagrody Literackiej Gdynia, Paszportu „Polityki”, Górnośląskiej Nagrody Literackiej Juliusz, Energii Kultury i Nagrody Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Mieszka w Skierniewicach.

Urywek pochodzi z poematu Zrzut, który ukaże się jesienią. Poemat stanowi podstawę scenariusza filmu fabularnego pod tym samym tytułem, na który można się zrzucić tutaj.

Fot. Raymond Q.


Wiersz wolny to przestrzeń Liberté!, uwzględniająca istotne, najbardziej progresywne i dynamiczne przemiany w polskiej poezji ostatnich lat. Wiersze będą reagować na bieżące wydarzenia, ale i stronić od nich, kiedy czasy wymagają politycznego wyciszenia, a afekty nie są dobrym doradcą w interpretacji rzeczywistości.

Wiersze publikowane są w cyklu dwutygodniowym.

Samorządowa Karta Praw Rodzin pozbawia nas praw :)

29 stycznia 2020 roku głosami radnych łódzkiego sejmiku uchwalono Samorządową Kartę Praw Rodzin, która wywołuje w ostatnim czasie wiele kontrowersji. Coraz więcej środowisk reaguje na jej zapisy i bynajmniej nie są to głosy przychylne dokumentowi. A wszystko ma swój początek w zdaniu, które możemy przeczytać na stronie internetowej poświęconej Samorządowej Karcie Praw Rodzin: Zamach na prawa rodziców! Coraz częściej samorządy próbują podważać konstytucyjne prawa rodzin i rodziców. Najbardziej jaskrawym przykładem jest podpisana 18 lutego 2019 r. przez Prezydenta Warszawy Deklaracja LGBT+, która m.in. przewiduje wprowadzenie do szkół zajęć z permisywnej edukacji seksualnej. Nie możemy na to pozwolić! Aby temu przeciwdziałać, musimy przekonać nasze władze lokalne, by pilnie przyjęły Samorządową Kartę Praw Rodzin, potwierdzającą konstytucyjne gwarancje praw rodzin i praw rodziców oraz tworzącą realne gwarancje ich przestrzegania.” (źródło:https://www.kartarodzin.pl/).

Można długo dyskutować nad sensem cytowanego jak wyżej zdania, ale nie sądzę by miało to większe znaczenie. Jesteśmy świadkami tego, jak środowiska konserwatywne przy akompaniamencie aktualnej frakcji rządzącej, rozpętują wojnę ideologiczną wśród niemalże wszystkich Polek i Polaków. Wojna ta jest jednak kompletnie oderwana od rzeczywistości, w której żyjemy i absolutnie nie współgra z faktami, których istnieniu część z nas próbuje usilnie zaprzeczyć.

Jako nauczycielka nie mogłam przejść obojętnie obok jej zapisów, ponieważ zdecydowana ich większość dotyczy właśnie edukacji. Pozornie nie wzbudzają one zaniepokojenia, ale jeśli przyjrzymy się im bliżej oraz poddamy głębszej analizie w kontekście istniejącego już prawa oświatowego i sytuacji społeczno-politycznej, to nabierają one zupełnie nowego, niebezpiecznego znaczenia. Ponadto bardzo ważne wydaje się zwrócenie uwagi na to, iż Karta została napisana i wsparta przez organizacje prawicowe czy ultrakatolickie, bez uwzględnienia głosu innych podmiotów. Absolutnie zaburza to chęć współpracy i samo w sobie jest wykluczeniem. A jak powszechnie wiadomo, w Polsce rodziny mamy różne.

