Bezsensowna batalia o niemieckie reparacje

Drukuj

Rząd w Warszawie podważa cegiełkę powojennego ładu międzynarodowego, tworzonego z wielkim trudem. Otwiera tym samym puszkę Pandory.

Rząd niemiecki stoi zdecydowanie na stanowisku nieprzyjmowania w stosunkach międzypaństwowych prawno-finansowej odpowiedzialności za straty wyrządzone przez III Rzeszę. Dotyczy to zarówno roszczeń państwowych, jak i roszczeń indywidualnych.

Takie stanowisko przyjmuje Republika Federalna wobec wszystkich państw, w tym nie tylko wobec Polski, ale również Izraela. Poczuwając się jednak do moralnej odpowiedzialności za ten tragiczny czas, Republika Federalna wypłacała środki o charakterze humanitarnym, nigdy jednak w innej formie.

Nie widać możliwości, aby Berlin zrezygnował z takiej postawy. Mogłoby to dokonać się jedynie na mocy obustronnej umowy, a strona niemiecka z wielu względów i z całą pewnością na to się nie zgodzi. Ustępstwo wobec jednego kraju musiałoby wywołać lawinę dalszych wniosków. Cel więc, jakim jest uzyskanie pieniędzy, z pewnością nie zostanie osiągnięty.

Tym politykom po stronie polskiej, którzy takie żądania będą chcieli kontynuować, pozostaje intensywna i długotrwała kampania propagandowa. Miałaby ona wykazać, że Niemcy nie rozliczyły się z okresem wojny, wciąż pozostają w cieniu III Rzeszy, że wciąż zobowiązane są do zadośćuczynienia itd. Dążeniem takiej kampanii byłoby psucie Berlinowi opinii na arenie międzynarodowej, tak aby przymuszać Niemców do ustępstw.

Trzeba stwierdzić z całą stanowczością, że postępowanie to nie ma szans wywarcia oczekiwanego wpływu, natomiast w istotny sposób uderzy w polskie interesy. Podobnej taktyki negocjacyjnej próbowała już Grecja podczas kryzysu finansowego, co nie przyniosło żadnych efektów.

Wyobrażenie, że pozyska się istotnego koalicjanta do takiego działania, jest też czystą fantazją. Taka kampania w Europie będzie Polskę izolowała, ponieważ Berlin jest ważnym i cenionym partnerem wszystkich krajów Unii Europejskiej. Wszystko to prowadzić może do stałego psucia i prowokowania ciągłych zadrażnień polsko-niemieckich. Z takiej prowadzonej przez Warszawę kampanii antyniemieckiej pociechę mogłaby mieć jedynie Moskwa.

W traktacie polsko-niemieckim o dobrym sąsiedztwie z roku 1991 świadomie pominięto sprawy odszkodowawcze. Pretensje były zresztą obustronne. Po stronie polskiej były to roszczenia o odszkodowania indywidualne z Niemiec dla ofiar III Rzeszy, po stronie niemieckiej zaś roszczenia Niemców wobec państwa polskiego w związku z przymusowymi wysiedleniami po roku 1945.

Jakiekolwiek uzgodnienia były w tej sprawie niemożliwie, bowiem stanowiska rządu RP i RFN były nie do pogodzenia. Jakakolwiek próba negocjowania tych kwestii mogła opóźnić, a nawet uniemożliwić zawarcie traktatu, co osłabiałoby w owym czasie bardziej pozycję Polski niż Niemiec.

Nie znajdując metod prawnych, obie strony rozumiały jednak wymiar polityczno-moralny uporania się z tragicznym spadkiem po okresie 1939-45. Odwołano się do rozwiązań pozatraktatowych, nieregulowanych prawem na szczeblu międzynarodowym.

