Tę walkę trzeba wygrać. Jednoznacznie.

Drukuj

Kompromis to piękne słowo. Podobno polityka to sztuka kompromisów. Ale są sprawy fundamentalne, w których kompromisów zawierać po prostu nie wolno.

Od pół roku Prawo i Sprawiedliwość łamie konstytucję RP: nie jest publikowany wyrok TK, PiS wybrał nielegalnie sędziów Trybunału, a prezydent RP nie przyjął ślubowania od legalnie wybranych sędziów. Tu nie chodzi o zwykłą politykę, lecz o nieprzestrzeganie obowiązującej konstytucji – łamanie fundamentalnej zasady państwa prawa.

Tymczasem PiS terroryzuje otoczenie furiackimi, histerycznymi oskarżeniami i stosuje szantaż emocjonalny insynuując, że ci, którzy są przeciwni jego działaniom, opowiadają się przeciwko Polsce i jej suwerenności. Po zaledwie 18 dniach od wystąpienia Jarosława Kaczyńskiego zachęcającego do Unii Europejskiej, Premier Beata Szydło zarzuciła Unii godzenie w suwerenność Polski, a opozycji – służbę interesom obcych państw. Kilka dni wcześniej min. Mariusz Kamiński insynuował działanie polskich służb dyplomatycznych przeciwko Polsce, a posłowie PiS krzyczeli z ław sejmowych w kierunku PO „zdrada! zdrada!”

Niepohamowanie i brutalność oskarżeń prowadzą do zastraszenia opinii publicznej. Łatwo w takiej sytuacji o wniosek, że lepiej ustąpić pod naporem i iść na kompromis, by załagodzić narastającą wściekłość agresora. „Do czego jeszcze posunie się ta partia, skoro pozwala sobie na tak skrajne działania i wypowiedzi?” – może sobie zadawać pytanie obserwator. Ktoś inny może podkreślać przyjęte powszechnie przeświadczenie, że kompromis jest wartością, że życie społeczne polega na nieustannym dogadywaniu się i ustępowaniu sobie nawzajem.

Podać pomocną dłoń Chruszczowowi

Czy druga strona sporu też skłania się ku kompromisowi? Wydaje się, że po kilku miesiącach deptania zasad państwa prawa PiS zaczął sobie zdawać sprawę z tego, że materia spraw, z jakimi postanowił się borykać, jest trudniejsza niż przewidywano  Być może nawet tak trudna, że sprawa jest nie do wygrania, a przynajmniej nie w pełni. Widać przecież, że opór wobec PiS narasta, zamiast maleć, a ciosy zabolały – niezwykle emocjonalny piątkowy spektakl w Sejmie można odczytać jako ryk zranionego zwierzęcia. Koszty wizerunkowe na świecie też są coraz większe. Jednocześnie brakuje zysków z tej półrocznej, kosztownej kampanii. Te okoliczności skłaniałyby do ugody.

Jeśli erupcję pisowskich oskarżeń uznać jedynie za standardowe dla tej partii kozaczenie, to można dostrzec wydostające się spod propagandowego hałasu pomruki o konieczności znalezienia kompromisu. Wygląda to tak, jakby PiS oczekiwał podania pomocnej dłoni w wydobyciu się z dołka. Taka pomoc w wyjściu z twarzą może się wydawać sensowna, tym bardziej, że istnieje przykład sukcesu tej metody rozwiązywania konfliktów. W 1962 roku, w czasie Kubańskiego Kryzysu Rakietowego, Amerykanie zaoferowali Rosjanom wycofanie przestarzałych, nic niewartych rakiet Jupiter z Turcji, w zamian za co Rosjanie mieliby zabrać z Kuby swoje montowane właśnie rakiety. Dzięki temu ZSRR mógł zachować twarz i ogłosić zawarcie kompromisu, a nie po prostu kapitulację pod naporem USA. Pomysł się powiódł, świat uniknął wojny.

Jak znaleźć kompromis

Jednak jak można znaleźć kompromis w tym konkretnym przypadku, w kwestii łamania konstytucji? Przecież łamanie prawa, ale „tylko trochę”, to wciąż łamanie prawa. Zgodzić się na to, że PiS będzie łamał prawo, ale tylko w dni parzyste? Umówić się które wyroki Trybunału zostaną opublikowane, a które nie?

Konstytucja w art. 190 mówi jasno i precyzyjnie: wyroki muszą być opublikowane. Wszystkie. A legalnie wybrani sędziowie mają być zaprzysiężeni. Też wszyscy. W tej kwestii możliwe jest jedynie rozstrzygnięcie zero-jedynkowe. Pójście na kompromis oznaczałoby tu de facto akceptację łamania prawa, pod warunkiem że będzie ono ograniczone w swoim zakresie. Albo przynajmniej mniejsze niż początkowe intencje, co zresztą prowokuje agresora do eskalacji początkowych żądań, by później było z czego schodzić.

Jeżeli zgodzimy się na łamanie prawa, ale z ograniczeniami, to znaczy, że PiS-owi wszystko wolno, byleby z umiarem. Nie kompromis powinien być najwyższą wartością życia politycznego, lecz demokracja i zasada państwa prawa, której w tym przypadku po prostu nie da się rozdzielić pomiędzy strony sporu.

Narastający jazgot propagandowy trzeba wytrzymać, a kłamstwa i obłudę – demaskować. Po stronie obrońców porządku konstytucyjnego jest prawo, Trybunał Konstytucyjny, Sąd Najwyższy i wydziały prawa największych uniwersytetów, zgodna postawa opozycji, wielotysięczne rzesze Polaków demonstrujących na ulicach, Komisja Wenecka, opinia Komisji Europejskiej i wsparcie dobiegające z USA. To niemało, zważywszy, że po drugiej stronie jest wyłącznie nabuzowany złą energią PiS wspomagany służalczymi mediami. Zatem tę walkę można wygrać.

Istnieje jeszcze ryzyko jakiegoś szaleńczego – albo nawet straceńczego – porywu, którym PiS zamachnie się w poczuciu zaszczucia i braku możliwości wyjścia z twarzą. Narastające emocje mogą przykryć możliwość zdroworozsądkowego rachunku zysków i strat, a wtedy koszty dla kraju mogą być znaczne. Jednak alternatywa dla tego rozwiązania jest żadną alternatywą, zarówno ze względów zasadniczych, jak i funkcjonalnych. Dlatego należy doprowadzić do stanu zgodności z konstytucją, a o kompromisie rozmawiać w innych obszarach, w których jest on dopuszczalny i możliwy do wypracowania.

Czytaj również
O autorze
*
MarcinWojciechowski