Zwróćmy jednak uwagę na kilka punktów dotyczących funkcjonowania szkół, które są zawarte chociażby w pierwszym rozdziale tegoż dokumentu. Zapisy są sugestią, jakoby szkoły funkcjonowały w oderwaniu od prawa oświatowego, przez co jawnie wprowadzają w błąd nieświadomego czytelnika. Naprawdę nie każdy musi znać się na prawie oświatowym, ale wykorzystywanie przez autorów potencjalnej niewiedzy swojego odbiorcy jest sporym nadużyciem i manipulacją. Co zatem możemy przeczytać w rozdziale pierwszym Samorządowej Karty Praw Rodzin? Między innymi to:  „W szkołach samorządowych muszą być respektowane ustawowe prawa rodziców, w tym w szczególności kompetencji rady rodziców do uchwalenia programu wychowawczo-profilaktycznego oraz do wyrażania zgody na podjęcie współpracy z organizacjami pozarządowymi i wymóg każdorazowego uzyskania zgody rodzica na udział dziecka w zajęciach nieobowiązkowych. Ponadto, właściwą praktyką jest umożliwienie rodzicom aktywnego włączenia się w te procesy, w tym w aspekcie merytorycznym.”. Powyższy zapis jest spekulacją, jakoby szkoły działały w oderwaniu od zapisów prawnych, a przecież tak nie jest i być nie może. W kompetencjach Rady Rodziców znajduje się m.in. uchwalanie w porozumieniu z radą pedagogiczną programu wychowawczo-profilaktycznego szkoły lub placówki, o którym mowa w art. 26 Ustawy Prawo Oświatowe. Żaden program wychowawczo-profilaktyczny szkoły nie może zatem być uchwalony bez zgody rodziców. Swoją drogą, pełne kompetencje Rady Rodziców można odnaleźć w tej samej Ustawie, w art. 84.

Kolejny fragment Samorządowej Karty Praw Rodzin brzmi: „Dobrą praktyką jest także informowanie przez szkołę rodziców o przysługujących im uprawnieniach, nawet jeśli taki obowiązek nie wynika wprost z ustawy.”. Ważne jest by zwrócić tu uwagę na to, że szkoła spełnia trzy podstawowe funkcje: dydaktyczną, opiekuńczą i wychowawczą. Nie słyszałam o informacyjnej, co nie zmienia faktu, że rodzic wie. Wskazuje chociażby na to fakt, że w każdej szkole odbywają się zebrania z rodzicami, na których wychowawcy przekazują informacje o działaniach podejmowanych w klasach czy szerzej – w szkole. Nauczyciele korzystają z dzienników elektronicznych służących ciągłemu kontaktowi, zapraszają na konsultacje indywidualne. Ponadto na stronach internetowych szkół są podane do nich kontakty, w tym telefoniczne. Zawsze można zadzwonić do sekretariatu i otrzymać odpowiedź na nurtujące nas pytania. Traktuję ten punkt jako formę poziału rodziców i nauczycieli, przy wykorzystaniu szczególnej sytuacji w jakiej się znajdujemy. Oświata przeżywa przecież poważny kryzys, a ubiegłoroczny strajk jest trudnym doświadczeniem, dla jednych i drugich. Zapis sugeruje również, że szkoła nie spełnia kategorii informowania rodziców o podejmowanych działaniach, a także zdejmuje z rodziców obowiązek dopytania i interesowania się życiem szkoły. A współpraca powinna być obopólna.

Kolejnym godnym uwagi zapisem jest ten brzmiący następująco: „Samorząd prowadzący szkołę powinien również publicznie udostępnić informacje o współpracy szkół z organizacjami pozarządowymi, podając je w Biuletynie Informacji Publicznej i na stronie internetowej gminy. Wskazać trzeba przynajmniej nazwy organizacji, na działalność których wydał zgodę dyrektor, oraz określić, jaki jest charakter ich aktywności. Dzięki takiemu rozwiązaniu rodzice będą dysponować wiedzą o funkcjonowaniu szkoły jeszcze
przed podjęciem decyzji o powierzeniu jej zadań z zakresu wychowania dziecka.”
. Tu ważną informacją jest ta, że organem zewnętrznym sprawującym nadzór pedagogiczny nad placówkami oświatowymi są kuratorzy oświaty, którzy doskonale wiedzą, co dzieje się w szkołach, bo każda z nich pisze masę sprawozdań ze wszystkiego, dosłownie wszystkiego. Być może zadanie powinno być nałożone na kuratorów oświaty, którzy opieraliby swoje dane na analizie tychże sprawozdań? Choć swoją drogą wydaje się to wszystko nieco zabawne, bo szkoły nie mają tajemnic w zakresie współpracy z różnymi organizacjami. Są to informacje publiczne i dostępne. Ponadto każda szkoła organizuje drzwi otwarte oraz zebrania z przyszłymi uczniami szkoły. Naprawdę nie ma problemu, by dopytać o cokolwiek w celu rozwiania wątpliwości. Posiadają także takie dokumenty jak: koncepcje pracy czy  sylwetkę absolwenta. Krótko mówiąc, jasny kierunek wychowania dziecka, które uczęszcza do danej szkoły.

