Błąd i przedwczesna decyzja władz Uniwersytetu Łódzkiego w sprawie Covid-19 :)

Ustępujący Rektor Uniwersytetu Łódzkiego prof. Antoni Różalski w komunikacie z dnia 12 sierpnia 2020 ogłosił faktyczne prowadzenie zajęć przez Uniwersytet w roku akademickim 2020/2021 w formule zdalnej. Uważam, że to bardzo zła i przedwczesna decyzja ustępującego Rektora. Ważne instytucje życia publicznego powinny ważyć swoje działania i patrzeć na wszystkie ich skutki. Sytuacja epidemiczna w Polsce nie wymaga tak radykalnych działań.

Studenci na bardzo długi czas zostaną pozbawieni normalnej edukacji oraz socjalizacji w świecie uniwersytetu. To będzie okres 1,5 roku! Nie wszyscy wykładowcy chcą i potrafią skutecznie kontynuować zdalne nauczanie. W efekcie studenci opuszczą Uniwersytet statystycznie po prostu gorzej przygotowani do wyzwań jakie czekają ich w zawodowym życiu.

Zapobiegawczo, prawo do prowadzenia zdalnych zajęć powinni mieć wykładowcy seniorzy oraz Ci wykładowcy i studenci którzy obawiają się o swoje zdrowie z racji na choroby współistniejące. Plus oczywiście osoby przebywające na kwarantannie. Powinny być zachowane środki ochrony osobistej i higienicznej.

Trzeba szukać rozwiązań umożliwiających poszukiwanie „nowej normalności” z Covid – 19 będziemy żyć bardzo długo, ten wirus nie zniknie. Ponowne ślepe zamykanie „świata” nie jest zrównoważoną i rozsądną odpowiedzią na to wyzwanie. To też fatalny sygnał dla innych sektorów i życia społeczno – gospodarczego, którego ważną część stanowi społeczność akademicka.

Krytykowana Szwecja i jej główny epidemiolog Anders Tegnell, którzy postanowili nie wprowadzać radykalnego lockdownu tylko szukać zrównoważonej odpowiedzi na epidemię, jako jeden z niewielu krajów na świecie po początkowej zwiększonej liczbie zachorowań, osiąga dziś zdecydowany sukces w walce z chorobą. Świetnie pokazują to dane WHO na temat liczby nowych zachorowań w Szwecji oraz liczby przypadków śmiertelnych:

 

Źródło: https://www.worldometers.info/coronavirus/country/sweden/

Przypomnę dane z Polski. Dotychczas na Covid-19 zmarło w Polsce: 1821 osób. Co roku na zapalenie płuc (którym również się można zarazić) umiera około 12.000 osób.

Warto czytać też inne dane z naszego kraju. Poniższy wykres obrazuje procent testów pozytywnych na Covid-19 w Polsce. Zdecydowanie więcej testujemy, więc mamy więcej wykrytych przypadków. Ale jak pokazuje ten wykres to wcale nie oznacza, że sytuacja epidemiczna w Polsce się drastycznie pogarsza, pomimo znaczącego poluzowania wszystkich obostrzeń. Mamy coraz mniejszy procent testów pozytywnych w badanej próbie, a następnie stagnację na określonym poziomie.

 

Warto również zapoznać się wykresem pokazującym wiek osób, które padły ofiarą Covid – 19 w Polsce:

 

Źródło: https://koronawirus-w-polsce.pl/?fbclid=IwAR0207zYBSRwwb95WC57uU7O-BOLTD5r3-wQwO35FRsY-zQ3D1FPIjzC1L8

Na koniec najważniejszy wykres czyli osoby hospitalizowane z powodu COVID-19 w Polsce oraz liczba zajętych respiratorów. Tak naprawdę to jest kluczowa statystyka pokazująca powagę sytuacji i przygotowanie służby zdrowia na ratowanie życia pacjentów. I to ona, a nie liczba zakażeń powinna być powodem podejmowania działań anty-epidemicznych. Jak widać sytuacja dziś nie jest mimo znoszenia obostrzeń dramatyczna. Wręcz odwrotnie. Warto zacytować też przedstawicieli Ministerstwa Zdrowia z niedawnego materiału dla TVN 24: „Z tego rachunku wynika, że z 1177 respiratorów w szpitalach, gdzie leczeni są chorzy na COVID-19, zajętych 22 lipca było 71 urządzeń. To daje 6 procent obłożenia. Ministerstwo analizuje: W sumie, w szpitalach na terenie Polski mamy ponad 11 tysięcy respiratorów. W porównaniu do marca tego roku przybyło ok. tysiąca takich urządzeń”.

Żródło: https://koronawirusunas.pl/?fbclid=IwAR3Ac6hSpJHAVglGmBNPlScpRMBHSErvuTWR1DC87YrJsSN5poil0lSMLSQ

Nie należy lekceważyć zagrożenia, ale działać proporcjonalnie. Skutki kolejnego długotrwałego lockdownu są naprawdę trudne do wyobrażenia, w kategoriach społecznych, gospodarczych, ale także wypełnienia zadań publicznych przez państwo. Takich odpowiedzialnych i zrównoważonych, biorących pod uwagę wszystkie skutki podejmowanych decyzji, działań należy oczekiwać szczególnie od wysokiej kadry akademickiej. 

Cały komunikat można przeczytać tutaj: https://www.uni.lodz.pl/aktualnosc/szczegoly/komunikat-rektora-ul-w-sprawie-modelu-zajec-dydaktycznych-2020-2021?fbclid=IwAR0EkE_uXsckOjm73kb6HT6t4_sapBv2sTXk3T1w00TAoU0RhpSU9U0KMcg

Zachodnia Europa versus Rosja -czyli spór o widzenie świata :)

Temat: Europa (Zachód) – Rosja należał do podstawowych aż do końca zimnej wojny. Co się takiego stało, że go zaniechano? Czyżby cokolwiek w sposób istotny się zmieniło, zniknęły różnice? I drugie pytanie filozoficzne, to pytanie o „wartości europejskie” lub „zachodnie”. Co to dzisiaj znaczy? Jak je wyeksplikować? Jak je egzekwować, jeżeli rzeczywiście funkcjonują?

Zacznijmy od porządku ustalonego w Teheranie, a przy okazji od losu Polski. Otóż niemądre jest dowodzenie, że Polska została zdradzona przez zachodnich aliantów. Roosevelt ledwie wiedział o istnieniu Polski, a Churchill miał zbyt słabą pozycję. Zabrakło odpowiednika Paderewskiego, który w czasie I wojny światowej wywarł wielki wpływ na prezydenta Wilsona. Alianci potrzebowali milionów biednych żołnierzy z terenów Rosji, bo nie było ich stać politycznie i ludzko na taki wysiłek. Cokolwiek by sądzono, to te miliony wygrały wojnę. A Polska, między innymi, stała się tego ofiarą. Przy lepszej dyplomacji aliantów zapewne można było w sprawie polskiej więcej uzyskać, bo nie jest oczywiste, czy Stalin zdecydowanie chciał okupować Polskę, ale tej dyplomacji zabrakło. Polska była, tak jak jest, krajem na marginesie. Nikt nie chciał przedłużania wojny po to, żeby kraje Europy Wschodniej pozostały niepodległe.

Zasady te, czyli pokój za wszelką cenę, pozostały w filozofii wojny uprawianej na Zachodzie już na stałe. Dwa przykłady: porażka Anglii i Francji w sprawie kanału sueskiego i Egiptu w 1956 roku, a potem amerykańska klęska w Wietnamie wzmocniły to pokojowe nastawienie. Wszyscy chcieli pokoju, także Związek Sowiecki, który też raz spróbował (pomijam Koreę) w Afganistanie i też poniósł dotkliwą porażkę, która rozpoczęła koniec. Jednocześnie dla Zachodu zimna wojna była korzystna gospodarczo, bo inwestycje w obronność polepszały koniunkturę i napędzały rozwój technologiczny. Zauważmy jednak, że tak było w Stanach Zjednoczonych i do pewnego stopnia w Wielkiej Brytanii, ale nie w kontynentalnej Europie. Europa uznała, że NATO jest wystarczające i tylko dla pozorów poszczególne państwa tworzyły własne armie i do dzisiaj trwa marzenie o wspólnej armii europejskiej. Nie bardzo wiadomo po co wiele krajów (w tym Polska), w ogóle ma swoje wojsko. Nikogo nie zaatakują, z nikim nie wygrają, a przed siłą mocarstw się nie obronią. Trudno się dziwić wątpliwościom amerykańskim, co do samego NATO, skoro to Amerykanie są praktycznie jedyną siłą w tym sojuszu. Nawet wojny w Jugosławii (Kosowie) Europa nie potrafiła skończyć bez amerykańskiej pomocy.
Liberalna Europa tak bardzo obawiała się jakiegokolwiek konfliktu na kontynencie, że nawet zmiany 1989/1990 przyjęła z mieszanymi uczuciami. Nic nie pomogła, ale się obawiała jakiejkolwiek ostrzejszej reakcji ze strony Związku Sowieckiego, a zwłaszcza zjednoczenia Niemiec. Szybko zapanował entuzjazm, ale doprawdy odtrąbienie europejskiego sukcesu było bezpodstawne, gdyż jedynej (i niewielkiej) pomocy w latach ucisku sowieckiego udzielały agendy CIA. Z koncepcji pokoju za wszelką cenę wyłamał się tylko de Gaulle (także w interesie Francji, tak jak go rozumiał), ale po jego śmierci Francja wróciła do wspólnoty europejskiej.
Wspólnota europejska, nie tylko sama Unia, stanowiła pewien problem. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że przynależność do niej i sama idea wspólnoty są bezcenne. Jednak wiele krajów uznało, że polityka zewnętrzna w stosunku do wspólnoty jest zbędna lub że można jej ciężar zrzucić na wspólnotę. Z kolei organy decyzyjne wspólnoty – i w coraz większym stopniu NATO – nie interesują się Europą poza krajami członkowskimi. Przykłady z ostatnich lat to sprawa Ukrainy, która wprawdzie nie jest bez winy, ale też otrzymała jedynie marne wsparcie od Europy, sprawa Turcji, gdzie z racji wojskowych uwarunkowań pozwolono na kompletną dewastację demokracji, czy – obecnie, dzisiaj – sprawa Białorusi. Tu już mamy do czynienia ze skandalem. Ani NATO ani Unia Europejska nie poparły chociaż słownie zwolenników zmiany w tym kraju. Rola Polski jest wyjątkowo paskudna, bo to nasz najbliższy sąsiad i oczywisty interes w stosunkach międzynarodowych, już pomijając takie kwestie jak elementarne wartości i zwyczajna przyzwoitość.
Szalony Trump, trudna do wyjaśnienia, ba, zrozumienia polityka Chin i równie mętna polityka potężnej i zarazem słabej Rosji doprowadziły do stworzenia świata, w którym nie ma już ładu. A przeciwnie jest groźny nieład. Takie sytuacje się zdarzały – na przykład w okresie międzywojennym – jednak wielu ludzi dostrzegało wtedy zagrożenie. Do tego wszystkiego doszła pandemia, która w sposób naturalny doprowadziła do objawów egoizmu narodowego i to w świecie zachodnim niemal powszechnie. Wszystko to można zrozumieć, ale jak z tego wybrnąć, jak zastosować dyrektywy wielkich filozofów polityki międzynarodowej od Grocjusza przez Clausewitza po Kissingera?
Obawiam się, że podobnie jak w wielu innych przypadkach na szczytach politycznych dominuje bezmyślność spowodowana nie brakiem mądrych ludzi, lecz rozpaczliwym brakiem dobrych rozwiązań. Jest wiele przykładów ciekawych rozważań publicystycznych, ale w najmniejszym stopniu nie sięgają one poziomu filozoficznego. Sam potrafię tylko postawić pytania filozoficzne, na które nie znam odpowiedzi.
A zatem, jak w dłuższej perspektywie mają wyglądać stosunki świata zachodniego z Rosją, w których idzie nie tylko o spór militarny, ale przede wszystkim – jak zawsze z Rosją – spór o widzenie świata? W trakcie ostatnich dwustu lat bardzo wiele napisano na temat fundamentalnych relacji z Rosją. Pisali też znakomici polscy autorzy. Temat: Europa (Zachód) – Rosja należał do podstawowych aż do końca zimnej wojny. Co się takiego stało, że go zaniechano? Czyżby cokolwiek w sposób istotny się zmieniło, zniknęły różnice? I drugie pytanie filozoficzne, to pytanie o „wartości europejskie” lub „zachodnie”. Co to dzisiaj znaczy? Jak je wyeksplikować? Jak je egzekwować, jeżeli rzeczywiście funkcjonują? Takich pytań można zadać więcej. O źródła populizmu, o imigrację z punktu widzenia europejskiej duchowości, o relacje między bogatymi a biednymi krajami Europy, o rolę religii w europejskim świecie. Pytań brak, a, oczywiście, odpowiedzi na niezadawane pytania – nie ma.

