Gombrowicz z ratowania żuków na plaży destylował onegdaj brudne prawdy o kondycji ludzkiej. Dziś brudne prawdy o kondycji ludzkiej, cywilizacyjnej i planetarnej destyluje ze znajdywania śmieci na plaży (i wszędzie indziej) Stanisław Łubieński. Jego „Książka o śmieciach” bazuje na prostej a przekonującej konstatacji, że śmieci są „poręczną metaforą wszystkiego” i stanowią „równoległy świat, rewers tego naszego, uporządkowanego”. Świat, który uparcie próbujemy wyprzeć ze świadomości.
Śmieci są wdzięcznym bohaterem opowieści: „trochę tak jak ptaki, mają swoje ulubione habitaty”, pisze Łubieński, „miewają długie i ciekawe życie, wiele z nich podróżuje”, a porzucone przez nas, „wchodzą w nowe role, zupełnie odmienne od pierwotnego przeznaczenia przedmiotów, którymi były”. Poprzednio opiewane przez autora w cyklu felietonów na łamach Dwutygodnika, teraz doczekały się poświęconej im książki, już samym tytułem oddającej należną im cześć.
Ale czym mówimy, gdy mówimy o śmieciach? Otóż nie „tylko” o plastikowych reklamówkach, butelkach po napojach czy jednorazowych maseczkach. Na śmieciach, odpadach, ściekach, produktach ubocznych zbudowana jest cała kultura i cywilizacja konsumpcyjna. Za żywnością na naszych stołach stoją pestycydy i nawozy spłukiwane do rzek i mórz, gdzie dławią ekosystemy. Za sprzętami i gadżetami – surowce i toksyny rabowane i spuszczane gdzie tylko się da. Za energią – zanieczyszczające atmosferę i zaburzające klimat gazy cieplarniane. „Nasz dobrobyt zbudowany jest na niedostatku, na przepaści cywilizacyjnej, na taniej, niewolniczej pracy naszych odległych braci,” rzecze Łubieński, i kontynuuje: „Żyjemy kosztem środowiska, w którym żyją, powietrza, którym oddychają, i wody, którą piją.” Antropocen to epoka śmieci.
Śmiecenie ma długą historię. Łubieński zaczyna od prehistorycznych kopalni u stóp Gór Świętokrzyskich, gdzie przed tysiącami lat wydobywano krzemień: hałdy urobku powstałe w okolicach szybów nieodwracalnie zmieniły okoliczne krajobrazy. Już po kilku jednak kolejnych akapitach (o epoce metali, będącej „prawdziwymi narodzinami recyklingu” oraz o „purytańskiej skromności” w dawnych Stanach Zjednoczonych) przechodzi do epoki produkcji masowej, kiedy to narodził się trend konsumencki, przejawiający się „zamiłowaniem do nowości, gotowością do wydawania na nie pieniędzy i skłonnością do wyrzucania starych rzeczy, nawet jeżeli wciąż działają, po to, by kupić nowe”. W przeciwieństwie do naszych oszczędnych przodków – przekonuje Łubieński – zostaliśmy przyuczeni do wyrzucania i weszło nam ono w krew do tego stopnia, że dziś nie wyobrażamy sobie świata bez dóbr jednorazowego użytku. Rozbudujmy tę nieco zbyt pospieszną narrację: olbrzymie bezleśne przestrzenie, pośród których żyjemy, to wytwór rabunkowej eksploatacji środowiska od niepamiętnych czasów; chwała cywilizacji grecko-rzymskiej powstała w oparciu m.in. o kopalnie bardziej niszczycielskie, niż jakiekolwiek przedsięwzięcia krzemionkowskich górników; rzeki od dawien dawna zmieniano w cuchnące kanały. Tak, to szersza definicja „śmiecenia”, niż ta codzienna – ale takiej właśnie potrzebujemy.
