Polskie „ludy”

Drukuj

Wygrana Prawa i Sprawiedliwości w ostatnich wyborach parlamentarnych spowodowała, że polskie społeczeństwo zaczęło demonstrować polaryzację na nieznaną do tej pory skalę. Ta polaryzacja podsycana jest jeszcze bardziej przez media, które coraz częściej zaciekle walczą na emocje, a nie argumenty.

Narodziny „ludu smoleńskiego”

Polacy, rzecz jasna, byli spolaryzowani dużo wcześniej. Za cezurę czasową początkującą eksponowanie ostrych podziałów społecznych w przestrzeni publicznej można naturalnie przyjąć datę katastrofy smoleńskiej. Niedługo po niej nastąpiło nieformalnie ukonstytuowanie się tzw. obrońców krzyża, którzy zogniskowali się wokół Radia Maryja, spiskowych teorii i przekonania (podsycanego przez część polityków PiS), że katastrofa lotnicza prezydenckiego TU-154 była w rzeczywistości zamachem na głowę państwa. Obrońcy krzyża, zwolennicy PiS-u i entuzjaści teorii spiskowych rychło zostali określeni mianem „ludu smoleńskiego”. Ta nazwa nabrała wręcz charakteru socjologicznego – pomagała definiować publicystom, socjologom i innym ekspertom tę część społeczeństwa, która, ujmując z grubsza, nie godziła się na szeroko pojętą politykę Donalda Tuska i rządzącej  Platformy Obywatelskiej.

Być może, jak twierdzą niektórzy, rządząca wówczas ekipa wespół z przychylnymi jej mediami przespała moment, w którym możliwe byłoby podjęcie dialogu i wyciągnięcie ręki do rozmodlonego pod pałacem prezydenckim tłumu. Część publicystów zwracała uwagę na to, że czciciele teorii zamachowych, słuchacze ojca Rydzyka i wierni akolici Jarosława Kaczyńskiego, to tak naprawdę zagubieni, biedni i samotni emeryci, dla których III RP nie przedstawiła atrakcyjnej oferty aktywizującej ich społecznie.

Zarówno przedstawiciele Platformy Obywatelskiej, jak i gros jej wyborców, przyjęli identyczną strategię reagowania na powtarzaną przez PiS i lud smoleński mantrę mówiącą o zamachu na Lecha Kaczyńskiego – reakcją było przemilczenie czy mniej lub bardziej wymowne pukanie się w czoło. Tymczasem ta część społeczeństwa skupiona wokół klubów „Gazety Polskiej” z czasem stała się jeszcze lepiej zorganizowanym i głośniejszym elementem krajobrazu Polski. Mleko się wylało.

Narodziny ludu „obrońców demokracji”

Narracja sytuacji w Polsce nie ulegała dużym zmianom do momentu, kiedy u sterów władzy znajdowała się koalicja PO-PSL. Można powiedzieć, że w kwestii widocznych podziałów społecznych i napięć okres „polityki ciepłej wody w kranie” był wyraźnie łagodniejszy od dzisiejszego klimatu. Łagodniejszy pomimo smoleńskich miesięcznic, wzmożonej aktywności dziennikarzy „niepokornych” i ostrych słów polityków spod znaku Antoniego Macierewicza, Krystyny Pawłowicz czy samego premiera Jarosława Kaczyńskiego.

Działo się tak dlatego, że w aktywny społecznie udział w sporze na linii PiS-PO zaangażowani byli jedynie obrońcy krzyża, członkowie rodziny Radia Maryja i wyraźnie prawicowi wyborcy sympatyzujący z PiS. Podczas gdy te grupy miały swoje miesięcznice, żołnierzy wyklętych i marsze niepodległości, pozostały przekrój społeczny w tym czasie milczał.

Część społeczeństwa, której bliskie są idee liberalne, często ludzie o umiarkowanych poglądach, generalnie utożsamiani ze świadomą klasą średnią, zaczęli baczniej przyglądać się polityce w momencie, gdy PiS przejął w Polsce władzę. Dopóki rządziła koalicja PO-PSL przeciętny przedstawiciel klasy średniej generalnie nie interesował się polityką, nie brał czynnego udziału w życiu obywatelskim. Taką postawę tłumaczą badania socjologiczne, z których jasno wynika, że Polacy wciąż nie darzą zaufaniem instytucji publicznych, mają jeden z najniższych wskaźników zaangażowania w działalność pro publico bono.

Niedawno ta sytuacja zaczyna się zmieniać. Poczynania rządu Prawa i Sprawiedliwości aktywizują tych, którzy na co dzień zajmują się swoimi rodzinami, pracą czy hobby. Powstaje Komitet Obrony Demokracji. Ten ruch ma pewien wspólny element z tzw. „ludem smoleńskim” – mocną narrację. O ile ludzie skupieni wokół „Gazety Polskiej” i Jarosława Kaczyńskiego są wyznawcami tezy o smoleńskim zamachu, „prawdziwych Polakach”, zdradzie czy wszechpanującym „układzie”, o tyle liderzy i ludzie KOD-u lansują pogląd o nadchodzącej brunatnej rewolucji, putinizacji RP, zagrożeniu demokratycznego porządku czy po prostu, jak to ujął Tomasz Lis, „złodziejach demokracji”.