Brexit i co dalej? :)

Kilometrowe korki na granicach, potencjalne niedobory leków i być może także żywności, trudne do oszacowania straty dla niemal 250 tysięcy brytyjskich firm eksportujących swoje towary wyłącznie do Unii Europejskiej, a nawet groźba rozpadu kraju. Do tego brak pomysłu na przyszłość.

Od brytyjskiego referendum w sprawie wyjścia z Unii Europejskiej minęły ponad 4 lata. Jakie korzyści z tej decyzji osiągnęła Wielka Brytania? Trudno je znaleźć. Za to lista problemów jest coraz dłuższa.
Po pierwsze, brak porozumienia z Unią Europejską. Obecny okres przejściowy w relacjach Londynu z Unią – który rozpoczął się 1 stycznia wraz z formalnym wyjściem Wielkiej Brytanii z UE – kończy się 31 grudnia. Wiele wskazuje na to, że nowego porozumienia nie uda się osiągnąć na czas. Bo mimo że formalnie weszłoby ono w życie 1 stycznia, to jego treść muszą poznać i zaakceptować wszystkie państwa członkowskie. Dokument powinien być więc gotowy najpóźniej pod koniec października, ponieważ parlamenty muszą pracować nad dopracowanym pod względem prawniczym tekstem w swoich językach narodowych. W tym przypadku jest to tym bardziej istotne, że dokładne postanowienia umowy będą wdrażane w życie przez służby celne poszczególnych krajów.
Tymczasem, po dłuższej przerwie spowodowanej pandemią, negocjatorzy wrócili do osobistych spotkań w lipcu, po czym ogłosili, że mimo postępu w pewnych dziedzinach, do porozumienia wciąż daleko. Michel Barnier, główny negocjator ze strony Unii, powiedział 23 lipca, że „podpisanie umowy handlowej jest, na tym etapie, mało prawdopodobne”. Nie znaczy to, że wszystko jest już przesądzone, ale szanse na przełamanie impasu maleją.
Co się stanie, jeśli do porozumienia nie dojdzie? Najbardziej namacalną konsekwencją będą cła, kontrole graniczne oraz inne utrudnienia dla brytyjskich i europejskich eksporterów. Zatory na granicach to problem nie tylko dla firm, ale też dla klientów. O ile zaburzenia dostaw niektórych produktów nie wpłyną specjalnie na życie mieszkańców Wielkiej Brytanii, to już kłopoty z importem np. leków mogą mieć poważne konsekwencje – zwłaszcza jeśli będziemy mieli do czynienia z kolejną falą pandemii.
Tym bardziej, że Wielka Brytania jest jednym z najbardziej dotkniętych epidemią państw Europy. Według danych Światowej Organizacji Zdrowia na Wyspach zmarło do tej pory ponad 46 tysięcy osób, co przekłada się na 682 zgony w przeliczeniu na milion mieszkańców. Dla porównania we Włoszech ten wskaźnik wynosi 581, a w Niemczech 109.
Tymczasem, jak informował portal Politico, w liście opublikowanym 3 sierpnia, wysoki rangą urzędnik brytyjskiego ministerstwa zdrowia i opieki społecznej ostrzega firmy farmaceutyczne przed możliwymi niedoborami leków i doradza zgromadzenie zapasów, wystarczających na sześć tygodni.
Autorzy artykułu piszą też o rozważanym przez brytyjskie ministerstwo transportu pomyśle na wprowadzenie specjalnych „przepustek” dla ciężarówek wjeżdżających do hrabstwa Kent, gdzie znajduje się, między innymi, port w Dover. Otrzymywaliby je tylko kierowcy mający dokumenty potwierdzające prawo do eksportu swoich towarów na teren Unii. Celem wprowadzenia „wewnętrznej granicy” jest ograniczenie chaosu i zatorów na drogach. Może to i słuszne, ale trudno uznać, że takie rozwiązanie pokazuje siłę Wielkiej Brytanii po brexicie czy, tym bardziej, jest korzystne dla samych Brytyjczyków.
Czy wobec tych wszystkich trudności nie można by po prostu przedłużyć terminu negocjacji? Oczywiście, że tak. Unia sugerowała taką możliwość. Ale premier Johnson z góry ją odrzucił. Czy to dlatego, że boi się reakcji zwolenników twardego brexitu? Trudno powiedzieć, chociaż w ostatnim czasie można było przeczytać w mediach, że Partia Konserwatywna jest w dużym stopniu dotowana właśnie przez zamożnych zwolenników szybkiego opuszczenia UE.
Niewykluczony jest jeszcze jeden scenariusz. Johnson może do końca udawać, że nie ustąpi Unii Europejskiej ani na krok tylko po to, by w ostatniej chwili zgodzić się na unijne warunki i… ogłosić sukces. Tak zrobił przed niespełna rokiem, kiedy Wielka Brytania formalnie opuszczała UE.
Po drugie, obietnice Trumpa. Zgodnie z zapewnieniami jego zwolenników, brexit miał uczynić z Wielkiej Brytanii globalną potęgę handlową. Entuzjaści tej wizji umysłowo tkwią jednak w XIX stuleciu, kiedy Zjednoczone Królestwo faktycznie było handlowym mocarstwem. Wbrew jednak temu, czego od lat uczone są w szkołach brytyjskie dzieci, światowa dominacja nie wynikała z wyjątkowych umiejętności handlowych (a z pewnością nie tylko). Stała za nią potęga brytyjskiej marynarki, Royal Navy, która kontrolowała szlaki handlowe, a niepokornym państwom – między innymi Chinom – potrafiła narzucić korzystne dla Brytyjczyków warunki współpracy. Dziś wszystko się zmieniło. Jako członek Unii, Wielka Brytania oddała prawo do negocjowania umów handlowych Wspólnocie, ale dzięki temu występowała w rozmowach jako część jednej z największych gospodarek świata. Obecnie – jako samodzielny gracz – nie ma już tej siły przebicia. Jednym z największych zwolenników brexitu, który przekonywał do wyjścia z Unii nawet bez umowy, był i jest Donald Trump. Na zachętę jeszcze w zeszłym roku prezydent USA obiecywał Brytyjczykom „wielką” i „wspaniałą” umowę handlową. Takie umowy negocjuje się jednak latami, a po kilku miesiącach od deklaracji nic nie wiadomo o postępach w tej sprawie. Co gorsza, w rozmowach z Waszyngtonem – a zwłaszcza z takim partnerem jak Trump, który nad długotrwałe sojusze przedkłada doraźne korzyści – Londyn stoi na straconej pozycji. Jednocześnie Amerykanie już stawiają Brytyjczykom jednoznaczne wymagania w innych obszarach, na przykład relacjach z Chinami. I Londyn musi ulec.
Po trzecie, zirytowane Chiny. Chociaż trudno w to uwierzyć, zaledwie 5 lat temu, kiedy w Wielkiej Brytanii rządziła tak jak dziś Partia Konserwatywna, ówczesny minister finansów George Osborne twierdził, że w relacjach brytyjsko-chińskich nastała „złota dekada”. „Żadna gospodarka zachodnia nie jest tak otwarta na chińskie inwestycje jak Zjednoczone Królestwo”, mówił Osborne, a jego słowa przypomniał niedawno dziennik „Financial Times”. Dziennik opisywał też, co stało się potem: królewską wizytę na Wyspach złożył Xi Jinping (dosłownie, bo prezydent Chin spotkał się z królową, a nawet podróżował do Pałacu Buckingham królewską karetą), chiński koncern Huawei miał budować brytyjską sieć 5G, a chińska firma CGN brać udział w budowie brytyjskiej elektrowni atomowej w Bradwell. Dziś zgoda na udział Huawei w budowie sieci 5G została cofnięta, udział Chińczyków w budowie elektrowni jest niepewny, a chińskie inwestycje bezpośrednie na Wyspach spadły z ponad 30 miliardów dolarów w 2017 roku do mniej niż 2 miliardów w roku 2019. Odpowiedzialność za pogorszenie relacji ponosi w dużej mierze Pekin. Wprowadzone niedawno przez Komunistyczną Partie Chin prawo, de facto likwidujące demokratyczną opozycję w Hong-Kongu, musiało wywołać reakcję Londynu. To w końcu Wielka Brytania podpisywała z Chinami umowę, która po powrocie Hong-Kongu do Chin w 1997 roku, miała gwarantować tej byłej brytyjskiej kolonii autonomię w ramach zasady „jeden kraj, dwa systemy”. W odpowiedzi na działania Chin premier Johnson obiecał 3 milionom mieszkańców Hong-Kongu „drogę do uzyskania brytyjskiego obywatelstwa”, co chiński ambasador w Londynie uznał za „poważną ingerencję w wewnętrzne sprawy Chin”. Brytyjskie media informowały, że Chiny straszyły Londyn nawet odcięciem dopływu chińskich studentów do brytyjskich uczelni. Może się to wydać zabawne, ale dla wielu brytyjskich uniwersytetów studenci z tego kraju stanowią bardzo ważne źródło dochodu. Obecna polityka zagraniczna Chin budzi niepokój nie tylko w Waszyngtonie i Londynie. Unia Europejska także zmienia swoje nastawienie do Pekinu. Ale Wielka Brytania mierzy się z tym wyzwaniem sama, nie jako część silniejszego bloku. Zamiast więc zarządzać kryzysem na własnych warunkach, będzie bardziej podatna na naciski ze strony na przykład Amerykanów.
Po czwarte, niepodległa Szkocja. Wszystkie zawirowania związane z brexitem wywołują napięcia wewnątrz kraju, zwłaszcza pomiędzy rządem w Londynie a Szkocją, której mieszkańcy jednoznacznie opowiedzieli się za pozostaniem w Unii.
I tak, zaledwie 6 lat po referendum w sprawie niepodległości Szkocji, zwolennicy secesji nieustannie dostają argumenty na rzecz jego powtórzenia. Według najnowszych sondaży poparcie dla niepodległości rośnie i dziś około 54 procent wyborców opowiedziałoby się za opuszczeniem Zjednoczonego Królestwa. Rośnie także poparcie dla Szkockiej Partii Narodowej i lokalnego rządu. W sondażu dla BBC Scotland aż 82 procent pytanych Szkotów odpowiedziało, że premier Nicola Sturgeon radzi sobie z pandemią „całkiem dobrze” lub „bardzo dobrze”. W przypadku Borisa Johnsona podobnego zdania było… 30 procent pytanych. Jeśli kłopoty i niepewność związane z brexitem oraz pandemią będą się przedłużać, to zaplanowane na maj 2021 roku wybory parlamentarne w Szkocji skończą się wyraźnym zwycięstwem nacjonalistów. I Sturgeon dostanie mocny argument na rzecz powtórzenia referendum niepodległościowego.
Przez cztery lata po podjęciu decyzji o wyjściu z UE Brytyjczycy zmienili dwóch premierów, kilku ministrów odpowiedzialnych za rozmowy z Brukselą, lidera opozycji i dwa razy szli do wyborów parlamentarnych. Ale w 2020 roku wciąż nie wiemy, jak będzie wyglądała przyszłość Wielkiej Brytanii poza Unią.
Wiadomo jednak, że na 4 miesiące przed upływem okresu przejściowego, Wielkiej Brytanii grozi bariera celna z jej największym partnerem handlowym – UE i drugim największym partnerem, Stanami Zjednoczonymi.
Pewne jest także to, że z obietnic odzyskiwania godności, wstawania z kolan i budowania „globalnej Brytanii” czy „Singapuru nad Tamizą” nic nie wyszło. I nic nie wskazuje na to, że w najbliższym czasie będzie lepiej.
Chociaż pełne, negatywne skutki brexitu poznamy zapewne nie wcześniej niż po dekadzie, to już dziś powinien on być przestrogą dla polskich eurofobów. Przykład Wielkiej Brytanii pokazuje – nie po raz pierwszy – że nacjonaliści zwykle szkodzą narodowi.

Polskie Stonewall :)

Jestem teraz w domu, na ścisłej kwarantannie covidowskiej; to efekt mojego udziału w uroczystości 1 sierpnia pod pomnikiem powstania warszawskiego w Łodzi na Dołach. Nie mogę wyjść z domu, nie mogę protestować. A chciałbym, po swojemu i ze swoją narracją.