Strona niemiecka, przyjmując odpowiedzialność moralną wobec ofiar III Rzeszy, przekazała w różnej formie ok. 5mld PLN, przy czym wszystkie te wypłaty miały charakter humanitarny i po stronie niemieckiej dobrowolny. Sumy te były poniżej oczekiwań ofiar, a także poniżej sum, jakie zwykle otrzymuje się w procesach odszkodowawczych.

Pytanie o podstawy prawne domagania się reparacji od Niemiec jest o tyle bezzasadne, że w oczywisty sposób można stworzyć wiele konstrukcji prawnych, które takie reparacje by uzasadniały. Jednak jakiekolwiek uzasadnienie prawne się znajdzie, będzie to przede wszystkim akt polityczny, a nie konstatacja prawna, jakiej w skuteczny sposób można by bronić na arenie międzynarodowej. Można natomiast z takich prawnych konstrukcji uczynić narzędzie propagandowe zarówno na użytek wewnętrzny, jak i polityki zagranicznej.

Łatwo jest o przykłady użycia prawa w służbie nacisków politycznych. Przez długi czas w Niemczech zachodnich obowiązywała doktryna prawna pozwalająca na utrzymywanie pretensji do ziem utraconych przez Niemcy po II wojnie światowej. Opierała się ona na stwierdzeniu, że kwestie graniczne mają być rozstrzygnięte ostatecznie w traktacie pokojowym, o czym mówiły postanowienia konferencji poczdamskiej.

Już jednak w latach 60-tych stało się dla większości bońskich polityków oczywiste, że taki traktat nigdy nie dojdzie do skutku, a granica na Odrze jest czymś trwałym. To m.in. popchnęło Willy’ego Brandta do zawarcia traktatów z Polską w grudniu 1970 roku.

(…)

Politycy PiS stoją na stanowisku, że polskie państwo, jakim była PRL, nie było suwerennym podmiotem prawnym, a jedynie „kolonią Stalina”. O ile na gruncie czysto historycznym można zgodzić się z nawet najbardziej surowymi ocenami władzy narzuconej przez Kreml Polsce, to w ocenach prawnych należy zachować konieczną roztropność.

Dotyczy to szerszej perspektywy, której nie należy tracić z oczu. Polska zasiadała przy stole konferencji w Poczdamie na mocy tego, że komunistyczny (lubelski) rząd uznały państwa uczestnicy tej konferencji. Dzięki temu Polska była pełnoprawnym uczestnikiem tej konferencji, na której ustalono z udziałem Polski europejskie granice.

Jeśli Polska w roku 1945 miałaby być uznana za kraj pozbawiony takiej prawnej podmiotowości, dającej pełne uprawnienia do uczestnictwa w konferencji poczdamskiej, to również kwestia polskich granic mogłaby w pewnym momencie być uznana za otwartą.

Dzisiaj takie rozważania uznać można za księżycowe. Skoro jednak w Warszawie w nieopatrzny sposób podważać się będzie tak istotną cegiełkę powojennego ładu międzynarodowego, tworzonego z wielkim trudem, to otworzyć można nieświadomie puszkę Pandory.

(…)

dr Kazimierz Wóycicki – publicysta, dziennikarz, politolog, filozof, w przeszłości m.in. w miesięczniku „Więź”, współpracownik i autor „drugiego obiegu”, internowany w stanie wojennym; dziennikarz BBC (1986-1987); redaktor naczelny dziennika „Życie Warszawy” (1990-1993); dyrektor Instytutu Polskiego w Düsseldorfie (1996-1999) i Lipsku (2000-2004); członek polskiego PEN Clubu; obecnie wykładowca Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego

Powyższy tekst jest fragmentem analizy, jaka ukaże się w XXVII numerze kwartalnika Liberté!. Skróty, tytuł, lead od redakcji.

Foto: Pesell/Wikipedia, CC BY-SA 4.0

Czytaj również
O autorze
*
KazimierzWóycicki
publicysta, dziennikarz, politolog, filozof
@ Woycicki