Dalej, w Samorządowej Karcie Praw Rodzin, czytamy: „Dobrą praktyką jest udostępnienie informacji zawierającej nie tylko nazwę, ale też program zajęć oraz profil takiej organizacji każdemu rodzicowi z osobna, w sposób umożliwiający zapoznanie się z treścią tych dokumentów przed zapisaniem na zajęcia. Podobny mechanizm powinien zostać zastosowany wobec wszystkich innych form działalności dydaktyczno-wychowawczej szkoły lub placówki, które wykraczają poza podstawę programową lub dotyczą zagadnień objętych podstawą programową wychowania do życia w rodzinie, w tym realizowanych w ramach grantów ze środków publicznych.”. Po pierwsze, mało rzeczy wykracza poza podstawę programową. Po drugie, o propozycjach zajęć dodatkowych wykraczających poza podstawę programową (choć podkreślam raz jeszcze, że to bardzo trudne!) rodzice są informowani i muszą wyrazić pisemną zgodę na udział dziecka w tychże zajęciach. Przykładem potwierdzającym powyższe jest chociażby zapis w podstawie programowej w pierwszym etapie edukacyjnym kl. I-III, który brzmi: „Kształcenie w szkole podstawowej stanowi fundament wykształcenia. Zadaniem szkoły jest łagodne wprowadzenie dziecka w świat wiedzy, przygotowanie do wykonywania obowiązków ucznia oraz wdrażanie do samorozwoju. Szkoła zapewnia bezpieczne warunki oraz przyjazną atmosferę do nauki, uwzględniając indywidualne możliwości i potrzeby edukacyjne ucznia. Najważniejszym celem kształcenia w szkole podstawowej jest dbałość o integralny rozwój biologiczny, poznawczy, emocjonalny, społeczny i moralny ucznia.”. (źródło: https://podstawaprogramowa.pl/Szkola-podstawowa-I-III).

Powyższa analiza dotyczy wyłącznie pierwszego rozdziału Samorządowej Karty Praw Rodzin dla gmin. Tempo ich uchwalania w różnych miastach i województwach jest zatrważające, a treści mają zbyt szerokie pole do interpretacji, co daje z kolei może prowokować nadużycia. Nie da się ukryć, że najbardziej uderza w środowisko osób LGBT+, które nie wpisuje się w preferowane wartości środowisk prawicowych i ultrakatolickich. Dokument jawnie zagraża edukacji antydyskryminacyjnej czy seksualnej, które są przecież obowiązkowe. Każda placówka oświatowa w Polsce ma realizować, zarówno jedną i drugą, co jest zapisane w prawie oświatowym i nie tylko.  Sugerowanie, jakoby były w sprzeczności z nim, jest ciosem poniżej pasa. W kraju powstaje już wystarczająco „stref wolnych od…”. Wszelkie mniejszości, inności, a zwłaszcza rodziny, które nie wpisują się w tak zwany tradycyjny model, na który powołują się autorzy, stają przed realnym zagrożeniem wykluczenia. Ważne jest to, by pamiętać, że dokument, który tak ochoczo jest uchwalany przez samorządy, nie jest w żaden sposób wiążący. Autorzy podkreślają, że to wyłącznie kodeks tzw. „dobrych praktyk”, które wydają się być wątpliwe. Niemniej nie oznacza to, że mamy nie reagować. Musimy wręcz.

Samoistnie narzuca mi się pewne skojarzenie, które oddaje charakter działań decydentów oraz aktualnej sytuacji społeczno-politycznej. To poruszające wystąpienie Mariana Turskiego, który przy okazji obchodów 75. rocznicy wyzwolenia Auschwitz-Birkenau, wzruszył miliony Polek i Polaków. W swoim przemówieniu mówił o tym, jak łatwo odpuszczamy i akceptujemy powolne przejawy dyskryminacji. Niby nie są oczywiste, niby nic nie znaczą, a w konsekwencji mogą mieć tragiczny wpływ na losy poszczególnych ludzi, co zresztą dobitnie, nie jeden już raz, pokazała historia. Turski powiedział bowiem: „Nie bądźcie obojętni, kiedy jakakolwiek mniejszość jest dyskryminowana, ponieważ istotą demokracji jest to, że większość rządzi, ale demokracja na tym polega, że prawa mniejszości muszą być chronione jednocześnie. Nie bądźcie obojętni, kiedy jakakolwiek władza narusza przyjęte umowy społeczne, już istniejące. Bądźcie wierni przykazaniu. Jedenaste przykazanie: nie bądź obojętny, bo jeżeli nie, to się nawet nie obejrzycie jak na was, jak na waszych potomków, „jakieś Auschwitz” nagle spadnie z nieba.”. Niech te słowa będą drogowskazem w naszym codziennym życiu. Nie przechodźmy obok nich obojętnie.