Bo dzisiaj w Warszawie pod siedzibą Kampanii Przeciw Homofobii (ul. Solec) zgromadzili się ludzie chcący bronić aktywistkę Małgorzatę „Margot” Szutowicz przed prewencyjnym zatrzymaniem na dwa miesiące. Na miejscu byli liczni demonstranci, głównie młodzi ludzie, niektórzy bardzo rozgniewani, ale także m.in. parlamentarzyści Śmiszek, Gill-Piątek, Gdula, Dziemianowicz-Bąk, Żukowska, Biejat, Szczerba, Zielińska, Filiks, Jachira inni. Grupa demonstrantów przeszła potem na Krakowskie Przedmieście, a jeszcze przed chwilą policja (w liczbie i sile, takiej jakby się sposobiła na walkę z pseudokibicami) wyłapywała dzieciaki z przecznic historycznego traktu stolicy. Na komisariaty szturmem ruszyli warszawscy adwokaci. Na miejscu, o ile wiem, nadal są parlamentarzyści.
Co zrobiła Margot, można łatwo doczytać, np. tutaj: https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/spoleczenstwo/1966406,1,prokuratura-bierze-sie-za-aktywistki-lgbt-za-teczowego-chrystusa.read
W telegraficznym skrócie: zatrzymania samochodów z jadowitymi homofobicznymi (obrzydliwymi) napisami, zniszczenie plandeki samochodu z takimi treściami, bójka z kierowcą. Ostatnio – i to przede wszystkim, jeśli patrzeć od strony politycznej – przyczepienie tęczowych flag do pomników w Warszawie, w tym do Chrystusa „Sursum Corda” dźwigającego krzyż przed bazyliką Krzyża Świętego na Krakowskim Przedmieściu.
Jak wiecie, i o tym, jak sądzę, nie muszę już nikogo zapewniać, jestem zwolennikiem walki stuprocentowo bez przemocy. W tym kontekście mógłbym odnieść się krytycznie do bójki z kierowcą, gdybym znał jej szczegóły. Nie znam. Jednak wszystkie inne akcje aktywistek „Stop Bzdurom” to obywatelskie nieposłuszeństwo w czystej postaci. I piszę to jako legalista. Za zniszczenie plandeki odpowiadać można i należy z wolnej stopy i w konsekwencji być uniewinnionym albo płacić grzywnę. Żyjemy w XXI, a nie w XIX w. Zresztą te napisy były naprawdę obrzydliwe. Ja to znoszę albo zgłaszam, młodzież może świerzbić ręka. Takie np. sufrażystki w Wielkiej Brytanii wybijały szyby w oknach wrogich im polityków, a często były to młode kobiety z klasy robotniczej, harujące ponad miarę i mające prawo nie sublimować swoich działań. Mnóstwo kobiet potępiało wtedy w ogóle starania o prawa do głosowania, pomstowało na wichrzycielki (one tylko szkodzą sprawie!). Pamięta to dzisiaj któraś głosująca Brytyjka?
Osobnego komentarza wymaga ozdobienie pomników tęczowymi flagami. Słyszę, owszem, nawet od wysoko postawionych znajomych, że to profanacja. Usłyszałem nawet od jednej osoby, że to tak, jakby ozdobić dany święty obraz/pomnik swastyką (sic!). Pomijam już to, że sam Chrystus na ten temat się nie wypowiedział, podobnie jak Maryja wcześniej nie miała okazji skomentować ozdobienia jej aureoli tęczowymi barwami. Sam jestem ciekaw, co by powiedzieli. Chrystus to w końcu nie św. Paweł z Tarsu ani pisarz Księgi Rodzaju. W świetle czterech ewangelii to raczej sympatyczny gość, i może dlatego tylu ludzi w ciężkiej sytuacji życiowej czy społecznej łatwo nawiązywało z nim kontakt przez ostatnie dwa milenia.
Wiem jedno – o profanacji w żadnym z przypadków nie może być mowy. Materialna struktura dzieł nie doznała uszczerbku. Nie pomazano ich obelżywymi napisami, nie pomazano żrącą cieczą ani fekaliami. Tak, to byłaby rażąca obraza uczuć i profanacja. Zresztą, Elżbieta Podleśna nie pacykowała po częstochowskim oryginale, a co do Jezusa, jeśliby każdy jego wizerunek uznawać za święty, należałoby przesłuchać połowę właścicieli sklepów z dewocjonaliami i stoisk spod Jasnej Góry i Lichenia…
Jakaś część polskich osób lgbt wierzy w Chrystusa i MB, to też należy podkreślić. W dodatku zawieszony symbol tęczowej flagi jest ważny i reprezentatywny nie dla jakiejś „ideologii” czy li tyllko środowisk aktywistów lgbt, ale dla polskiego geja, lesbijki, osoby bi czy trans oraz szerokiego grona Polaków nam sprzyjających. Widzicie to codziennie na polskich ulicach. W tęczowych torebkach czy tęczowych ciuchach. Nie jest to symbol obrazy, nie jest używany jak kamień, a jako społeczna manifestacja. Jest czymś pozytywnym dla tych, którzy go używają. A przy tym nie symbolizuje dla nas czegoś wojowniczego, niszczycielskiego, niekonstytucyjnego, agresywnego. To dlatego przede wszystkim, nawet z perspektywy gorliwego kiedyś katolika, nie umiem się tu dopatrzyć krztyny profanowania.
Gdyby zapytać takiego oburzonego katolika, dlaczego właściwie poczuł się dotknięty taką formą protestu, musiałby dojść do swojej, finalnie, homofobii, albo przynajmniej zauważyć, że tęczowa flaga to symbol neobolszewickich radykałów, prawda? Może by nawet wspomniał o uciśnieniu polskich katolików. Myślę, że każdy z nas może sam w głowie racjonalnie rozważyć, ile warta jest taka argumentacja.
Część z Was powie, że nie trzeba drażnić. Ale czasem to jedyne wyjście w instrumentarium młodego aktywisty, gdy metody konwencjonalnego protestu tymczasem zawodzą a i tak agresorzy mówią o „tęczowej zarazie”. Czasem to jedyne ujście i jedyny sposób, żeby usłyszano. Jako historyk dobrze wiem, że od starożytności protesty i rozruchy są albo spokojne albo niespokojne albo zgoła bardzo niespokojne. Nie zmienicie tego, bo ludzki bunt manifestuje się na różne sposoby. Nie święci garnki lepią i nie wszyscy są tak ugrzecznieni jak ja. Moje metody są inne, ale nie będę się odcinał od młodych ludzi o innej wrażliwości, bo walczą o słuszną sprawę, nawet jeśli wyrażają emocje z odpowiednią obywatelską dojrzałością. Nie stosowali przemocy.
Powtarzam, jestem i zawsze będę zwolennikiem metod non-violence. Przyczepienie tęczowych flag do warszawskich pomników albo ozdobienie Hodegetrii Częstochowskiej tęczowymi aureolami mieści się w 100% w metodach aktywizmu bez przemocy. Kropka.
Dlaczego Wam o tym piszę w tym momencie? Ano dlatego, że gdy balustradę, na której stoi przed fasadą bazyliki warszawski Chrystus z Via Crucis, nacjonaliści obwiesili swoimi symbolami, banerami itp., nikt nie protestował. Po chodnikach polskich miast chodzą tysiące nacjonalistów, którzy podczas marszów wykrzykiwali hasła obelżywe, wulgarne, otwarcie nawołujące do przemocy, i nawet nikt ich nie spisał. Po polskim parlamencie przechadzają się w glorii politycy, którzy przygotowywali wybory bez podstawy prawnej a potem odstąpili od ich przeprowadzenia. Którzy łamali i łamią konstytucję. Ba, po Polsce chodzi na wolności liczne grono przestępców, których nie zatrzymano, bo organy ścigania uznały, że nie warto, nie da się, niska społeczna szkodliwość, etc. etc. etc.
W tym kontekście ganianie aktywistów lgbt+ jest przeciwskuteczne, ewidentnie rozgrzewa gniew młodych ludzi (toczka w toczkę metoda Trumpa z Black Lives Matter), a przede wszystkim jest rażąco DYSPROPORCJONALNE. Jest rażąco NIESPRAWIEDLIWE. Pokazuje, że to rządzący wskazują, kogo karać surowo, a kogo nie ścigać. Tak nie wygląda równość w prawach i równość wobec prawa.
Proszę, byśmy wszyscy się nad tym zastanowili.
Nie, nie popieram niektórych wulgarnych haseł wykrzykiwanych dzisiaj pod siedzibą KPH. Nawet nie wiem czy jestem entuzjastą tego, co Margot dzisiaj w ewidentnych emocjach krzyczała do megafonu. Ale od bardzo młodej osoby w strachu i emocjach oraz świetle kamer nie oczekuję tego samego racjonalizmu, co od siebie podczas każdego protestu. I wiem też, że bardzo wielu czarnych aktywistów (np. młodzież z Czarnych Panter) wyrzucało w latach 60. XX w. Martinowi Lutherowi Kingowi, że jego pokojowe metody są bez sensu, bez skuteczności, za miękkie i zbyt ugrzecznione.
Tak to już jest. Ludzie, którzy walczą o prawa, są tylko ludźmi. Bywa że generalnie mają rację, ale nie są świętymi i nie mówią franciszkańskim językiem. zwłaszcza, jeśli są młodzi albo bardzo młodzi. Gdyby protestowało więcej gejów-prezesów, gejów-profesorów, gejów-radnych, gejów-policjantów, gejów-księży, gejów-polityków, gejów-rekinów finansjery itp. – o tak, wtedy język na pewno byłby grzeczniejszy, a postulaty i protesty dojrzalej przekazane. No, tylko jakoś nie przychodzą.
Tak czy inaczej dzisiaj w Warszawie odbyło się kolejne polskie Stonewall, nawet nieco grzeczniejsze niż amerykański oryginał. Jak mówiłem w niedawnym wywiadzie Magdzie Melnyk, najmłodsze pokolenie Polaków lgbt+ nie będzie się chciało schować pod plandeką bigoterii. Zobaczycie to podczas marszów lgbt+ w 2021 r., będą rekordowe. W perspektywie 30-40 lat mało kto będzie pamiętał głupie hasła (tylko niektóre były głupie, zaznaczam) wołane przez szczekaczkę przez dwudziestolatka-aktywistę na Solcu 7 sierpnia 2020. Nie będzie ważne, czy Margot w stresie gadała mądrze czy głupio. Ważniejsza będzie całość sprawy i racja ogólna protestów. Tego, mam nadzieję, nie da się zatrzymać.
Poniekąd proszę gorąco wszystkich trzymających megafony/mikrofony o trzymanie nerwów na wodzy. Możemy być lepsi. Okrzyk bez bluzgu jest równie silny, jeśli jest w słusznej sprawie.
A Was wszystkich proszę, patrzcie na całość sprawy, a nie na detale i drobiazgi.
Ani polski ruch narodowo-wyzwoleńczy, ani dziewiętnastowieczna walka o powszechne prawa wyborcze, ani działanie sufrażystek, ani socjalistów i związkowców XIX/XX w., ani polskie protesty solidarnościowe to nie były przemarsze eterycznych elfów w przez las Lorien. Zawsze patrzcie kto ma rację, a kto odbiera prawa, kto walczy o swoje, a kto innych tłamsi. A jeśli mnie będziecie chcieli gdzieś z moimi metodami non-violence, przyjdę i pomogę. Po kwarantannie.

Wcale nie jest dobrze :)

Na początku tej dekady polska prawica była rozbita i nie potrafiła rozmawiać ze społeczeństwem. Nie miała programu ani liderów bądź liderek. W mediach pojawiała się przede wszystkim podczas tragikomicznych dyskusji o Smoleńsku oraz atakując niedemokratyczny reżim Donalda Tuska. Przegrywała wybory za wyborami, za każdym razem wnosząc bezowocne protesty. Nie warto się oszukiwać: dokładnie w tym samym miejscu jest dzisiaj opozycja.

Wybory prezydenckie zakończyły się porażką opozycji – porażką o tyle zaskakującą, że wywołującą w przegranych entuzjazm, a nie skłaniającą do pokory. Od ponad tygodnia słyszymy, że co to za porażka, skoro Rafał Trzaskowski dostał ponad dziesięć milionów głosów, że co to za porażka, skoro trzeba było walczyć z całym państwem i propagandą publicznych mediów, że co to za porażka, skoro Andrzeja Dudę poparli ludzie starsi, biedniejsi i mniej wykształceni, wreszcie, że co to za porażka, skoro wybory i tak były sfałszowane.