Pisząc o współczesności, Łubieński piętnuje biznesowe sztuczki, skłaniające nas do zaopatrywania się w coraz to nowe sprzęty i gadżety. Zwraca uwagę, że „świat jest tak wymyślony, by był dla nas wygodny, a nie bezpieczny dla środowiska”. Fałszując kwity, by gospodarka odpadami na pozór odbywała się zgodnie z przepisami, produkując, reklamując, wyszukując coraz to nowe gadżety, nie przejawiamy „myślenia o kończących się surowcach, kosztach energetycznych produkcji czy zanieczyszczeniach generowanych przez elektroodpady.” Do najbardziej wyrachowanych należy strategia wmawiania nam (i samym sobie), że dany model jest bardziej „ekonomiczny” i „zielony”, niż wcześniejsze, dzięki czemu kupując go, nie tylko zaoszczędzimy pieniądze, ale i przysłużymy się środowisku. W tych kalkulacjach nie figurują koszta związane z produkcją owego nowego modelu i z wyrzuceniem starego, które często negują jakiekolwiek rzekome korzyści ekologiczne.
Pisać o tym wszystkim można w sposób chłodny, rzeczowy, sterylny, miarowo dawkując czytelnikom wykresy, liczby, dane. Tak pisze się często o klimatycznej zagładzie (tzw. zmianie klimatu), tak pisze się też o śmierci przyrody (tzw. kryzysie bioróżnorodności). Ten rodzaj przekazu, choć upowszechnia ważne fakty i roztacza pouczającą panoramę, pozwala też skutecznie odseparować się od świata maskującym strach żargonem i poddać się iluzji, że rzeczywistość jest tylko diagramem dającym się rozrysować na ekranach komputerów. Łubieński na szczęście nie daje się uwieść tej pokusie. Faktograficzne i naukowe akapity Książki o śmieciach są poruszające, ale jest to poruszenie właśnie zneutralizowane i neutralizujące, oswojone, przećwiczone; najmocniej uderza ona tam, gdzie Łubieński pisze o sobie i o swoich wątpliwościach, swojej bezsilności, swoim lęku.
Miejscami prowadzi to do zawikłań, które mogą wydawać się niekonsekwencjami w przekazie. Nic bardziej mylnego: po prostu oddają rzeczywistość. Na początku książki Łubieński zagrzewa do walki słowami: „Dużo pracy przed naszą leniwą, ociężałą, przywiązaną do wygody cywilizacją. Dłużej zwlekać nie możemy. Do roboty”, by nieco później wzruszyć ramionami: „Nasze jednostkowe wyrzeczenia, pozytywne ekologiczne praktyki, słuszne nawyki mają oczywiście znaczenie, ale głównie dla nas samych”, na końcu zaś wzdycha z rezygnacją: „Mam poczucie, że trzeba działać, ale nie wiem jak, ogarnia mnie zniechęcenie, apatia. Czasem czuję się osamotniony i niezrozumiany nawet wśród najbliższych. Zmagam się z poczuciem, że moje jednostkowe działania nie mają znaczenia i że nikt nie usłyszy mojego głosu.” W tej pozornej niekonsekwencji, w tej zmienności jest prawda o naszym położeniu – jesteśmy oto zagubieni w labiryncie, który zbudowaliśmy własnymi rękami, a teraz miotamy się, nie wiedząc, ilu nas jest, kto co może, którędy do wyjścia, ba, nie mamy nawet pewności, czy już sami owego wyjścia nie zdążyliśmy sobie zamurować.
W istocie jednak, zbierając śmieci, a potem dzieląc się swoimi o nich przemyśleniami najpierw w felietonach, a teraz w książce, Łubieński angażuje się przecież w konkretne działania, a jego głos jest słyszalny. Nawet gdyby jego wpływ nie był spotęgowany publikacjami, miałby znaczenie. Jak pisałem niedawno, Jonathan Safran Foer w książce Klimat to my„przywołuje badania Nicholasa A. Christakisa i Jamesa H. Fowlera pokazujące, jak szeroko nasze własne, indywidualne decyzje mogą rezonować w otoczeniu, jak skutecznie potrafią inspirować innych ludzi”. Wbrew defetystycznej narracji o wszechpotężnym „systemie” unieważniającym jakiekolwiek wysiłki jednostki, liczy się każdy głos i każdy czyn. I to w sensie jak najbardziej wymiernym: w Antropocenie dla początkujących przytaczam badania, które dowodzą, że uwzględnienie indywidualnych ludzkich zachowań w modelach globalnego wzrostu temperatur przekłada się na odmienne rezultaty: „Przyjmując najlepszy scenariusz, zmniejszenie zużycia energii w wyniku właśnie indywidualnych decyzji pozwala w sumie obniżyć globalne temperatury do końca wieku o 1,5 stopnia w porównaniu z modelami, które nie biorą tego czynnika pod uwagę”. Owe półtora stopnia może stanowić różnicę między przetrwaniem klimatu i biosfery w rozpoznawalnej przez nas postaci, a stoczeniem się w przepaść niewiadomego.
