Jak to w końcu z tym zamachem?

Drukuj

Nocne życie polskiego Sejmu i tajemnicze losy druku 1590

„Moi drodzy, czym właściwie różnią się sądy od trybunałów?” – zapytał nas pewnego dnia z chytrą miną Tarno na zajęciach z administracyjnego. Grupa dwudziestu osób, dziś radców, wówczas aplikantów, spojrzała niepewnie po sobie.  Tarno (SNSA) wyczekał z zadowoleniem, aż napięcie w sali wykładowej jeszcze trochę wzrośnie i w odpowiednim momencie wypalił: „Trybunały to ciała polityczne!”. 

Nie wiem, jak inni, lecz ja poczułam się tym stwierdzeniem natychmiast dotknięta.  Przecież od zawsze wiadomo, że władze są i mają być trzy, a najpiękniejsza sądownicza, bo wolna i niezawisła. Oburzenie trwało jednak tylko chwilę, to jest do momentu, gdy usłużna pamięć podsunęła prawie już zapomniane szczegóły na temat tego, skąd właściwie biorą się sędziowie obu Trybunałów. Otóż, w odróżnieniu od sprawujących wymiar sprawiedliwości i kontrolę administracji sędziów sądów powszechnych, administracyjnych, wojskowych i Sądu Najwyższego, powoływanych przez Prezydenta RP na wniosek (jednak fachowej) Krajowej Rady Sądownictwa na czas nieoznaczony i potem już nieusuwalnych, w Trybunale Konstytucyjnym zasiadają sędziowie pochodzący z wyboru, którego dokonuje Sejm na 9 lat, liczonych indywidualnie dla każdego sędziego (bez prawa reelekcji), a w Trybunale Stanu zasiadają nawet nie sędziowie, lecz „członkowie” wybierani przez Sejm na czas kadencji Sejmu.

Tyle wstępu. A teraz do rzeczy. Zamach, czy nie zamach?

Zamiast liczyć owce prześledziłam dziś w nocy losy druku sejmowego 1590, który 10 lipca 2013 (podkreślam: dość dawno) wpłynął do Sejmu jako prezydencki projekt ustawy o Trybunale Konstytucyjnym. Obejrzałam specnowelę uchwaloną w czwartek przez Sejm, w piątek rano przez Senat, po południu klepniętą przez Prezydenta. Przeczytałam wniosek „grupy posłów” (PiS) o zbadanie zgodności z Konstytucją ustawy z dnia 25 czerwca 2015 o TK. Prześledziłam różne fora, walcząc z odruchem przykrości. Ostatecznie uznałam, że sprawa w ogóle nie wygląda dobrze, i być może prawdziwe są głosy, że polska demokracja ma jeszcze ciągle charakter fasadowy.

Emocje budzą następujące kwestie: pytanie o konstytucyjność wyboru sędziów Trybunału, którzy zastąpić mają ustępujących w listopadzie i grudniu, oraz pytanie o to, czego właściwie chciał Naród, gdy napisał był w art. 126 Konstytucji RP, że Prezydent  nad nią „czuwa”.