Opozycja – zwłaszcza jej liberalna część, ponieważ to jej reprezentant był w II turze – wypiera w ten sposób główny fakt, który pokazują wyniki wyborów: prawica ma w tej chwili poparcie większości społeczeństwa. Pozostałe kwestie to mniej lub bardziej istotne didaskalia, które zresztą tak samo źle, jak o obecnej władzy, świadczą o wieloletnich zaniedbaniach poprzednich rządów w edukacji, kulturze czy infrasktukturze.

Przez lata słuchaliśmy, że wysoka frekwencja obniża szansę prawicy, ponieważ to opozycja ma rezerwy wśród tych, którzy nie uczestniczą w wyborach. Rzeczywiście Prawo i Sprawiedliwość popiera wiele osób, które sumiennie korzystają z przywileju wyborów. Tym bardziej wstydliwe dla opozycji powinno być to, że nie wykorzystała ogromnej mobilizacji, która sprawiła, że w drugiej turze zagłosowało blisko siedemdziesiąt procent uprawnionych. Być może mobilizacji, którą trudno będzie powtórzyć następnym razem – kto wie, jak będzie wyglądał świat w 2023 roku?

Ta mobilizacja tylko w niewielkim stopniu była zasługą Rafała Trzaskowskiego. Wysoka frekwencja jest przede wszystkim odzwierciedleniem niepokoju wielu grup – strachu przed nienawiścią wobec mniejszości, powrotem do niedemokratycznego państwa czy biernością wobec zmian klimatycznych. W demokratycznych państwach frekwencja jest zazwyczaj dobrym wskaźnikiem podziałów i napięć społecznych, tak jest chociażby w Niemczech, gdzie powojenna frekwencja przekraczała 85 procent, w czasie największego konfliktu politycznego, a więc w latach siedemdziesiątych przekroczyła 90 procent, a obecnie jest na poziomie 70-75 procent.

Wysoka frekwencja przypomina podwyższoną temperaturę ciała – pokazuje, że organizm wciąż walczy, ale przede wszystkim świadczy o chorobie. Bezrefleksyjna radość opozycji z powodu mobilizacji społeczeństwa nie jest w porządku wobec wyborców i wyborczyń, którzy zrobili naprawdę wiele, żeby wyrazić sprzeciw wobec obecnej władzy. Dziesięć milionów głosów oddanych na kandydata opozycji nie powinno być powodem do dumy, ale do wstydu, ponieważ każdy z głosujących wierzył, że te wybory naprawdę można wygrać. Wielu z nich w drugiej turze zagłosowało nawet wbrew własnym przekonaniom. To Rafał Trzaskowski zawdzięcza ten wynik społeczeństwu, a nie społeczeństwo – Trzaskowskiemu.

Opozycja straciła tę szansę, a w dodatku zamiast zastanowić się nad tym, co poszło nie tak, woli opowiadać ckliwe historię o tym, jak świetna to była kampania i jak poparcie Rafała Trzaskowskiego wzrosło z 2 do 49 procent. A to przecież nieprawda. Wszystkie sondaże od jesieni ubiegłego roku świadczyły o tym, że w drugiej turze dojdzie starcia, w którym wynik obu stron będzie do siebie bardzo zbliżony, niezależnie od tego, kto zmierzy się z Andrzejem Dudą.

Tak często przytaczane przez Platformę Obywatelską sondaże z przełomu kwietnia i maja, które pokazywały kilkuprocentowe poparcie Małgorzaty Kidawy-Błońskiej były przecież efektem wezwania kandydatki do bojkotu wyborów, więc paradoksalnie wcale nie musiały źle świadczyć o wierności liberalnego elektoratu. Scenariusz, w których Andrzej Duda wygrywa w pierwszej turze był przejściowym efektem społecznej anomii. Jestem przekonany, że była marszałkini Sejmu koniec końców zakończyłaby wybory z wynikiem bardzo zbliżonym do tego, który uzyskał Rafał Trzaskowski.

Dlatego niezrozumiałe jest samozadowolenia Platformy Obywatelskiej z efektów kampanii. Czy za sukces można uznać kampanię, w której pierwsza tura zakończyła się wynikiem 43,50% do 30,46%, gdy sondaż IPSOS z października pokazywał wyniki 44% do 25% przy 10% Roberta Biedronia i 9% Władysława Kosiniaka-Kamysza? Czy za sukces można uznać kampanię, w której druga tura zakończyła się wynikiem 51,03% do 48,97%, gdy sondaż IBSP ze stycznia pokazywał 50,09% do 49,91%? W dodatku żaden z powyższych sondaży nie uwzględniał tak ogromnej mobilizacji wyborców i wyborczyń oraz epidemii, która koniec końców bardziej zaszkodziła rządowi niż opozycji, a w dodatku umożliwiła wystawienie nowego kandydata.

To, co dzisiaj opozycja przedstawia jako sukces, tak naprawdę jest niczym więcej niż utrzymaniem status quo. A jeżeli ktoś uważa, że było inaczej, niech porówna wyniki tegorocznej II tury do tej sprzed pięciu lat, gdy kampania Bronisława Komorowskiego została powszechnie skrytykowana: okaże się, że w większości regionów rozkład głosów jest bardzo podobny, a w niektórych wręcz identyczny. Tegoroczne wybory znowu przypominały przeciąganie liny – czasami opozycji uda się ją przeciągnąć o kilka centymetrów (tak jak w przypadku wyborów do Senatu), ale po chwili wypuszcza ją z rąk. Napiszę to jeszcze raz: to nie była dobra kampania, podobnie jak kilka poprzednich Platformy Obywatelskiej.

Rację ma Szczepan Twardoch porównując zachowanie opozycji do Barta Simpsona, który w jednym z odcinków serialu „The Simpsons” chce zjeść podłączone do prądu jedzenie. Kolejne rażenia prądem go nie zrażają, a Bart cały czas chwyta za ciasteczko i krzyczy z bólu.

Obecna sytuacja jest konsekwencją takiego zachowania opozycji. Rafał Trzaskowski był poprawny i sympatyczny, nie popełnił większych błędów, ale w żaden sposób nie próbowała przełamać dotychczasowej narracji. Przede wszystkim nie chciał nikogo urazić, bał się wygłaszania własnych poglądów, zamiast odważnych i świeżych pomysłów, wolał ideowe kunktatorstwo.  Trzaskowski czas spędzał przede wszystkim tam, gdzie czuł się dobrze, a więc na zachodzie i północy. Mobilizował w ten sposób tych, którzy i tak zmobilizowaliby się sami, a resztę kraju zostawił samą sobie. Niewzięcie udziału w debacie organizowanej przez TVP jest najbardziej wyrazistym przykładem takiej postawy i być może właśnie ten wieczór zaważył na wyborczej przegranej.

Praktycznie nic, co zrobił w tej kampanii Rafał Trzaskowski nie zapadło w pamięć. Tchórzostwo liberalnej opozycji powoduje, że zastygła w ideowym bezruchu. Szkoda, ponieważ finansowa i strukturalna pozycja Platformy Obywatelskiej jest całkiem niezłym punktem wyjścia do zakreślenia nowej perspektywy. Zamiast tego od wielu lat w opozycji wygrywa fałszywe myślenie, że najważniejsza jest neutralność, która odstraszy jak najmniej wyborców i wyborczyń.

Ani wyborcze nieprawidłowości  (choć na niektóre władza co najmniej przymykała oko), ani propaganda (choć to, co dzieje się w państwowym radiu czy telewizji jest niedopuszczalne) nie zadecydowała o wynikach wyborów.

Opozycji brakuje własnej opowieści. Nie dotyczy to wyłącznie jej liberalnej części, z tym samym problemem mierzy się lewica i ludowcy. W przyszłym roku minie dekada (!) odkąd Platforma Obywatelska odniosła ostatnie, przekonujące zwycięstwo polityczne. Donald Tusk wygrywał wówczas wizją społeczeństwa składającego się z indywidualistów i indywidualistek, którzy własnymi samochodami jeżdżą po wielopasmowych autostradach na piękne stadiony. Odpowiedzią była opowieść prawicy o wspólnocie stworzonej na konserwatywnych, rodzinnych i narodowych wartościach.

Od tego czasu liberalna opozycja całkowicie się pogubiła. Zrozumiała, że dotychczasowa opowieść przestała być skuteczne, ale nie wytworzyła nowej: obecnie liberalni liderzy mówią językiem, który jest mieszaniną zachowawczej neutralności, pisowskiego populizmu ze szczyptą tęsknoty za dawnym neoliberalizmem. Nic dziwnego, że nie trafia to do prawie nikogo. Platforma Obywatelska wciąż ma wysokie poparcie, ale niewielka część jej wyborców i wyborczyń utożsamia się z jej wizją. Zresztą PO pokazuje swoją nieudolność nawet wobec tych, których najbardziej powinna reprezentować – jako partia, którą popiera klasa średnia, wynegocjowała termin wyborów w samym środku sezonu urlopowego.

Zamiast wyciągnąć wnioski z własnych błędów, liberalna opozycja – podobnie jak dawniej prawica – woli tworzyć alternatywną rzeczywistość. W tej rzeczywistości jest moralnym zwycięzcą wyborów, a za porażkę odpowiadają inni: nieuczciwa władza, zbyt rozproszona opozycja czy otumanione społeczeństwo. I podobnie jak w przypadku prawicy, to całkiem dobra metoda, żeby być silną partią w opozycji, ale fatalna, żeby wrócić do władzy.  Powyborcze pomysły budowy nowego ruchu obywatelskiego przez Rafała Trzaskowskiego trafiają w próżnie właśnie dlatego, że oparte są na oderwanych od rzeczywistości przesłankach. Podobnie jak całkowicie jałowe okażą się protesty i żądania, żeby powtórzyć wybory prezydenckie, czego oficjalnie domaga się komitet wyborczy kandydata.

Liberalna opozycja nie zajmuje się teraz tym, czym powinna: przedefiniowaniem tożsamości, szukaniem nowych tematów i perspektyw, zmienianiem narracji. Na szczęście ma jeszcze najprawdopodobniej trzy lata, żeby zrozumieć, że brak pokory to droga, która prowadzi donikąd. Jeżeli zmarnuje ten czas udając, że wszystko jest w porządku, znów zmarnuje miliony głosów.

Śmieć nasz powszedni. Autor „Antropocenu dla początkujących” czyta „Książkę o śmieciach” Stanisława Łubieńskiego :)

Gombrowicz z ratowania żuków na plaży destylował onegdaj brudne prawdy o kondycji ludzkiej. Dziś brudne prawdy o kondycji ludzkiej, cywilizacyjnej i planetarnej destyluje ze znajdywania śmieci na plaży (i wszędzie indziej) Stanisław Łubieński. Jego „Książka o śmieciach” bazuje na prostej a przekonującej konstatacji, że śmieci są „poręczną metaforą wszystkiego” i stanowią „równoległy świat, rewers tego naszego, uporządkowanego”. Świat, który uparcie próbujemy wyprzeć ze świadomości.

Śmieci są wdzięcznym bohaterem opowieści: „trochę tak jak ptaki, mają swoje ulubione habitaty”, pisze Łubieński, „miewają długie i ciekawe życie, wiele z nich podróżuje”, a porzucone przez nas, „wchodzą w nowe role, zupełnie odmienne od pierwotnego przeznaczenia przedmiotów, którymi były”. Poprzednio opiewane przez autora w cyklu felietonów na łamach Dwutygodnika, teraz doczekały się poświęconej im książki, już samym tytułem oddającej należną im cześć.

Ale czym mówimy, gdy mówimy o śmieciach? Otóż nie „tylko” o plastikowych reklamówkach, butelkach po napojach czy jednorazowych maseczkach. Na śmieciach, odpadach, ściekach, produktach ubocznych zbudowana jest cała kultura i cywilizacja konsumpcyjna. Za żywnością na naszych stołach stoją pestycydy i nawozy spłukiwane do rzek i mórz, gdzie dławią ekosystemy. Za sprzętami i gadżetami – surowce i toksyny rabowane i spuszczane gdzie tylko się da. Za energią – zanieczyszczające atmosferę i zaburzające klimat gazy cieplarniane. „Nasz dobrobyt zbudowany jest na niedostatku, na przepaści cywilizacyjnej, na taniej, niewolniczej pracy naszych odległych braci,” rzecze Łubieński, i kontynuuje: „Żyjemy kosztem środowiska, w którym żyją, powietrza, którym oddychają, i wody, którą piją.” Antropocen to epoka śmieci.