 

Oscary – ciągle najważniejsza nagroda filmowa na świecie :)

Niezwykle modne stało się ostatnio narzekanie na Oscary (choć zdarzało się to i wcześniej) . Przodują w tym interesujący się filmem i kulturą popularną publicyści bogatej Północy, którzy przyrównują widowisko do pozbawionego znaczenia targowiska próżności ograniczającego się wyłącznie do kina amerykańskiego. Trochę jest w tym prawdy – niemniej od dziewięćdziesięciu lat Oscary trzymają się mocno i tak jak zawsze były, zapewne nadal pozostaną najważniejszą nagrodą dla filmowców. A rok 2020 i to kto ją w tym roku otrzymał się do tego procesu przyłoży.

Nagroda dla najważniejszego filmu czyli co nieco o inżynierii społecznej.

Bez wątpienia do historii przejdzie Oscar przyznany południowokoreańskiemu filmowi „Parasite” (2019)  w kategorii najlepszego filmu.  Wprawdzie sam „Parasite” nie jest filmem w pełni zrealizowanym poza amerykańskim systemem produkcyjnym (a i w przeszłości Oscara w tej kategorii dostawały filmy nominalnie nie-amerykańskie) -to nie da się zaprzeczyć, że  jest to pierwszy film nie-amerykański i nie-anglojęzyczny, który tą nagrodę otrzymał.  Poprzedni nie-amerykańscy laureaci to albo filmy brytyjskie robione za amerykańskie pieniądze (zresztą czasem ciężko jest rozdzielić kino amerykańskie i brytyjskie) lub tak jak „Artysta” (2012) czyli kino upozowane na amerykańskie i w dodatku składające hołd Hollywoodowi. „Parasite” mimo inspirowania się amerykańską kulturą jest jednak dziełem zupełnie odrębnym – choć zrealizowanym w kraju azjatyckim najmocniej nasiąkniętym amerykańską kultura.

Przyznanie „Parasite” nagrody w kategorii najlepszego filmu roku to być może przypadkowy, ale ważny symbolicznie gest. Tym samym Hollywood przyznało, że najlepszy film roku może powstać poza anglosaskim systemem filmowym. Na tą zmianę Akademia Filmowa była zresztą gotowa juz przed Oscarami – rezygnując dotychczasowej kategorii „najlepszy film nieangielskojęzyczny” na rzecz „najlepszy film międzynarodowy”. Hollywood i reszta świata zostały w ten sposób zrównane. Obydwie nagrody zdobył zresztą „Parasite”.  Ciekawe, że abdykacja „amerykańskiego kina” odbyła się w roku, w którym Hollywood miało do zaoferowania światu kilka naprawdę niezłych filmów. Do historii kina przejdą bez wątpienia: „Jocker” Toda Philipsa, „1917” Sama Mendesa” czy „Dawno temu w Hollywood” Quentina Tarantino. Paradoksalnie po kilku latach nagradzania filmów za zasługi ich reżyserów lub za temat: („Spotlight”, „Moonlight”, „Kształt wody” czy też „ Greenbook”, ale i wcześniejsze „Jak zostać królem” czy „Artysta”, które do arcydzieł nie należały) amerykańska fabryka snów raz jeszcze miała coś do powiedzenia, jednak koreański twórca okazał się jeszcze lepszy.