Spór rozgorzał wokół poprawki posła Roberta Kropiwnickiego (PO), który w maju, po konsultacjach z Biurem Legislacyjnym Sejmu, zaproponował uregulowanie przejściowe dla wyborów na wolne stanowiska po sędziach Trybunału zdających urząd w 2015. Warto przypomnieć, że projekt ustawy od dwóch lat leżał w Sejmie, prace nad nim aż do początku 2015 roku toczyły się niemrawo, cudownego przyśpieszenia doznały zaś wiosną. W druku sejmowym z 12 maja pojawił się po raz pierwszy przepis (uchylony teraz specnowelą PiS jako art. 137 uTK), zgodnie z którym „W przypadku sędziów Trybunału, których kadencja upływa w roku 2015, termin na złożenie wniosku w sprawie zgłoszenia kandydata na sędziego Trybunału wynosi 30 dni od dnia wejścia w życie ustawy”. Nie wykluczam oczywiście, że to czysty przypadek, i nie ma nic wspólnego z coraz wyraźniej rysującą się wówczas perspektywą klęski PO w wyborach prezydenckich i parlamentarnych. Nowa ustawa o Trybunale weszła w życie po krótkim, jak na prawo ustrojowe, vacatio legis (30 dni) –  już 29 sierpnia. W ciągu kolejnych trzydziestu dni Sejm – wciąż VII kadencji – zgłosił kandydatury na stanowiska sędziowskie, które zwalniały się zarówno w listopadzie (za VII kadencji), jak i w grudniu (już za kadencji VIII). Uchwały o wyborze wszystkich pięciu sędziów TK podjęto hurtem 8 października. Prezydent powziął wątpliwość, czy przepis art. 137 uTK, pozwalający Sejmowi VII kadencji dokonać wyboru „na przyszłość” – w odniesieniu również do stanowisk tych sędziów, których kadencja kończyła się już za kolejnej kadencji Sejmu, w grudniu  – jest konstytucyjny. W związku ze swymi wątpliwościami profilaktycznie, oraz bez wątpienia również nieco złośliwie, nie chce odebrać przysięgi nawet od wybranych trzech sędziów „siódmokadencyjnych”, którzy powinni byli objąć urząd w listopadzie. Co więcej, pomimo tego, że doktor z niego praw, bierze udział w procesie legislacyjnym, który bardziej przypomina zamach stanu (północ, zgaszone kamery, posłowie słaniający się ze zmęczenia, nie wiedzą, co czynią, czwartek – Sejm, piątek – Senat/ Prezydent, chyba jeszcze takiego ekspresu nie było). Jednym słowem, bardzo nieładnie. Ale czy tego korowodu nie zaczęła, w pewnym sensie, władza poprzednia? Teraz następuje odbicie posterunku.

Odczytuję ten spór również w kategoriach walki o wizję państwa i rolę jego naczelnych organów, a przede wszystkim – Prezydenta.  Co to znaczy, że on nad Konstytucją „czuwa”? Co to znaczy –  „strażnik Konstytucji”? Czy to coś na kształt „strażnika Teksasu”? Czy Naród chciał, żeby głowa państwa,  niczym Peter Parker, gdy Konstytucja RP ma się (jego zdaniem) źle, używał swoich pajęczych – sorry, konstytucyjnych – prerogatyw, i oplótłszy pozostałych uczestników dramatu ich nowatorską interpretacją prowadził wszystkich na skróty tam, gdzie chce? Czy może raczej miał na myśli to, żeby Prezydent „czuwał” w znaczeniu dystyngowanym, coś jakby Królowa, krótko mówiąc: bez ekscesów? Sądzę oczywiście, że to drugie. Sądzę, że system Prezydencki jest passé, a Prezydent nie jest omnibusem, i nie powinien wyprzedzać wyroków TK korzystając ze swoich „prerogatyw”, takich jak „przyjmowanie ślubowania” (którego rewers stanowi odmowa przyjęcia do czasu zbadania przez Trybunał konstytucyjności przepisów będących podstawą wyboru sędziów). Lecz przyznacie, że jest to kwestia wizji? Po co Prezydentowi prerogatywy, żeby z nich nie korzystał i porządnie nie czuwał? – pyta PiS. Teraz mamy wizję superbohaterską i trzeba przez to przejść, Naród wybrał.

Nie widzę innego wyjścia, niż uderzyć się w pierś i przyznać, że psucie państwa zaczęło się wcześniej, a może po prostu nie zdążyło jeszcze się zakończyć po czasach PRL. W takiej sytuacji zawsze warto wrócić do początku i po prostu przypominać pojęcia – takie jak „domniemanie konstytucyjności”, „równowaga władz”, „praworządność”. Podstawa, to wspólny język, bez językowej inflacji. Dlatego moje zdanie brzmi: nieładnie, ale żaden zamach, zamach na razie nie.

Czytaj również
O autorze
*
AnnaLazari
Radca prawny, specjalizuje się w prawie medycznym i prawie pracy.