Śmiecenie ma długą historię. Łubieński zaczyna od prehistorycznych kopalni u stóp Gór Świętokrzyskich, gdzie przed tysiącami lat wydobywano krzemień: hałdy urobku powstałe w okolicach szybów nieodwracalnie zmieniły okoliczne krajobrazy. Już po kilku jednak kolejnych akapitach (o epoce metali, będącej „prawdziwymi narodzinami recyklingu” oraz o „purytańskiej skromności” w dawnych Stanach Zjednoczonych) przechodzi do epoki produkcji masowej, kiedy to narodził się trend konsumencki, przejawiający się „zamiłowaniem do nowości, gotowością do wydawania na nie pieniędzy i skłonnością do wyrzucania starych rzeczy, nawet jeżeli wciąż działają, po to, by kupić nowe”. W przeciwieństwie do naszych oszczędnych przodków – przekonuje Łubieński – zostaliśmy przyuczeni do wyrzucania i weszło nam ono w krew do tego stopnia, że dziś nie wyobrażamy sobie świata bez dóbr jednorazowego użytku. Rozbudujmy tę nieco zbyt pospieszną narrację: olbrzymie bezleśne przestrzenie, pośród których żyjemy, to wytwór rabunkowej eksploatacji środowiska od niepamiętnych czasów; chwała cywilizacji grecko-rzymskiej powstała w oparciu m.in. o kopalnie bardziej niszczycielskie, niż jakiekolwiek przedsięwzięcia krzemionkowskich górników; rzeki od dawien dawna zmieniano w cuchnące kanały. Tak, to szersza definicja „śmiecenia”, niż ta codzienna – ale takiej właśnie potrzebujemy.

Pisząc o współczesności, Łubieński piętnuje biznesowe sztuczki, skłaniające nas do zaopatrywania się w coraz to nowe sprzęty i gadżety. Zwraca uwagę, że „świat jest tak wymyślony, by był dla nas wygodny, a nie bezpieczny dla środowiska”. Fałszując kwity, by gospodarka odpadami na pozór odbywała się zgodnie z przepisami, produkując, reklamując, wyszukując coraz to nowe gadżety, nie przejawiamy „myślenia o kończących się surowcach, kosztach energetycznych produkcji czy zanieczyszczeniach generowanych przez elektroodpady.” Do najbardziej wyrachowanych należy strategia wmawiania nam (i samym sobie), że dany model jest bardziej „ekonomiczny” i „zielony”, niż wcześniejsze, dzięki czemu kupując go, nie tylko zaoszczędzimy pieniądze, ale i przysłużymy się środowisku. W tych kalkulacjach nie figurują koszta związane z produkcją owego nowego modelu i z wyrzuceniem starego, które często negują jakiekolwiek rzekome korzyści ekologiczne.

Pisać o tym wszystkim można w sposób chłodny, rzeczowy, sterylny, miarowo dawkując czytelnikom wykresy, liczby, dane. Tak pisze się często o klimatycznej zagładzie (tzw. zmianie klimatu), tak pisze się też o śmierci przyrody (tzw. kryzysie bioróżnorodności). Ten rodzaj przekazu, choć upowszechnia ważne fakty i roztacza pouczającą panoramę, pozwala też skutecznie odseparować się od świata maskującym strach żargonem i poddać się iluzji, że rzeczywistość jest tylko diagramem dającym się rozrysować na ekranach komputerów. Łubieński na szczęście nie daje się uwieść tej pokusie. Faktograficzne i naukowe akapity Książki o śmieciach są poruszające, ale jest to poruszenie właśnie zneutralizowane i neutralizujące, oswojone, przećwiczone; najmocniej uderza ona tam, gdzie Łubieński pisze o sobie i o swoich wątpliwościach, swojej bezsilności, swoim lęku.

Miejscami prowadzi to do zawikłań, które mogą wydawać się niekonsekwencjami w przekazie. Nic bardziej mylnego: po prostu oddają rzeczywistość. Na początku książki Łubieński zagrzewa do walki słowami: „Dużo pracy przed naszą leniwą, ociężałą, przywiązaną do wygody cywilizacją. Dłużej zwlekać nie możemy. Do roboty”, by nieco później wzruszyć ramionami: „Nasze jednostkowe wyrzeczenia, pozytywne ekologiczne praktyki, słuszne nawyki mają oczywiście znaczenie, ale głównie dla nas samych”, na końcu zaś wzdycha z rezygnacją: „Mam poczucie, że trzeba działać, ale nie wiem jak, ogarnia mnie zniechęcenie, apatia. Czasem czuję się osamotniony i niezrozumiany nawet wśród najbliższych. Zmagam się z poczuciem, że moje jednostkowe działania nie mają znaczenia i że nikt nie usłyszy mojego głosu.” W tej pozornej niekonsekwencji, w tej zmienności jest prawda o naszym położeniu – jesteśmy oto zagubieni w labiryncie, który zbudowaliśmy własnymi rękami, a teraz miotamy się, nie wiedząc, ilu nas jest, kto co może, którędy do wyjścia, ba, nie mamy nawet pewności, czy już sami owego wyjścia nie zdążyliśmy sobie zamurować.

W istocie jednak, zbierając śmieci, a potem dzieląc się swoimi o nich przemyśleniami najpierw w felietonach, a teraz w książce, Łubieński angażuje się przecież w konkretne działania, a jego głos jest słyszalny. Nawet gdyby jego wpływ nie był spotęgowany publikacjami, miałby znaczenie. Jak pisałem niedawno, Jonathan Safran Foer w książce Klimat to my„przywołuje badania Nicholasa A. Christakisa i Jamesa H. Fowlera pokazujące, jak szeroko nasze własne, indywidualne decyzje mogą rezonować w otoczeniu, jak skutecznie potrafią inspirować innych ludzi”. Wbrew defetystycznej narracji o wszechpotężnym „systemie” unieważniającym jakiekolwiek wysiłki jednostki, liczy się każdy głos i każdy czyn. I to w sensie jak najbardziej wymiernym: w Antropocenie dla początkujących przytaczam badania, które dowodzą, że uwzględnienie indywidualnych ludzkich zachowań w modelach globalnego wzrostu temperatur przekłada się na odmienne rezultaty: „Przyjmując najlepszy scenariusz, zmniejszenie zużycia energii w wyniku właśnie indywidualnych decyzji pozwala w sumie obniżyć globalne temperatury do końca wieku o 1,5 stopnia w porównaniu z modelami, które nie biorą tego czynnika pod uwagę”. Owe półtora stopnia może stanowić różnicę między przetrwaniem klimatu i biosfery w rozpoznawalnej przez nas postaci, a stoczeniem się w przepaść niewiadomego.

„Szczególnie niepokojąca jest dla mnie wizja, że katastrofa klimatyczna wydarzy się za mojego życia, za życia znajomych dzieci”, wyznaje Łubieński: „mam poczucie nadciągającej apokalipsy i codziennie zastanawiam się, jak sprawić, by Ziemia nie jęczała pod ciężarem moich kroków.” Osobiste dylematy, wyrzeczenia i chwile zwątpienia, którymi dzieli się z czytelnikami, ujawniają koszt osobisty, jaki pociąga za sobą konfrontacja z grozą naszego położenia – i pomagają zrozumieć, dlaczego tak wielu wciąż odwraca wzrok. Tych ostatnich jest jednak coraz mniej. Cierpiący na „nerwicę ekologiczną” Łubieński może czuć się bezsilny, ale raz: takich jak on jest już cała armia, i dwa: żałoba klimatyczna nie trwa wiecznie. Jak pisałem na tych łamach: „Optymizm nie ma otóż monopolu na motywowanie do wartościowych przemyśleń, pozytywnych postaw, pomocnych działań” – czy o słuszną sprawę walczyć można wyłącznie z radosną pieśnią na ustach?

Chciałoby się, aby niektóre opowieści o konkretnych śmieciach, które autor osobiście napotkał, były trochę bardziej rozbudowane, barwniejsze, lepiej zintegrowane. Chciałoby się, żeby zamiast niejednego przecinka stała kropka, dzięki czemu zdania nabrałyby zwartości, zamiast rozlewać się po akapitach. Chciałoby się… Ale tego rodzaju zastrzeżenia co do stylu i języka zdają się przynależeć do innej epoki, kiedy roiliśmy sobie, że mamy luksus domagania się, by nic nie psuło nam widoku, by wszystko lśniło doskonałością. Czy nie konsekwencje podobnego podejścia opisuje Łubieński, czy nie one zbierają się nam teraz nad głową burzowymi chmurami?

Nad jednym wszakże nie mogę przejść do porządku dziennego. Opisując taniec godowy dzikich ptaków, Łubieński wspomina o szczególnej czułości, z jaką odnoszą się do siebie, ale opatruje swoją uwagę zastrzeżeniem: „Boże chroń przed grzechem antropomorfizacji, ale gotów jestem przysiąc, że widać tu znajome gesty autentycznej więzi, która łączy pary”. Nie, nie jest grzechem zobaczyć w świecie przyrody odbicie nas samych. Rzecz jasna nie należy przekładać naszych własnych zachowań na zachowania zwierząt (i odwrotnie) jeden do jednego, ale nawet taka postawa byłaby bliższa rzeczywistości, niż pokutujące jeszcze gdzieniegdzie niemądre i niemoralne postrzeganie innych istot żywych po kartezjańsku, czyli jako nieczujących maszyn. Potrzebujemy antropomorfizmu rozumianego jako rozpoznanie wspólnoty gatunku ludzkiego z pozostałymi mieszkańcami Ziemi. Nasze ciała, nasze serca, nasze mózgi, nasze zachowania, nasze uczucia, nasze myśli nie wzięły się znikąd: zawdzięczamy je jedności życia na trzeciej planecie od Słońca. Choćby dlatego nie wolno nam traktować świata żywego jako magazynu i śmietnika. „Choćby” – a może przede wszystkim.

„Śmieciami można opowiedzieć o współczesności”, rzecze Łubieński. Ja pójdę dalej: śmieciami można opowiedzieć o ludzkości.

Stanisław Łubieński. Książka o śmieciach. Agora 2020.

 

__________

Książka Dawida Juraszka Antropocen dla początkujących. Klimat, środowisko, pandemie w epoce człowieka jest dostępna w SKLEPIE LIBERTÉ!

 

Pandemia rządzi…, a czy ma rządzić „nowy komunizm”? :)

Po pobieżnej lekturze dawno dawno temu jego „Wzniosłego obiektu ideologii” (tłumaczenie z 2001 r.) Sławoj Žižek nie wywoływał u mnie jakichś zachwytów, może dlatego, że jego koncepcja wzniosłości nie zgadzała się z moją, a wtedy akurat byłem z tym na bieżąco. Dlatego przegapiłem kilka jego ostatnich dokonań (jak np. „Żądanie niemożliwego”, czy „Rok niebezpiecznych marzeń” z 2014) i dlatego nie podzielałem zachwytów nad nim czytanych od czasu do czasu w Guardianie czy New Yorkerze. Nie przeczytałem też jeszcze jego „Living in the End Times”, jestem w trakcie tej lektury. Ale kupiłem jego ostatnią książkę z marca 2020 roku pt. „Pandemia! Covid-19 trzęsie światem”, bo ciekaw byłem poglądów na obecną pandemię kogoś, kto przedstawiany jest jako filozof i krytyk kultury. Co prawda, ten filozof wywołuje skrajne emocje od zachwytu („najbardziej niebezpieczny myśliciel świata”) po daleko posunięty sceptycyzm (zob. artykuły o jego antysemityzmie, czy autoplagiatowaniu). Jednak, jako że pandemia jest ewidentnie wielką zmianą stanu świata, a ja wykładam także filozofię kultury, to sięgnąłem po tę książkę sloweńskiego pisarza. Nie zawiodłem się, jest ona, mimo że powstawała (była pisana i tłumaczona, redagowana i drukowana) w jakimś błyskawicznym, szatańskim tempie, jest dobrze napisana, choć faktycznie raczej eseistyczna, nie jako dysertacja czy analiza. Jest to esej składający się z kilku mniejszych esejów.