Gdzie indziej jednak bez zmian

Podczas oscarowej gali role aktorskie są nagradzane na różne sposoby i od prawie stu lat trudno jest uznać, że istnieje jeden logiczny system według, którego są przyznawane. Czasem to autentyczny podziw dla gry aktorskiej a czasem czyste emocje. Niekiedy nagrodę dostaje się na zachętę, to znów wręcz przeciwnie – za wczorajsze zasługi. W tym roku pojawił się każdy z tych czynników i najlepiej widać to na przykładzie Brada Pitta. Ten wielki gwiazdor i aktor otrzymał Oscara za rolę drugoplanową w „Dawno temu w Hollywood”. Była to rola godna wyróżnienia, ciekawa i znakomicie zagrana, jednocześnie była to też forma docenienia jednego z najbardziej ikonicznych aktorów ostatnich trzech dekad i symbolu światowej męskości, który do tej pory Oscara nie dostał.  Z kolei nagroda dla rzemieślniczej biegłości Rene Zellweger w kategorii najlepszej aktorki to typowe dla Hollywood uczczenie kogoś za techniczne poświęcenie i sukces aktorskich umiejętności w kiepskim filmie do zapomnienia. Laura Dern – najlepsza aktorka drugiego planu to z kolei wyśmienite aktorstwo, a Joaquin Phoenix to i aktorstwo i posłanie. Jest tu więc pełna ekumena Hollywood.

Polski ślad

Na tym tle „Boże Ciało”  Jana Komasy  wypadło nie tylko dobrze, ale wręcz rewelacyjnie. Pierwszy (nie licząc „Noża w wodzie” Polańskiego) polski film nominowany do Oscara nie posiadający ambicji wadzenia się z historią i wielką polityką, przegrał z „Parasite”, które zapisze się jako arcydzieło. Jednak ślad filmu Komasy napewno w Hollywood pozostanie. To dzieło wpisuje się w powrót Hollywood do debaty aksjologicznej i zadumy nad światem. Jak się okazuje – ciagle mamy w tej sprawie coś do powiedzenia, a Europa Środkowa (a w niej osobliwie Polska) tworzy przesłanie zarówno lokalne jak i uniwersalne. Całkiem jak kiedyś Czesi, którym tego w kinie zazdrościliśmy.

Tylko w wypadku kobiet dalej jest źle. Na liście nominowanych do statuetki reżyserek widnieją od lat dziewięćdziesiąt trzy kobiety ( w tym jedna z Oscarem) i tegoroczna ceremonia nie przyniosła w tej kwestii żadnych zmian.

„tv”PiS – propaganda do prywatyzacji :)

Nie miliardy, lecz chęć szczera, zrobi z Ciebie oficera (prasowego).  Rządową telewizja a także radio, będące medialnym ramieniem PiS należałoby sprywatyzować, o ile ktoś chciałby je kupić. Aby nigdy więcej nie służyły jako partyjne narzędzie do manipulacji ludźmi przez jakąkolwiek opcję polityczną.

TVP powinna być sprywatyzowana. Ostatnie, głośne głosowanie w sprawie przekazania dwóch miliardów złotych na promocję rządu pod jurysdykcją Jacka Kurskiego tylko utwierdziło mnie w tym przekonaniu. To co obecnie wyprawiają oficerzy prasowi z Woronicza przechodzi wszelkie pojęcie i łamie elementarne standardy dziennikarskie (zaczynając od podstaw takich jak skrajne opinie w z natury neutralnych newsach, robienie z tych newsów felietonów opatrzonych jednostronnym komentarzem, przez sterowanie czasem antenowym na korzyść jednego gracza, na sławnych paskach kończąc).

Pal licho gdyby ta telewizja prezentowała prawicowy punkt widzenia, choć jak etos wskazuje („publiczna”), powinno znaleść się w niej miejsce na inne światopoglądy, lewicowe, liberalne etc. Ale nawet tak nie jest. Ta telewizja jest medialnym ramieniem jednej partii, brutalnie gnojącym wszystkie inne ugrupowania od Razem, przez Platformę Obywatelską i PSL po Konfederację. Jej zadaniem jest doszczętne zohydzenie jakiejkolwiek opozycji i pokazanie, że tylko pod rządami obecnej partii Polska jest krajem mlekiem i miodem płynącym.

Jeśli ktoś nie jest w stanie przyjąć tego podstawowego faktu do wiadomości, to odmawiam dyskusji. O tym trzeba mówić głośno. Dziennikarze nie powinni chować głowy w piasek. Oczywiście, w przeszłości telewizja publiczna nie była w pełni bezstronna, ale takie prostackie i nachalne chamstwo, które wylewa się z niej i uczynienie z dziennikarzy partyjnych rzeczników to novum.

