„Mała” ustawa medialna – duży wpływ na wolność mediów

Drukuj

Reforma polskich mediów publicznych osiągnęła prędkość maksymalną. Ustawa została uchwalona przez Parlament krótko po świętach Bożego Narodzenia, a nowy prezes Telewizji Polskiej powołany wkrótce potem. 

Zanim przejdziemy do krytycznej analizy powyższych wydarzeń, naświetlmy kontekst sytuacji ogólnej: nie ma żadnego demokratycznego państwa, w którym media publiczne są całkowicie wolne od wpływów politycznych. W sytuacji gdy publiczne radio i telewizja są współfinansowane z pieniędzy podatników, nie budzi wąpliwości nadzór przez rząd nad ich sprawnością działania, a przede wszystkim finansami. Jednak wpływanie na treści oraz – co jest nawet ważniejsze – na typ politycznej narracji prezentowanej przez dziennikarzy – dopuszczalne już nie jest.

Postawienie jasnej granicy między sprawnością zarządania od wywierania wpływu politycznego rzadko jest oczywiste. Jednak Prawo i Sprawiedliwość bez wątpienia przekroczyło tę dopuszczalną granicę. Świadczą o tym co najmniej dwa aspekty: skupienie reform na zmianach personalnych i wyrażane wprost polityczne intencje przez promotorów zmian.

Tak zwana „mała” ustawa medialna została omówiona i uchwalona przez Parlament błyskawicznie, bez rzetelnych konsultacji publicznych i eksperckich. Zawracanie głowy ekspertom faktycznie nie miało sensu, bo ustawie przyświecał jeden prosty cel: zmiana władz mediów publicznych. Na podstawie ustawy prezesi Polskiego Radia, Telewizji Polskiej, zarządów i rad nadzorczych zostali zwolnieni, a ich następcy starannie dobrani przez ministra Skarbu Państwado czasu wprowadzenia nowej organizacji mediów narodowych” . Nie poprzez otwarty nabór, bez jasnych kryteriów do spełnienia, bez udziału Rady Nadzorczej mediów publicznych, zamiast tego – w efekcie czysto politycznej decyzji.

W podobny sposób niedawno powołany zarząd może zostać odwołany bez podania jakiejkolwiek przyczyny. Nic dziwnego, bowiem nowy szef Telewizji Polskiej jest jednym z najbardziej radykalnych polityków bloku prorządowego. Jacek Kurski (dotychczasowy wiceminister kultury) jest prawdopodobnie tym politykiem, któremu można  przypisać największy wkład w budowę muru między dwoma obozami politycznymi i dwiema częściami polskiego społeczeństwa je wspierającymi. To właśnie on, podczas wyborów prezydenckich w 2005 roku, oskarżył dziadka Donalda Tuska o bycie członkiem Wehrmachtu podczas II Wojny Światowej. Zarzuty Kurskiego mijały się z prawdą, ale świetnie sprawdziły się w funkcji politycznej broni atomowej. Tusk przegrał wybory, a Kurski nigdy nie odwołał pomówień. Obecnie, jako prezes TVP, to on jest odpowiedzialny za  zapewnienie „niezależności i równowagi politycznej w mediach publicznych”.

Podczas uchwalania „małej” ustawy medialnej Prawo i Sprawiedliwość zapowiedziało, że jest to dopiero pierwszy, „wstępny” krok w stronę bardziej obszernej reformy mediów publicznych, która ma być zrealizowana w najbliższych miesiącach. Jej zasadniczym elementem ma być przekształcenie publicznej telewizji, radia i agencji prasowej w tak zwane „media narodowe”. Co się za tym kryje? Nie tylko wymóg przestrzegania „chrześcijańskiej hierarchii wartości i pielęgnowania tradycji narodowych”, lecz przede wszystkim dalsze zmiany personalne, tym razem sięgające szczebla operacyjnego. Wszystkie umowy pracownicze zostaną wypowiedziane, a dziennikarze będą poddani ocenie przed ponownym zatrudnieniem w mediach narodowych.

Innym czynnikiem, który sprawia, że wojna medialna w Polsce jest bezprecedensowa, są nie pozostawiające wątpliwości polityczne intencje partii rządzącej. Politycy Prawa i Sprawiedliwości nawet nie próbują ukrywać celu objęcia kontroli nad politycznym przesłaniem rozpowszechnianym przez media. Cytując posłankę Krystynę Pawłowicz (dalszy komentarz jest raczej niepotrzebny): „wymienione obszary leżą w zakresie konstytucyjnych obowiązków władz, które dla ich wykonywania muszą dysponować mediami publicznymi, na które – jako obdarzeni mandatem wyborców – muszą mieć wpływ, i to wpływ bezpośredni”.

Reformy związane wyłącznie z rotacją pracowników oraz oświadczenia ze strony polityków PiS-u nie pozostawiają cienia wątpliwości, że wojna medialna ma jeden cel: osłabienie zdolności mediów publicznych do analizowania działań rządu. Próba przekształcenia polskich mediów w narzędzie propagandowe została już zauważona przez Komisję Europejską, Radę Europy i międzynarodowe stowarzyszenia dziennikarskie. To wszystko wydaje się jednak nie robić najmniejszego wrażenia na polskim rządzie. 9 stycznia 2016 tysiące ludzi w wielu polskich miastach, a także poza granicami kraju, ponownie wyszło na ulice, aby wyrazić oburzenie ograniczaniem wolności w mediach. Nie należy również zapominać, że obywatele oceniają, i dalej będą oceniać, media publiczne każdego dnia po prostu przy pomocy pilota. To pozostawia nadzieję, że w przyszłości nie padną kolejne granice.

 

Artykuł oryginalnie opublikowany w języku angielskim na stronie 4liberty.eu

Przełożył Jakub Dąbrowski

Czytaj również
O autorze
*
KamilaGasiuk-Pihowicz
Posłanka .Nowoczesnej, Z wykształcenia prawniczka i ekonomistka. Od lat jest zaangażowana w działalność społeczną, m.in. na rzecz tolerancji i dialogu międzykulturowego
O autorze
*
Projekt Polska
Środowisko gromadzące ludzi, którzy chcą uczestniczyć w życiu publicznym przyczyniając się do budowy Polski otwartej, gotowej do podjęcia wyzwania szybkiej modernizacji.