Žižek skończył pisanie wtedy, kiedy właściwie została dopiero ogłoszona pandemia, pod koniec marca 2020. Widać, że bardzo dużo dawnych przemyśleń zostało przez autora zrekonfigurowanych i włączonych w nowe pandemiczne konteksty. Sam autor wielokrotnie wskazywał, że najwięcej uczy się od swoich przeciwników konserwatystów, dlatego atakują go zarówno z lewa, jak i z prawa i pewnie dlatego zaczyna przekornie od nawiązania do chrześcijaństwa  we wstępie zatytułowanym aluzyjnie „Noli me tangere” [łac. Nie dotykaj mnie z J 20:17]. Ciekawie brzmi jego interpretacja symbolicznej obecności Chrystusa w miłości między ludźmi w odniesieniu do sytuacji w pandemii, kiedy obowiązuje społeczne dystansowanie się od siebie wzajemne. Sama interpretacja tego fragmentu jest znana od czasów pisania Maurice’a Zundela, ale ta reinterpretacja pandemiczna jest ciekawa. Pisałem na początku pandemii o nowym rozumieniu altruizmu: trzeba być dalej od ludzi, żeby być z nimi blisko. Realna bliskość i miłość musi zostać zastąpiona symboliczną bliskością i miłością. To ciekawe u zadeklarowanego ateisty, choć przecież nie jest tutaj jakiś bardzo oryginalny, już Alain Badiou odwoływał się do św. Pawła i jego uniwersalizmu jako najważniejszego przesłania chrześcijańskiego. [Badiou, Alain. Święty Paweł: Ustanowienie uniwersalizmu, Kraków 2007]. Ale sprawdziłem, że już w 2010 w apokaliptycznie pobrzmiewającej książce „Życie w czasach ostatecznych” nie tylko robi symboliczne odniesienie do czterech jeźdźców apokalipsy, ale uwzniośla swoją lewicową misję poprzez odniesienie do Listu do Efezjan św. Pawła (Efezjan 6:12). Pisze on tam: „Niniejsza książka jest więc księgą walki, zgodną ze zdumiewająco trafną definicją Pawła: „Gdyż bój toczymy nie z krwią i z ciałem, lecz z nadziemskimi władzami, ze zwierzchnościami, z władcami [kosmokratorami] tego świata ciemności, ze złymi duchami w okręgach niebieskich” [przekł. Biblii Warszawskiej]. Albo jak można przetłumaczyć na dzisiejszy język: „Nasza walka nie toczy się przeciwko faktycznie skorumpowanym jednostkom, ale przeciwko rządzącym po prostu, przeciwko ich autorytetowi, przeciwko globalnemu porządkowi i ideologicznej mistyfikacji, która go podtrzymuje”.

Przekonuje mnie taka interpretacja chrześcijaństwa, które nigdy nie powinno iść w sojuszu z tronem, czyli władzami tego świata. Przekonuje mnie to, bo w dzisiejszej Polsce widać wyraźnie jak wiele złego może uczynić sojusz ołtarza i tronu. Jednak nie do końca rozumiem wizję pozytywną alternatywy, w postaci nowego komunizmu.

Zanim jednak do tego przejdę zauważę, iż Žižek już w marcu sprawnie zarysowuje konieczność uznania wartości wolności słowa, zwłaszcza w kontekście słynnej sprawy Li Wenlianga, który został najpierw uwięziony przez władze chińskie za przecieki dotyczące COVID-19, a potem mimo że Chińczycy przeprosili, to już nic to nie dało, bo słynny doktor zmarł na COVID-19 właśnie. Uniwersalna waga wolności słowa powoduje, że warto czytać takich ludzi jak Žižek, potwierdzają to także intelektualiści podpisani pod deklaracją o wolności słowa w kontekście ruchu zaprzeczającego przeszłości.

W tym kontekście naprawdę bardzo ciekawie brzmi także obserwacja Žižka dotycząca programu w telewizji rosyjskiej poświęconego spiskowym teoriom: strategia tych telewizyjnych programów jest taka, żeby wykazać, że dana spiskowa teoria to „coś szalonego, nie może to być prawda, ale w sumie, kto wie…” (21) Zasadniczo krytykuje się tutaj spiskowe teorie, ale nie jest to krytyka totalna, zawsze pozostaje to zmrużenie oka… Ostatnio także w Polsce zaaranżowano taki scenariusz: poseł Konfederacji wręcza publicznie posłowi Jarosławowi Kaczyńskiemu książkę pt. Fałszywa epidemia. Krytyka naukowców i lekarzy autorstwa wielu „wybitnych” naukowców i lekarzy (choć epidemiologów tam jakby najmniej) ukazała się pod red. i ze wstępem dra Mariusza Błochowiaka, redaktora i wydawcy Miesięcznika Egzorcysta (bardzo autorytatywnego…). Zdjęcie posła Kaczyńskiego obiegło Polskę jak długa i szeroka „Kaczyński czyta „Fałszywą epidemię””.  Następnie dla inteligentnych podano, że wiceminister stwierdził, że JK wcale nie wierzy w spiskowe teorie dziejów, ale czytać przecież może… No a „światły” minister Błaszczak książki nie przyjął. Taki przekaz wielopoziomowy jest charakterystyczny zarówno dla „Shreka” jak i dla cynicznych populistów. Žižek słusznie stwierdza, że pandemia to nie kara, nie ma ona głębszego znaczenia, ale daje nam impuls, że musimy przemyśleć takie kwestie jak globalizacja, rynek kapitalistyczny, przemijalność bogactwa, przed którymi przestrzegał Žižek już w swojej apokaliptycznej książce z 2010.

Bardzo ciekawy jest Žižkowy podział na trzy rodzaje pracowników, których wyrazista inność zostało podkreślona przez pandemię i lockdown: jedna kategoria to pracownik linii produkcyjnej składającej iPhone’a np. w Szanghaju, druga kategoria (już nie klasa) to pracownicy sektora opieki, od których wymaga się nie tylko pracy sensu stricto, jak przy taśmie produkcyjnej, ale wymaga się także wysiłku okazywania empatii, żeby być ciągle miłym, uprzejmym, empatycznym. Ci najwięcej chyba ucierpieli na lockdownie.  Trzecia grupa to samozatrudniający się pracownicy kreatywni, od których wymaga się zaangażowania np. całej swojej kreatywności w reklamowanie np. produktu, do którego człowiek nie może się jakoś przekonać. Wedle Žižka nie możemy traktować wątpliwego przesłania pandemii (bo żadnego przesłania nie ma), jako „wyluzuj”, bo „Arbeit macht frei” to ciągle właściwe motto, chociaż brutalnie nadużyte przez nazistów.” No i „kiedy pracownik służby zdrowia pada z nóg po pracy w nadgodzinach to jego zmęczenie jest zmęczeniem wartościowym”. (34)

Autor świetnie identyfikuje te szalejące nad nami dzisiaj burze: jeden sztorm to pandemia koronawirusa, kwarantanna, cierpienie, śmierć.  Drugi sztorm to skutki gospodarcze pandemii, które będą szczególnie dotkliwe dla Europy oraz trzeci sztorm: historia nazywana przez Žižka Putoganem (od Putina i Erdogana) – to jest nowy wybuch przemocy w Syrii między Turcją a reżimem Asada wspieranym przez Putina właśnie. Jest zatem Žižek krytyczny względem Rosji, jak również wobec Chin.

W rozdziale o pięciu etapach epidemii (koncept z lat 60-tych XX wieku szwajcarskiej psycholożki Elisabeth Kübler-Ross, która pisała o pięciu etapach radzenia sobie z żałobą) pisze między innymi o katastrofie klimatycznej czy o zagrożeniu cyfrową kontrolą naszego życia. Jednak najważniejsze filozoficzne wnioski to: „na bardziej ogólnym poziomie pandemie wirusowe przypominają nam o ostatecznej przypadkowości i bezsensie naszego życia – nieważne jak wspaniałe konstrukcje duchowe zbudujemy jako ludzkość, jakieś głupie, naturalne, nieprzewidywalne zdarzenie, takie jak wirus czy asteroida, może to wszystko zakończyć… nie wspominając już o lekcji ekologicznej, która mówi o tym, że my, ludzkość, też nieświadomie możemy się do tego końca przyczynić.”Dlatego w rozdziale szóstym, który traktuje m.in. o wirusie ideologii, Žižek tak naprawdę nawołuje do autorefleksji, do samoopanowania, opamiętania…

No i teraz sprawa najważniejsza, najistotniejsza propozycja Žižka. Musimy przemyśleć sprawę „nowego komunizmu”. Na czym on miałby polegać? Tego do końca nie wyjaśnia, no bo rozrzucone gdzieniegdzie w książce krótkie uwagi mogą być odniesione do już istniejących instytucji międzynarodowych: Žižek proponuje dzielenie się informacjami oraz międzynarodowe koordynowanie planów. To jest potrzebny dziś komunizm: oparte na dowodach naukowych działania zbiorowe, wspólnotowe. Dlaczego? Bo wolnorynkowa globalizacja czyni świat podatny na kryzysy i pandemie. Dlatego stoimy przed alternatywą: albo barbarzyństwo populistycznych reżimów, wykorzystujących pandemie, aby wzmóc kontrolę na społeczeństwami albo nowy rodzaj komunizmu. Albo prywatyzacja/barbarzyństwo, albo kolektywizm/cywilizacja. Albo „nowa ludzkość zjednoczona”, albo barbarzyństwo nazizmu, nietolerancji i wojen (108). Niestosowanie uścisku dłoni i izolacja w razie potrzeby to jest obecna forma solidarności. (83)

Žižek nie zgadza się z Giorgio Agambenem, lekceważącym pandemię, twierdzi, że „musimy zacząć doświadczać prawdziwej filozoficznej rewolucji, innymi słowy doświadczać siebie jako istot żywych wśród innych form życia ciągle zagrożonego.” (84)

Ciekawą propozycją filozoficzną nie jest spojrzenie na epidemiologię jako wzorzec rozpleniania kulturowych reprezentacji (jak i Richarda Dawkinsa i Dana Sperbera), ale spojrzenie ponowne na filozofię Lwa Tołstoja, dla którego słowo infekcja było bardzo ważne oraz ponowne spojrzenie na heglowskiego ducha ludzkiego jako wirusa, bo psyche ludzka to metaforyczny wirus wysługujący się językiem (85-86).

Na tle doktryny szoku Naomi Klein propozycja Žižka jest bardziej jednoznaczna, wprost pada wyklęte przecież słowo komunizm, czego nie można znaleźć u tej pierwszej, ale jej pesymizm i optymizm w obecnej sytuacji wynika z koncepcji nazywanej przez Žižka kapitalizmem katastrof (97). Zgadzam się z finalną tezą, że właściwe dziś pytanie brzmi, jaki porządek się wyłoni z tej dekonstrukcji, która jest ewidentna w nieintencjonalnym działaniu koronawirusa. (138) Žižek pragnie pomóc w procesie samouświadomienia systemu: cytuje Bruno Latoura który słusznie podkreślał, że kryzys koronawirusa to próba generalna przed nadchodzącą zmianą klimatu. Ta zmiana to następny kryzys, w którym reorientacja warunków życiowych będzie przedstawiana jako wyzwanie dla nas wszystkich, tak jak szczegóły codziennego życia których będziemy się musieli nauczyć ostrożnie rozwiązywać. (122-123). Žižek proponuje, aby to nauka stała się podstawą naszych działań (post)kryzysowych. Greta Thunberg miała rację twierdząc, że politycy powinni słuchać nauki. Krytykuje filozofów, którzy woleliby raczej zaufać przeczuciom. W sytuacji, kiedy populiści wykorzystują kryzys, żeby zacisnąć pierścienie autorytaryzmu i kontroli (wspomina Wiktora Orbana, który doprowadził do przyjęcia ustawy umożliwiającej mu rządzenie za pomocą dekretów przez nieograniczony czas, s. 134). Žižek proponuje, aby szok wykorzystać do wzmożenia świadomości upadku i, jak można wyczytać z jego książki z 2010, apokalipsy. Cytuje tutaj twórczo Ryszarda Kapuścińskiego i jego „Szachinszacha”, reportaż, który traktuje o rewolucji w Iranie, chodzi tutaj o zjawisko upadku reżimu — ten zachowuje się jak kot wiszący nad przepaścią, on nie spadnie dopóki nie spojrzy w dół, kiedy już spojrzy, to już jest po nim. (135) „Jesteśmy teraz zmuszeni przyznać, że nowoczesna nauka, mimo całej swojej ukrytej tendencyjności, stanowi dominującą formę transkulturowego uniwersalizmu. Epidemia stanowi upragnioną szansę, by nauka utwierdziła się w tej roli.” (136)

„Czterech jeźdźców apokalipsy” wedle Žižka z 2010 r. to kryzys ekologiczny, konsekwencje rewolucji biogenetycznej, brak równowagi w samym systemie (problemy z własnością intelektualną; zbliżające się walki o surowce, żywność i wodę) oraz gwałtowny rozwój społeczny, podziały i wyłączenia.