Niestety, Jacek Kurski pokazał, że część ludzi tego właśnie chce, pokazał że można stworzyć brutalną machinę propagandową z dziennikarstwem mającą niewiele wspólnego. Istnieje obawa, że po zmianie władzy pojawią się zakusy by nowa władza wprowadziła jakiś lifting, ale przyjęła zbliżone zasady funkcjonowania tego medium. To niepotrzebne ryzyko.

Znamienne jest to, że żadna z prywatnych telewizji (pomijam religijne media toruńskie) nie zbliżyła się nawet do kreacji takiej alternatywnej wizji rzeczywistości. Dlatego, że prywaciarz musi walczyć o widza, walczyć jakością, zróżnicowanym przekazem i poziomem. Prywaciarz nie dostanie dwóch miliardów i nie zmusi ludzi do płacenia abonamentu. Dziennikarze w budżetówce nabrali cech urzędników karnie wykonujących polecania swojego Pana – tego kto trzyma kasę i władzę.

Coraz więcej świadomych ludzi samemu poszukuje informacji na własną rękę, zaglądając do różnych źródeł, nie warto ogłupiać tych mniej świadomych jakąkolwiek partyjną propagandą dzisiaj czy jutro. Czasy się zmieniają. Myślę, że czas najwyższy skończyć z fikcją rozpościerania monopolu państwowego nad tak wielkim molochem jak TVP. Czas na prywatyzację.

 

Smartfony, edukacja i moralna panika :)

Nie ma nic złego w tym, że uczeń zamiast napisać pracę na kartce czy komputerze, napisze ją na smartfonie. Wszelkie wynalazki w przestrzeni edukacyjnej, należy traktować w kategoriach potencjału, jaki za sobą niosą, a nie zagrożenia. 

W ostatnim czasie w debacie publicznej – zarówno w wymiarze globalnym, jak i lokalnym – pojawia się wątek używania vs. nieużywania smartfonów w przestrzeni szkolnej (na wszystkich poziomach kształcenia). W dyskusji tej zarysowuje się wyraźny podział na tych, którzy uważają, że należy wprowadzić całkowity zakaz (lub ograniczenia) w używaniu smartfonów w szkole, a tym samym w procesie kształcenia oraz na przeciwników takich rozwiązań. Stosowana argumentacja przez obie strony w wielu przypadkach jest uzasadniona, jednak niektóre z przedstawionych przesłanek – zwłaszcza w grupie przeciwników – wpisują się bardziej w dyskurs moralnej paniki niż racjonalnych wyjaśnień. 

Wprowadzenie coraz to nowszych rozwiązań technologicznych w proces kształcenia, zawsze budziło kontrowersje. Jedni pokładali w nich ogromne nadzieje, twierdząc, że pozwala ono na rozwój nowych kompetencji, inni z kolei uważali, że jest dystraktorem i zbędnym elementem edukacji. Zwolennicy smartfonów w procesie kształcenia powołują się na badania,  wedle których telefony komórkowe poprawiają zdolności poznawcze, wpływają na inteligencję, możliwości wykonywania wielu zadań jednocześnie, a także stanowią narzędzie do zdobywania wiedzy. Przeciwnicy z kolei wysuwają argumenty, na które również znajdziemy potwierdzenie w badaniach, że używanie telefonów komórkowych obniża zdolności koncentracji, negatywnie wpływa na pamięć, a także prowadzi do uzależnień. Trzeba jednak zauważyć, że prowadzone badania w tym zakresie nie dostarczają nam jednoznacznych odpowiedzi, bowiem są stosunkowo nowym obszarem eksploracji. Przegląd literatury z zakresu psychologii pokazuje nam dane o negatywnym wpływie na zdolności poznawcze, w tym koncentrację, ale tyleż samo jest badań,  które wskazują na pozytywny efekt używaniu telefonów komórkowych oraz na zdolności jednostki do redukowania dystraktorów. Ciekawe badania zostały przeprowadzone przez Sparrow i współpracowników (2011), a później rozwinięte przez Kaspersky Lab (2015), którzy dowiedli eksperymentalnie, że osoby, które wiedzą, że jakieś informacje zostały dla nich zdigitalizowane i są w ciągłej dostępności, zapamiętywali mniej danych i gorzej radzili sobie z następnymi zadaniami, niż ci, którzy wiedzieli, że nie będą mieli dostępu do tych danych. Naukowcy nazwali to „efektem Google” lub „cyfrową amnezją”. Innymi słowy, jeśli wiemy, że mamy ciągły dostęp do danych np. możemy wyszukać to w Google, wówczas nasze zdolności zapamiętywania i przechowywania wiedzy spadają. 