Dużo mówi się o oddolnej inicjatywie zwykłych obywateli, którzy stworzyli Komitet Obrony Demokracji. Nietrudno jednak zauważyć, że w pierwszych szeregach KOD-u maszerują ludzie mniej lub bardziej powiązani z minioną władzą – Grzegorz Schetyna, Sławomir Neumann, Władysław Kosiniak-Kamysz, Ryszard Petru.

Czas weryfikacji

Na manifestacje KOD-u zwolennicy PiS odpowiadają marszami poparcia dla rządu. Zetknięcie tych dwóch przeciwstawnych sobie obozów – „ludów” podgrzało atmosferę w kraju i zradykalizowało język prowadzenia politycznej walki (bo ciężko nazwać obecną sytuację dialogiem dwóch szanujących się stron).

W zasadzie obserwując te dwa obozy, konkurujące ostatnio ze sobą w liczbie osób wyprowadzonych na ulicę, można odnieść wrażenie, że w Polsce nie ma już jednego społeczeństwa, lecz dwa zamieszkujące jedno terytorium. Walczą więc politycy na konferencjach prasowych i w politycznych show, walczą użytkownicy Facebooka prześcigając się w komentarzach, tworzeniu memów i parodii, wreszcie walczą na argumenty znajomi, bliscy i rodziny na przyjęciach, w pracy i domowych zaciszach. Hasło o „gorszym sorcie Polaków” staje niczym ość w gardłach rzesz ludzi. Jednocześnie ten zwrot robi medialną karierę, ktoś chwyta w lot podmuch marketingowej koniunktury i zaczyna produkować koszulki z nadrukiem „Jestem gorszego sortu”. Biznes na negatywnych emocjach kwitnie. A co.

Uderza większe, niż do tej pory, zaangażowanie dziennikarzy i publicystów w spór, który rozpoczął się bitwą o Trybunał Konstytucyjny. I o ile wielu mogła nie dziwić stronniczość takich mediów jak „W Sieci”, „Nasz Dziennik” czy „TV Republika”, o tyle w dramatyczne tony, tyle że z tej „drugiej strony barykady”, zaczęły uderzać „Gazeta Wyborcza”, TVN czy Newsweek.  Przedsmak tego mieliśmy podczas kampanii prezydenckiej kiedy „GW”, dotąd aspirująca do miana gazety obiektywnej i rzetelnej, jednoznacznie opowiedziała się za Bronisławem Komorowskim i obozem Platformy Obywatelskiej. Podobnie było podczas wyborów parlamentarnych. Wtedy pod adresem dziennikarzy z Czerskiej padały zarzuty, że na czas kampanii wyborczej zamienili się w biuro prasowe PO.

Przykłady jawnego odkrywania swoich preferencji politycznych przez dziennikarzy można mnożyć. Czasem nabierają one bardziej absurdalnego wydźwięku, czasem otacza je aura śmiertelnej powagi i wielkiego strachu przed zagrożeniem. I tak mamy przypadek Romana Pawłowskiego, który nigdy wcześniej nie wspierał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, bo tak naprawdę nie wierzy w piękną moc charytatywnej akcji Jerzego Owsiaka, ale w tym roku wsparł ją po wielokroć. Dlaczego? Z jego tekstu zamieszczonego w „GW” łatwo można wydedukować – żeby dopiec i pokazać PiS-owi. Przykład nr 2 to wspomniany wcześniej Tomasz Lis skandujący ochrypłym głosem na demonstracji KOD-u „Cała Polska z was się śmieje, demokracji wy złodzieje!”.

Pytanie czy obecność dziennikarza na, mimo wszystko zaangażowanej politycznie, demonstracji w charakterze aktywnego demonstranta jest w dobrym tonie? Czy aby taka obecność nie powinna się ograniczać do obecności właśnie w roli dziennikarza, który taki wiec relacjonuje i rzetelnie przedstawia swoim widzom/czytelnikom? Celowo podaję przykłady tej strony, która starała się lansować swój wizerunek jako strony obiektywnej, może z pewnymi sympatiami, ale rzetelnej. Takich przykładów ze strony „niepokornej” jest więcej. Tyle że tamta strona się ze swoimi preferencjami specjalnie nie kryła i nie kryje.

Od kolegi, pracownika mediów telewizyjnych, usłyszałem, że to normalne. Teraz inaczej być nie może. Sprawy poszły za daleko i nie ma miejsca na neutralność. Jest czas weryfikacji. Jesteśmy „my” i są „oni”. I to jest czas wojny.