Wydaje się, że propozycja Žižka nie jest taka straszna, jakby wyglądało z samej nazwy „nowy komunizm”: kooperacja międzynarodowa w wymianie informacji i działaniu, wspólnotowe impulsy działania, wspólnotowy i uniwersalistyczny punkt widzenia na sprawy codzienne i organizacje życia społecznego. Chyba, że zdarzające się Žižkowi pochwały rządu chińskiego w radzeniu sobie z pandemią oznaczałyby tęsknotę za maoizmem i czerwoną książeczką. Ale tego chyba w tej książce znaleźć nie można (cytaty z Mao są w książce z 2010). Pochwała wolności słowa i krytyka rządu Chin przy próbie gwałcenia wolności słowa to są ważne w niej wątki. Zgadzam się ze starym powiedzeniem Martina Luthera Kinga, cytowanym przez Žižka: „wszyscy jedziemy na tym samym wózku”.

Dzięki pandemii możemy zastanowić się nad alternatywnym społeczeństwem i alternatywnymi sposobami życia. Jako takie — filozoficzne wezwanie — książka wydaje się spełniać swoją funkcję popularnego opracowania zjawisk tworzących kontekst naszego życia dzisiaj.

 

 

Kiedy kłamstwo staje się normą :)

Jakie będą konsekwencje pozbawienia kłamstwa aspektu moralnego i potraktowania go wyłącznie jako instrumentu wpływu? Jak ma funkcjonować społeczeństwo, w którym nie kłamstwa należy się wstydzić, tylko porażki w dążeniu do swoich celów? Jak żyć w kraju, w którym oficjalnie głoszone kłamstwo staje się normą, która nikogo nie gorszy i nie dziwi?

Są ludzie, którzy skłonni są uwierzyć we wszystko, także w to, co jest sprzeczne z ich życiowym doświadczeniem i zdrowym rozsądkiem. Są to na ogół ludzie żyjący w ciągłym lęku, borykający się z rozmaitymi trudnościami i ograniczeniami życiowymi. Nic dziwnego, że uparcie poszukują Patrona, który się nimi zaopiekuje i w taki czy inny sposób im pomoże. Takim Patronem staje się dla nich ktoś, kto potrafi zarządzać ich lękiem, to znaczy straszyć, ale zarazem dawać nadzieję. Patronowi wierzy się bezgranicznie, bo ów Patron to jedyny punkt oparcia, bez którego zwykły, biedny człowiek stałby się ofiarą złych mocy.

Jeśli więc Patron mówi, że ideologia LGBT jest „tęczową zarazą”, której celem jest zniszczenie tradycyjnej rodziny, to trzeba mu wierzyć i bać się. Jednocześnie Patron daje nadzieję, bo wskazuje ludzi i instytucje, które trzeba wspierać, bo mają siłę i metody, aby tę zarazę zatrzymać. Któż by się zastanawiał, co znaczy „ideologia” i czy domaganie się przez ludzi nieheteronormatywnych równych praw, jakie mają ludzie heteronormatywni, jest aż ideologią. Ważne jest to, że ludzie LGBT nie tylko są dziwni, ale i niebezpieczni. Dziwni dlatego, że sami wybrali sobie taką orientację seksualną. Patron przecież mówi, że  homoseksualizm to choroba, z której można się wyleczyć. Trzeba tylko chcieć. No to jak tu takim dziwakom dawać równe prawa, pozwalać im zawierać małżeństwa i jeszcze adoptować dzieci? Jak nie chcą się leczyć, to niech przynajmniej siedzą cicho i nie zawracają głowy porządnym ludziom. Ale im nie tylko chodzi o równe prawa, im chodzi o panowanie nad bogobojnym narodem. Ten cały szum medialny, który uruchomili, te ich parady, to nic innego, jak promocja homoseksualizmu, zwłaszcza wśród młodzieży, bo starszych trudno im będzie do tego przekonać. Ale młodzi chętnie podążają za modą. Jeśli więc nie powstrzyma się inwazji homoseksualizmu, to rodziny tradycyjne znikną, a w parach jednopłciowych nie będzie dzieci. Polska się wyludni. Sodoma i Gomora!

Ale na tym nie koniec lęków, bo oto Patron straszy seksualizacją dzieci. Kto to widział, żeby od najmłodszych lat, bo już od przedszkola, uświadamiać dzieci w sprawach, o których powinny dowiadywać się, kiedy już dorosną. Komu to ma służyć? Patron nie ma wątpliwości, że to przygotowanie do pedofilii i homoseksualizmu. Zbyt wczesne rozbudzenie seksualne dziecka, to przecież nic innego, jak narażenie go na ataki pedofilów i zachęcanie do homoseksualizmu. Fakt, że oświata seksualna ma się odbywać według programu WHO, świadczy tylko o tym, że tę organizację międzynarodową opanowali pedofile i ludzie pozbawieni podstawowych zasad moralnych.

Do tego wszystkiego grozi nam jeszcze eutanazja, której masowo będą poddawani ludzie starzy, będący obciążeniem dla budżetu lewicowo-liberalnego państwa. Może ci bogaci zdołają się jakoś uratować, ale dla reszty nie będzie  litości. Pójdą na stracenie, niczym niesprawne dzieci w Sparcie. Wszystkie te nieszczęścia mogą nas dotknąć, gdy wygra Trzaskowski zapatrzony w zgniły Zachód – straszy Patron. I zaraz pociesza, że z pewnością nas one ominą, gdy zwycięży Duda, niezłomny obrońca polskiej tradycji.

Nie mam zamiaru krytykować, ośmieszać, a zwłaszcza poniżać tych, którzy w te zagrożenia szczerze wierzą i autentycznie się ich boją. Oni potrzebują Patrona, który zamknął ich w szczelnej bańce informacyjnej. Ale nie można się powstrzymywać przed potępieniem tych, którzy postanowili być ich Patronem, czyli przedstawicieli Kościoła i Zjednoczonej Prawicy. Ci ludzie doskonale wiedzą, że sieją kłamstwa i wzbudzają nienawiść. Niektórzy hierarchowie doszli do wniosku, że naturalnym sprzymierzeńcem Kościoła jest prawica, z którą ścisłe współdziałanie, polegające na sianiu ciemnoty, szczuciu i poniżaniu zapewni im rząd dusz, z wszystkimi tego politycznymi i ekonomicznymi korzyściami. Tacy ludzie Kościoła, jak ksiądz Oko, arcybiskup Jędraszewski czy ojciec Rydzyk dobrze przecież wiedzą, że orientacja seksualna jest wrodzona, a nie nabyta, że nie można się z niej wyleczyć, bo nie jest chorobą, tylko biologiczną cechą człowieka, że wreszcie nie można się nią zarazić czy uczynić z niej modę. Domaganie się przez ludzi nieheteronormatywnych równouprawnienia nie może nikomu w niczym zagrażać. Można zrozumieć, że z punktu widzenia Kościoła katolickiego, sprowadzającego relacje seksualne do aktu prokreacji, homoseksualizm jest czymś złym. Ale nie mogą być za złych uważani ludzie, którzy sobie tej orientacji nie wybrali, tylko się z nią urodzili. Gdyby przedstawiciele Kościoła naprawdę wierzyli w Boga, o którym tyle mówią, to zrezygnowaliby z nienawiści w stosunku do ludzi, których natura również jest Jego dziełem, i którym należy się taki sam szacunek, jak heteronormatywnym, których jest większość.

Wszystko to także wie Jarosław Kaczyński, co mu nie przeszkadza głosem pełnym troski, jak na Patrona przystało, przestrzegać naród przed niebezpieczeństwem powszechnej eutanazji i straszliwymi skutkami seksualizacji dzieci, gdyby Duda przegrał wybory. Jak można przyjąć, że brak wiedzy na temat seksualności człowieka może w czymkolwiek pomóc młodym ludziom w trudnym okresie dojrzewania? Przecież tylko wiedza na ten temat może ich uczynić odpornymi na próby ich molestowania przez pedofilów. Jak można przyjąć, że tradycyjne, koleżeńskie „uświadamianie” jest lepsze od profesjonalnej edukacji? Wiadomo przecież, że zdecydowana większość rodziców nie chce albo nie potrafi odpowiednio przygotować swoich dzieci do tej intymnej, a zarazem niezwykle ważnej dla zdrowia psychicznego sfery życia. Jak można, znając realia życia społecznego w krajach zachodnich, tak obrzydliwie kłamać na temat eutanazji? To jasne, że w katolickim kraju przyjmuje się, że życie człowieka jest własnością Boga, i tylko On ma prawo życie mu odebrać. Ale warto wznieść się ponad to wąskie wyznaniowe myślenie. Eutanazja dopuszczalna jest w niewielu krajach i obramowana licznymi ograniczeniami, wykluczającymi jakiekolwiek nadużycia. Eutanazja jest aktem miłosierdzia w stosunku do ludzi, którzy nie są w stanie znosić swojego cierpienia, nie mając przy tym żadnej nadziei na poprawę. Zabronienie im tego jest zwykłym bestialstwem. Ale polscy konserwatyści bestialstwem wolą nazywać eutanazję, a nie skazywanie ludzi na długotrwałe konanie w męczarniach.

Skąd więc aż tyle nienawiści i zapiekłości w stosunku do LGBT i zwolenników edukacji seksualnej dzieci? Skąd nieposkromiona chęć tworzenia katastroficznych wizji, jako skutku akceptacji tych zmian obyczajowych u abp Jędraszewskiego i jego skłonność do barwnych epitetów pod adresem tych środowisk? Skąd rubaszny bełkot ojca Rydzyka, którym wyraża krańcowe zgorszenie tymi zjawiskami? Skąd tyle cynizmu i złej woli u Jarosława Kaczyńskiego, bezczelnie kłamiącego na temat eutanazji w Holandii i strefach szariatu w Szwecji?

Odpowiedź jest prosta: ludźmi polskiego Kościoła kieruje paniczny lęk przed idącą z Zachodu falą sekularyzacji, która może pozbawić Kościół instytucjonalny dotychczasowych wpływów i stanu posiadania. To dlatego kościelni dostojnicy wymyślają brednie na temat moralnego upadku w państwach zachodnich. Kieruje nimi lęk przed utratą władzy i przywilejów. Dlatego uparcie starają się bronić patriarchalnej, purytańskiej obyczajowości. W przeciwieństwie do Kościoła katolickiego na Zachodzie, polskiego kleru nie stać na adaptację do liberalnych zmian kulturowych, stawiających na pierwszym miejscu prawa człowieka.

Podobna motywacja kieruje poczynaniami ludzi Zjednoczonej Prawicy. Do tej pory mowa była tylko o kłamstwach dotyczących spraw obyczajowych, ale kłamie się o wszystkich sprawach dotyczących życia społecznego. Nie ma co wspominać o kłamstwach TVP, oficjalnie publicznej, a w rzeczywistości partyjnej, które są powszechnie znane. Czy Jacek Kurski i jego tzw. dziennikarze wierzą w to, co mówią? Oczywiście, że nie. Chodzi tylko o to, żeby dawać paliwo swoim wyznawcom, których Kurski nazwał kiedyś „ciemnym ludem” oraz po to, żeby prowokować opozycję. Zjednoczona Prawica zdaje sobie bowiem sprawę, że spora część jej elektoratu w ogóle nie zwraca uwagi na jej propagandę. Interesuje się bowiem wyłącznie transferami socjalnymi, co znakomicie wyraża w przekonaniu: „Oni też kradną, ale przynajmniej się dzielą”. Przedmiotem oddziaływania populistycznej prawicy są zatem jej wyznawcy i aideologiczni beneficjenci jej działań. Reszta społeczeństwa jej nie interesuje.

To do tej reszty zwrócił się Andrzej Duda w wieczór wyborczy, przepraszając tych, którzy się mogli poczuć obrażeni jego wypowiedziami w kampanii. Sens przeprosin Prezydenta sprowadza się do przekonania, że w kampanii wyborczej nie prawda i uczciwość są ważne, a tylko to, co pomoże pozyskać wyborców. Inteligentni ludzie powinni to przecież rozumieć i nie obrażać się. Nie wszyscy są jednak wystarczająco inteligentni i tych można łaskawie przeprosić. Duda i tak zrobił więcej niż można byłoby się spodziewać, bo włodarze TVP za swoje kłamstwa, szczucia i manipulacje nikogo przepraszać nie zamierzają.