Jednak, czy ten argument może działać na niekorzyść wykorzystywania telefonów komórkowych w procesie kształcenia? To zależy, jakie cele wychowawcze i edukacyjne zostaną wyznaczone. Jeśli wskaźnikiem rozwoju, wiedzy i kompetencji przyszłych pokoleń jest zdolność do encyklopedycznego zapamiętywania faktów, wówczas argument ten działa na korzyść przeciwników nie tylko smartfonów, ale użytkowania nowoczesnych technologii w ogóle. Jeśli celem kształcenia ma być zdolność wyszukiwania informacji, jej krytycznej analizy, umiejętności wykorzystania wiedzy, wówczas wyniki tych badań mogą być użyteczne w zakresie odpowiedniego doboru metod kształcenia (jednak nie samej technologii). 

Jest jeszcze jeden argument wykorzystywany przez przeciwników telefonów komórkowych w szkołach. Uzależnienia. I tutaj ponownie trzeba zauważyć, że dotychczasowe badania są w tej kwestii niejednoznaczne. Przegląd literatury pokazuje, że znajdziemy zarówno te, które wskazują, że telefony komórkowe mogą prowadzić do uzależnień, jak i te wskazujące, że wśród uzależnień adolescentów, akurat ten rodzaj nie jest najbardziej powszechny. Trzeba przypomnieć, że te badania prowadzone przez różne grupy naukowców są dopiero w stadium początkowym. Jednak argument dotyczący niebezpieczeństwa uzależnień, jako, że podszyty jest strachem o „dobro dzieci i młodzieży” brzmi najgłośniej. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych ukazała się publikacja Amerykanina Kennetha Thomsona Moral Panic, rozpoczynająca się od słów „powszechnie jest wiadomo, że nastał wiek moralnej paniki”. Thomson ukazuje, że media – a zwłaszcza nagłówki prasy czy filmy paradokumentalne – powodują moralną panikę wśród społeczeństwa. Jako główne jej źródła wskazuje imprezy typy  rave, przemoc stosowaną przez kobiety (dziewczęta), przemoc rówieśniczą, seks, AIDS. Analizując rozwój paniki moralnej w społeczeństwie, Thomson pokazuje, że w historię ludzkości wpisana jest panika związana z rozwojem nowoczesnych technologii. Wskazuje, że w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych obawiano się rozpowszechnienia telewizji, której zarzucano zdolność do deprawacji młodzieży i dzieci. Telewizja była przez wiele lat obiektem badań, jako źródło przemocy oraz uzależnień. Wieszczono upadek moralny, seksualizację dzieci i koniec świata, jaki znamy. Oto bowiem niektóre amerykańskie stacje telewizyjne zakazywały pokazywania całej sylwetki Elvisa Presleya , bowiem jego swobodny i frywolny taniec, w opinii ekspertów prowadził do upadku moralności młodego pokolenia (a zwłaszcza kobiet!). Następnie w gospodarstwach domowych pojawiły się komputery a wraz z nimi lęk i panika o zdrowie psychiczne i moralne przyszłych pokoleń. Gdyby analizować historię ludzkości w kontekście rozwoju technologii, to można by było zauważyć, że wpisany w nią jest lęk i panika moralna przed nowymi wynalazkami. Panika moralna i lęk towarzyszył elektryfikacji, kanalizacji, ale także pismu drukowanemu. Za każdą rewolucją technologiczną kryła się obawa o upadek cywilizacji. Dziś również towarzyszy nam lęk przed mega katastrofą, spowodowaną właśnie rozwojem technologicznym. 