„Szczególnie niepokojąca jest dla mnie wizja, że katastrofa klimatyczna wydarzy się za mojego życia, za życia znajomych dzieci”, wyznaje Łubieński: „mam poczucie nadciągającej apokalipsy i codziennie zastanawiam się, jak sprawić, by Ziemia nie jęczała pod ciężarem moich kroków.” Osobiste dylematy, wyrzeczenia i chwile zwątpienia, którymi dzieli się z czytelnikami, ujawniają koszt osobisty, jaki pociąga za sobą konfrontacja z grozą naszego położenia – i pomagają zrozumieć, dlaczego tak wielu wciąż odwraca wzrok. Tych ostatnich jest jednak coraz mniej. Cierpiący na „nerwicę ekologiczną” Łubieński może czuć się bezsilny, ale raz: takich jak on jest już cała armia, i dwa: żałoba klimatyczna nie trwa wiecznie. Jak pisałem na tych łamach: „Optymizm nie ma otóż monopolu na motywowanie do wartościowych przemyśleń, pozytywnych postaw, pomocnych działań” – czy o słuszną sprawę walczyć można wyłącznie z radosną pieśnią na ustach?
Chciałoby się, aby niektóre opowieści o konkretnych śmieciach, które autor osobiście napotkał, były trochę bardziej rozbudowane, barwniejsze, lepiej zintegrowane. Chciałoby się, żeby zamiast niejednego przecinka stała kropka, dzięki czemu zdania nabrałyby zwartości, zamiast rozlewać się po akapitach. Chciałoby się… Ale tego rodzaju zastrzeżenia co do stylu i języka zdają się przynależeć do innej epoki, kiedy roiliśmy sobie, że mamy luksus domagania się, by nic nie psuło nam widoku, by wszystko lśniło doskonałością. Czy nie konsekwencje podobnego podejścia opisuje Łubieński, czy nie one zbierają się nam teraz nad głową burzowymi chmurami?
Nad jednym wszakże nie mogę przejść do porządku dziennego. Opisując taniec godowy dzikich ptaków, Łubieński wspomina o szczególnej czułości, z jaką odnoszą się do siebie, ale opatruje swoją uwagę zastrzeżeniem: „Boże chroń przed grzechem antropomorfizacji, ale gotów jestem przysiąc, że widać tu znajome gesty autentycznej więzi, która łączy pary”. Nie, nie jest grzechem zobaczyć w świecie przyrody odbicie nas samych. Rzecz jasna nie należy przekładać naszych własnych zachowań na zachowania zwierząt (i odwrotnie) jeden do jednego, ale nawet taka postawa byłaby bliższa rzeczywistości, niż pokutujące jeszcze gdzieniegdzie niemądre i niemoralne postrzeganie innych istot żywych po kartezjańsku, czyli jako nieczujących maszyn. Potrzebujemy antropomorfizmu rozumianego jako rozpoznanie wspólnoty gatunku ludzkiego z pozostałymi mieszkańcami Ziemi. Nasze ciała, nasze serca, nasze mózgi, nasze zachowania, nasze uczucia, nasze myśli nie wzięły się znikąd: zawdzięczamy je jedności życia na trzeciej planecie od Słońca. Choćby dlatego nie wolno nam traktować świata żywego jako magazynu i śmietnika. „Choćby” – a może przede wszystkim.
„Śmieciami można opowiedzieć o współczesności”, rzecze Łubieński. Ja pójdę dalej: śmieciami można opowiedzieć o ludzkości.
Stanisław Łubieński. Książka o śmieciach. Agora 2020.
__________
Książka Dawida Juraszka Antropocen dla początkujących. Klimat, środowisko, pandemie w epoce człowieka jest dostępna w SKLEPIE LIBERTÉ!