Jakie jednak będą konsekwencje pozbawienia kłamstwa aspektu moralnego i potraktowania go wyłącznie jako instrumentu wpływu? Jak ma funkcjonować społeczeństwo, w którym nie kłamstwa należy się wstydzić, tylko porażki w dążeniu do swoich celów? Jak żyć w kraju, w którym oficjalnie głoszone kłamstwo staje się normą, która nikogo nie gorszy i nie dziwi? Patrząc na zbolałe miny kościelnych dostojników i propagandzistów PiS-u, przestrzegających lud przed wyimaginowanymi zagrożeniami, warto uświadomić sobie jak wielką demoralizację społeczną powodują ich działania. Utrwala się bowiem powszechne przekonanie, że cel uświęca środki, że jeśli coś uważa się za ważne, to wszelkie sposoby są dozwolone, aby to osiągnąć. Jarosław Kaczyński uznał się za zbawcę Polski, jeśli uczyni z niej konserwatywną dyktaturę w sojuszu z Kościołem. Aby ten cel osiągnąć, drwi sobie z konstytucji, dobrych obyczajów i prawdy. Przecież Polska jest najważniejsza – powtarza – ale tylko taka Polska, jaką sobie wymarzył. Więc w walce o tę Polskę gotów jest zrobić wszystko.

Jeśli w społeczeństwie upowszechni się ten sposób myślenia, że cel uznany za szlachetny usprawiedliwia niegodziwe sposoby jego osiągnięcia, to życie społeczne stanie się dżunglą, w której liczyć się będzie wyłącznie siła, bo prawo i moralność przestaną pełnić funkcje regulacyjne. Demoralizacja wyraża się w tym, że oprócz ludzi przekonanych, że kłamstwo Patrona jest prawdą i żyjących w swojej teflonowej bańce informacyjnej, będzie rosła liczba tych, którym kłamstwa władzy będą obojętne, którzy będą przekonani, że kłamstwo popłaca i ułatwia życie. Ta cyniczna postawa oznacza nastawienie na kalkulatywną ocenę sytuacji społecznych. Silnym, tym którzy mają władzę, nie warto się sprzeciwiać i buntować przeciwko ich niegodziwościom. Przeciwnie, silnych należy wspierać, bo dzięki temu można uzyskać jakieś korzyści. Będzie zatem rosła liczba osób pozbawionych empatii, wstydu i skrupułów. Skutkiem tej demoralizacji będzie kompletny brak zaufania w relacjach społecznych. Jeśli bowiem przyjmuje się, że kłamstwo jest czymś normalnym, to trudno jest wierzyć w czyjeś zapewnienia i deklaracje. W ten sposób następuje stopniowy rozkład tkanki społecznej i pojawia się zjawisko anomii.

Wszystko to nas czeka, jeśli uznamy, że jakikolwiek opór przeciwko formie rządów Zjednoczonej Prawicy staje się bezcelowy. O podstawowe wartości, a do takich należy prawda, należy walczyć bezustannie w każdych warunkach. Jeśli nie będzie się uparcie demaskować kłamstw tej władzy, to nie będzie żadnej gwarancji, że jej następcy nie zechcą wykorzystać tak skutecznego narzędzia wpływu, jakim jest kłamstwo.

„Antropocen dla początkujących” – recenzja :)

Spałam, gdy się kończył świat. Żadnych dźwięków, tylko błysk. Na tarczę Słońca Luna naszła, wzmógł się wiatr (…) Nie śpię, żyję, lewituję tu. Nie mam za co chwycić, nie mam o co oprzeć stóp – tak w utworze otwierającym jedenasty album grupy muzycznej Hey pt. Błysk Katarzyna Nosowska rozpoczyna umożliwiający mnogość interpretacji monolog o końcu świata. W całości obrazu doszukiwać się można nawiązań do Solaris, traumatycznego poczucia odosobnienia jednostki czy – faktycznie – nadchodzącej ostateczności.

Przez całą lekturę książki Dawida Juraszka Antropocen dla początkujących. Klimat, środowisko, pandemie w epoce człowieka, ponad czterystustronicowej pozycji wydawnictwa Biblioteki Liberté!, regularnie wracały do mnie wersy Błysku, a z każdym kolejnym rozdziałem zasychało mi w gardle, fotel stawał się coraz mniej wygodny. I to mimo, że zajmuję się zawodowo zagadnieniami środowiskowymi, żaden z tematów poruszonych w lekturze nie był mi obcy, a dużą część przytaczanych danych dobrze znam.

Eseje Juraszka to diagnoza. Diagnoza postawiona bez eufemizmów, bez nadziei na cud czy choćby względnie udaną rekonwalescencję. To okrutnie prawdziwy i pozbawiający złudzeń obraz rzeczywistego przekształcenia planety w miejsce, które jest ludzkości coraz mniej przyjazne. To jawne oskarżenie, wyrzut sumienia, zarówno w wymiarze indywidualnym – każdego mieszkańca/ki, czy bardziej – użytkownika/czki Ziemi, jak i zbiorowym. Czyli coś, na co w absolutnej zupełności – jako gatunek Homo Sapiens – zasłużyliśmy.

Stopień przekształcenia i degradacji planety, na której żyjemy, jest bezprecedensowy. Człowiek – co zauważa z nieukrywaną dozą melancholii Juraszek – wskutek rozwoju wszelkich maści technologii, a także braku umiaru w eksploatacji i szacunku dla natury, pozbawił się możliwości odkrywania miejsc jeszcze nieodkrytych, a te odkryte są najczęściej w stanie agonalnym. Trwamy już jedynie w fazie bolesnej i nieodwracalnej przyrodniczej recesji.

Upadek bioróżnorodności, wymieranie gatunków, wszechobecne betonowanie i wylesianie, hodowla przemysłowa zwierząt, toksyczne zanieczyszczenie powietrza, gleb i wód, a już przede wszystkim zmiana klimatu, które możemy bez cienia wątpliwości zaobserwować do tej pory, w logiczny sposób dostarczyć winny ludziom wystarczających powodów, żeby zacząć obawiać się o choćby względnie stabilną przyszłość. Najwyraźniej jednak to zbyt mało, a większość społeczeństw wciąż wypiera fakty, badania i prognozy licząc na dalszy wzrost gospodarczy lub ignorując problem. Autor rozprawia się z reprezentatami wciąż obecnego jeszcze negacjonizmu klimatycznego, w analityczny sposób przedstawiając nieścisłości procesów myślowych – lub nieczyste intencje – ludzi, którzy nieświadomie bądź z premedytacją utrzymują innych w przekonaniu, że tak naprawdę nie ma powodów do zmartwień. Juraszek analizuje skomplikowany system zależności w sferze bio- i antroposfery, ukazując w nowym świetle pozornie nieznaczące relacje, które decydują o równowadze całej misternej machiny nazwanej przez nas Ziemią – jednocześnie wyliczając skalę dokonanych zniszczeń.

Proza esejów na temat nadchodzącej zapaści, punktów krytycznych, analiza zjawisk neomanii, eksploatacyjnej czy rabunkowej wręcz twarzy kapitalizmu oraz rozważania nad traconym intelektualnym potencjałem społeczeństw przeplatane są przez Juraszka zgoła odmiennymi formami literackimi. Pośród tekstów o wymierających gatunkach znaleźć można oniryczne opisy przyrody, literaturę piękną, teksty piosenek Depeche Mode, wspomnienia z osobistych podróży czy wersy Inwokacji. Nadaje to pewnej głębii sprzyjającej pogłębionej refleksji, poszerza perspektywę o aspekty kulturowe oraz pozwala na bardziej intymne utożsamienie się z treściami. Pozwala też zastanowić się nad tym jak młode pokolenie formułuje własne przekonania i wartości i jaki kanału przekazu używa aby o nich mówić.

O ile bohaterami „Antropocenu…” są zarówno sam okres antropocenu w ujęciu historycznym, geologicznym, technicznym, gospodarczym, społecznym czy kulturowym i w metaforycznym sensie spersonifikowana Ziemia, o tyle ludzie stanowią tu szkodliwe, degradujące tło. Nie brakuje odniesień do innych, licznych publikacji traktujących o temacie zapaści klimatu, kryzysu ekologicznego, upadku bioróżnorodności czy wymieraniu gatunków, a ich autorzy, m.in. Naomi Klein, Marcin Popkiewicz, Jonathan Watts czy Henry David Thoreau stanowią dla wspomnianego tła – pozornie jednak tylko – odciążającą równowagę.

O tytułowych pandemiach jest niewiele. Nieliczne odniesienia do wirusa SARS-CoV-2 dają poczucie, że to nie dosłowny wymiar pandemii w tych rozważaniach jest kluczowy. To my jesteśmy od kilku tysiącleci epidemią trawiącą Ziemię, od prawie dwóch wieków szkodzącą jej śmiertelnie, rozprzestrzeniającą się w każdym zakątku jej wyniszczonego ciała i prowokującą „przerzuty” swej działalności w każde kolejne, z nielicznych nietkniętych jeszcze toksycznym tworem Homo Sapiens, miejsc.

Niewiele uwagi poświęcono również nierównościom w ujęciu społecznym i zdrowotnym,  oprócz nierówności ekonomicznych – opisywanych w nawiązaniu do śladu węglowego czy uprawnień do emisji. Obok stosunkowo pokaźnej dozy nostalgii za minionymi czasami, kulturami czy osobistymi wspomnieniami autora nie znajdujemy zbyt wiele empatii względem ludzi, którzy każdego dnia masowo umierają wskutek zmiany klimatu czy degradacji ekosystemów. Kwestie zdrowotne traktowane są w książce daleko poza priorytetem, a ich występowanie w publikacji można określić jako krótkie podsumowanie wpływu zanieczyszczonego powietrza czy kataklizmów na zdrowie, traktowane jako argument – tu bezsprzecznie – czysto egocentryczny, gdy wszystkie pozostałe, zwłaszcza zachowanie funkcjonujących jeszcze ekosystemów dla przyszłych pokoleń i uniknięcie katastrofy w ujęciu ogólnym, zawiodą. Marginalizowanie tego tematu w tak obszernej pozycji wywołuje u mnie – rozumiejąc koncepcję i nie oskarżając o mizantropię – poczucie niewykorzystanej szansy przekazu.

Można by zarzucić autorowi, że w jednym z rozdziałów wytyka – nawet ekologom – zbyt optymistyczne podejście do tego co nas czeka, a jednak sam w pewien sposób – co zrozumiałe – próbuje zaszczepić w czytelniku nadzieję, że przy mobilizacji wszystkich sił pewna zmiana na lepsze jest możliwa. Nie jest to łatwa sztuka napisać książkę o końcu świata, odwlekając jednak jego widmo i próbując jednocześnie zagrzewać do działania. Nie jest również prosto opisać ogrom zniszczeń planety przy zachowaniu proporcji pozwalającej tlić się nadziei na przetrwanie. Ile potrzeba chłodnego, przytłaczającego realizmu do wzbudzenia motywacji i zmiany zachowań, ile ostrożności, by nie wywołać sprzężenia zwrotnego i pragnienia eskapizmu przed nadmiernym poczuciem odpowiedzialności, czy wręcz – winy?  Z racji braku obiektywizmu i mojego własnego zaangażowania w kwestie klimatyczne nie jestem w stanie ocenić, co w tej konkretnej narracji przeważy, trzymając się nadziei, że Ziemia nie sturla się z szal w milczącą otchłań.

Jedno jest pewne, dom mamy jeden. Spaliliśmy go, zniszczyliśmy, rozjechaliśmy samochodami, czołgami, zalaliśmy betonem, zadaliśmy mu wiele ciosów, zatruliśmy i pluliśmy nań bez żadnej refleksji i szacunku. Jego mury głośno krzyczą z rozpaczy, ale wciąż chcą nam dawać schronienie. Wykorzystajmy tę szansę i zjednoczmy siły, byśmy nie legli w gruzach własnej głupoty, krótkowzroczności, konformizmu i megalomanii. Jesteśmy już w tym krótkim ulotnym momencie przed „za późno”, zaczynając nieuchronnie mnożyć się przez pustkę – jak w późniejszych wersach wspomnianego przeze mnie utworu.

Dołączam do pytania ukrytego pomiędzy wierszami każdej strony „Antropocenu dla początkujących…” – czy zdążymy?

 

Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies. Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W programie służącym do obsługi internetu można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia.

Akceptuję