Rozwój technologii miał i ma wspomóc  działania społeczne, w tym także proces kształcenia. Oczywiście nieumiejętne posługiwanie się technologią może stanowić zagrożenie. Długopis też może stać się niebezpiecznym narzędziem, jeśli jest używany nieodpowiednio. Umiejętność posługiwania się nowoczesnymi technologiami, w tym właściwym używaniem aplikacji w smartfonach, powinna stać elementem procesu wychowawczego i kształcenia. W tym kontekście całkowite zakazywanie korzystania z telefonów komórkowych w przestrzeni szkolnej, sprawia, że szkoła przestaje być odpowiedzialna za właściwe kształtowanie kompetencji cyfrowych i wychowywania odpowiedzialnych obywateli. Zwolennicy stosowania nowoczesnych technologii w przestrzeni szkolnej oraz wykorzystywania potencjału jaki za sobą niosą smartfony nie widzą w tych praktykach zagrożenia, lecz potencjał. Nauczyciele wykorzystujący te technologie, nie zachęcają do bezrefleksyjnego spędzania czasu „na komórce”, lecz pokazują, w jaki sposób można je skutecznie wykorzystać. Nie ma nic złego w tym, że uczeń zamiast napisać pracę na kartce czy komputerze, napisze ją na smartfonie.  Wszelkie wynalazki w przestrzeni edukacyjnej, należy traktować w kategoriach potencjału, jaki za sobą niosą, a nie zagrożenia. Trzeba spojrzeć na nie jak na narzędzie, które ma wspierać proces kształcenia, natomiast w żaden sposób nie może go zastąpić. Student nie napisze pracy semestralnej bez dostępu do danych źródłowych. Jednak, to czy będzie ich szukał na komórce, w komputerze czy w bibliotece, nie ma znaczenia dla końcowego efektu. Znaczenie będzie miało, jak będzie ich szukał, a ta umiejętność powinna być kształtowana od wczesnych lat edukacji szkolnej. Jeśli jednak młodym ludziom ogranicza się dostęp do nowoczesnych technologii, poprzez wprowadzania zakazów, nie będą oni w stanie nabyć tych kompetencji. W Finlandii uczą dzieci jak odróżniać fake news od prawdziwych informacji. Trudno nauczyć, takiej kompetencji bez dostępu do narzędzi, które w dużym stopniu generują fake newsy.

Oczywiście ograniczenie używania telefonów komórkowych do celów innych niż edukacyjne jest uzasadnione, ale chyba nie powinno być przedmiotem legislacji. Wiele państw wprowadziło z dumą zakaz używania telefonów komórkowych w szkołach, co oznacza, że także w trakcie zajęć nie można z wykorzystać ich potencjału edukacyjnego. Francja wprowadziła całkowity zakaz używania komórek w klasach szkolnej dla młodzieży do 15 roku życia. Z kolei rząd w Danii odrzucił propozycję wprowadzenia zakazu używania komórek w szkołach, jednak wiele szkół samodzielnie wprowadza przepisy zabraniające ich używania. Włoska minister edukacji w 2016 roku zniosła z kolei wprowadzony kilka lat wcześniej zakaz używania telefonów komórkowych w szkołach, tłumacząc, że mają one walory edukacyjne, a młodzież powinna być uczona, w jaki sposób właściwie ich używać. Podobne stanowisko zajął rząd brytyjski. W Polsce – na ten moment nie mówi się o wprowadzeniu  odgórnego zakazu – polityka stosowania telefonów komórkowych pozostaje w gestii placówki (najczęściej dyrektora), jednak jak pokazują niektóre badania 60% statutów szkolnych wprowadziło całkowity zakaz ich używania. Instytut Badań Edukacyjnych wyszedł ostatnio z bardzo ciekawą inicjatywą, wprowadzając projekt „Smartfony w szkole. Ustalamy reguły gry”. Celem projektu jest wypracowanie rekomendacji i propozycji rozwiązań, w jaki sposób odpowiedzialnie używać telefonów komórkowych w przestrzeni szkolnej. Dotychczasowa praktyka, w której wprowadza się całkowity zakaz używania telefonów komórkowych jest krótkowzroczna, ale także demonizuje narzędzie codziennego użytku – telefon, kalkulator, notatnik, kalendarz, aparat fotograficzny, czytnik książek i artykułów oraz encyklopedię. 

*Niniejszy artykuł powstał przy pomocy smartfona. 

Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies. Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W programie służącym do obsługi internetu można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia.

Akceptuję