Czas siepaczy

Znajdujemy się więc w sytuacji permanentnej walki polityczno-społeczno-publicystycznej, w której ścierają się ze sobą interesy, media, dziennikarze z różnych stron barykad i demonstranci stojący na przeciwstawnych ulicach. Ten polsko-polski spór, którego zakończenie tak konsekwentnie zapowiadał prezydent Andrzej Duda, angażuje coraz więcej dusz. A że spór musi mieć jasne strony konfliktu i wyraźny scenariusz, na pierwszy plan dalej wybija się batalia pomiędzy Platformą Obywatelską  a PiS-em.

W tym konflikcie nie ma miejsca na odcienie szarości, nie ma miejsca na polemiczne dygresje z tymi dwoma wielkimi przedstawicielami vox populi, nie ma miejsca na głosy niewielkich partii politycznych (nawet wybijająca się medialnie Nowoczesna przez życzliwe jej media uważana jest za świeżą PO, a przez nieżyczliwe za platformianą banksterkę). Albo zostajesz wchłonięty, albo wypluty.

Wszyscy, którzy znajdują się poza widnokręgiem obejmującym plemiona PiS i PO, są albo niewidoczni, albo pomijani, albo marginalizowani, albo wypchnięci z debaty o Polsce. Mogą przyłączyć się do jednego z dwóch chórów (jak Napieralski), przepaść (jak Palikot i Miller), odejść (jak Cimoszewicz), do końca nie zaistnieć (jak Nowacka) albo pozostać na marginesie (jak Zandberg). Nie bez kozery podaję tutaj nazwiska polityków z lewej strony. To lewica padła ofiarą tego ostrego podziału na dwa obozy polityczne, z których jeden jest konserwatywno – prawicowym  z sentymentem budapesztańskim a drugi prawicowo – bezideowym stwarzającym pozory wdrażania liberalnego czy przyjaznego prawa.

Walka dwóch zwalczających się tworów objawia się poprzez działania. Polityczne, uliczne, werbalne, publicystyczne. To gra emocji. Gdy działanie poprzedza myślenie, dochodzi do mordobicia, które trudno jest zakończyć. To czas siepaczy, a nie myślących rozjemców. Wtedy mamy do czynienia z bezkrwawą wojną domową. A na wojnie, jak wiadomo, pierwsza umiera prawda.

Krajobraz po pożarze

Pytanie co wyniknie z tego polsko-polskiego konfliktu i czy to dobrze, że na dziś realnie na scenie politycznej pozostaje duopol PiS – PO? Z pewnością wydarzenia dotyczące Trybunału Konstytucyjnego, projektów ustaw o  internetowej inwigilacji czy wzięcia Polski na wokandę Komisji Europejskiej sprawiły, że polityką zainteresowało się więcej przedstawicieli tzw. klasy średniej, dotąd mających politykę w poważaniu. Być może dalszy rozwój sytuacji w kraju sprawi, że wpływ polityków na swoje życie dostrzegą ci, którzy praktycznie nie głosują w wyborach parlamentarnych. Nie stałoby się tak, gdyby jakimś cudem Platforma Obywatelska ostatnie wybory wygrała. Świadomość polityczna tej grupy społecznej pozostałaby wtedy dalej uśpiona.

Prawo i Sprawiedliwość będzie najprawdopodobniej rządzić całą kadencję. Jej przeciwnikom na dziś nie pomoże policzenie się na rynkach dużych miast. Pomogłoby natomiast zastanowienie się czego można oczekiwać od państwa prawa, pomogłaby refleksja nakazująca rozliczać polityków z obietnic i karać za ich łamanie. Pomogłoby zastanowienie się czy chcą żyć w państwie, w którym istnieją związki partnerskie, w którym za palenie marihuany nie staje się przed sądem, w którym to kobieta decyduje o przerywaniu bądź nieprzerywaniu ciąży. I na koniec: czy postulaty, których chce wielu przedstawicieli klasy średniej, ludzi o lewicowej wrażliwości czy liberalnym umiłowaniu wolności, są do spełnienia przez choć jeden z OBU walczących dziś politycznych wielkich obozów?

A może te cztery lata rządów PiS to czas pożaru, który czyści dotychczasowe koncepcje i ułudy? A może przeciwnie. Może za cztery lata dalej będą ze sobą walczyć te same frakcje o te same symbole i resentymenty. Po tym politycznym pożarze być może za cztery lata posadzimy na ugorze te same ziemniaki i buraki. Czas pokaże jaką lekcję z dzisiejszych wydarzeń wyciągnie polskie społeczeństwo, a szczególnie ta jego część, która czeka z utęsknieniem na powiew zachodniej kultury, obywatelskości i wolności.

 

autor jest dziennikarzem

Czytaj również
O autorze
*
PrzemysławStaciwa
Dziennikarz, recenzent kulturalny, muzyk, bloger.
@ PrzemekStaciwa